Księga życia

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 9

Nic dziwnego, że nie obchodzimy Lughnasadh – powiedziała zrzędliwie Sarah, otwierając frontowe drzwi. – Wszystkie te okropne pieśni o końcu lata i nadchodzącej zimie…nie wspominając o tamburynie Mary Bassett.

– Muzyka nie była taka zła – zaprotestowałam.

Grymas Martthew wskazywał, że Sarah słusznie narzeka.

– Masz jeszcze trochę tego wybuchowego wina, Fernando? – Sarah zapaliła światła w przedpokoju. – Potrzebuję drinka. W głowie mi dudni.

– Tempranillo. – Fernando rzucił koce piknikowe na ławę w przedsionku. – Tempranillo. Zapamiętaj, to po hiszpańsku.

– Francuski, hiszpański, wszystko jedno… potrzebuję wina. – Sarah wydawała się zdesperowana.

Odsunęłam się na bok, żeby wpuścić Prattów.

John zasnął na rękach ojca, ale Grace była całkiem rozbudzona.

– Puść ją, Abby. Mała niczego tu nie zepsuje. – Sarah ruszyła do kuchni.

Pani Pratt postawiła córkę na podłodze, a ona natychmiast podreptała do schodów.

Matthew się roześmiał.

– Ma zdumiewające instynkty, jeśli chodzi o kłopoty. Żadnych schodów, Grace. – Abby podniosła dziewczynkę, obróciła ją i skierowała w stronę pokoju rodzinnego.

– Może położysz Johna w saloniku? – zaproponowałam.

Chłopiec zrezygnował z maski Spidermana i zamiast niej nosił T-shirt ze swoim bohaterem.

– Dzięki, Diano. – Caleb zagwizdał. – Teraz widzę, o co ci chodziło z tym drzewem, Matthew. Ono tak po prostu wyrosło w kominku?

– Sądzimy, że mogło mieć w tym udział trochę ognia i krwi. – Matthew wytrzepał jeden z koców, idąc za Calebem.

Obaj przez cały wieczór rozmawiali o wszystkim, od polityki akademickiej po pracę Matthew w szpitalu Johna Radcliffa i los niedźwiedzi polarnych. Matthew rozłożył na podłodze koc dla Johna, a Caleb przesunął palcami po korze Przeklętego Drzewa.

Właśnie tego potrzebuje Matthew, uświadomiłam sobie. Domu. Rodziny. Stada. Nie mając się kim opiekować, wycofywał się do mrocznego miejsca, gdzie prześladowały go dawne uczynki. A od pojawienia się Benjamina był szczególnie skłonny do ponurych rozmyślań.

Ja również potrzebowałam dużej rodziny. Żyjąc w szesnastym wieku, przyzwyczaiłam się do tego, że zawsze otaczają mnie inni ludzie. Moja obawa, że zostanę zdemaskowana, osłabła, a jej miejsce zajęło pragnienie przynależności.

W rezultacie impreza składkowa okazała się zaskakująco przyjemna. Czarownice z Madison nie zapisały się dobrze w mojej pamięci, ale tego wieczoru były miłe i przyjazne, nie licząc moich nemezis z liceum Cassie i Lydii. Ponadto stwierdziłam, że są dość słabe w porównaniu z tymi, które poznałam w Londynie. Jedna czy dwie miały jakąś magię żywiołów do dyspozycji, ale żadne nie była tak potężna jak czarownice ogniste i wodne z przeszłości. A te z Madison nie dorównywały pod tym względem Sarah.

– Wina, Abby? – Fernando podał jej kieliszek.

– Jasne. Jestem zaskoczona, że uszedłeś z życiem z tej imprezy. Byłam pewna, że ktoś rzuci na ciebie miłosny czar.

– Fernando nie powinien ich zachęcać – powiedziałam z udawaną surowością. – Nie było potrzeby kłaniać się i całować ręki Betty Eestey.

– Jej biedny mąż będzie teraz wciąż słyszał: „Fernando to”, „Fernando tamto”. – Abby zachichotała.

– Damy będą bardzo rozczarowane, kiedy się dowiedzą, że próbują osiodłać niewłaściwego konia – skomentował Fernando. – Twoje przyjaciółki opowiedziały mi czarujące historie, Diano. Wiedziałaś, że wampiry naprawdę są całkiem milusie, gdy już znajdą prawdziwą miłość?

