Księga czarownic

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kiedy Matthew skinął głową, demon westchnął.

– Nic dziwnego, że czarownice plotkowały. Jak się dowiedziały, że Diana go znalazła?

Matthew odwrócił się gwałtownie.

– A kto wie i kogo to obchodzi? Kłopoty zaczęły się, kiedy nie potrafiły trzymać języka za zębami.

Hamish po raz kolejny przypomniał sobie, że Matthew i jego rodzina naprawdę nie lubią czarownic.

– Nie ja jeden podsłuchałem je w niedzielę. Inne wampiry także. A potem demony wyczuły, że dzieje się coś ciekawego, i...

– Teraz w Oksfordzie roi się od bytów – dokończył Hamish. – Co za bałagan. Zaraz zacznie się semestr, prawda? Czyli zjadą się także ludzie. Tłumy ludzi.

– Jest gorzej. – Matthew miał ponurą minę. – Manuskrypt nie zaginął tak po prostu. Jest zaklęty, a Diana złamała to zaklęcie. A potem odesłała książkę z powrotem do zbiorów i nie wygląda na to, że zamierza go jeszcze zamówić. Nie ja jeden czekam, aż to zrobi.

– Matthew – odezwał się pełnym napięcia głosem Hamish – czy ty ją chronisz przed innymi czarownicami?

– Ona najwyraźniej nie dostrzega własnej mocy. Przez to jest narażona na niebezpieczeństwo. Nie mogłem pozwolić, żeby oni pierwsi ją dopadli. – Nagle Matthew wydał się niepokojąco bezsilny.

– O rety, Matt – powiedział Hamish, kręcąc głową. – Nie powinieneś był się wtrącać, wchodzić między Dianę i jej ludzi. Tylko narobisz więcej kłopotów. Poza tym żadna czarownica nie okaże otwarcie wrogości komuś z rodziny Bishopów. Jej ród jest za stary i za wybitny.

W obecnych czasach byty już nie zabijały się wzajemnie, poza sytuacjami samoobrony. W ich świecie źle się patrzyło na agresję. Matthew opowiedział Hamishowi, jak to wyglądało w dawnych czasach, kiedy krwawe spory i wendety szalały, a byty nieustannie ściągały na siebie uwagę ludzi.

– Demony są niezorganizowane, a wampiry nie ośmielą się ze mną zadrzeć. Jednak czarownicom nie można ufać. – Matthew wstał i podszedł z winem do kominka.

– Zostaw Dianę Bishop w spokoju – poradził mu Hamish. – Poza tym, jeśli manuskrypt jest zaczarowany, nie zdołasz go przeczytać.

– Zdołam, jeśli ona mi pomoże – odpowiedział zwodniczo beztroskim tonem Matthew, wpatrując się w ogień.

– Matthew – powiedział demon tym samym głosem, jakim dawał znać swoim młodszym partnerom, że stąpają po kruchym lodzie – zostaw czarownicę i rękopis w spokoju.

Wampir ostrożnie odstawił kieliszek z winem na półkę nad kominkiem, a potem się odwrócił.

– Wątpię, żebym potrafił. Widzisz... łaknę jej.

Już samo wypowiedzenie tego słowa sprawiło, że głód się rozprzestrzenił. Kiedy głód się skupiał i stawał tak intensywny jak teraz, nie wystarczała mu już byle jaka krew. Jego ciało domagało się czegoś konkretnego. Gdyby tylko mógł jej spróbować, spróbować Diany, odnalazłby zaspokojenie i minęłaby bolesna tęsknota.

Hamish przyjrzał się napiętym ramionom Matthew. Nie dziwiło go, że pragnął Diany Bishop. Wampir musiał pożądać drugiej istoty bardziej niż czegokolwiek czy kogokolwiek na świecie, żeby połączyć się z nią w parę, a łaknienie to miało swoje korzenie w pożądaniu. Hamish podejrzewał, że Matthew, wbrew swoim wcześniejszym żarliwym deklaracjom, że nie potrafi znaleźć nikogo, kto obudziłby w nim podobne uczucia, właśnie na kogoś takiego trafił.

– Zatem prawdziwy problem, jaki teraz przed tobą stoi, to nie czarownice ani Diana. I z pewnością nie jakiś starodawny rękopis, który być może zawiera odpowiedzi na twoje pytania. – Hamish odczekał, aż słowa dotrą do przyjaciela, zanim odezwał się znowu. – Nie widzisz, że na nią polujesz?

