Księga życia

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Oczywiście. I znalezienie brakujących stron. Bez nich Księga Życia nigdy nie ujawni swoich sekretów.

Kiedy demon alchemik Edward Kelley wyrwał z niej trzy strony w szesnastowiecznej Pradze, zniszczył magię, której użyto przy tworzeniu księgi. Dla ochrony tekst ukryto w samym pergaminie, tworząc magiczny palimpsest, tak że słowa ścigały się po kartkach, jakby szukały brakujących liter. Tego, co pozostało, nie można było odczytać.

– Gdy go odzyskam, będziesz mógł zbadać, jakie istoty są z nim związane, może nawet określić daty, analizując informacje genetyczne w swoim laboratorium. – Praca naukowa Matthew dotyczyła głównie pochodzenia i wymierania gatunków. – Kiedy znajdę dwie brakujące strony…

Twarz mojego męża była maską spokoju.

– Miałaś na myśli: kiedy my odzyskamy Ashmole’a nr 782 i kiedy znajdziemy pozostałe strony.

– Matthew, bądź rozsądny. Nic nie rozwścieczy Kongregacji bardziej niż wiadomość, że byliśmy widziani razem w Bibliotece Bodlejańskiej.

– Jesteś już ponad trzy miesiące w ciąży, Diano. – Głos i twarz Matthew stały się jeszcze łagodniejsze. – Członkowie Kongregacji najechali mój dom i zabili twoją ciotkę. Peter Knox jest zdeterminowany, żeby dostać w swoje ręce Ashmole’a nr 782, i wie, że ty możesz go ubiec. W jakiś sposób dowiedział się również o brakujących stronach. Nie pójdziesz do Biblioteki Bodlejańskiej ani nigdzie indziej beze mnie.

– Muszę z powrotem złożyć Księgę Życia. – Podniosłam głos.

– Zrobimy to razem, Diano. Teraz Ashmole nr 782 jest bezpieczny w bibliotece. Zostaw go tam i pozwól, by najpierw rozwiązała się ta sprawa z Kongregacją. – Matthew był przekonany, może za bardzo, że ja jestem jedyną czarownicą, która może przełamać czar rzucony na rękopis przez mojego ojca.

– Ile czasu to potrwa?

– Może do narodzin dzieci – odparł Matthew.

– Czyli jeszcze sześć miesięcy – stwierdziłam, hamując gniew. – Więc mam być w ciąży i czekać. A twój plan obejmuje kręcenie kciukami i patrzenie ze mną na kalendarz?

– Zrobię wszystko, co każe mi Baldwin – oświadczył Matthew, dopijając wino.

– Chyba nie mówisz poważnie! – krzyknęłam. – Dlaczego godzisz się na jego autokratyczne nonsensy?

– Bo silna głowa rodziny zapobiega chaosowi, niepotrzebnemu rozlewowi krwi i jeszcze gorszym rzeczom – odparł Matthew. – Zapominasz, że narodziłem się na nowo w zupełnie innych czasach, Diano, kiedy większość bytów bez pytania słuchała swojego pana, księdza, ojca albo męża. Wykonywanie rozkazów Baldwina nie jest dla mnie takie trudne, jak będzie dla ciebie.

– Dla mnie? Nie jestem wampirem. Nie muszę go słuchać.

– Musisz, jeśli jesteś de Clermont. – Matthew chwycił mnie za łokcie. – Kongregacja i tradycja wampirów zostawiają nam niewielki wybór. W połowie grudnia staniesz się pełnoprawnym członkiem rodu de Clermont. Znam Verin i wiem, że ona nigdy nie sprzeniewierzy się obietnicy danej Philippe’owi.

– Nie potrzebuję pomocy Baldwina – oświadczyłam. – Jestem tkaczką i mam własną moc.

– Baldwin nie musi o tym wiedzieć. – Matthew mocniej ścisnął moje łokcie. – Jeszcze nie. Nikt nie zapewni tobie i naszym dzieciom bezpieczeństwa lepiej niż on i reszta klanu de Clermont.

– Ty jesteś de Clermontem. – Dźgnęłam go palcem w pierś. – Philippe jasno dał to do zrozumienia.

– Nie w oczach innych wampirów. – Matthew ujął moją dłoń. – Może należę do rodziny Philippe’a de Clermonta, ale nie jestem z jego krwi. Ty tak. A ja choćby tylko z tego powodu zrobię wszystko, o co poprosi mnie Baldwin.

– Nawet zabijesz Knoksa?

Matthew zrobił zaskoczoną minę.

– Jesteś asasynem. Knox wtargnął na ziemie de Clermontów, co stanowi bezpośrednie wyzwanie dla honoru rodu. I jak przypuszczam, on jest teraz twoim problemem. – Siliłam się na rzeczowy ton, choć wymagało to ode mnie dużego wysiłku. Wiedziałam, że Matthew już wcześniej zabijał ludzi, ale samo słowo „asasyn” budziło niepokój i mieszanie uczucia.

