Księga życia

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Normalnie Matthew rozkoszował się spokojnymi godzinami między północą a świtem, kiedy sowy przestawały pohukiwać i nawet najbardziej zdyscyplinowane ranne ptaki jeszcze nie zrzuciły z siebie kołdry. Tej nocy nawet znajome zapachy i dźwięki nie potrafiły zdziałać cudu.

Mogło mu pomóc tylko jedno.

Matthew wspiął się po schodach na szczyt wieży. Spojrzał z góry na uśpioną postać. Pogłaskał ją po włosach i uśmiechnął się, kiedy żona instynktownie przysunęła głowę do jego ręki. Choć to wydawało się niemożliwe, pasowali do siebie: wampir i czarownica, mężczyzna i kobieta, mąż i żona. Twarda pięść zaciśnięta wokół jego serca rozluźniła się o kilka cennych milimetrów.

Matthew zdjął ubranie i wśliznął się do łóżka. Pościel była oplątana wokół nóg Diany, więc wyciągnął ją i nakrył ich oboje. Wpasował się kolanami pod kolana żony i przysunął do siebie jej biodra. Wchłonął jej delikatny, miły zapach – miodu, rumianku i soku z wierzby – musnął pocałunkiem jasne włosy.

Po zaledwie kilku oddechach jego serce zwolniło, napięcie zelżało. Diana dała mu spokój, którego wcześniej nie mógł zaznać. W kręgu ramion miał wszystko, czego potrzebował. Żonę. Dzieci. Własną rodzinę. Pozwolił, żeby jego duszę przeniknęło silne uczucie prawdziwości, które zapewniała mu sama obecność Diany.

– Matthew? – wymamrotała sennie.

– Jestem tutaj – szepnął jej do ucha, przytulając ją mocniej. – Śpij. Słońce jeszcze nie wzeszło.

Diana jednak odwróciła się twarzą do niego i wtuliła w jego szyję.

– O co chodzi, mon coeur? – Matthew zmarszczył brwi i odsunął się, żeby spojrzeć na żonę. Jej twarz była napuchnięta i czerwona od płaczu, drobne zmarszczki wokół oczu pogłębiły się od troski i żalu. Ten widok go zabolał. – Powiedz mi.

– Nie ma sensu – stwierdziła ze smutkiem Diana. – Nikt nie może tego naprawić.

Matthew się uśmiechnął.

– Przynajmniej pozwól mi spróbować.

– Możesz sprawić, żeby czas stanął w miejscu? – wyszeptała Diana po chwili wahania. – Choć na trochę?

Matthew był starym wampirem, a nie czarownicą podróżującą w czasie. Ale był również mężczyzną i znał jeden sposób na osiągnięcie tego magicznego celu. Głowa mówiła mu, że to za wcześnie po śmierci Emily, ale ciało wysyłało inne, bardziej wymowne sygnały.

Powoli opuścił głowę, dając Dianie czas, żeby go odepchnęła. Ona jednak wplotła palce w jego włosy i odwzajemniła pocałunek z intensywnością, która zaparła mu dech.

Jej koszula nocna z delikatnego płótna pochodziła z dalekiej przeszłości i choć była niemal przezroczysta, nadal stanowiła barierę między ich ciałami. Matthew uniósł ją, odsłaniając miękką wypukłość, w której rosły jego dzieci, krągłość piersi dojrzewających z dnia na dzień obietnicą pokarmu. Nie kochali się od czasów Londynu. Matthew zarejestrował większe napięcie brzucha Diany, znak, że bliźnięta się rozwijają, a także zwiększony dopływ krwi do piersi i łona.

Nasycił nią oczy, palce i usta. Ale zamiast satysfakcji poczuł jeszcze większy głód. Zasypał pocałunkami jej ciało, aż dotarł do ukrytych miejsc, które znał tylko on. Diana próbowała mocniej przycisnąć do siebie jego usta, a on skubnął zębami jej udo w niemej naganie.

Gdy Diana na serio zaczęła walczyć z jego samokontrolą, domagając się czynów, on obrócił ją i przesunął chłodną dłonią po jej plecach.

– Chciałaś, żeby czas się zatrzymał – przypomniał jej.

– Zatrzymał się. – Diana naparła na niego zapraszająco.

– Więc dlaczego mnie popędzasz?

Matthew dotknął blizny w kształcie gwiazdy między jej łopatkami i półksiężyca biegnącego łukiem z jednej strony żeber na drugą. Zmarszczył brwi. W dole pleców zobaczył cień, głęboko pod skórą, perłowoszary zarys, który wyglądał trochę jak smok ognisty wgryzający się w półksiężyc, skrzydłami zasłaniający klatkę piersiową Diany, ogonem opleciony wokół jej bioder.

– Dlaczego się zatrzymałeś? – Diana odgarnęła włosy z oczu i spojrzała na niego przez ramię, wykręcając szyję. – Chcę, żeby czas się zatrzymał, ale nie ty.