Wampir wypuścił powietrze. Ulżyło mu, że wypowiedziano to na głos.

– Wiem. Wspiąłem się do jej okna, kiedy spała. Chodzę za nią, kiedy biega. Odrzuca moją pomoc, a im mocniej się opiera, tym głodniejszy się czuję.

Robił wrażenie tak skonsternowanego, że Hamish musiał zagryźć policzek, żeby się nie uśmiechnąć. Kobiety Matthew zwykle mu się nie opierały. Robiły to, co im kazał, oszołomione jego urodą i urokiem. Nic dziwnego, że teraz był zafascynowany.

– Ale nie potrzebuję krwi Diany. Nie dosłownie. Nie ulegnę temu pragnieniu. Przebywanie w jej towarzystwie nie musi być problemem. – Matthew zmarszczył nagle twarz. – Co ja wygaduję? Nie możemy przebywać razem. Będziemy zwracać na siebie uwagę.

– Niekoniecznie. My spędzamy ze sobą całkiem sporo czasu i nikt nam się nie naprzykrza – zwrócił mu uwagę Hamish.

W pierwszych latach ich przyjaźni wkładali dużo wysiłku w ukrywanie przed ciekawskimi spojrzeniami tego, jak różnią się od innych. Już osobno byli dostateczne błyskotliwi, żeby zwracać ludzką uwagę. Kiedy byli razem, kiedy pochylali ciemne głowy, żeby podzielić się żarcikiem w knajpce, albo siedzieli na pustym dziedzińcu o wczesnych godzinach porannych z pustymi butelkami szampana u stóp – nie dało się ich zignorować.

– To nie to samo i sam dobrze to wiesz – zniecierpliwił się Matthew.

– A, tak, zapomniałem. – Hamish w końcu nie wytrzymał. – Nikt nie przejmuje się tym, co robią demony. Ale wampir i czarownica? O, to coś ważnego. To wy naprawdę liczycie się na tym świecie.

– Hamish! – zaprotestował Matthew. – Wiesz, że tak nie myślę.

– Żywisz typową dla wampirów pogardę dla demonów. I dla czarownic także, mógłbym dodać. Zastanów się długo i głęboko, co myślisz o innych bytach, zanim weźmiesz do łóżka czarownicę.

– Nie zamierzam brać Diany do łóżka – odrzekł jadowitym głosem Matthew.

– Kolacja podana, proszę pana. – Jordan stał niezauważony w progu już od dłuższej chwili.

– Bogu dzięki – orzekł z ulgą Hamish, wstając z fotela.

Łatwiej było zapanować nad wampirem, kiedy dzielił uwagę między rozmowę i coś innego. Cokolwiek innego.

Usiadłszy w jadalni przy jednym z końców długiego stołu, przy którym mógłby zmieścić się cały tabun gości, Hamish zabrał się do pierwszego z kilku dań. Matthew bawił się łyżką do zupy, czekając, aż jego posiłek ostygnie. Pochylił się na talerzem i pociągnął nosem.

– Grzyby i sherry? – zapytał.

– Tak. Jordan chciał wypróbować coś nowego, a ponieważ zupa nie zawiera niczego, co mogłoby wywołać twój sprzeciw, zgodziłem się.

Matthew zwykle nie wymagał wiele, jeśli idzie o dodatkowe pożywnie podczas wizyt w Cadzow, ale Jordan był czarodziejem zup, a Hamish nie lubił jeść sam, tak jak nie lubił pić bez towarzystwa.

– Przepraszam – powiedział Matthew, patrząc, jak przyjaciel je.

– Przyjmuję przeprosiny – odpowiedział Hamish, zatrzymując łyżkę przy ustach. – Ale nie potrafisz sobie nawet wyobrazić, jak trudno jest pogodzić się z faktem, że jest się demonem albo czarownicą. W przypadku wampirów to jest jasna i niepodważalna kwestia. Nie jesteś wampirem, a potem jesteś. Nie ma pytań, nie ma miejsca na wątpliwości. A reszta musi czekać, obserwować, zastanawiać się. Z tego powodu wampirze poczucie wyższości jest podwójnie trudne do przełknięcia.

Matthew kręcił łyżeczką w palcach jak pałką na paradzie.

– Czarownice wiedzą, że są czarownicami. W niczym nie przypominają demonów – powiedział, marszcząc czoło.

Hamish odłożył z brzękiem łyżkę i dopił kieliszek wina.