– Matthew nie zmienił się w misia – stwierdziłam.

– Ale wcześniej go nie znałaś. – Uśmiech Fernanda był szelmowski.

– Fernando! – zawołała Sarah z kuchni. – Chodź mi pomóc z tym głupim ogniem. Nie mogę go rozpalić.

Nie rozumiałam, dlaczego uznała, że trzeba to zrobić w takim upale, ale ciotka oświadczyła, że Em zawsze rozniecała ogień w Lughnasadh i już.

– Obowiązek wzywa. – Fernando lekko ukłonił się Abby, a ona się zarumieniła tak jak wcześniej Betty Eastey.

– Pójdę z tobą. – Caleb wziął Grace za rękę. – Chodź, latorośli.

Matthew odprowadził ich wzrokiem, a w kąciku jego ust igrał uśmiech.

– Wkrótce my też tak będziemy wyglądać – powiedziałam, obejmując go w pasie.

– Właśnie o tym myślałem. – Mąż mnie pocałował. – Naprawdę jesteś gotowa powiedzieć swojej cioci o tym, że jesteś tkaczką?

– Jak tylko Prattowie wyjdą.

Codziennie rano obiecywałam sobie, że powiem Sarah o wszystkim, czego dowiedziałam się od londyńskiego covenu, ale z każdym mijającym dniem podzielenie się nowiną stawało się coraz trudniejsze.

– Nie musisz mówić jej wszystkiego od razu. – Matthew przesunął dłońmi po moich ramionach. – Powiedz jej po prostu, że jesteś tkaczką, żebyś wreszcie mogła przestać nosić ten całun.

Gdy weszliśmy do kuchni, ogień trzaskał wesoło w destylarni, przez co letni wieczór był jeszcze cieplejszy. Usiedliśmy wokół stołu i zaczęliśmy wymieniać się uwagami na temat przyjęcia i plotkować o najnowszych wydarzeniach w covenie. Potem rozmowa zeszła na baseball. Caleb był fanem Red Soksów, podobnie jak mój tata.

– O co chodzi z ludźmi z Harvardu i Red Soksami? – Wstałam, żeby zrobić herbatę.

Kątem oka dostrzegłam coś białego. Uśmiechnęłam się i postawiłam czajnik na kuchence, sądząc, że to jeden z zaginionych domowych duchów. Sara byłaby szczęśliwa, gdyby któryś znowu się pojawił.

To jednak nie był duch.

Przed kominek przydreptała na niepewnych dwuletnich nogach Grace.

– Ładne – zaszczebiotała.

– Grace!

Wystraszona moim okrzykiem dziewczynka odwróciła głowę. To wystarczyło, żeby straciła równowagę i potknęła się w stronę ognia.

Nigdy bym nie zdążyła do niej dobiec, bo dzieliło nas siedem metrów i kuchenna wyspa. Wyszarpnęłam z kieszeni krótkich spodni sznurki tkaczki. Przeplotły mi się przez palce i okręciły wokół nadgarstków, kiedy powietrze przeszył krzyk Grace.

Nie było również czasu na zaklęcia. Zareagowałam instynktownie. Zewsząd otaczała nas woda, płynęła głębokimi arteriami przecinającymi ziemię Bishopów. Była też we mnie. Wyizolowałam niebieskie, zielone i srebrne nici, które rozświetlały w kuchni i destylarni wszystkie rzeczy związane z tym żywiołem.

Gdy skierowałam strumień wody w kominek, buchnęła para, zasyczał żar, Grace upadła na szlam z popiołu i wody, który wypełnił palenisko.

– Grace! – Abby przebiegła obok mnie. Za nią przemknął Caleb.

Matthew chwycił mnie w objęcia. Byłam cała przemoczona i drżąca, więc rozmasował mi plecy, żeby przywrócić trochę ciepła.

– Dzięki Bogu, że masz taką władzę nad wodą, Diano – powiedziała Abby, trzymając na rękach zapłakaną córkę.

– Wszystko w porządku? – zapytałam. – Grace wyciągnęła ręce, żeby odzyskać równowagę, ale była strasznie blisko płomieni.

– Dłoń ma lekko zaróżowioną – stwierdził Caleb, przyglądając się małym paluszkom. – Jak myślisz, Matthew?

Mój mąż obejrzał dłoń dziecka.

– Ładne – powiedziała dziewczynka. Jej dolna warga drżała.