– Masz coś na plecach. – Marthew przesunął palcami po skrzydłach smoka ognistego.

– Coś nowego? – zapytała Diana z nerwowym śmiechem. Nadal się martwiła, że wygojone rany ją szpecą.

– Razem z innymi twoimi bliznami przypomina mi to obraz z laboratorium Mary Sidney, ten ze smokiem ognistym chwytającym paszczą księżyc. – Zastanawiał się, czy zarys bestii byłby widoczny również dla innych, skoro potrafiły go dostrzec tylko jego oczy wampira. – Jest piękny. Kolejny dowód twojej odwagi.

– Mówiłeś, że jestem nieostrożna – przypomniała mu Diana. Zaparło jej dech, gdy jego usta dotknęły głowy smoka.

– Bo jesteś. – Matthew przesunął wargami wzdłuż krętego ogona smoka. Sięgnął niżej. – I to doprowadza mnie do szaleństwa.

Jednocześnie on doprowadzał ją do szaleństwa, przerywając to, co robił, żeby szeptać czułe słówka albo obietnice. Ona chciała spełnienia i spokoju, wraz z którym przychodziło zapomnienie, ale on pragnął, żeby ta chwila – pełna poczucia bezpieczeństwa i intymności – trwała wiecznie. Odwrócił żonę do siebie. Jej usta były miękkie i pełne, oczy rozmarzone, kiedy wsuwał się w nią powoli. Poruszał się delikatnie, aż przyśpieszone bicie jej serca powiedziało mu, że zbliża się punkt kulminacyjny.

Diana wykrzyknęła jego imię, tkając zaklęcie, które umieściło ich w centrum świata.

Potem leżeli spleceni ze sobą w ostatnich różowawych chwilach przed świtem. Diana przyciągnęła głowę męża do piersi. On spojrzał na nią pytająco, a ona pokiwała głową. Matthew przytknął usta do srebrzystego księżyca nad wyraźną niebieską żyłą.

Był to stary sposób wampirów na poznanie ukochanej, uświęcona chwila bliskości duchowej, kiedy myśli i emocje były wymieniane szczerze i bez osądzania. Wampiry były skrytymi bytami, ale kiedy piły krew z żyły nad sercem partnerki, następował moment doskonałego spokoju i zrozumienia, który uciszał stałą, tłumioną potrzebę polowania i posiadania.

Skóra Diany rozstąpiła się pod jego zębami i Matthew wypił kilka cennych uncji jej krwi. Wraz z nią zalała go fala wrażeń i uczuć: radości zmieszanej z żalem, zachwytu z powrotu do przyjaciół i rodziny, naznaczonego smutkiem, wściekłości z powodu śmierci Emily, hamowanej przez Dianę ze względu na niego i na dzieci.

– Oszczędziłbym ci tej straty, gdybym mógł – powiedział cicho Matthew, całując ślad, jaki jego usta zostawiły na jej skórze. Przetoczył się razem z nią tak, że znalazł się na plecach, a Diana na nim. Żona spojrzała mu w oczy.

– Wiem. Po prostu nigdy mnie nie zostawiaj, Matthew. Bez pożegnania.

– Nigdy cię nie zostawię – obiecał.

Diana dotknęła ustami jego czoła. Przycisnęła je do skóry między jego oczami. Większość ciepłokrwistych nie mogła uczestniczyć w rytuale wspólnoty wampirów, ale jego żona znalazła sposób na obejście tego ograniczenia, tak jak to robiła z innymi przeszkodami na swojej drodze. Odkryła, że kiedy całuje go właśnie w tym miejscu, widzi jego najskrytsze myśli i mroczne miejsca, w których są ukryte jego tajemnice i lęki.

Matthew czuł jedynie mrowienie od jej mocy, więc leżał nieruchomo, żeby Diana również mogła się nim nasycić. Odprężył się, żeby jego uczucia i myśli mogły płynąć do niej swobodnie.

– Witaj w domu, siostro.

Nieoczekiwany zapach dymu drzewnego i skórzanych siodeł zalał pokój, kiedy Baldwin zerwał kołdrę z łóżka.

Diana krzyknęła wystraszona. Matthew próbował zakryć sobą jej nagie ciało, ale było za późno. Jego żony już dotknął inny wampir.

– Już w połowie podjazdu słyszałem przysięgę krwi mojego ojca. I jesteś w ciąży. – Wzrok Baldwina de Clermonta padł na zaokrąglony brzuch Diany. Jego chłodna twarz była wściekła i jedocześnie chłodna. Obrócił jej rękę i powąchał nadgarstek. – I tylko zapach Matthew na tobie. No, no.

Baldwin puścił Dianę, Matthew ją objął.

– Wstawajcie! – rozkazał z furią wampir. – Oboje.