– Doskonale wiesz, że rodzic obdarzony zdolnościami magicznymi to żadna gwarancja. Możesz okazać się zupełnie normalnym dzieckiem. Albo podpalić własną kołyskę. Nie sposób orzec, czy, kiedy albo w jaki sposób, twoje moce się zamanifestują.

W przeciwieństwie do Matthew Hamish miał przyjaciółkę czarownicę. Janine zajmowała się jego włosami, które nigdy dotąd nie wyglądały równie dobrze, i sama robiła emulsję do ciała, który dosłownie czyniła cuda. Hamish podejrzewał, że wykorzystuje do tego czary.

– Ale nie jest to całkowita niespodzianka – upierał się Matthew, nabierając łyżką trochę zupy i poruszając nią, żeby jeszcze bardziej przestygła. – Diana może polegać na wielowiekowej historii swojej rodziny. Nie ma porównania z tym, co ty przeszedłeś jako nastolatek.

– Ja miałem łatwo – powiedział Hamish, przypominając sobie opowieści o dorastaniu, jakie zasłyszał na przestrzeni lat od różnych demonów.

Kiedy miał dwanaście lat, jego świat stanął na głowie w ciągu jednego popołudnia. Zdał sobie sprawę podczas długiej, szkockiej jesieni, że jest o wiele mądrzejszy od swoich nauczycieli. Większość dzieci w tym wieku tak podejrzewa, ale Hamish wiedział to z absolutną i niepokojącą pewnością. Zareagował na to, udając chorobę, żeby wyrwać się ze szkoły, a kiedy to przestało działać, odrabiając prace szkolne tak szybko, jak to możliwe, i porzucając wszelkie pozory normalności. Zdesperowany nauczyciel posłał po kogoś z uniwersyteckiego wydziału matematyki, żeby ocenił kłopotliwą zdolność Hamisha rozwiązywania w kilka minut problemów, które zajmowały jego rówieśników w szkole przez tydzień albo więcej.

Wystarczyło, żeby Jack Watson, młody demon z uniwersytetu w Glasgow o rudych włosach i roziskrzonych niebieskich oczach, raz spojrzał na podobnego do elfa Hamisha Osborne’a i nabrał podejrzeń, że tak samo jak on jest demonem. Odbębnił dla zachowania pozorów oficjalną ocenę, dzięki czemu powstał oczekiwany, namacalny dowód, że Hamish jest cudownym dzieckiem matematyki, którego umysł wykracza poza ustalone standardy, a potem zaprosił go do udziału w wykładach na uniwersytecie. Wyjaśnił także nauczycielowi, że dziecko nie może zostać w zwykłej klasie i nie zamienić się w piromana albo kogoś równie niszczycielskiego.

Potem Watson odwiedził skromny dom Osborne’ów i powiedział zdumionej rodzinie, jak działa świat i jakie dokładnie żyją na nim istoty. Percy Osborne, który odebrał solidne prezbiteriańskie wychowanie, opierał się idei istnienia licznych nadnaturalnych stworzeń, dopóki żona nie zwróciła mu uwagi, że skoro rodzina wpoiła mu wiarę w czarownice, to czemu także nie w demony i wampiry? Hamish popłakał się z ulgi, bo wreszcie nie czuł, że jest całkiem sam. Matka mocno go przytuliła i powiedziała, że zawsze wiedziała, że jest kimś specjalnym.

 

Kiedy Watson nadal siedział przed ich elektrycznym kominkiem, popijając herbatę z jej mężem i synem, Jessica Osborne uznała, że może przy tej okazji odnieść się do jeszcze jednego aspektu życia Hamisha, który mógł sprawiać, że czuł się inny. Przy herbacie i czekoladowych herbatnikach poinformowała swojego syna, że zdaje sobie także sprawę, że raczej nie ożeni się z dziewczyną z sąsiedztwa, która się w nim durzy. Hamisha pociągał starszy brat dziewczynki, spory piętnastoletni chłopak, który potrafił kopnąć futbolówkę dalej niż ktokolwiek inny w okolicy. Ani Percy, ani Jack nie robili wrażenia choćby odrobinę zaskoczonych lub zdenerwowanych tą nowiną.

– Mimo wszystko – powiedział teraz Matthew, po pierwszym łyku chłodnawej zupy – cała rodzina Diany musiała się spodziewać, że będzie czarownicą. I jest, bez względu na to, czy posługuje się magią, czy nie.

