Księga życia

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 2

Matthew popędził w dół krętymi schodami łączącymi jego pokoje na wieży z głównym piętrem château Sept-Tours. Ominął śliskie miejsce na trzynastym stopniu i szorstkie na siedemnastym, którego brzeg Baldwin wyszczerbił w czasie jednej z ich bijatyk.

Matthew zbudował wieżę jako swoją prywatną kryjówkę, z dala od wiecznego zamieszania i krzątaniny w części Philippe’a i Ysabeau. Rodziny wampirów były duże i hałaśliwe, z dwiema albo trzema liniami rodu starającymi się żyć razem jak jedno szczęśliwe stado. Coś takiego rzadko się zdarzało wśród drapieżników, nawet tych chodzących na dwóch nogach i mieszkających w pięknych domach. W rezultacie baszta Matthew została pierwotnie zaprojektowana do obrony. Nie miała drzwi tłumiących ciche kroki wampira ani drugiego wejścia. Te przezorne rozwiązania wiele mówiły o stosunkach jej twórcy z braćmi i siostrami.

Tego wieczoru izolacja wieży jawiła się raczej jako ograniczenie, a życie tutaj okazało się dalekie od tego, które on i Diana stworzyli sobie w elżbietańskim Londynie otoczeni przez rodzinę i przyjaciół. Praca Matthew jako szpiega królowej stanowiła wyzwanie, ale dawała dużo satysfakcji. Dzięki miejscu w Kongregacji udało mu się uratować kilka czarownic przed śmiercią. Diana rozpoczęła wtedy długotrwały proces oswajania się ze swoją magiczną mocą. Przygarnęli również dwoje osieroconych dzieci i dali im szansę na lepszą przyszłość. Ich egzystencja w szesnastym wieku nie zawsze była łatwa, ale tamte dni wypełniały miłość i nadzieja, które towarzyszyły Dianie wszędzie, dokądkolwiek szła. W Sept-Tours wydawało się, że otaczają ich tylko de Clermontowie i śmierć.

Ta sytuacja przyprawiała Matthew o niepokój, a gniew, który w obecności Diany trzymał na wodzy, teraz znajdował się niebezpiecznie blisko powierzchni. Szał krwi, choroba, którą odziedziczył po Ysabeau, potrafił błyskawicznie opanować umysł i ciało wampira, nie zostawiając miejsca na rozum czy samokontrolę. Walcząc z tą przypadłością, Matthew niechętnie zgodził się zostawić Dianę pod opieką teściowej, a sam postanowił się przespacerować z psami Falonem i Hectorem. Chciał odzyskać jasność myślenia.

Jego bratanek nucił morskie szanty w wielkiej sali château. Z powodu, którego Matthew nie potrafił zgłębić, co drugi wers był okraszony przekleństwami i ultimatami. Po chwili niezdecydowania zwyciężyła w nim ciekawość.

– Przeklęty smok ognisty. – Gallowglass ściskał w ręce pikę z arsenału znajdującego się przy wejściu i wymachiwał nią w powietrzu. – Żegnajcie i adieu, hiszpańskie damy. Chodź tu natychmiast, zarazo, bo inaczej babcia namoczy cię w białym winie i nakarmi tobą psy. Dostaliśmy rozkaz pożeglować na chwałę starej Anglii. Co ty sobie myślisz, że tak latasz po domu jak wściekła papuga? Możemy już nigdy was nie ujrzeć, o, piękne panie.

– Co ty wyprawiasz, do diabła? – odezwał się Matthew.

Bratanek skierował na niego spojrzenie dużych niebieskich oczu. Miał na sobie czarny T-shirt ozdobiony czaszką i skrzyżowanymi piszczelami. Przez tył koszulki od lewego ramienia do prawego biodra biegło długie cięcie. Dziury w dżinsach wyglądały na rezultat znoszenia, a nie walki, włosy były zmierzwione nawet jak na standardy Gallowglassa. Ysabeau zaczęła nazywać wnuka „sir Wagabundą”, ale to nie wpłynęło na poprawę jego wyglądu.

– Próbuję złapać bestię twojej żony.

Bratanek gwałtownie dźgnął piką w powietrze. Rozległ się wrzask zaskoczenia, z góry spadł grad jasnozielonych łusek i rozsypał się po podłodze jak mika. Jasne włoski na przedramieniu wikinga zalśniły od opalizującego zielonego pyłu. Gallowglass kichnął.

Corra, towarzyszka Diany, trzymała się pazurami galerii minstreli, trajkocząc jak szalona i cmokając językiem. Powitała męża swojej pani machnięciem kolczastego ogona, przy okazji przebijając bezcenny gobelin z jednorożcem uwiecznionym w ogrodzie. Matthew się skrzywił.