– Wiem – mruknął Matthew. – Ogień jest bardzo ładny. I bardzo gorący. – Podmuchał na jej palce, a ona się roześmiała.

Fernando podał mu wilgotną szmatkę i kostkę lodu.

– Jesce. – Grace wyciągnęła rękę do Matthew.

– Wydaje się, że nic nie jest uszkodzone i nie ma pęcherzy – orzekł mój mąż po spełnieniu rozkazu małej tyranki, żeby jeszcze raz podmuchać na jej palce. Starannie owinął jej dłoń szmatką i przyłożył do niej lód. – Powinno być w porządku.

– Nie wiedziałam, że potrafisz miotać wodne strzały. – Sarah spojrzała na mnie ostro. – Wszystko dobrze? Wyglądasz inaczej… jaśniejesz.

– Nic mi nie jest. – Odsunęłam się od Matthew, próbując przyciągnąć do siebie strzępy czaru maskującego. Rozejrzałam się po kuchennej podłodze, szukając upuszczonych sznurków tkaczki, na wypadek gdyby było potrzebne jakieś dyskretne łatanie.

– Co to jest? – Sarah chwyciła moją rękę i obróciła ją wnętrzem do góry.

Gwałtownie zaczerpnęłam tchu.

Środek każdego palca przecinał pas koloru: na małym brązowy, na serdecznym żółty, na środkowym jaskrawy niebieski. Na wskazującym czerwień płonęła niczym rana. Kolorowe linie łączyły się we wnętrzu dłoni i ciągnęły dalej do wzgórka splecionym, wielobarwnym sznurem. Tam powróz spotykał się z pasem zieleni biegnącym od kciuka, co zakrawało na ironię, zważywszy na los moich roślin domowych. Pięciokolorowy splot przemierzał niewielki dystans do nadgarstka i tam tworzył węzeł z pięciu zapętleń… pentagram.

– Moje sznurki tkaczki. Są… we mnie. – Z niedowierzaniem spojrzałam na Matthew.

Jednakże większość tkaczy używała dziewięciu sznurków, a nie pięciu. Obróciłam lewą dłoń i zobaczyłam na niej brakujące nici: czarną na kciuku, białą na małym palcu, złotą na serdecznym i srebrną na środkowym. Palec wskazujący nie był naznaczony żadnym kolorem. Sznurki wijące się do lewego nadgarstka tworzyły uroboros, krąg bez początku i bez końca, który wyglądał jak wąż z ogonem w paszczy. To było godło de Clermontów.

– Czy Diana… migocze? – odezwała się Abby.

Poruszyłam palcami, nadal wpatrując się w swoje ręce. Powietrze rozjaśniła eksplozja kolorowych pasm.

– Co to było? – Oczy Sarah były okrągłe.

– Nici, które wiążą światy i rządzą magią – wyjaśniłam.

Corra wybrała akurat tę chwilę, żeby wrócić z polowania. Sfrunęła przez komin destylarni i wylądowała na mokrym stosie drewna. Natychmiast się z niego poderwała, kaszląc i kichając.

– Czy to… smok? – wykrztusił Caleb.

– Nie – odpowiedziała za mnie Sarah. – To pamiątka. Diana przywiozła ją z elżbietańskiej Anglii.

– Corra nie jest pamiątką – wyszeptałam. – To moja pomocnica.

Sarah prychnęła.

– Czarownice nie mają pomocników.

– Tkacze mają – powiedziałam. Matthew położył dłoń na moich plecach, dając mi wsparcie. – Lepiej wezwijcie Vivian. Muszę wam coś wyznać.

 

* * *

– Więc ten smok… – zaczęła Harrison z parującym kubkiem kawy w rękach.

– Smok ognisty – podpowiedziałam.

– Więc on…

– Ona. Corra to samica.

– …ona jest twoją pomocnicą? – dokończyła Vivian.

– Tak. Corra się pojawiła, kiedy utkałam w Londynie swoje pierwsze zaklęcie.

– Czy wszyscy pomocnicy są smokami ognistymi? – Abby poprawiła nogi na kanapie.

Wszyscy siedzieliśmy w salonie wokół telewizora, z wyjątkiem Johna, który przespał spokojnie całe zamieszanie.