– Jak powiedziałem, wypełnię rozkazy Baldwina. – Szare oczy Matthew nabrały zielonkawego odcienia, były zimne i bez życia.

– Nie obchodzi mnie, co rozkaże Baldwin. Nie możesz polować na czarownika, zwłaszcza członka Kongregacji. To tylko pogorszy sprawy.

– Po tym, co zrobił Emily, Knox już jest martwy – oświadczył Matthew. Puścił mnie i podszedł do okna.

Otaczające go nici zalśniły czerwienią i czernią. Struktura świata nie była widoczna dla każdej czarownicy, ale ja jako tkaczka, twórczyni zaklęć, dostrzegałam ją wyraźnie.

Dołączyłam do męża stojącego przy oknie. Słońce oblewało zielone wzgórza złotym blaskiem. Widok był sielski i spokojny, ale ja wiedziałam, że pod powierzchnią kryją się skały, twarde i groźne jak mężczyzna, którego kochałam. Objęłam go w pasie i oparłam głowę o jego ramię. On właśnie tak mnie przytulał, kiedy potrzebowałam otuchy i poczucia bezpieczeństwa.

– Nie musisz dla mnie ścigać Knoksa – powiedziałam. – Ani dla Baldwina.

– Muszę zrobić to dla Emily – rzekł cicho Matthew.

* * *

Em pochowano w ruinach starożytnej świątyni. Byłam tam wcześniej z Philippe’em, a krótko po naszym powrocie Matthew uparł się, żebym odwiedziła grób i w ten sposób uświadomiła sobie, że moja ciotka naprawdę odeszła… na zawsze. Później chodziłam tam kilka razy, kiedy potrzebowałam spokoju i czasu, żeby pomyśleć. Mąż prosił mnie jedynie, żebym nie robiła tego sama. Tego dnia moją eskortą była Ysabeau, która potrzebowała trochę odpoczynku od Matthew, Baldwina i kłopotów, którymi nasiąkło powietrze w Sept-Tours.

Miejsce było tak piękne, jak je zapamiętałam. Z cyprysami, które niczym strażnicy strzegły połamanych kolumn, teraz już ledwo widocznych. Dzisiaj wzgórza nie pokrywał śnieg jak w grudniu 1590 roku, tylko bujna zieleń, nie licząc ciemniejszego prostokąta w miejscu ostatniego spoczynku Em. Na miękkiej ziemi dostrzegłam ślady kopyt i niewyraźne wgłębienie pośrodku.

– Biały jeleń nabrał zwyczaju sypiania na grobie – wyjaśniła Ysabaeu, idąc za moim spojrzeniem. – One są bardzo rzadkie.

– Biały jeleń pojawił się, kiedy Philippe i ja przyszliśmy tutaj przed moim ślubem, żeby złożyć ofiarę bogini. – Wtedy poczułam jej moc wzbierającą pod moimi stopami. Teraz również, ale się nie przyznałam. Matthew upierał się, że nikt nie powinien wiedzieć o mojej magii.

– Philippe mówił mi, że cię poznał – powiedziała Ysabeau. – Zostawił mi liścik w oprawie jednej z alchemicznych książek Godfreya. – W listach moi teściowie dzielili się drobnym szczegółami życia codziennego, które inaczej zostałyby zapomniane.

– Jakże musisz za nim tęsknić. – Przełknęłam dławiącą gulę w gardle. – On był nadzwyczajny, Ysabeau.

– Tak – przyznała cicho teściowa. – Nigdy nie poznam nikogo takiego jak on.

Stałyśmy nad grobem, milczące i zadumane.

– To, co się wydarzyło dziś rano, wszystko zmieni – stwierdziła Ysabeau. – Śledztwo Kongregacji sprawi, że trudniej nam będzie zachować nasze tajemnice. A Mathew ma ich najwięcej do ukrycia.

– Jak tę, że jest rodowym zabójcą? – spytałam.

– Tak. Wiele rodzin wampirów chciałoby wiedzieć, który członek klanu de Clermont jest odpowiedzialny za śmierć ich ukochanych.

– Kiedy byliśmy tutaj z Philippe’em, myślałam, że odkryłam większość sekretów Matthew. Wiem o jego próbie samobójstwa. I o tym, co zrobił dla ojca. – Tę tajemnicę mojemu mężowi przyszło wyjawić najtrudniej: że pomógł Philippe’owi w śmierci.

– Nie ma ich końca, jeśli chodzi o wampiry – przyznała Ysabeau. – Ale sekrety to nielojalni sojusznicy. Pozwalają nam wierzyć, że jesteśmy bezpieczni, a tymczasem nas niszczą.

Zastanawiałam się, czy ja jestem jedną z tych destrukcyjnych tajemnic w samym sercu rodziny de Clermont. Wyjęłam z kieszeni kopertę i podałam ją Ysabeau. Gdy teściowa zobaczyła drobne, nieczytelne pismo, jej twarz zastygła.