– Nie masz nade mną władzy, Baldwinie! – krzyknęła Diana.

Nie mogła wymyślić odpowiedzi, która bardziej rozwścieczyłaby szwagra. Baldwin nachylił się do niej bez ostrzeżenia, tak że jego twarz znalazła się cale od jej twarzy. Tylko twarda dłoń Matthew zaciśnięta na szyi brata nie pozwoliła mu zbliżyć się bardziej.

– Przysięga krwi mojego ojca oznacza, że mam. – Baldwin wbił spojrzenie w oczy Diany, starając się zmusić ją do odwrócenia wzroku. Kiedy tak się nie stało, wampir stwierdził: – Twojej żonie brakuje manier, Matthew. Naucz ją albo ja to zrobię.

– Wyuczyć? – Oczy Diany się rozszerzyły.

Gdy rozstawiła palce, wiatr owiał jej stopy gotowy odpowiedzieć na wezwanie. Wysoko w górze Corra krzyknęła, by dać znać swojej pani, że już jest w drodze.

– Żadnej magii i żadnych smoków – szepnął jej do ucha Matthew, modląc się, żeby choć ten jeden raz go posłuchała. Nie chciał, żeby Baldwin czy ktokolwiek inny w rodzinie zobaczył, jak bardzo rozwinęły się jej umiejętności, kiedy przebywali w szesnastym wieku.

Jakimś cudem Diana skinęła głową.

– Co to ma znaczyć? – W pokoju rozległ się lodowaty głos Ysabeau. – Jedynym usprawiedliwieniem twojej obecności tutaj, Baldwinie, może być to, że postradałeś rozum.

– Ostrożnie, Ysabeau. Pokazujesz pazury. – Baldwin ruszył do schodów. – Zapominasz, że ja jestem głową rodu de Clermontów. Nie potrzebuję żadnych usprawiedliwień. Spotkajmy się w bibliotece, Matthew. Ty też, Diano.

Baldwin odwrócił się i wpatrywał w brata dziwnymi złotobrązowymi oczyma.

– Nie każ mi czekać.

Rozdział 3

Biblioteka de Clermontów była skąpana w łagodnym świetle przedświtu, w którym wszystko wydawało się miękkie: brzegi książek, mocne zarysy drewnianych regałów stojących pod ścianami, dywan Aubussona w ciepłych złotych i błękitnych barwach.

Jednakże to światło nie stępiło mojego gniewu.

Przez trzy dni myślałam, że nic nie wyprze mojego żalu z powodu śmierci Emily, ale trzy minuty w towarzystwie Baldwina pokazały, że się myliłam.

 

– Wejdź, Diano.

Baldwin siedział przy wysokim oknie na podobnym do tronu krześle Savonaroli. Jego rudozłote włosy lśniły w blasku lampy, a ich kolor przypominał mi pióra Augusty, orła, z którym cesarz Rudolf polował w Pradze. Każdy cal muskularnego ciała wampira był napięty z gniewu i powściąganej siły.

Rozejrzałam się po pokoju. Nie my jedni zostaliśmy wezwani na rodzinne zebranie. Przy kominku czekała drobna młoda kobieta o skórze koloru odtłuszczonego mleka i czarnych sterczących włosach. Jej oczy były ciemnoszare i ogromne, okolone gęstymi rzęsami. Wciągnęła powietrze nosem, jakby wyczuwała burzę.

– Verin.

Matthew ostrzegł mnie przed córkami Philippe’a, które były tak przerażające, że rodzina kazała mu przestać je tworzyć. Ale ta tutaj nie wyglądała na groźną. Twarz miała gładką i pogodną, postawę rozluźnioną, jej oczy tryskały energią i inteligencją. Gdyby nie czarne ubranie, można by ją wziąć za elfa.

I wtedy zauważyłam rękojeść noża wystającą z jej czarnych wysokich butów na obcasach.

– Wölfling – Verin chłodno powitała brata, ale spojrzenie, które posłała mnie, było jeszcze bardziej lodowate. – Czarownica.

– Diana. – Zapłonął we mnie gniew.

– Mówiłam ci, że nie da się pomylić. – Verin nie zareagowała na moje słowa, tylko zwróciła się do najstarszego brata.

– Co tu robisz, Baldwinie? – spytał Matthew.

– Nie wiedziałem, że potrzebuję zaproszenia do domu mojego ojca – odparł brat. – Tak się składa, że przyjechałem z Wenecji, żeby zobaczyć się z Marcusem.

Spojrzenia obu mężczyzn się zwarły.

– Wyobraź sobie moje zaskoczenie, kiedy ciebie tu zastałem – ciągnął Baldwin. – Nie spodziewałem się również, że twoja partnerka jest teraz moją siostrą. Philippe umarł w tysiąc dziewięćset czterdziestym piątym, więc jak to możliwe, że czuję jego przysięgę krwi? Że ją słyszę?