– Nie. Moja nauczycielka pani Alsop, związana z powietrzem, miała sobowtóra, swój cień, bo pomocnicy przybierają postacie zgodne z predyspozycjami tkaczy. – Było to chyba najdłuższe zdanie, jakie kiedykolwiek wypowiedziałam na temat magii. I niezrozumiałe dla obecnych tu czarownic i czarownika, którzy nic nie wiedzieli o tkaczach. – Ja jestem związana z wodą i z ogniem – brnęłam dalej. – W przeciwieństwie do zwykłych smoków ogniste czują się równie swobodnie w morzu, jak w płomieniach.

– I potrafią latać – dodała Vivian. – Smoki ogniste reprezentują trzy moce żywiołów.

Sarah popatrzyła na nią ze zdumieniem.

Przywódczyni covenu wzruszyła ramionami.

– Mam stopień magistra literatury średniowiecznej. Dwunożne skrzydlate smoki – albo jak wolicie, smoki ogniste – były kiedyś powszechne w europejskiej mitologii i legendach.

– Ale ty… jesteś moją księgową – wykrztusiła Sarah.

Vivian uniosła brwi.

– Masz pojęcie, ilu absolwentów filologii angielskiej jest księgowymi? – Spojrzała na mnie. – Potrafisz latać, Diano?

– Tak – przyznałam się niechętnie. Umiejętność latania nie występowała często wśród czarownic. Była zbyt spektakularna i dlatego niepożądana, jeśli się chciało żyć spokojnie wśród ludzi.

– Czy inni tkacze też tak migoczą? – spytała Abby, przekrzywiając głowę.

– Nie wiem, czy są jacyś inni tkacze. Nie zostało ich wielu, nawet w szesnastym wieku. Pani Alsop była jedyną na Wyspach Brytyjskich po tym, jak stracono szkocką tkaczkę. Jeszcze jedna żyła w Pradze. I mój ojciec też był tkaczem. To się zdarza w rodzinach.

– Stephen Proctor nie był tkaczem – stwierdziła cierpko Sarah. – Nigdy nie migotał i nie miał żadnego pomocnika. Twój ojciec był zwyczajnym czarownikiem.

– Proctorowie od pokoleń nie wydali spośród siebie czarownika pierwszej klasy – potwierdziła przepraszającym tonem Vivian.

– Większość tkaczy nie jest pierwszej klasy w niczym według tradycyjnych standardów. – Była to prawda nawet na poziomie genetycznym. Testy Matthew wykazały wiele sprzecznych markerów w mojej krwi. – Dlatego nigdy nie nabrałam wprawy w rzemiośle. Sarah potrafi każdego nauczyć rzucać czary, tylko nie mnie. Ja byłam katastrofą. – Zaśmiałam się niepewnie. – Tatuś mówił, że powinnam wpuszczać zaklęcia jednym uchem, drugim je wypuszczać, a potem tworzyć swoje.

– Kiedy Stephen ci to powiedział? – Głos Sarah zabrzmiał jak trzask bicza.

– W Londynie. Tatuś też był tam w tysiąc pięćset dziewięćdziesiątym pierwszym roku. Ostatecznie to po nim odziedziczyłam zdolność do podróżowania w czasie. – Mimo zapewnień Matthew, że nie muszę mówić ciotce wszystkiego od razu, tak właśnie się działo.

– Widziałaś Rebeccę? – Oczy Sarah były szeroko otwarte.

– Nie. Tylko tatę. – Zobaczenie ojca było takim samym nieoczekiwanym darem w czasie naszej podróży jak spotkanie z Philippe’em de Clermontem.

– A niech mnie – wymamrotała Sarah.

– Przez kilka dni w Londynie przebywało jednocześnie troje tkaczy. Mówiono o nas w mieście. – I nie tylko dlatego, że mój ojciec podsuwał Williamowi Szekspirowi zarysy intrygi i kwestie.

Sarah otworzyła usta, żeby zadać następne pytanie, ale Vivian uniosła rękę, prosząc o ciszę.

– Jeśli tkanie przekazuje się w rodzinach, dlaczego jest was tak niewielu? – zapytała.

– Bo dawno temu inne czarownice postanowiły nas zniszczyć. – Zacisnęłam palce na ręczniku, który Matthew zarzucił mi na ramiona.

– Pani Alsop mówiła, że mordowano całe rodziny, żeby żadne dziecko nie przekazało dalej swojego daru. – Matthew ucisnął napięte mięśnie mojego karku. – Ci, którzy przeżyli, zaczęli się ukrywać. Wojna, choroby i duża śmiertelność niemowląt też zebrały żniwo wśród tych nielicznych rodzin, które ocalały.