– Spodziewam się, że to pod każdym względem równie trudne, jak życie wśród niemających o niczym pojęcia ludzi. Wyobrażasz sobie presję? Nie wspominając już o tym okropnym wrażeniu, że twoje własne życie nie należy do ciebie? – Hamish zadrżał. – Wolę już ślepą ignorancję.

– Jakie to było uczucie – zapytał z wahaniem Matthew – obudzić się pierwszego dnia ze świadomością, że jesteś demonem?

Wampir zwykle nie zadawał tak osobistych pytań.

– Jakbym się odrodził. To było pod każdym względem równie potężne i dezorientujące, jak kiedy ty się obudziłeś, pragnąc krwi i słysząc, jak trawa rośnie, źdźbło po źdźble. Wszystko wyglądało inaczej. Wszystko odbierałem inaczej. Przez większość czasu uśmiechałem się jak głupek, który wygrał na loterii, przez resztę czasu płakałem w swoim pokoju. Ale wątpię, żebym w to uwierzył, no wiesz, naprawdę uwierzył, dopóki nie przemyciłeś mnie do szpitala.

Pierwszym prezentem urodzinowym od Matthew dla Hamisha, kiedy już się zaprzyjaźnili, była butelka szampana „Krug” i wypad do szpitala im. Johna Radcliffe’a. Matthew zrobił Hamishowi rezonans, zadając mu jednocześnie serię pytań. Potem, popijając szampana, porównali skany Hamisha z wynikami wybitnego neurochirurga ze szpitala; demon nadal był w swojej szpitalnej koszuli. Hamish poprosił Matthew, żeby kilka razy odtworzył zapis, zafascynowany sposobem, w jaki jego mózg rozświetlał się niczym automat do gier nawet przy podstawowych pytaniach. Do tej pory nie dostał wspanialszego prezentu urodzinowego.

– Z tego co mi powiedziałeś, wynika, że Diana jest w tym miejscu, co ja przed rezonansem – powiedział Hamish. – Wie, że jest czarownicą, ale nadal czuje, że żyje w kłamstwie.

– Bo ona żyje w kłamstwie – warknął Matthew, zjadając kolejną łyżkę zupy. – Diana udaje, że jest człowiekiem.

– Nie byłoby ciekawe dowiedzieć się, dlaczego to robi? A co ważniejsze, czy możesz przebywać z kimś takim? Nie lubisz kłamstw.

Matthew zamyślił się, ale nie odpowiedział.

– Jest coś jeszcze – mówił dalej Hamish. – Jak na kogoś, kto tak nie lubi kłamstw jak ty, skrywasz mnóstwo sekretów. Jeżeli potrzebujesz tej czarownicy, bez względu na powody, musisz zdobyć jej zaufanie. A osiągniesz to, tylko mówiąc jej to, czego nie chcesz, żeby wiedziała. Obudziła twoje instynkty obronne i będziesz musiał je pokonać.

Podczas gdy Matthew rozmyślał nad sytuacją, Hamish skierował rozmowę na najnowsze katastrofy w londyńskim City i rządzie. Wampir uspokoił się, gdy dał się wciągnąć w zawiłości finansów i polityki.

– Domyślam się, że słyszałeś o morderstwach w Westminsterze – powiedział Hamish, kiedy Matthew już całkiem się rozluźnił.

– Owszem. Ktoś musi położyć temu kres.

– Ty? – spytał Hamish.

– To nie jest moje zadanie. Na razie.

Hamish wiedział, że Matthew ma teorię na temat tych morderstw, która wiązała się z jego badaniami naukowymi.

– Nadal myślisz, że to oznaka tego, że wampiry wymierają?

– Tak.

Matthew był przekonany, że byty powoli wymierają. Hamish początkowo zbywał hipotezę przyjaciela, ale teraz zaczynał podejrzewać, że Matthew może mieć rację.

Powrócili do mniej niepokojących tematów i po kolacji wrócili na górę. Demon podzielił jeden ze zbędnych pokojów na salonik i sypialnię. W saloniku dominowały duże, starodawne szachy z rzeźbionymi w kości słoniowej i hebanie bierkami, które właściwie powinny znajdować się w muzeum pod ochronnym szkłem zamiast w pełnym przeciągów domku myśliwskim. Tak samo jak rezonans, szachy były prezentem od Matthew.