– Alain mi go dał. Philippe napisał to w dniu, kiedy umarł – wyjaśniłam. – Chciałabym, żebyś to przeczytała. Myślę, że wiadomość była przeznaczona dla nas wszystkich.

Kiedy Ysabeau rozkładała kartkę, drżały jej ręce. Ostrożnie otworzyła list i przeczytała na głos kilka linijek. Jedna z nich uderzyła mnie z nową siłą. „Nie pozwól, żeby duchy przeszłości skradły Ci radość w przyszłości”.

– Och, Philippe – wyszeptała ze smutkiem Ysabeau.

Oddała mi liścik i dotknęła mojego czoła. W jednej krótkiej chwili zobaczyłam kobietę, którą kiedyś była: budzącą lęk, ale zdolną do radości. Szybko cofnęła dłoń.

Chwyciłam jej rękę, zimniejszą niż jej syna. Delikatnie przyłożyłam jej lodowate palce do skóry między moimi brwiami, dając jej nieme przyzwolenie na to, by dotknęła miejsca, gdzie naznaczył mnie Philippe de Clermont. Nacisk palców zmienił się ledwo zauważalnie, kiedy teściowa badała moje czoło. Gdy się odsunęła, zobaczyłam, że jej krtań się porusza.

– Czuję… coś. Obecność, ślad Philippe’a. – Oczy Ysabeau lśniły.

– Chciałabym, żeby tutaj był – wyznałam. – On wiedziałby, co zrobić z tym bałaganem: Baldwinem, przysięgą krwi, Kongregacją, Knoksem, nawet z Ashmole’em nr 782.

– Mój mąż nigdy nie robił niczego, jeśli nie było to absolutnie konieczne – odparła Ysabeau.

– Ale zawsze coś robił. – Pomyślałam o tym, jak zorganizował naszą podróż do Sept-Tours w roku 1590 mimo kiepskiej pogody i niechęci Matthew.

– Bynajmniej. On obserwował. Czekał. Pozwalał innym podejmować ryzyko, a tymczasem gromadził ich sekrety, żeby wykorzystać je w przyszłości. Dlatego przetrwał tak długo.

Słowa Ysabeau przypomniały mi zadanie, które w roku 1590 dał mi Philippe, kiedy naznaczył mnie krwią jako swoją córkę. Myśl i pozostań żywa.

– Pamiętaj o tym, zanim popędzisz do Oksfordu po swoją książkę. – Ysabeau ściszyła głos do szeptu. – Pamiętaj o tym w trudnych dniach, kiedy wyjdą na jaw najmroczniejsze sekrety de Clermontów. Pamiętaj o tym, a pokażesz wszystkim, że jesteś córką Philippe’a de Clermonta nie tylko z nazwiska.

 

Rozdział 5

Po dwóch dniach pobytu Baldwina w Sept-Tours nie tylko zrozumiałam, dlaczego Matthew dobudował do zamku swoją wieżę, ale też żałowałam, że nie umieścił jej w innej prowincji albo w innym kraju.

Baldwin dał jasno do zrozumienia, że nieważne, kto prawnie jest właścicielem château, Sept-Tours to jego dom. Przewodził każdemu posiłkowi. U niego pierwszego zjawiał się każdego ranka Alain, żeby przyjąć rozkazy, a w ciągu dnia regularnie składał mu raporty ze swoich postępów. Burmistrz Saint-Lucien przychodził i siadał z nim w salonie, żeby porozmawiać o lokalnych sprawach. Baldwin sprawdził zaopatrzenie domu i niechętnie przyznał, że Marthe spisuje się doskonale. Wchodził do pokojów bez pukania, beształ Marcusa i Matthew za najlżejsze uchybienia, prawdziwe albo wymyślone, krytykował Ysabeau za wszystko, od wystroju salonu po kurz w wielkiej sali.

Nathaniel, Sophie i Margaret byli pierwszymi szczęśliwcami, którzy opuścili château. Pożegnali się łzawo z Marcusem i Phoebe i obiecali, że będą w kontakcie, kiedy już się urządzą. Baldwin namawiał ich, żeby pojechali do Australii, i ostentacyjnie demonstrował solidarność z matką Nathaniela, która była demonem i członkiem Kongregacji. Nathaniel z początku protestował, argumentując, że w Karolinie Północnej będzie im dobrze, ale chłodniejsze głowy – zwłaszcza Phoebe – wygrały.

Pytana później, dlaczego w tej sprawie poparła Baldwina, Phoebe wyjaśniła, że Marcus martwił się o bezpieczeństwo Margaret, a ona nie mogła pozwolić, żeby narzeczony brał na siebie odpowiedzialność za dziecko. Dlatego Nathaniel zamierzał zrobić to, co Baldwin uznał za najlepsze. Wyraz twarzy Phoebe ostrzegł mnie, że gdybym miała inną opinię w tej kwestii, powinnam zachować ją dla siebie.