– Zagoniłem ją do kaplicy na ołtarz, ale to przebiegła dziewczyna. – W głosie Gallowglassa zabrzmiała nutka dumy. – Z szeroko rozłożonymi skrzydłami ukryła się na grobie dziadka. Mylnie wziąłem ją za rzeźbę. Tylko spójrz na nią. Siedzi teraz pod krokwiami, chełpliwa jak diabli, a ja mam dwa razy większy kłopot. Przejechała ogonem po jednej z ulubionych draperii Ysabeau. Babcia dostanie apopleksji.

– Jeśli Corra jest choć trochę podobna do swojej pani, zapędzenie jej w kozi róg nie skończy się dobrze – ostrzegł Matthew. – Spróbuj przemówić jej do rozsądku.

– O, tak, bo to jest bardzo skuteczne, jeśli chodzi o cioteczkę Dianę. – Gallowglass prychnął. – Co was opętało, żeby spuścić Corrę z oczu?

– Im bardziej aktywny jest smok ognisty, tym spokojniejsza wydaje się Diana – odparł Matthew.

– Może, ale Corra źle działa na wystrój domu. Po południu stłukła wazon z Sèvres.

– Jeśli to nie był ten niebieski z głową lwa, który podarował maman Philippe, nie martwiłbym się zbytnio. – Matthew jęknął, kiedy zobaczył wyraz twarzy bratanka. – Merde!

– Alain też tak powiedział. – Gallowglass oparł się na pice.

– Ysabeau będzie musiała sobie poradzić z mniejszą liczbą fajansu – skwitował Matthew. – Corra może i jest utrapieniem, ale Diana śpi lepiej po raz pierwszy, odkąd tu przyjechaliśmy.

– No, to w takim razie w porządku. Po prostu powiedz Ysabeau, że niezdarność Corry jest dobra dla jej wnucząt. Babcia da jej w ofierze wszystkie wazony. Spróbuję tymczasem zabawić tę latającą sekutnicę, żeby cioteczka mogła pospać.

– Jak zamierzasz to zrobić? – zapytał sceptycznym tonem Matthew.

– Oczywiście śpiewem.

Gallowglass spojrzał w górę. Corra zagruchała, widząc jego nowe zainteresowanie, i rozprostowała skrzydła, tak że zalśniło na nich światło pochodni wetkniętych w ścienne uchwyty. Wielkolud odebrał jej reakcję jako zachętę, wziął głęboki wdech i grzmiącym głosem zaintonował kolejną balladę.

– Obracam głowę, cały płonę, kocham jak smok. Powiedzże, znasz imię mojej pani?

Corra zatrajkotała z aprobatą. Gallowglass uśmiechnął się szeroko i zaczął poruszać piką jak metronomem. Patrząc na stryja, uniósł brwi i zaśpiewał następną zwrotkę.

Bez końca słałem jej błyskotki,

Klejnoty, perły, żeby była milsza,

A kiedy nie miałem już nic,

Wysłałem ją… do piekła.

– Powodzenia – rzucił Matthew, mając nadzieję, że Corra nie rozumie tej poezji.

Zajrzał do najbliższych komnat, żeby skatalogować przebywające w nich osoby. Hamish Osborne siedział w rodzinnej bibliotece i, sądząc po skrzypieniu pióra i słabym zapachu lawendy i mięty, zajmował się robotą papierkową. Po krótkim wahaniu Matthew otworzył drzwi.

– Czas dla starego przyjaciela? – zapytał.

– Już zaczynałem myśleć, że mnie unikasz.

Osborne odłożył pióro i poluzował krawat w letnie kwiatowe wzory, na jakie nie odważyłaby się większość mężczyzn. Nawet na francuskiej wsi Hamish ubrał się w granatowy prążkowany garnitur i lawendową koszulę jak na spotkanie z członkami parlamentu. Prezentował się jak elegancki relikt z czasów edwardiańskich.

Matthew wiedział, że demon próbuje sprowokować kłótnię. On i Hamish od wielu lat byli przyjaciółmi z Oksfordu. Ich zażyła przyjaźń opierała się na wzajemnym szacunku i podobnych, ostrych jak brzytwy intelektach. Nawet prosta wymiana zdań potrafiła być skomplikowana i strategiczna jak partia szachów rozgrywana przez dwóch mistrzów. Było jednak za wcześnie, żeby pozwolić Hamishowi na zepchnięcie go do defensywy i zdobycie przewagi.

– Jak Diana? – Osborne zauważył, że Matthew celowo nie chwycił przynęty.

– Tak jak można się spodziewać.

– Oczywiście sam bym ją zapytał, ale twój bratanek mnie wygonił. – Hamish podniósł kieliszek do ust. – Wina?

– Pochodzi z mojej piwnicy czy Baldwina? – Na pozór niewinne pytanie stanowiło subtelne przypomnienie, że teraz, kiedy on i Diana wrócili, Hamish może będzie musiał wybierać między nim a resztą de Clermontów.