– Może niech ktoś inny przekaże ci najnowsze wieści. – Matthew wziął mnie za rękę i odwrócił się, żeby pójść na górę.

– Żadne z was nie zniknie mi z oczu, póki się nie dowiem, jak czarownica wyłudziła przysięgę krwi z martwego wampira. – W głosie Baldwina zabrzmiała groźba.

– To nie było żadne wyłudzenie – oświadczyłam z oburzeniem.

– A zatem nekromancja? Jakiś brudne zaklęcie wskrzeszające? A może wezwałaś jego ducha i zmusiłaś go do złożenia przysięgi?

– To, co się wydarzyło między Philippe’em i mną, nie ma nic wspólnego z moją magią, a wszystko z jego wspaniałomyślnością. – Mój gniew jeszcze bardziej się rozpalił.

– Mówisz tak, jakbyś go znała – stwierdził Baldwin. – To niemożliwe.

– Nie dla podróżniczki w czasie.

– Podróżniczki w czasie? – Baldwin osłupiał.

– Diana i ja byliśmy w przeszłości – wyjaśnił Matthew. – Dokładnie mówiąc, w roku tysiąc pięćset dziewięćdziesiątym. Odwiedziliśmy Sept-Tours tuż przed świętami Bożego Narodzenia.

– Widzieliście Philippe’a? – zapytał Baldwin.

– Widzieliśmy. Philippe był tamtej zimy sam. Przysłał mi monetę i kazał przyjechać do domu.

Obecni w pokoju de Clermontowie zrozumieli prywatny kod ich ojca. Kiedy senior rodu przysyłał starą srebrną monetę, odbiorca musiał bez pytania posłuchać rozkazu.

– W grudniu? To znaczy, że musimy znosić jeszcze pięć miesięcy pieśni krwi – wymamrotała Verin, ściskając mostek nosa, jakby bolała ją głowa.

Zmarszczyłam brwi.

– Dlaczego pięć miesięcy? – zapytałam.

– Według naszych legend przysięga krwi śpiewa przez rok i jeden dzień – wyjaśnił Baldwin. – Wszystkie wampiry ją słyszą, ale pieśń jest szczególnie głośna i wyraźna dla tych, którzy mają w żyłach krew Philippe’a.

– Philippe chciał usunąć wszelkie wątpliwości, że jestem de Clermont – powiedziałam, patrząc na Matthew.

Wszystkie wampiry, które poznały mnie w szesnastym wieku, musiały słyszeć tę pieśń, dlatego wiedziały, że jestem nie tylko partnerką Matthew, ale również córką Philippe’a de Clermonta. Mój teść chronił mnie na każdym etapie naszej podróży przez przeszłość.

– Żadna czarownica nie zostanie uznana za członka rodu de Clermont. – Ton Baldwina był beznamiętny i stanowczy.

– Ja już nim jestem. – Uniosłam lewą rękę, żeby zobaczył moją obrączkę. – Matthew i ja wzięliśmy ślub. Wasz ojciec był gospodarzem ceremonii. Jeśli przetrwały archiwa parafii Saint-Lucien, dowiecie się z nich, że uroczystość odbyła się siódmego grudnia tysiąc pięćset dziewięćdziesiątego roku.

– We wsi znaleźlibyśmy księgę kościelną z wyrwaną stroną – powiedziała cicho Verin. – Atta zawsze zacierał ślady.

– Nie ma znaczenia, czy się pobraliście, bo Matthew również nie jest prawdziwym de Clermontem, a jedynie dzieckiem partnerki mojego ojca – rzekł zimno Baldwin.

– To niedorzeczne – zaprotestowałam. – Philippe uważał go za swojego syna. Matthew nazywa ciebie bratem, a Verin siostrą.

– Nie jestem siostrą tego szczeniaka – oświadczyła Verin. – Nie mamy wspólnej krwi, tylko nazwisko. I dzięki Bogu.

– Przekona się pani, Diano, że małżeństwo i partnerstwo nie liczą się dla większości de Clermontów – rozległ się cichy głos z wyraźnym hiszpańskim albo portugalskim akcentem. Należał do nieznajomego, który stał w drzwiach. Jego ciemne włosy i oczy koloru espresso kontrastowały z jasnozłotą skórą i jasną koszulą.

– Nie prosiliśmy o twoją obecność, Fernando – rzucił gniewnie Baldwin.

– Jak wiecie, przychodzę, kiedy jestem potrzebny, a nie kiedy mnie wzywają. – Mężczyzna ukłonił mi się lekko. – Fernando Gonçalves. Bardzo mi przykro z powodu pani straty.

Nazwisko tego człowieka kołatało się w mojej pamięci. Już gdzieś je słyszałam.

– To pana Matthew poprosił o przywództwo nad Zakonem Rycerzy Świętego Łazarza, kiedy sam zrezygnował ze stanowiska wielkiego mistrza – stwierdziłam w końcu.