Nawet po pierwszej fali wyjazdów Sept-Tours wydawało się zatłoczone, póki mieszkali w nim Baldwin, Marcus i Matthew, nie wspominając o Verin, Ysabeau i Gallowglassie. Fernando był mniej męczący; spędzał dużo czasu z Sarah albo z Hamishem. Wszyscy wyszukiwaliśmy sobie kryjówki, w których mogliśmy znaleźć bardzo pożądany spokój i ciszę. Było więc pewnym zaskoczeniem, kiedy Ysabeau wpadła do gabinetu Matthew z nowiną.

– Marcus jest w Okrągłej Wieży z Sarah – oznajmiła, a na jej zwykle bladych policzkach wykwitły dwie czerwone plamy. – Są z nimi Phoebe i Hamish. Znaleźli stare rodzinne drzewa genealogiczne.

Nie mogłam pojąć, dlaczego Matthew rzucił pióro i zerwał się z krzesła. Kiedy Ysabeau dostrzegła moje zdziwione spojrzenie, posłała mi smutny uśmiech.

– Marcus wkrótce odkryje jeden z sekretów swojego ojca – wyjaśniła.

Te słowa mnie również poruszyły.

Nigdy nie postawiłam stopy w Okrągłej Wieży, która wznosiła się naprzeciwko tej Matthew i była od niej oddzielona główną częścią château. Kiedy tam dotarliśmy, zrozumiałam, dlaczego nikt nie włączył jej do mojej wycieczki po Sept-Tours.

Środek podłogi zajmowała okrągła metalowa krata. Z głębokiej dziury, którą zakrywała, wydobywał się znajomy zapach starości, śmierci i rozpaczy.

– Loch – wyszeptałam zmrożona widokiem.

Matthew mnie usłyszał i zbiegł po schodach.

– Philippe zbudował go jako więzienie. Rzadko go używał. – Czoło mojego męża było zmarszczone z troski.

– Idź pierwszy. – Machnęłam ręką na niego i na złe wspomnienia. – My za tobą.

Loch pod Okrągłą Wieżą był miejscem zapomnienia, ale piętro okazało się miejscem wspomnień: pełne pudeł, dokumentów, papierów i artefaktów. Musiało to być rodzinne archiwum de Clermontów.

– Nic dziwnego, że Emily spędzała tutaj tyle czasu – powiedziała Sarah. Pochylała się nad długim, częściowo rozwiniętym zwojem, który leżał na zniszczonym blacie roboczym obok sześciu innych, czekających na swoją kolej. Przy niej stała Phoebe. – Miała hopla na punkcie genealogii.

– Cześć! – Zadowolony Marcus pomachał nam ze znajdującej się wysoko nad pokojem kolistej kładki, na której leżało jeszcze więcej pudeł i worków. Najwyraźniej dotąd nie natrafił na brudne sekrety, których tak obawiała się Ysabeau. – Hamish właśnie miał po was iść.

Marcus przeskoczył nad poręczą i wylądował miękko obok Phoebe. Bez drabinki czy schodów nie było jak dostać się na ten poziom magazynu, z wyjątkiem szorstkich kamieni jako oparcia dla rąk, i żadnego innego sposobu, żeby zejść albo zeskoczyć. Bezpieczeństwo w najlepszym wydaniu.

– Czego szukacie? – zapytał Matthew z nutą zaciekawienia w głosie.

– Oczywiście sposobu, żeby uwolnić się od Baldwina – odparł Marcus i podał Hamishowi zniszczony notes. – Proszę. Notatki Godfreya na temat prawa wampirów.

Hamish zaczął przewracać strony, najwyraźniej szukając jakiejś użytecznej informacji. Godfrey był najmłodszym z trzech synów Philippe’a, znanym ze swojej przebiegłości. Ogarnęły mnie złe przeczucia.

– I znaleźliście? – Matthew zerknął na zwój.

– Chodźcie i zobaczcie. – Marcus przywołał nas do stołu.

– To ci się spodoba, Diano – powiedziała Sarah, poprawiając okulary. – Marcus mówi, że to drzewo genealogiczne de Clermontów. Wygląda na naprawdę stare.

– Rzeczywiście.

Zobaczyłam średniowieczne kolorowe podobizny Philippe’a i Ysabeau stojących na osobnych kwadratowych pudłach na górze strony. Ręce mieli splecione przez rozdzielającą ich przestrzeń. Barwne wstążki łączyły ich z namalowanymi poniżej medalionami. Każdy z nich zawierał imię. Niektóre były znajome: Hugh, Baldwin, Godfrey, Matthew, Verin, Freyia, Stasia. Wielu nie znałam.

– Dwunasty wiek. Francja. Styl pracowni z Saint-Sever. – Phoebe potwierdziła moje wrażenie, że dzieło jest stare.