– To bordeaux. – Osborne zakręcił winem w kieliszku, czekając na reakcję przyjaciela. – Drogie. Stare. Dobre.

Matthew wykrzywił wargi.

– Nie, dziękuję. W przeciwieństwie do mojej rodziny nigdy za nim nie przepadałem. – Zapasem cennego bordeaux Baldwina wolałby napełnić fontannę w ogrodzie niż je wypić.

– Co to za historia ze smokiem? – Mięsień w szczęce Hamisha zadrgał, ale Matthew nie potrafił stwierdzić, czy to z rozbawienia, czy z gniewu. – Gallowglass mówi, że Diana przywiozła go jako suwenir, ale nikt mu nie wierzy.

– Ona należy do Diany – powiedział Matthew. – Będziesz musiał sam ją zapytać.

– Sprawiłeś, że wszyscy w Sept-Tours trzęsą się ze strachu. – Hamish nagle zmienił temat. – Reszta jeszcze nie zauważyła, że najbardziej przerażoną osobą w château jesteś ty.

– A jak William? – Matthew potrafił równie skutecznie zmieniać temat jak demon.

– Słodki William gdzie indziej ulokował uczucia. – Osborne wykrzywił usta i odwrócił głowę. Jego wyraźne cierpienie doprowadziło ich grę do nieoczekiwanego końca.

– Tak mi przykro. – Matthew sądził, że ten związek przetrwa. – William cię kochał.

– Nie dość. – Hamish wzruszył ramionami, ale nie mógł ukryć bólu w oczach. – Obawiam się, że swoje romantyczne nadzieje będziesz musiał przenieść na Marcusa i Phoebe.

– Prawie wcale nie rozmawiałem z tą dziewczyną – stwierdził Matthew. Westchnął i nalał sobie kieliszek bordeaux Baldwina. – Co możesz mi o niej powiedzieć?

– Młoda panna Taylor pracuje w jednym z domów aukcyjnych w Londynie: Sotheby albo Christie. Nigdy ich nie potrafię odróżnić. – Hamish zagłębił się w skórzany fotel stojący przy zimnym kominku. – Marcus poznał ją, kiedy odbierał coś dla Ysabeau. Myślę, że to poważna sprawa.

– Bo jest. – Matthew wziął kieliszek i ruszył wzdłuż regałów ustawionych pod ścianami. – Zapach Marcusa jest na niej całej. On znalazł partnerkę.

– Tak podejrzewałem. – Hamish sączył wino, obserwując niespokojne kroki przyjaciela. – Oczywiście nikt nic mi nie powiedział. Twoja rodzina naprawdę mogłaby nauczyć MI6 co nieco o tajemnicach.

 

– Ysabeau powinna była to zakończyć. Phoebe jest za młoda na związek z wampirem. Nie może mieć więcej niż dwadzieścia dwa lata, a Marcus połączył się z nią nierozerwalną więzią.

– O, tak, zabronić Marcusowi się zakochać! – Szkockie „r” Hamisha stało się jeszcze wyraźniejsze. – Jak się okazuje, on jest równie uparty jak ty, jeśli chodzi o miłość.

– Może gdyby myślał o swoim stanowisku przywódcy Zakonu Rycerzy Świętego Łazarza…

– Przestań, Matthew, zanim powiesz coś tak niesprawiedliwego, że może nigdy ci tego nie wybaczę. – Głos Hamisha zabrzmiał jak trzask bicza. – Wiesz, jak trudno jest być wielkim mistrzem zakonu. Od Marcusa oczekiwano, że wejdzie w o wiele za duże buty, a on, wampir czy nie, nie jest dużo starszy od Phoebe.

Zakon Rycerzy Świętego Łazarza założono w czasach krucjat jako zakon rycerski, który miał bronić interesów wampirów w świecie coraz bardziej zdominowanym przez ludzi. Pierwszym wielkim mistrzem został Philippe de Clermont, mąż Ysabeau, postać legendarna nie tylko wśród wampirów, ale także wśród innych bytów. Dorównanie mu było niemożliwe.

– Wiem, ale żeby się zakochać… – W Matthew narastał gniew.

– Nie ma żadnych „ale” – przerwał mu Hamish. – Marcus wykonał świetną robotę. Zwerbował nowych członków i nadzorował finansowe szczegóły wszystkich naszych operacji. Zażądał, żeby Kongregacja ukarała Knoksa za to, co tutaj zrobił w maju, i formalnie poprosił o anulowanie przymierza. Nikt nie mógłby zrobić więcej. Nawet ty.

– Ukaranie Knoksa nie cofnie tego, co się stało. On i Gerbert zakłócili spokój mojego domu. Knox zamordował kobietę, która była dla mojej żony jak matka. – Matthew wychylił wino do dna, żeby zapanować nad gniewem.

– Emily miała atak serca – przypomniał mu Hamish. – Marcus twierdzi, że da się określić jego przyczyny.