Fernando Gonçalves należał do najgroźniejszych rycerzy zakonu. Sądząc po szerokości jego ramion i ogólnej sprawności, nie wątpiłam, że to prawda.

– Tak. – Jak wszystkie wampiry miał ciepły i głęboki głos o brzmieniu jak nie z tego świata. – Ale Hugh de Clermont był moim partnerem. Odkąd zginął razem z templariuszami, miałem niewiele do czynienia z zakonami rycerskimi, bo nawet najdzielniejszym rycerzom brak odwagi, żeby dotrzymywać obietnic. – Fernando wbił wzrok w najstarszego de Clermonta. – Prawda, Baldwinie?

– Rzucasz mi wyzwanie? – Baldwin wstał.

– A muszę? – Fernando się uśmiechnął. Był niższy od szwagra, ale coś mi mówiło, że nie byłoby łatwo pokonać go w walce. – Nie pomyślałbym, że zlekceważysz przysięgę krwi swojego ojca.

– Nie mamy pojęcia, czego Philippe chciał od tej czarownicy. Mógł próbować dowiedzieć się więcej o jej mocy. Albo ona mogła użyć magii. – Baldwin wysunął podbródek do przodu.

– Nie bądź głupi. Cioteczka nie użyła żadnej magii wobec dziadka. – Gallowglass wszedł do pokoju krokiem tak niedbałym i zrelaksowanym, jakby de Clermontowie zawsze spotykali się o wpół do piątej rano, żeby porozmawiać o pilnych sprawach.

– Skoro Gallowglass już tu jest, zostawię de Clermontów samych. – Fernando skinął głową Matthew. – Wezwij mnie, jeśli będę ci potrzebny.

– Poradzimy sobie. Przecież jesteśmy rodziną. – Po wyjściu Fernanda Gallowglass mrugnął niewinnie do Verin i Baldwina. – Jeśli chodzi o to, czego Philippe chciał, to całkiem proste, stryju. Chciał, żebyś oficjalnie uznał Dianę za jego córkę. Zapytaj Verin.

– Co to znaczy? – Baldwin spojrzał na siostrę.

– Atta wezwał mnie kilka dni przed śmiercią – powiedziała Verin cichym, smutnym głosem. Słowo atta było obce, ale wyraźnie wyczuwało się w nim czułość. – Philippe martwił się, że możesz zlekceważyć jego przysięgę krwi. Kazał mi przysiąc, że ją uznasz, choćby nie wiem co.

– Przysięga Philippe’a była prywatną sprawą między nim a mną. Nie trzeba jej uznawać. Nie musicie robić tego wy ani nikt inny. – Nie chciałam, żeby moje wspomnienia o Philippie – i o tamtej chwili – zostały zbrukane przez Baldwina albo Verin.

– Nic ma rzeczy bardziej publicznej od adopcji ciepłokrwistej i przyjęcia jej do klanu wampirów – oświadczyła Verin i przeniosła wzrok na Matthew. – Nie nauczyłeś czarownicy naszych zwyczajów, zanim wdałeś się w ten zakazany romans?

– Czas był luksusem, którego nie mieliśmy – odpowiedziałam zamiast niego.

Na samym początku naszego związku Ysabeau ostrzegła mnie, że muszę dużo dowiedzieć się o wampirach. Po tej rozmowie przysięga krwi wysunęła się na czoło listy rzeczy, które powinnam zgłębić.

– Zatem pozwól, że ci wyjaśnię – zaczęła Verin belferskim tonem. – Nim ucichnie pieśń Philippe’a, jedno z jego dzieci czystej krwi musi uznać przysięgę. Do tego czasu nie jesteś prawdziwą de Clermont i żaden wampir nie ma obowiązku uważać cię za członka naszej rodziny.

– To wszystko? Nie obchodzą mnie obyczaje wampirów. Wystarczy mi, że jestem żoną Matthew. – Im więcej słyszałam o de Clermontach, tym mniej mi się to wszystko podobało.

– Gdyby to była prawda, mój ojciec nie musiałby cię adoptować – zauważyła Verin.

– Pójdziemy na kompromis – postanowił Baldwin. – Z pewnością Philippe byłby zadowolony, gdyby imiona dzieci czarownicy znalazły się na drzewie genealogicznym de Clermontów.

Jego słowa zabrzmiały pojednawczo, ale byłam pewna, że kryje się za nimi jakiś mroczny cel.

– Moje dzieci nie są waszymi krewnymi. – Głos Matthew zabrzmiał jak grzmot.

– Są, jeśli Diana jest de Clermont, tak jak twierdzi – powiedział z uśmiechem Baldwin.

– Chwileczkę. Jakie drzewo genealogiczne? – Musiałam cofnąć się o krok w tej dyskusji.