– Wszystko się zaczęło, kiedy poskarżyłem się Gallowglassowi na Baldwina – wyjaśnił Marcus. – Od niego wiem, że Philippe był równie nieznośny i że kiedy Hugh wreszcie miał dość, poszedł na swoje z Fernandem. Gallowglass nazwał ich nową rodzinę szczepem i dodał, że czasami szczepy są jedynym sposobem na utrzymanie pokoju.

Wyraz hamowanej furii na twarzy Matthew mówił, że pokój jest ostatnią rzeczą, którą Gallowglass będzie się cieszył, kiedy stryj go znajdzie.

– Pamiętam, że czytałem coś o szczepach, kiedy dziadek miał nadzieję, że zajmę się prawem i przejmę dawne obowiązki Godfreya – powiedział Marcus.

– Znalazłem. – Hamish postukał palcem w stronicę. – „Każdy mężczyzna ze swoimi pełnoprawnymi dziećmi może stworzyć szczep, pod warunkiem, że otrzyma zgodę swojego rodzica albo głowy klanu. Nowy szczep będzie uważany za gałąź pierwotnej rodziny, ale pod wszystkimi innymi względami jego pan będzie swobodnie dysponował swoją wolą i władzą”. To brzmi dość jednoznacznie, ale ponieważ Godfrey był zaangażowany w sprawę, musi chodzić o coś więcej.

– Utworzenie osobnej gałęzi rodu de Clermont pod twoją władzą rozwiąże wszystkie nasze problemy! – stwierdził Marcus.

– Nie wszyscy przywódcy klanów godzą się na szczepy, Marcusie – ostrzegł Matthew.

– Kiedyś buntownik, zawsze buntownik – skwitował Marcus, wzruszając ramionami. – Wiedziałeś o tym, kiedy mnie robiłeś.

– A Phoebe? – Matthew uniósł brew. – Czy narzeczona podziela twoje rewolucyjne zapędy? Może nie spodobać się jej pomysł, że zostaniesz wyrzucony z Sept-Tours bez grosza, kiedy stryj przejmie wszystkie twoje aktywa.

– Co masz na myśli? – zapytał z niepokojem Marcus.

– Hamish może mnie poprawić, jeśli się mylę, ale sądzę, że następne rozdziały książki Godfreya mówią o karach związanych z ustanowieniem szczepu bez zgody reproduktora.

– Ty jesteś moim reproduktorem. – Marcus z uporem wysunął brodę do przodu.

– Tylko w biologicznym sensie. Dałem ci swoją krew, żebyś mógł narodzić się ponownie jako wampir. – Matthew przeczesał włosy palcami; był to znak, że rośnie w nim frustracja. – I wiesz, jak nie znoszę określenia „reproduktor” w tym kontekście. Uważam się za twojego ojca, a nie za dawcę krwi.

– Proszę cię, żebym był kimś więcej – powiedział Marcus. – Baldwin myli się co do przymierza i co do Kongregacji. Jeśli utworzysz szczep, będziemy mogli wytyczyć własną ścieżkę, podejmować własne decyzje.

– Jest jakiś problem z tym, żebyś założył własny szczep, Matt? – zapytał Hamish. – Teraz, kiedy Diana jest w ciąży, pomyślałbym, że będziesz się palił do tego, żeby uwolnić się spod władzy Baldwina.

– To nie takie proste, jak myślisz. A Baldwin może mieć zastrzeżenia.

– Co to jest, Phoebe? – Sarah wskazała palcem plamę na pergaminie pod imieniem Matthew. Bardziej interesowała ją genealogia niż prawne zawiłości.

Phoebe przyjrzała się uważniej.

– To jakieś skreślenie. Kiedyś było tutaj jakieś kółko. Niemal mogę odczytać imię. Beia… aaa, to musi być Benjamin. Używali powszechnych średniowiecznych skrótów i zastępowali „j” literą „i”.

– Wydrapali kółko, ale zapomnieli usunąć czerwoną linię łączącą je z Matthew – zauważyła Sarah. – Wygląda na to, że Benjamin jest jednym z jego dzieci.

Wzmianka o Benjaminie zmroziła mi krew w żyłach. Matthew miał syna o takim imieniu. Przerażającą istotę.

Phoebe rozwinęła następny zwój. Ta genealogia też wyglądała na starą, choć nie tak starą jak ta, którą przed chwilą studiowaliśmy.

– Zdaje się, że jest o jeden wiek późniejsza. – Phoebe rozłożyła pergamin na stole. – Nie ma na niej skreśleń ani żadnej wzmianki o Benjaminie. On po prostu znika bez śladu.

– Kim jest Benjamin? – zapytał Marcus.

Nie rozumiałam dlaczego. Przecież musiał znać inne dzieci Matthew.

– Benjamin nie istnieje. – Ysabeau starannie dobierała słowa, a wyraz jej twarzy był nieprzenikniony.