– Ja wiem dość – oświadczył z nagłą furią Matthew i cisnął pustym kieliszkiem przez pokój. Szkło rozbiło się o brzeg jednego z regałów, odłamki posypały się na gęsty dywan. – Nasze dzieci nie będą miały szansy poznać Emily. A Gerbert, który od wieków jest w zażyłych stosunkach z naszą rodziną i wie, że Diana jest moją żoną, stał i patrzył na to, co robi Knox.

– Wszyscy w domu uważali, że nie pozwolisz, żeby Kongregacja wymierzyła sprawiedliwość. Ja im nie uwierzyłem. – Hamishowi nie podobały się zmiany, które dostrzegł w przyjacielu. Zupełnie jakby pobyt w szesnastym wieku otworzył jakąś starą, zapomnianą ranę.

– Powinienem był rozprawić się z Gerbertem i Knoksem, kiedy pomogli Satu Järvinen porwać Dianę i przetrzymywać ją w La Pierre. Gdybym to zrobił, Emily by żyła. – Plecy Matthew zesztywniały. – Ale Baldwin mi tego zabronił. Powiedział, że Kongregacja ma dość kłopotów.

– Masz na myśli zabójstwa? – spytał Hamish.

– Tak. Powiedział, że jeśli wyzwę Gerberta i Knoksa, tylko pogorszę sprawy.

Wieści o tych morderstwach – o ofiarach z rozszarpanymi żyłami, o braku śladów krwi, o niemal zwierzęcych atakach na ludzkie ciała – trafiły do gazet od Londynu do Moskwy. W artykułach skupiano się na dziwnych metodach zabójców, co groziło ściągnięciem na wampiry uwagi ludzi.

– Nie popełnię znowu błędu milczenia – zapowiedział Matthew. – Zakon Rycerzy Świętego Łazarza i de Clermontowie nie byli w stanie ochronić mojej żony i jej rodziny, ale ja z pewnością mogę.

– Nie jesteś zabójcą, Matthew – sprzeciwił się Hamish. – Nie pozwól, żeby gniew cię zaślepił.

Kiedy Clairmont spojrzał na niego pustym wzrokiem, Osborne zbladł. Choć zdawał sobie sprawę, że przyjacielowi bliżej do królestwa zwierząt niż większości istot chodzących na dwóch nogach, nigdy nie widział, żeby Matthew wyglądał tak wilczo i tak niebezpiecznie.

– Jesteś pewien? – Obsydianowe oczy łypnęły na niego groźnie. Potem wampir odwrócił się i wyszedł z pokoju.

* * *

Podążając za wyraźnym zapachem korzenia lukrecji zmieszanym z upajającą wonią bzów, Matthew z łatwością znalazł swojego syna w rodzinnych apartamentach na drugim piętrze château. Sumienie go gryzło, kiedy pomyślał, co dzięki słuchowi wampira Marcus mógł usłyszeć z jego ożywionej rozmowy z Hamishem. Zacisnął wargi, gdy węch zaprowadził go pod drzwi znajdujące się tuż przy schodach, i zdusił iskrę gniewu, kiedy sobie uświadomił, że Marcus korzysta z dawnego gabinetu Philippe’a.

Zapukał i pchnął ciężkie drewniane skrzydło, nie czekając na zaproszenie. Z wyjątkiem lśniącego srebrnego laptopa na biurku, gdzie kiedyś leżała suszka, pokój wyglądał dokładnie tak samo jak w dniu, kiedy Philippe de Clermont zmarł. Na stole pod oknem stał ten sam bakelitowy telefon. Stosy cienkich kopert i pożółkłego papieru czekały, aż Philippe napisze jeden z wielu listów. Do ściany była przypięta stara mapa Europy, której jego ojciec używał, żeby śledzić ruchy wojsk Hitlera.

Matthew zamknął oczy, gdy nagle poczuł ostry ból. Philippe nie przewidział, że wpadnie w ręce nazistów. Jednym z nieoczekiwanych darów ich podróży w czasie była szansa ujrzenia ojca i pojednania się z nim. Ceną, którą Matthew musiał zapłacić za to spotkanie, było jeszcze silniejsze poczucie straty, kiedy znalazł się z powrotem w świecie bez Philippe’a.

Gdy otworzył oczy, zobaczył przed sobą wściekłą twarz Phoebe Taylor. Marcus potrzebował jedynie ułamek sekundy, żeby stanąć między ojcem a narzeczoną. Matthew ucieszył się, kiedy zobaczył, że jego syn nie stracił całego rozumu, łącząc się w parę z ciepłokrwistą, choć gdyby on chciał skrzywdzić Phoebe, dziewczyna już byłaby martwa.

– Marcusie. – Matthew spojrzał na kobietę stojącą za plecami syna. Phoebe w ogóle nie była w typie jego potomka, który zawsze wolał rude. – Przy naszym pierwszym spotkaniu nie było czasu, żeby właściwie się przedstawić. Jestem Matthew de Clermont, ojciec Marcusa.