– Kongregacja prowadzi oficjalne drzewa genealogiczne wszystkich rodzin wampirów – odparł Baldwin. – Niektórzy już nie przestrzegają tej tradycji. De Clermontowie tak. Zapisują daty narodzin i śmierci, nazwiska partnerów i potomstwa.

Moja ręka automatycznie powędrowała do brzucha. Chciałam, żeby Kongregacja jak najdłużej nie wiedziała o moich dzieciach. Sądząc po wyrazie twarzy Matthew, on czuł to samo.

– Może podróż w czasie wystarczy, żeby wyjaśnić sprawę przysięgi krwi, ale tylko najczarniejsza magia albo niewierność może wytłumaczyć twoją ciążę – stwierdził Baldwin, rozkoszując się sytuacją. – Te dzieci nie mogą być twoje, Matthew.

– Diana nosi moje dzieci – oświadczył Matthew. Jego oczy zrobiły się niebezpiecznie ciemne.

– To niemożliwe – orzekł Baldwin.

– Ale taka jest prawda.

– Jeśli tak, będą to najbardziej znienawidzone i najbardziej prześladowane dzieci na świecie – ostrzegł Baldwin. – Byty będą się zabijać o ich krew. I waszą.

W tej samej chwili zorientowałam się, że Matthew już przy mnie nie ma, i usłyszałam trzask łamiącego się krzesła. Potem zobaczyłam, że mój mąż stoi nad bratem i trzyma go za gardło, jednocześnie przyciskając nóż do jego serca.

Verin ze zdumieniem spojrzała w dół i zobaczyła jedynie pusty futerał na broń wystający z buta. Zaklęła.

– Możesz być głową rodziny, Baldwinie, ale nigdy nie zapominaj, że to ja jestem zabójcą – wycedził Matthew.

– Zabójcą? – Próbowałam ukryć konsternację, kiedy wyszła na jaw kolejna tajemnica mojego męża.

Naukowiec, Wampir. Wojownik. Szpieg. Książę.

Skrytobójca.

Matthew wiele razy mówił mi, że jest zabójcą, ale ja zawsze uważałam, że to nieodłączna część bycia wampirem. Wiedziałam, że mordował w samoobronie, w bitwach i żeby przetrwać. Nigdy nie przypuszczałam, że dokonywał egzekucji na rozkaz rodziny.

– Na pewno o tym wiedziałaś? – Verin przyglądała mi się badawczo zimnymi oczami. W jej głosie brzmiała złośliwość. – Gdyby Matthew nie był w tym taki dobry, jedno z nas już dawno by go uśmierciło.

– Wszyscy mamy swoją rolę w tej rodzinie, Verin – powiedział z goryczą Matthew. – Czy Ernst wie, że twoja zaczęła się w miękkiej pościeli, między męskimi udami?

Siostra jak błyskawica skoczyła na niego z palcami zagiętymi w szpony.

Wampiry były szybkie, ale magia była szybsza.

Pchnęłam Verin na ścianę podmuchem czarowiatru, jak najdalej od braci, żeby Matthew zdążył wymusić jakąś obietnicę na Baldwinie i wreszcie go puścił.

– Dziękuję, ma lionne. – Mąż zwykle tak do mnie mówił, kiedy zrobiłam coś odważnego… albo niewiarygodnie głupiego. Podał mi nóż siostry. – Potrzymaj go.

Podniósł Verin z podłogi, a Gallowglass stanął u mojego boku.

– No, no – mruknęła Verin, kiedy już stanęła na własnych nogach. – Rozumiem, dlaczego atcie spodobała się twoja żona, ale nie pomyślałabym, że masz wystarczające jaja na tę kobietę, Matthew.

– Wszystko się zmienia – odarł krótko mój mąż.

– Najwyraźniej. – Szwagierka otaksowała mnie wzrokiem.

– Więc dotrzymasz obietnicy, którą dałaś dziadkowi? – spytał Gallowglass.

– Zobaczymy – ostrożnie powiedziała Verin. – Mam parę miesięcy na decyzję.

 

– Czas minie, ale nic się nie zmieni. – Baldwin spojrzał na mnie z ledwo skrywaną nienawiścią. – Uznanie żony Matthew będzie miało katastrofalne skutki.

– Spełniałam życzenia atty, kiedy żył, nie mogę więc zlekceważyć ich teraz, kiedy on nie żyje.

– Musimy czerpać pociechę z faktu, że Kongregacja już szuka Matthew i jego partnerki – stwierdził Baldwin. – Kto wie? Może do grudnia oboje będą martwi.

Posławszy nam ostatnie pogardliwe spojrzenie, wymaszerował z pokoju. Verin zerknęła przepraszająco na Gallowglassa i ruszyła w ślad za bratem.

– A więc… dobrze poszło – wymamrotał Gallowglass. – Nic ci nie jest, cioteczko? Trochę pojaśniałaś.