Mój umysł starał się wydobyć sens z pytania Marcusa i dziwnej odpowiedzi Ysabeau. Jeśli syn Matthew nie wiedział o Benjaminie…

– Czy dlatego wymazano jego imię? – zapytała Phoebe. – Ktoś popełnił błąd?

– Tak, on był błędem. – Głos Matthew zabrzmiał głucho.

– Ale Benjamin istnieje. – Spojrzałam w szarozielone oczy męża. Były obce i nieprzeniknione. – Poznałam go w szesnastowiecznej Pradze.

– A teraz żyje? – spytał Hamish.

– Nie wiem – odparł Matthew. – Myślałem, że umarł krótko po tym, jak stworzyłem go w dwunastym wieku. Setki lat później Philippe usłyszał o kimś, kto pasował do opisu, ale ten człowiek zniknął z widoku, zanim się upewniliśmy. W dziewiętnastym wieku krążyły pogłoski o Benjaminie, ale nigdy nie zobaczyliśmy żadnego dowodu.

– Nie rozumiem – powiedział Marcus. – Nawet jeśli Benjamin nie żyje, powinien pojawić się w genealogii.

– Ja się go wyrzekłem. Philippe również. – Matthew wolał zamknąć oczy niż patrzeć na nasze zdziwione miny. – Ktoś może stać się częścią rodu dzięki przysiędze krwi, ale może również zostać z niego wyrzucony i radzić sobie bez niego i bez ochrony prawa wampirów. Wiesz, jak ważny jest dla nas rodowód, Marcusie. Brak rodziny jest poważną skazą wśród wampirów, tak jak dla czarownic związanie czarem.

Powoli stawało się dla mnie jasne, dlaczego Baldwin nie chciał przyjąć mnie do rodu de Clermont jako jedno z dzieci Philippe’a.

– Więc Benjamin nie żyje – stwierdził Hamish. – Przynajmniej pod względem prawnym.

– A zmarli czasem zmartwychwstają, żeby nas prześladować – wyszeptała Ysabeau. Syn posłał jej mroczne spojrzenie.

– Nie rozumiem, co Benjamin zrobił, że odwracasz się od własnej krwi, Matthew. – Głos i twarz Marcusa nadal zdradzały konsternację. – Ja byłem koszmarem w moich wczesnych latach, a mnie nie porzuciłeś.

– Benjamin był jednym z niemieckich krzyżowców, którzy pomaszerowali z armią hrabiego Emicho do Ziemi Świętej. Kiedy zostali pokonani na Węgrzech, dołączył do wojsk mojego brata Godfreya. Matka Benjamina była córką prominentnego kupca z Lewantu, a on nauczył się trochę hebrajskiego i nawet arabskiego ze względu na interesy rodziny. Był cennym sojusznikiem… z początku.

– Zatem Benjamin był synem Godfreya? – zapytała Sarah.

– Nie – odparł Matthew. – Moim. Benjamin zaczął sprzedawać rodzinne sekrety de Clermontów. Zapowiedział, że ujawni istnienie wampirów, czarownic i demonów ludziom w Jerozolimie. Kiedy odkryłem jego zdradę, straciłem panowanie nad sobą. Philippe marzył o stworzeniu bezpiecznej przystani dla nas wszystkich w Ziemi Świętej, miejsca, gdzie moglibyśmy żyć bez strachu. Benjamin mógł zniszczyć nadzieje Philippe’a, a tę moc ja mu dałem.

Znałam swojego męża na tyle dobrze, by sobie wyobrazić głębię jego poczucia winy i wyrzutów sumienia.

– Dlaczego go nie zabiłeś? – zdziwił się Marcus.

– Śmierć byłaby zbyt szybka. Chciałem ukarać Benjamina za to, że okazał się fałszywym przyjacielem. Chciałem, żeby cierpiał, tak jak cierpią byty. Uczyniłem go wampirem, żeby, wydając de Clermontów, wydał również siebie. – Matthew zrobił pauzę. – Potem go porzuciłem, żeby sam sobie radził.

– Kto nauczył go, jak przetrwać? – zapytał ściszonym głosem Marcus.

 

– Sam się nauczył. To była część jego kary. – Matthew wytrzymał wzrok syna. – I mojej również. Boży sposób, bym odpokutował za swój grzech. Ponieważ porzuciłem Benjamina, nie wiedziałem, że przekazałem mu ten sam szał krwi, który płynie w moich żyłach. To było lata przed odkryciem, jakim potworem stał się Benjamin.

– Szał krwi? – Marcus z niedowierzaniem popatrzył na ojca. – To niemożliwe. On zmienia wampira w bezlitosnego zabójcę pozbawionego rozsądku i współczucia. Nie było takich przypadków od prawie dwóch tysiącleci. Sam mi tak mówiłeś.

– Kłamałem. – Głos Matthew się załamał.