– Wiem, kim pan jest. – Brytyjski akcent Phoebe był wspólny dla szkół publicznych, wiejskich domów i podupadłych arystokratycznych rodów. Marcus, rodzinny idealista i demokrata, zakochał się w kobiecie błękitnej krwi.

– Witamy w rodzinie, panno Taylor. – Matthew ukłonił się, żeby ukryć uśmiech.

– Phoebe, proszę. – Dziewczyna wyszła zza pleców narzeczonego z wyciągniętą ręką, ale Matthew ją zignorował. – W cywilizowanych kręgach uścisnąłby pan moją dłoń, profesorze Clairmont. – Na twarzy panny Taylor, która nie cofnęła ręki, malował się wyraz irytacji.

– Jest pani otoczona przez wampiry. Dlaczego pani sądzi, że znajdzie tutaj cywilizowane kręgi? – Matthew przyjrzał się jej. Phoebe chyba poczuła się nieswojo, bo uciekła spojrzeniem. – Może pani uznać moje zachowanie za niepotrzebnie oficjalne, ale żaden wampir nie dotyka bez pozwolenia partnerki innego wampira, jego narzeczonej również. – Spojrzał na duży szmaragd na trzecim palcu jej lewej ręki. Wieki temu w Paryżu Marcus wygrał ten kamień w karty. I wtedy, i teraz klejnot był wart fortunę.

– Och, Marcus mi tego nie powiedział. – Phoebe zmarszczyła brwi.

– Nie, ale przekazałem ci kilka prostych zasad – szepnął do niej Marcus. – Może czas je sobie przypomnieć. Przećwiczymy nasze ślubne przysięgi, kiedy przyjdzie na to pora.

– Po co? Na pewno nie znajdziesz w nich słowa „posłuszeństwo”.

Zanim sprzeczka rozgorzała na dobre, Matthew odchrząknął i powiedział:

– Przyszedłem przeprosić za swój wybuch w bibliotece. Ostatnio zbyt szybko wpadam w gniew. Wybaczcie mi temperament.

Chodziło o coś więcej niż temperament, ale Marcus – podobnie jak Hamish – tego nie wiedział.

– Jaki wybuch? – Phoebe zmarszczyła brwi.

– Nic takiego – zbył ją Marcus, choć wyraz jego twarzy mówił co innego.

– Zastanawiałem się również, czy nie zbadałbyś Diany? Jak wiesz, ona nosi bliźnięta. Sądzę, że jest na początku drugiego trymestru, ale nie mieliśmy ostatnio dostępu do odpowiedniej opieki medycznej, a ja chciałbym być pewien. – Gałązka oliwna Matthew, podobnie jak wcześniej ręka Phoebe, wisiała w powietrzu przez dłuższą chwilę, zanim została przyjęta.

– O-oczywiście – wyjąkał Marcus. – Dziękuję, że powierzasz Dianę mojej opiece. Nie zawiodę cię. A Hamish ma rację. Nawet gdybym zrobił autopsję Emily, nie dałbym rady określić, czy została zabita przez magię, czy umarła z przyczyn naturalnych. Możemy nigdy się tego nie dowiedzieć.

Matthew nie zawracał sobie głowy sporami. Zamierzał ustalić, jaką dokładnie rolę odegrał Knox w śmierci Emily, bo odpowiedź miała zadecydować, jak szybko Matthew go zabije i ile najpierw czarownik wycierpi.

– Phoebe, miło było poznać – powiedział.

– Nawzajem. – Dziewczyna skłamała uprzejmie i przekonująco. Miała stać się pożytecznym nabytkiem w stadzie de Clermontów.

– Przyjdź rano do Diany, Marcusie. Będziemy na ciebie czekać.

Matthew posłał ostatni uśmiech i złożył płytki ukłon fascynującej Phoebe, po czym wyszedł z pokoju.

* * *

Nocne wędrówki po Sept-Tours nie złagodziły gniewu ani niepokoju Matthew. Jeśli już, to powiększyły rysy w jego samokontroli. Sfrustrowany wybrał do swojej wieży trasę powrotną przechodzącą obok twierdzy i kaplicy. Znajdowały się w niej tablice pamiątkowe większości zmarłych de Clermontów: Philippe’a, Louisy, jej brata bliźniaka Louisa, Godfreya, Hugh, a także kilkorga ich dzieci, ukochanych przyjaciół i służących.

– Dzień dobry, Matthew. – Powietrze wypełnił zapach szafranu i skórki pomarańczowej.

Fernando. Po długim wahaniu Matthew zmusił się do tego, żeby się odwrócić.

Zwykle stare drewniane drzwi kaplicy były zamknięte, bo tylko Matthew spędzał w niej czas. Tego wieczoru stały otworem, a na tle ciepłego blasku świec wylewającego się ze środka rysowała się sylwetka mężczyzny.