– Po co eksterminować tkaczy? – nie mógł zrozumieć Caleb. – Nowe zaklęcia byłyby bardzo pożądane w każdym covenie.

– Zabiłabym za zaklęcie, które resetowałoby mój komputer, kiedy John zablokuje klawiaturę – dodała Abby. – Próbowałam wszystkiego: czaru na zablokowane koła, czaru na zepsute zamki, błogosławieństwa na nowe przedsięwzięcia. Żadne nie działa na nowoczesną elektronikę.

– Może tkacze byli zbyt potężni i inne czarownice stały się zazdrosne. Może to tylko strach. Nie sądzę, żeby byty były bardziej skłonne do akceptowania różnic niż ludzie… – Umilkłam.

– Nowe czary. – Caleb zagwizdał. – Od czego się zaczyna?

– To zależy od tkacza. Jeśli chodzi o mnie, to od pytania albo pragnienia. Skupiam się na nich, a sznurki robią resztę. – Uniosłam ręce. – Teraz chyba będą musiały to robić moje palce.

– Pokaż mi dłonie, Diano – zażądała Sarah.

Wstałam i stanęłam przed nią z wyciągniętymi rękami.

Sarah przyjrzała się uważnie kolorom. Palcami przesunęła po węźle w kształcie pentagramu na moim prawym nadgarstku.

– To jest piąty węzeł – wyjaśniłam, podczas gdy ciotka kontynuowała badanie. – Pomaga sprostać wyzwaniom albo wzmacnia doświadczenia.

– Pentagram symbolizuje żywioły. – Sarah postukała w miejsce, gdzie splatały się brązowa, żółta, niebieska i czerwona nić. – Tutaj są cztery kolory tradycyjnie reprezentujące ziemię, powietrze, wodę i ogień. A zielony na kciuku jest związany z boginią, w szczególności z boginią jako matką.

– Twoja ręka jest magicznym elementarzem, w którym jest wszystko, czego potrzeba, żeby uprawiać sztukę magii: pentagram, żywioły i bogini – zauważyła Vivian.

– A to musi być dziesiąty węzeł. – Sarah puściła moją prawą rękę i ujęła lewą. Przyjrzała się pętli na nadgarstku. – Wygląda jak symbol na fladze powiewającej nad Sept-Tours.

– Tak. Nie wszyscy tkacze potrafią zrobić dziesiąty węzeł, choć wygląda na taki prosty. – Wzięłam głęboki wdech. – To węzeł tworzenia. I destrukcji.

Sarah zamknęła moje palce w pięść i objęła ją dłonią. Ona i Vivian wymieniły zatroskane spojrzenia.

– Dlaczego na jednym palcu brakuje koloru? – zaniepokoiłam się nagle.

– Porozmawiajmy jutro – zaproponowała Sarah. – Jest już późno, a to był długi wieczór.

– Powinniśmy położyć dzieci do łóżek. – Abby wstała, starając się nie obudzić córki. – Nie mogę się doczekać, aż reszta covenu usłyszy, że Diana potrafi tworzyć nowe zaklęcia. Cassie i Lydia wpadną w szał.

– Nie możemy nikomu powiedzieć – oświadczyła twardo Sarah. – Przynajmniej, póki sami nie odkryjemy, co to wszystko oznacza.

– Diana naprawdę strasznie się świeci. – Abby pokazała mnie palcem. – Wcześniej tego nie zauważyłam, ale teraz nawet ludzie to zobaczą.

– Nosiłam czar maskujący. Mogę rzucić następne zaklęcie. – Jedno spojrzenie na ostrzegawczą minę Matthew sprawiło, że dodałam pośpiesznie: – Oczywiście nie nosiłam go w domu.

– Z czarem maskującym czy bez, O’Neilowie muszą zauważyć, że coś się dzieje – powiedziała Vivian.

Caleb zrobił posępną minę.

– Nie musimy informować całego covenu, Sarah, ale nie możemy również trzymać wszystkich w niewiedzy. Powinniśmy wybrać, komu powiedzieć i co powiedzieć.

– Dużo trudniej będzie wyjaśnić ciążę Diany niż wymyślić dobry powód, dla którego ona jaśnieje – stwierdziła Sarah rzecz oczywistą. – Dopiero zaczyna być po niej widać, ale przy bliźniętach wkrótce niemożliwe będzie ignorowanie jej stanu.