– Czarowiatr zwiał mój czar maskujący. – Próbowałam znowu się nim otoczyć.

– Zważywszy na to, co się wydarzyło tego ranka, chyba lepiej, żebyś go na sobie miała, póki Baldwin jest w domu – poradził Gallowglass.

– Balwdin nie może się dowiedzieć o mocy Diany. Doceniłbym twoją pomoc, Gallowglassie. I Fernanda również. – Matthew nie określił dokładnie, jaką formę miałaby przybrać ta pomoc.

– Oczywiście. Czuwałem nad cioteczką przez całe jej życie. I nie przestanę teraz.

Po tych słowach różne części mojej przeszłości, których nigdy nie rozumiałam, trafiły na swoje miejsce jak elementy układanki. Jako dziecko często czułam, że obserwują mnie inne byty, ich spojrzenia łaskotały albo mroziły mi skórę. Jedną z nich był Peter Knox, wróg mojego ojca i ten sam czarownik, który szukał w Sept-Tours Matthew i mnie, a zabił Em. Czy drugą mógł być ten niedźwiedź, którego teraz kochałam jak brata, ale poznałam go dopiero, kiedy przenieśliśmy się do szesnastego wieku?

– Obserwowałeś mnie? – Moje oczy napełniły się łzami. Zamrugałam, żeby je odpędzić.

– Obiecałem dziadkowi, że będę cię pilnował. Ze względu na Matthew. – Niebieskie oczy Gallowglassa złagodniały. – I dobrze. Byłaś prawdziwym diabłem wcielonym: wspinałaś się na drzewa, biegałaś za rowerami na ulicy, szłaś do lasu, nie mówiąc nikomu, dokąd się wybierasz. Nie mam pojęcia, jak twoi rodzice dawali sobie z tobą radę.

– Czy tatuś wiedział? – musiałam spytać.

Mój ojciec poznał wielkoluda w elżbietańskim Londynie, kiedy nieoczekiwanie wpadł na Matthew i na mnie podczas jednej ze swoich regularnych podróży w czasie. Nawet we współczesnym Massachusetts ojciec od razu rozpoznałby Gallowglassa. Tego człowieka nie dawało się z nikim pomylić.

– Starałem się nie ujawniać.

– Nie o to pytałam. – Byłam coraz lepsza w wyłapywaniu półprawd wampirów. – Czy ojciec wiedział, że mnie pilnujesz?

– Zadbałem o to, żeby Stephen zobaczył mnie tuż przed tym, jak razem z twoją matką wyruszyli do Afryki. – Gallowglass prawie szeptał. – Pomyślałem, że gdy nadejdzie koniec, pocieszy go świadomość, że jestem blisko ciebie. Byłaś taka mała. Stephen musiał wariować, myśląc o tym, ile czasu minie, zanim będziesz z Matthew.

Bishopowie i de Clermontowie działali bez naszej wiedzy przez lata, a nawet wieki, żeby bezpiecznie nas ze sobą połączyć: Philippe, Gallowglass, mój ojciec, Emily, moja matka.

– Dziękuję, Gallowglassie – powiedział Matthew ochryple. Był tak samo jak ja zaskoczony porannymi rewelacjami.

– Nie ma za co, stryju. Robiłem to z chęcią. – Gallowglass odchrząknął i wyszedł z pokoju.

W bibliotece zapadła niezręczna cisza.

– Chryste. – Matthew przeczesał rękami włosy. Był to znak, że zbliża się kres jego cierpliwości.

– Co zrobimy? – zapytałam, usiłując odzyskać spokój po nagłym przyjeździe Baldwina.

Matthew mi nie odpowiedział, bo cichy kaszel zasygnalizował czyjąś obecność.

– Przepraszam, że przeszkadzam, milord.

W drzwiach stał Alain Le Merle, dawny giermek Philippe’a de Clermonta. Trzymał starą szkatułkę ze srebrnymi ćwiekami na wierzchu ułożonymi w inicjały P.C. oraz małą księgę rachunkową oprawioną w zielony bukram. Jego szpakowate włosy i miły wyraz twarzy były takie same jak w 1590 roku, kiedy go poznałam. Podobnie jak mój mąż i Gallowglass on też był stałą gwiazdą w zmiennym wszechświecie.

– O co chodzi, Alainie? – zapytał Matthew.

– Mam sprawę do pani de Clermont – odparł Alain.

– Sprawę? – Matthew zmarszczył brwi. – To nie może zaczekać?

– Obawiam się, że nie – powiedział przepraszającym tonem Alain. – Wiem, że to trudny okres, milord, ale sieur Philippe stanowczo przykazał, żeby dać te rzeczy madame de Clermont najprędzej jak to możliwe.

Alain zagonił nas z powrotem do naszej wieży. To, co zobaczyłam na biurku, całkiem wyparło z mojej głowy wydarzenia minionej godziny i pozbawiło mnie tchu.