– Miałem nadzieję, że cię spotkam. – Fernando zrobił szeroki zapraszający gest ręką.

Patrzył, jak szwagier idzie w jego stronę, i przyglądał się jego twarzy w poszukiwaniu znaków ostrzegawczych: rozszerzonych źrenic, falowania ramion przypominającego najeżonego na grzbiecie wilka, pomruku rodzącego się w głębi gardła.

– Inspekcja wypadła pomyślnie? – zapytał Matthew z defensywną nutą w głosie.

– Ujdzie. – Fernando zamknął za nimi drzwi. – Ledwo.

Matthew lekko przesunął palcami po masywnym sarkofagu Philippe’a stojącym na środku kaplicy i ruszył dalej bezszelestnie pod czujnym spojrzeniem brązowych oczu Fernanda.

– Gratuluję małżeństwa, Matthew – powiedział Fernando. – Choć jeszcze nie poznałem Diany, Sarah opowiadała mi o niej tyle historii, że mam wrażenie, jakbyśmy byli starymi przyjaciółmi.

– Przykro mi, Fernando, ale… – zaczął Matthew ze skruszoną miną.

Gonçalves uciszył go gestem ręki.

– Nie ma potrzeby przepraszać.

– Dziękuję, że zaopiekowałeś się ciotką Diany – powiedział Matthew. – Wiem, jak trudno ci tu przebywać.

– Wdowa potrzebowała kogoś, kto pomyśli najpierw o jej bólu. Ty to samo zrobiłeś dla mnie, kiedy umarł Hugh.

W Sept-Tours wszyscy, od Gallowglassa i ogrodnika po Victoire’a i Ysabeau mówili o Sarah zawsze w odniesieniu do Emily, a nie po imieniu, kiedy nie było jej w pobliżu. Zwrot wyrażał szacunek, a jednocześnie wciąż przypominał o stracie.

– Muszę cię zapytać, Matthew: czy Diana wie o twoim szale krwi? – Fernando mówił cicho. Mury kaplicy były grube, ale przezorność zawsze była wskazana.

– Oczywiście, że wie.

Matthew opadł na kolana przed małym stosem zbroi i broni w jednej z nisz kaplicy. Przestrzeń była dostatecznie duża, żeby pomieścić trumnę, ale Hugh de Clermont został spalony na stosie, tak że nie zostało nic do pochowania. Matthew stworzył dla ulubionego brata rodzaj pomnika z pomalowanego drewna i metalu: tarczy, rękawic, kolczugi, zbroi płytowej, miecza i hełmu.

– Wybacz mi sugestię, że ukrywałbyś tak ważną kwestię przed tą, którą kochasz. – Fernando trzepnął go w ucho. – Cieszę się, że powiedziałeś żonie, ale zasługujesz na baty za to, że nic nie pisnąłeś Marcusowi ani Hamishowi… ani Sarah.

– Możesz spróbować. – W głosie Matthew pobrzmiewała groźba, która odstraszyłaby każdego innego członka jego rodziny… tylko nie Fernanda.

– Chciałbyś prostej kary, co? Ale nie wykpisz się tak łatwo. Nie tym razem. – Gonçalves ukląkł obok niego.

Zapadła długa cisza. Fernando czekał cierpliwie.

– Szał krwi się nasilił. – Matthew oparł głowę na dłoniach złożonych do modlitwy.

– Oczywiście, że tak. Teraz jesteś żonaty. Czego się spodziewałeś?

Chemiczne i emocjonalne reakcje towarzyszące małżeństwu były intensywne i nawet całkiem zdrowe wampiry z trudem znosiły jakikolwiek rozdzielenie z partnerem. Nawet krótkie rozstania prowadziły do niepokoju, irytacji, agresji i w rzadkich wypadkach do szaleństwa. U wampira dotkniętego szałem krwi zarówno impuls łączenia się w pary, jak i skutki rozłąki były wielokrotnie spotęgowane.

 

– Sądziłem, że sobie poradzę. – Matthew oparł czoło na dłoniach. – Wierzyłem, że miłość do Diany jest silniejsza niż choroba.

– Och, Matthew. Możliwe, że jesteś większym idealistą niż Hugh w swoich najlepszych czasach. – Fernando westchnął i położył dłoń na jego ramieniu.

Zawsze dawał pociechę i pomoc tym, którzy ich potrzebowali… nawet jeśli na to nie zasługiwali. Wysłał Matthew na studia u chirurga Albucasisa, kiedy brat jego partnera starał się przezwyciężyć śmiertelne ataki szału, dręczące go w pierwszych wiekach po ponownych narodzinach. To Fernando chronił Hugh – brata, którego Matthew wielbił – kiedy ten przyjeżdżał z pola bitwy do książek, a potem wracał na wojnę. Bez jego opieki Hugh stawiałby się do walki z tomikiem poezji, tępym mieczem i jedną rękawicą. To Fernando powiedział Philippe’owi, że rozkaz, żeby Matthew wrócił do Jerozolimy, byłby straszliwym błędem. Niestety, ani jeden, ani drugi go nie posłuchali.