– I właśnie dlatego musimy być całkowicie uczciwi – skonstatowała Abby. – Czarownice potrafią wyczuć półprawdy równie łatwo jak kłamstwa.

– To będzie sprawdzian lojalności i otwartości covenu – rzekł w zamyśleniu Caleb.

– A jeśli oblejemy ten sprawdzian? – zapytała Sarah.

– To by podzieliło nas na zawsze – odparł Pratt.

– Może powinniśmy wyjechać. – Na własnej skórze doświadczyłam już tego, jakie bywają skutki podziałów, i nadal dręczyły mnie koszmary o tym, co wydarzyło się w Szkocji, kiedy czarownice obróciły się przeciwko czarownicom i rozpoczęły się procesy w Berwick. Nie chciałam być odpowiedzialna za zniszczenie covenu z Madison, za zmuszanie ludzi, żeby opuszczali swoje domy i farmy należące do ich rodzin od pokoleń.

– Vivian? – Caleb zwrócił się do przywódczyni covenu.

– Decyzję trzeba zostawić Sarah – orzekła Harrison.

– Kiedyś uważałabym, że należy podzielić się tą historią o tkaniu z całym covenem. Ale widziałam, jak czarownice robią straszne rzeczy sobie nawzajem, i nie mówię tylko o Emily. – Sarah spojrzała w moją stronę, ale nie rozwinęła tematu.

– Potrafię zatrzymać Corrę w domu… przeważnie. Mogę nawet unikać jeżdżenia do miasteczka. Ale nie będzie mogła wiecznie ukrywać całej reszty, nieważne, jak dobry będzie mój czar maskujący. – Mówiłam drżącym głosem.

– Zdaję sobie z tego sprawę – powiedziała spokojnie Vivian. – A to jest nie tylko sprawdzian, ale i okazja. Kiedy czarownice zaczęły przed laty zabijać tkaczy, straciliśmy coś więcej niż życie. Straciliśmy ciągłość pokoleń, doświadczenie, wiedzę. A wszystko to ze strachu przed mocą, której nie rozumieliśmy. To jest nasza szansa, żeby zacząć od początku.

– „Bo burze będą szaleć i ocean ryknie,/ Kiedy Gabriel na brzegu morza stanie./ A gdy zadmie w swój róg cudowny,/ Stare światy umrą, narodzi się nowy” – wyszeptałam. – Kiedy Gabriel… – Czyżbyśmy byli w środku takiej zmiany?

– Gdzie się tego nauczyłaś? – zapytała Sarah ostrym tonem.

– Od pani Alsop. To było proroctwo jej nauczycielki, matki Ursuli.

– Wiem, co to proroctwo, Diano. Matka Ursula była słynną znachorką i potężną jasnowidzącą.

– Tak? – Dlaczego pani Alsop mi tego nie powiedziała?

– Tak. Jak na historyczkę jesteś zadziwiającą ignorantką, jeśli chodzi o wiedzę tajemną czarownic – uznała Sarah. – A niech mnie! Uczyłaś się tkać zaklęcia od jednej z uczennic Ursuli Shipton. – W jej głosie zabrzmiała nuta prawdziwego szacunku.

– Więc nie wszystko straciliśmy, póki mamy ciebie – zauważyła cicho Vivian.

Tymczasem Abby i Caleb spakowali do vana składane krzesła, resztki jedzenia i dzieci. Kiedy stałam na podjeździe i machałam im na pożegnanie, Vivian zbliżyła się do mnie z pojemnikiem sałatki ziemniaczanej w ręce.

– Jeśli chcesz, żeby Sarah otrząsnęła się z depresji i przestała wpatrywać się w to drzewo, opowiedz jej więcej o tkaniu. Pokaż, jak to robisz… tyle, ile możesz.

– Nadal nie jestem w tym zbyt dobra, Vivian.

– To kolejny powód, żeby zyskać pomoc Sarah. Ona może nie jest tkaczką, ale wie więcej o architekturze czarów niż inne znane mi czarownice. To da jej cel, teraz, kiedy Emily odeszła. – Harrison uścisnęła moją rękę.

– A coven?

– Caleb mówi, że to jest sprawdzian. Zobaczmy, czy go zdamy.

Vivian ruszyła podjazdem, omiatając reflektorami samochodu stary płot. Wróciłam do domu, zgasiłam światła i weszłam po schodach do męża.