– Nie możesz mieć szału krwi, Matt – stwierdził Hamish. – Wspomniano o nim w rodzinnych dokumentach. Jego objawy to ślepa furia, niezdolność do rozumowania i przemożny instynkt zabijania. Ty nigdy nie wykazywałeś objawów tej choroby.

– Nauczyłem się ją kontrolować – odparł Matthew. – Przez większość czasu.

– Gdyby Kongregacja to odkryła, wyznaczyłaby cenę za twoją głowę. Z tego, co tutaj przeczytałem, wynika, że inne byty miałyby carte blanche, żeby cię zniszczyć. – Hamish był wyraźnie zaniepokojony.

– Nie tylko mnie. – Spojrzenie Matthew pomknęło do mojego zaokrąglonego brzucha. – Moje dzieci również.

Na twarzy Sarah odmalowało się przerażenie.

– Dzieci…

– A Marcus? – Kostki Phoebe zbielały, kiedy zacisnęła dłonie na brzegu stołu, ale jej głos pozostał spokojny.

– Marcus jest tylko nosicielem – zapewnił ją Matthew. – Symptomy ujawniają się natychmiast.

Phoebe wyraźnie ulżyło.

Matthew spojrzał synowi prosto w oczy.

– Kiedy cię tworzyłem, byłem całkowicie przekonany, że jestem wyleczony. Minęło prawie stulecie, odkąd miałem ostatni epizod. Nastał Wiek Rozumu. W swojej dumie wierzyliśmy, że całe dawne zło zostało wykorzenione, od ospy po przesądy. I wtedy pojechałeś do Nowego Orleanu.

– Moje własne dzieci. – Dziki wzrok Marcusa świadczył o tym, że zaczyna docierać do niego prawda. – Ty i Juliette Durand przyjechaliście do miasta, a one zaczęły ginąć. Myślałem, że to Juliette je zabiła. Ale to ty. Zabiłeś je z powodu swojego szału krwi.

– Twój ojciec nie miał wyboru – odezwała Ysabeau. – Kongregacja wiedziała, że w Nowym Orleanie są kłopoty. Philippe rozkazał Matthew załatwić sprawę, zanim wampiry odkryją przyczynę. Gdyby Matthew odmówił, wszyscy byście nie żyli.

– Członkowie Kongregacji byli przekonani, że wróciło stare przekleństwo szału krwi – wyjaśnił Matthew. – Chcieli zburzyć miasto i spalić je doszczętnie, ale ja argumentowałem, że tamte wybryki są rezultatem młodości i niedoświadczenia, a nie szału krwi. Miałem zabić ich wszystkich. Miałem zabić również ciebie, Marcusie.

Marcus zrobił zaskoczoną minę. Ysabeau nie.

– Philippe był na mnie wściekły, ale ja zabiłem tylko tych, którzy wykazywali objawy. Zabiłem ich szybko, bez bólu i strachu. – Matthew mówił martwym głosem. Nienawidziłam jego sekretów i kłamstw, ale serce i tak bolało mnie z jego powodu. – Wytłumaczyłem ekscesy moich pozostałych wnucząt biedą, pijaństwem, chciwością. Potem wziąłem odpowiedzialność za to, co wydarzyło się w Nowym Orleanie, zrezygnowałem ze swojego miejsca w Kongregacji i przysiągłem, że nie stworzysz następnych dzieci, póki nie będziesz starszy i mądrzejszy.

– Powiedziałeś mi, że jestem porażką, hańbą rodziny. – Głos Marcusa był ochrypły od hamowanych emocji.

– Musiałem cię powstrzymać. Nie wiedziałem, co innego mógłbym zrobić. – Matthew wyznał grzechy bez prośby o wybaczenie.

– Kto jeszcze zna twoją tajemnicę, Matthew? – spytała Sarah.

– Verin. Baldwin. Stasia i Freyia. Fernando, Gallowglass, Miriam. Marthe, Alain. – Matthew kolejno prostował palce. – Hugh, Godfrey, Hancock, Louisa i Louis.

Marcus popatrzył na ojca z goryczą.

– Chcę wiedzieć wszystko. Od początku do końca.

– Matthew nie może opowiedzieć ci początku tej historii – odezwała się cicho Ysabeau. – Tylko ja mogę to zrobić.

– Nie, maman. – Matthew pokręcił głową. – To nie jest konieczne.

– Oczywiście, że jest. To ja wprowadziłam tę chorobę do rodziny. Ja jestem nosicielką, podobnie jak Marcus.

– Ty? – wykrztusiła Sarah.