– Z trudem zmusiłem się do tego, żeby ją dzisiaj opuścić. – Matthew przebiegł wzrokiem po kaplicy. – Nie mogę usiedzieć spokojnie. Bardzo chcę coś zabić, ale prawie niemożliwe jest oddalenie się od niej tak, żeby nie słyszeć jej oddechu.

Fernando słuchał z niemym współczuciem, choć nie rozumiał, dlaczego Matthew jest zdziwiony. Musiał sobie przypominać, że świeżo poślubione wampiry często nie zdają sobie sprawy, jak bardzo ta nowa więź może na nie wpływać.

– Teraz Diana chce być blisko Sarah i mnie. Ale kiedy jej smutek z powodu śmierci Emily minie, będzie chciała wrócić do swojego życia. – Matthew był wyraźnie zmartwiony.

– Nie może. Nie, kiedy ty będziesz stał przy jej boku. – Przy nim Fernando nigdy nie owijał niczego w bawełnę. Idealiści tacy jak on potrzebowali szczerości, bo inaczej się gubili. – Diana się dostosuje, jeśli cię kocha.

– Nie będzie musiała się dostosowywać – wycedził Matthew przez zęby. – Nie odbiorę jej wolności, nieważne, ile mnie to będzie kosztować. W szesnastym wieku nie spędzałem z nią każdej minuty. Nie ma powodu, żeby to się zmieniło w dwudziestym pierwszym.

– W przeszłości panowałaś nad uczuciami, bo jeśli nawet ciebie przy niej nie było, to był Gallowglass. – Gdy zobaczył zaskoczoną minę Matthew, wyjaśnił: – Opowiedział mi wszystko o waszym życiu w Londynie i Pradze. A jeśli nie Gallowglass, przy Dianie zawsze ktoś był: Philippe, Davy, inna czarownica, Mary, Henry. Naprawdę myślisz, że telefony komórkowe dadzą ci porównywalne poczucie bliskości i kontroli?

Szał krwi czaił się tuż pod powierzchnią, Matthew nadal czuł gniew, ale jednocześnie wyglądał na przygnębionego. Fernando pomyślał, że to jest krok we właściwym kierunku.

– Ysabeau powinna cię powstrzymać przed związkiem z Dianą Bishop, kiedy stało się jasne, do czego to wszystko zmierza – rzekł surowo Fernando. Gdyby Matthew był jego dzieckiem, zamknąłby go w stalowej wieży, żeby temu zapobiec.

– Powstrzymała mnie. – Wyraz twarzy Matthew stał się jeszcze bardziej nieszczęśliwy. – Nie byłem związany z Dianą do naszego przyjazdu do Sept-Tours w tysiąc pięćset dziewięćdziesiątym. Dopiero Philippe dał nam błogosławieństwo.

Fernando poczuł gorycz w ustach.

– Arogancja tego człowieka nie znała granic. Bez wątpienia zaplanował wszystko przed waszym powrotem do teraźniejszości.

– Philippe wiedział, że go tu nie będzie – wyznał Matthew, a oczy Fernanda się rozszerzyły. – Nie powiedziałem mu o jego śmierci, sam się domyślił.

Fernando zaklął szpetnie. Bóg Matthew na pewno wybaczyłby mu bluźnierstwo, bo w tym wypadku było usprawiedliwione.

– I twój ślub z Dianą miał miejsce przed tym czy po tym, jak Philippe naznaczył ją przysięgą krwi?

Nawet po podróży w czasie przysięga krwi nadal była słyszalna, a według Verin de Clermont i Gallowglassa ogłuszająca. Na szczęście Fernando nie należał do tego rodu, więc pieśń Philippe’a stanowiła dla niego tylko cichy szum.

– Potem.

– Oczywiście. Przysięga krwi Philippe’a zapewniła jej bezpieczeństwo. Noli me tangere. – Fernando pokręcił głową. – Gallowglass traci czas, pilnując Diany.

– „Nie dotykaj mnie, bo należę do Cezara” – powiedział cicho Matthew. – To prawda. Żaden wampir później jej nie zaatakował. Oprócz Louisy.

– Louisa była na tyle szalona, żeby zlekceważyć życzenie ojca – skomentował Fernando. – Domyślam się, że to dlatego Philippe wysyłał ją w tysiąc pięćset dziewięćdziesiątym pierwszym na skraj znanego świata. – Ta decyzja zawsze wydawała mu się pochopna, a Philippe nawet nie kiwnął palcem, żeby pomścić jej późniejszą śmierć. Fernando odłożył tę informację do rozważenia później.