– Zamknęłaś frontowe drzwi? – spytał Matthew, odkładając książkę. Leżał na łóżku, dla niego za krótkim.

– Nie mogłam. To zamek ryglowy, a Sarah zgubiła klucz.

Pobiegłam wzrokiem do klucza od naszej sypialni, który dom pomocnie dostarczył nam przy wcześniejszej okazji. Wspomnienie tamtej nocy przywołało uśmiech na moje usta. – Doktor Bishop, czuje się pani rozpustnicą? – Ton Matthew był uwodzicielski jak pieszczota.

– Jesteśmy małżeństwem. – Zrzuciłam buty i sięgnęłam do górnego guzika koszuli z kory. – Obowiązkiem żony jest pielęgnowanie cielesnych żądz wobec ciebie.

– I moim mężowskim obowiązkiem jest ich zaspokajanie.

Matthew wstał z łóżka i w szybkością światła znalazł się przy biurku. Delikatnie zabrał moje palce z guzika i sam go odpiął. Potem przeszedł do następnego i następnego. Kilka cali obnażonego ciała zasłużyło na pocałunek i miękki nacisk zębów. Pięć guzików później drżałam lekko w wilgotnym letnim powietrzu.

– Jakie to dziwne, że drżysz – zamruczał Matthew, przesuwając dłonie na zapięcie biustonosza. Musnął ustami bliznę w kształcie półksiężyca nad moim sercem. – Przecież nie jest ci zimno.

– Wszytko jest względne, wampirze. – Wplotłam palce w jego włosy, a on się zaśmiał. – Chcesz się ze mną kochać czy zmierzyć mi temperaturę?

* * *

Trochę później uniosłam rękę i w srebrzystej poświacie obróciłam ją w jedną i w drugą stronę. Przez środkowy i serdeczny palec lewej dłoni biegły kolorowe linie: jedna barwy promienia księżycowego, druga złota jak słońce. Inne nici lekko zbladły, ale perłowy węzeł nadal był ledwo widoczny na jasnej skórze obu nadgarstków.

 

– Jak myślisz, co to wszystko znaczy? – zapytał Matthew, muskając ustami moje włosy i kreśląc palcami ósemki i kółka na moich ramionach.

– Że poślubiłeś wytatuowaną kobietę… albo opętaną przez obcych. – Z nowym życiem, które we mnie rosło, Corrą, a teraz sznurkami tkaczki zaczynałam czuć, że robi mi się ciasno we własnej skórze.

– Byłem dzisiaj z ciebie dumny. Tak szybko wymyśliłaś sposób, jak uratować Grace.

– W ogóle nie myślałam. Kiedy Grace krzyknęła, coś się we mnie włączyło. Potem był już tylko instynkt. – Odwróciłam się w jego ramionach. – Czy ten smok nadal jest na moich plecach?

– Tak. Ciemniejszy niż przedtem. – Matthew objął mnie w talii i obrócił z powrotem do siebie. – Jakieś teorie, skąd się wziął?

– Jeszcze nie. – Odpowiedź była tuż-tuż, czułam ją, czekała na mnie.

– Może ma coś wspólnego z twoją mocą. Teraz jest większa niż kiedyś. – Matthew uniósł mój nadgarstek do ust. Wchłonął zapach, potem przycisnął wargi do żył. – Nadal pachniesz letnią burzą, a teraz czuję również nutę dynamitu, kiedy zapalony lont styka się z prochem.

– Mam dość mocy. Nie chcę więcej. – Wtuliłam się w męża.

Ale odkąd wróciliśmy do Madison, w mojej krwi budziło się mroczne pragnienie.

Kłamczucha, wyszeptał znajomy głos.

Skóra zaczęła mnie mrowić, jakby patrzyło na mnie tysiąc czarownic. Ale teraz byłam obserwowana przez tylko jedną istotę: boginię.

Obrzuciłam pokój spojrzeniem, ale nie zobaczyłam jej śladu. Gdyby Matthew wyczuł obecność bogini, zacząłby zadawać pytania, a ja nie chciałam na nie odpowiadać. I mógłby odkryć tajemnicę, którą nadal ukrywałam.

– Całe szczęście – wyszeptałam.

– Mówiłaś coś?

– Nie – skłamałam znowu i przysunęłam się do niego bliżej. – Pewnie się przesłyszałeś.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?