– Chorobę przekazał mi mój reproduktor. Uważał, że to wielkie błogosławieństwo dla lamii mieć w sobie jego krew, bo ona czyniła z niej istotę naprawdę przerażającą i prawie niemożliwą do zabicia. – Pogarda i nienawiść, z jakimi Ysabeau wymówiła słowo „reproduktor”, uświadomiły mi, dlaczego Matthew tak nie lubi tego określenia. – Wtedy między wampirami ciągle trwała wojna, więc chwytano się każdej możliwej przewagi. Krew mojego twórcy nie podziałała tak, jak miał nadzieję, choć u innych jego dzieci ujawnił się silny szał krwi. Za karę… – Ysabeau umilkła i wzięła drżący oddech. – Za karę zostałam zamknięta w klatce, żeby dostarczać rozrywki moim braciom i siostrom i żeby mogli na mnie trenować zabijanie. Mój reproduktor nie spodziewał się, że przeżyję.

Ysabeau przytknęła palce do warg. Przez chwilę nie mogła mówić.

– Żyłam bardzo długo w tym małym, zakratowanym więzieniu, brudna, głodna, ranna w środku i na zewnątrz. Nie mogłam umrzeć, choć bardzo tego pragnęłam. Ale im bardziej walczyłam i dłużej żyłam, tym bardziej interesująca się stawałam. Ojciec brał mnie wbrew mojej woli, podobnie jak bracia. Wszystko, co mi robiono, wynikało z chorej ciekawości, co w końcu mnie okiełzna. Ale ja byłam szybka… i sprytna. Mój reproduktor zaczął myśleć, że może jednak będę dla niego użyteczna.

– To nie jest historia, którą opowiedział mi Philippe – stwierdził w odrętwieniu Marcus. – Dziadek mówił, że uratował cię z fortecy. Że twój stwórca cię porwał i uczynił wampirem wbrew twojej woli, bo byłaś taka piękna, że nie mógł dopuścić, żeby ktoś inny cię miał. Zmusił cię, żebyś służyła mu jako żona.

– Wszystko to była prawda, tyle że nie cała. – Ysabeau spojrzała wnukowi w oczy. – Philippe znalazł mnie w fortecy i uratował z tego strasznego miejsca. Ale ja nie byłam wtedy pięknością, nieważne, jakie romantyczne historie opowiadał później twój dziadek. Ogoliłam sobie głowę skorupką, którą jakiś ptak upuścił na parapet okna. Nie chciałam, żeby mogli trzymać mnie za włosy. Zostały mi blizny, choć teraz są ukryte. Miałam złamaną nogę. I chyba rękę. Marthe na pewno pamięta.

Nic dziwnego, że Ysabeau i Marthe opiekowały się mną tak troskliwie po La Pierre. Jedna była torturowana, druga pomogła jej dojść do siebie po tamtych strasznych przeżyciach. Ale opowieść mojej teściowej jeszcze się nie skończyła.

– Kiedy zjawili się Philippe i żołnierze, byli odpowiedzią na moje modlitwy. Od razu zabili mojego ojca. Ludzie Philippe’a zażądali skazania na śmierć wszystkich dzieci mojego reproduktora, żeby nie rozprzestrzeniła się trucizna krążąca w naszej krwi. Pewnego ranka przyszli i zabrali moich braci i siostry. Philippe nie pozwolił im mnie tknąć. Twój dziadek skłamał, mówiąc, że nie zostałam zainfekowana chorobą, że stworzył mnie ktoś inny, a ja zabijałam tylko dlatego, żeby przeżyć. Nie został nikt, żeby temu zaprzeczyć. Dlatego Philippe wybaczył Matthew, że cię nie zabił, Marcusie, choć on kazał mu to zrobić. Wiedział, jak to jest kochać kogoś za bardzo, by patrzeć, jak ginie.

Słowa Ysabeau nie rozproszyły mroku w oczach Marcusa.

– Przez wieki ukrywaliśmy tę tajemnicę. Philippe, Marthe i ja. Stworzyłam wiele dzieci, zanim przyjechaliśmy do Francji, i myślałam, że szał krwi jest okropnością, którą zostawiliśmy za sobą. Moje dzieci żyły długo i nigdy nie wykazywały śladu choroby. Potem pojawił się Matthew… – Ysabeau umilkła. Na jej dolnej powiece uformowała się kropla czerwieni. – Kiedy stworzyłam Matthew, mój ojciec był jedynie mroczną legendą wśród wampirów. Podawano go za przykład tego, co może się nam przydarzyć, jeśli ulegniemy żądzy krwi i władzy. Każdy wampir choćby podejrzewany o szał krwi natychmiast był zabijany, podobnie jak jego ojciec i potomstwo. – Ysabeau mówiła beznamiętnym tonem. – Ale ja nie mogłabym zabić swojego dziecka i nie pozwoliłabym nikomu tego zrobić. To nie wina Matthew, że jest chory.

– To niczyja wina, maman – odezwał się Matthew. – To choroba genetyczna, której nadal nie rozumiemy. Z powodu początkowej bezwzględności Philippe’a i tego, co zrobiła rodzina, żeby ukryć prawdę, Kongregacja nie wie, że mam ją w swoich żyłach.