* * *

Nagle drzwi się otworzyły i przez kaplicę śmignęła szara kotka Sarah. Za nią wszedł Gallowglass z paczką papierosów w jednej ręce i srebrną piersiówką w drugiej. Tabitha zaczęła się łasić do nóg Matthew, domagając się jego uwagi.

– Dachowiec Sarah jest prawie tak nieznośny jak smok ognisty cioteczki. – Gallowglass podał butelkę stryjowi. – Napij się. To nie krew, ale i nie francuski sikacz babci. To, co ona serwuje, nadaje się do stosowania tylko jako woda kolońska.

Matthew pokręcił głową. Wino Baldwina już zakwasiło mu żołądek.

– I ty nazywasz się wampirem – rzucił drwiąco Fernando, patrząc na Gallowglassa. – Musisz się napić z powodu um pequeno dragăo.

– Spróbuj okiełznać Corrę, jeśli myślisz, że to takie łatwe. – Gallowglass wysunął papierosa z paczki i wsadził go do ust. – Albo możemy głosować, co z nią zrobimy.

– Głosować? – zdziwił się Matthew. – A od kiedy to głosujemy w tej rodzinie?

– Odkąd Marcus przejął Zakon Rycerzy Świętego Łazarza – odparł Gallowglass, wyjmując z kieszeni srebrną zapalniczkę. – Odkąd wyjechałeś, aż dławimy się demokracją.

Fernando popatrzył na niego znacząco.

– Co? – Gallowglass otworzył zapalniczkę.

– To święte miejsce, a poza tym wiesz, co Marcus sądzi o paleniu, kiedy w domu są ciepłokrwiści – przypomniał z dezaprobatą Fernando.

– I możesz sobie wyobrazić, co ja o tym sądzę, gdy na górze jest moja ciężarna żona. – Matthew wyrwał papierosa z ust bratanka.

– Ta rodzina była zabawniejsza, kiedy było w niej mniej lekarzy – stwierdził ponuro Gallowglass. – Pamiętam stare dobre czasy, kiedy sami zszywaliśmy swoje rany bitewne i nie obchodził nas żaden poziom żelaza czy witaminy D.

– O, tak. – Fernando uniósł rękę, pokazując poszarpaną bliznę. – Tamte dni rzeczywiście były wspaniałe. A twoje umiejętności, jeśli chodzi o igłę, legendarne, Bife.

– Poprawiłem się – próbował się bronić Gallowglass. – Oczywiście nigdy nie byłem tak dobry jak Matthew czy Marcus. Ale nie mogliśmy wszyscy iść na uniwersytet.

– Nie, póki Philippe był głową rodziny – przyznał Fernando. – On wolał, żeby jego dzieci i wnuki władały mieczem, a nie ideami. Dzięki temu byliście o wiele bardziej ulegli.

Ta uwaga zawierała ziarno prawdy i ocean bólu.

– Powinienem wracać do Diany. – Matthew dotknął ramienia Fernanda i ruszył do wyjścia.

– Czekanie nie ułatwi wyznania Marcusowi i Hamishowi prawdy o szale krwi, przyjacielu – ostrzegł go Fernando.

– Myślałem, że po tylu latach mój sekret jest bezpieczny – powiedział Matthew.

– Sekrety, tak jak umarli, nie zawsze pozostają pogrzebane – zauważył ze smutkiem Fernando. – Powiedz im. Jak najszybciej.

* * *

Matthew wrócił do swojej wieży bardziej wzburzony, niż kiedy ją opuszczał.

Ysabeau zmarszczyła brwi na jego widok.

– Dziękuję, że czuwałaś nad Dianą, maman – powiedział, całując ją w policzek.

– A ty, synu? – Ysabeau dotknęła jego policzka, wypatrując, tak jak wcześniej Fernando, oznak szału krwi. – Czy nie powinnam raczej czuwać nad tobą?

– Nic mi nie jest. Naprawdę.

– Oczywiście. – Ten zwrot oznaczał wiele rzeczy w prywatnym słowniku jego matki, ale nigdy tego, że ona się z kimś zgadza. – Będę w swoim pokoju, gdybyś mnie potrzebował.

Kiedy ucichł odgłos kroków matki, Matthew szeroko otworzył okna i przysunął do nich fotel. Zaczął chłonąć intensywne letnie zapachy lepnicy i ostatnich lewkonii. Cichy oddech Diany śpiącej na górze mieszał się z innymi nocnymi pieśniami, które mogły usłyszeć tylko wampiry: klekotem żuwaczek chrząszczy walczących ze sobą o samice, świszczącym oddechem popielic biegających po blankach, przenikliwymi piskami ćmy trupiej główki, drapaniem pazurów kun leśnych wspinających się na drzewa. Sądząc po stęknięciach i sapaniu, które dobiegało z ogrodu, Gallowglasswowi nie udawało się schwytać dzika buszującego w warzywach Marthe, podobnie jak wcześniej nie powiodło mu się z Corrą.