Mała książeczka oprawiona w brązową skórę.

Haftowany rękaw wytarty ze starości.

Bezcenne klejnoty: perły, diamenty i szafiry.

Złoty grot strzały na długim łańcuszku.

Dwie miniatury o jasnych powierzchniach, tak świeżych jak w dniu, kiedy zostały namalowane.

Listy przewiązane wyblakłą wstążką w kolorze goździkowym.

Srebrna pułapka na szczury z lekko zaśniedziałym pięknym grawerunkiem.

Pozłacany instrument astronomiczny godny cesarza.

Drewniane pudełko zrobione przez czarownika z gałęzi jarzębu.

Kolekcja przedmiotów nie wyglądała imponująco, ale wszystkie miały dla mnie ogromne znaczenie, bo przypominały osiem miesięcy naszego życia.

Drżącą ręka sięgnęłam po dziennik. Dał mi go Matthew niedługo po naszym przybyciu do rezydencji w Woodstock. Jesienią 1590 roku oprawa była świeża, a kartki były kremowe. Dzisiaj skórę znaczyły plamy, a papier zżółkł. W przeszłości trzymałam książeczkę na półce w Starym Domu, ale z ekslibrisu wynikało, że obecnie jest ona własnością biblioteki w Sewilli. Na wyklejce napisano atramentem: Manuscrito Gonçalves 4890. Ktoś – bez wątpienia Gallowglass – usunął pierwszą stronę. Kiedyś pokrywały ją moje niepewne próby podpisu. Kleksy z brakującej kartki przesiąkły na następną, ale lista elżbietańskich monet będących w obiegu w roku 1590 nadal była czytelna.

Kartkując notatnik, przypomniałam sobie lek na ból głowy, który próbowałam zrobić w ramach daremnych wysiłków, żeby zostać prawdziwą elżbietańską panią domu. Dziennik przywołał słodko-gorzkie wspomnienia czasu spędzonego z Nocną Szkołą. Kilka stron poświęciłam dwunastu znakom zodiaku, różnym przepisom i listom rzeczy do spakowania przed naszą podróżą do Sept-Tours. Usłyszałam ciche dzwonienie, kiedy przeszłość i teraźniejszość otarły się o siebie, w kątach przy kominku dostrzegłam ledwo widoczne niebieskie i bursztynowe nici.

– Skąd masz te rzeczy? – spytałam, skupiając się na tu i teraz.

– Pan Gallowglass dał je dom Fernandowi dawno temu – wyjaśnił Alain. – Kiedy dom Fernando przyjechał w maju do Sept-Tours, poprosił mnie, żebym to wszystko pani oddał.

– Cud, że w ogóle coś się zachowało. Jak udało ci się to ukrywać przede mną przez tyle lat? – Matthew wziął do ręki pułapkę na szczury.

Droczył się ze mną, kiedy zamówiłam u jednego z najdroższych zegarmistrzów w Londynie urządzenie do łapania szczurów, które grasowały na naszym strychu w Blackfriars. Monsieur Vallin zaprojektował łapkę w kształcie kota z uszami na poprzeczkach i małą myszą przycupniętą na jego nosie. Gdy Matthew zwolnił mechanizm, ostre kocie zęby wbiły się w jego palec.

– Robiliśmy, co musieliśmy, milord. Czekaliśmy. Milczeliśmy. Nie traciliśmy wiary, że czas sprowadzi do nas z powrotem madame de Clermont. – W kącikach ust Alaina zadrżał smutny uśmiech. – Gdyby tak sieur Philippe mógł dożyć tego dnia.

Na myśl o Philippie moje serce się ścisnęło. Mój teść musiał wiedzieć, jak źle jego dzieci zareagują na nową siostrę. Dlaczego postawił mnie w tak trudnej sytuacji?

– Wszystko w porządku, Diano? – Matthew delikatnie położył dłoń na mojej.

– Tak. Po prostu jestem trochę przytłoczona.

Wzięłam do ręki nasze portrety w pięknych elżbietańskich strojach. Na prośbę hrabiny Pembroke namalował je Nicholas Hilliard. Ona i hrabia Northumberland podarowali nam te miniatury w prezencie ślubnym. Oboje byli początkowo przyjaciółmi Matthew razem z innymi członkami Nocnej Szkoły: Walterem Raleigh, George’em Chapmanem, Thomasem Harriotem i Christopherem Marlowe’em. Z czasem większość z nich zaprzyjaźniła się również ze mną.

– To madame Ysabeau znalazła miniatury – wyjaśnił Alain. – Codziennie przeglądała gazety w poszukiwaniu waszych śladów, anomalii pośród zwykłych wydarzeń. Kiedy madame zobaczyła je w ogłoszeniu domu aukcyjnego, wysłała pana Marcusa do Londynu. Właśnie tak poznał mademoiselle Phoebe.