Ich przyjaźń pogłębiła się właśnie w czasie takich długich wieczorów jak ten, które spędzali na grze w szachy i rozmowach o pracy. Pewnego wieczoru Matthew zaczął opowiadać Hamishowi o swoich dawnych wyczynach. Teraz było niewiele rzeczy dotyczących Matthew Clairmonta, o których demon by nie wiedział. Nadto wampir był jedyną znaną Hamishowi istotą, której nie przerażał jego potężny intelekt.

Hamish zgodnie ze swoim zwyczajem grał czarnymi.

– Skończyliśmy naszą ostatnią partię? – zapytał Matthew, udając zdumienie na widok schludnie ustawionych szachów.

– Tak. Wygrałeś – odpowiedział szorstko Hamish, wywołując jeden z rzadkich szerokich uśmiechów u przyjaciela.

Zaczęli przesuwać bierki, Matthew nieśpiesznie, Hamish błyskawicznie i zdecydowanie, kiedy przychodziła jego kolej. Nie rozlegał się żaden dźwięk poza trzaskiem ognia i tykaniem zegara.

Po godzinie gry Hamish przeszedł do ostatniej części planu.

– Mam pytanie – zagaił ostrożnie, gdy czekał, aż przyjaciel wykona swój ruch. – Chcesz czarownicy przez wzgląd na nią samą czy jej moc nad manuskryptem?

– Nie chcę jej mocy! – wybuchnął Matthew, podejmując błędną decyzję co do wieży, którą Hamish zaraz zbił. Pochylił głowę i jeszcze bardziej niż zwykle przypominał renesansowego anioła skupionego na jakiejś niebiańskiej zagadce. – Chryste, nie wiem, czego chcę.

Hamish siedział tak nieruchomo, jak to możliwe.

– Myślę, że wiesz.

Matthew przesunął pionek i nie odpowiedział.

– Pozostałe byty w Oksfordzie – ciągnął Hamish – wkrótce się dowiedzą, o ile już nie wiedzą, że interesujesz się czymś więcej niż tylko starą książką. Co ostatecznie chcesz osiągnąć?

– Nie wiem – szepnął wampir.

– Miłości? Chcesz posmakować jej krwi? Uczynić ją taką jak ty?

Matthew warknął.

– Imponujące – odparł znudzonym tonem Hamish.

– Mnóstwa rzeczy w tym wszystkim nie rozumiem, Hamish, ale trzech rzeczy jestem pewien – odparł żarliwie Matthew, podnosząc kieliszek z winem z podłogi obok nóg. – Nie ulegnę pragnieniu jej krwi. Nie chcę kontrolować jej mocy. I z pewnością nie chcę zamienić jej w wampira. – Zadygotał na samą myśl.

– Zatem zostaje miłość. Masz swoją odpowiedź. Jednak wiesz, czego chcesz.

Matthew przełknął łuk wina.

– Chcę tego, czego nie powinienem chcieć, i pragnę czegoś, czego nigdy nie będę miał.

– Nie boisz się chyba, że ją skrzywdzisz? – zapytał łagodnie Hamish. – Byłeś już w związkach z ciepłokrwistymi kobietami i nigdy żadnej nie skrzywdziłeś.

Ciężki kryształowy kielich w ręce Matthew pękł na pół. Czarka spadła na podłogę, czerwone wino rozlało się na dywan. Hamish dostrzegł błysk skruszonego szkła na palcu wskazującym i kciuku wampira.

– Och, Matt. Dlaczego nic mi nie powiedziałeś? – Hamish zapanował nad twarzą, dbając, żeby nie zdradzała nawet cienia szoku.

– Jak bym mógł? – Matthew zapatrzył się na swoje ręce i zmiażdżył odłamki w palcach, aż zamigotały czerwonawą czernią, mieszaniną szkła i krwi. – Zawsze za bardzo we mnie wierzyłeś, wiesz?

– Kim była?

– Miała na imię Eleanor. – Matthew zająknął się na imieniu. Przesunął grzbietem ręki po oczach, bez skutku próbując przegnać z umysłu obraz jej twarzy. – Kłóciłem się z bratem. Teraz nie pamiętam nawet, o co się pokłóciliśmy. W tamtej chwili chciałem go roznieść gołymi rękami. Eleanor próbowała przemówić mi do rozsądku. Weszła między nas i... – Głos mu się załamał. Schował twarz w dłoniach, nie ocierając nawet krwi z palców, które już się zagoiły. – Tak bardzo ją kochałem, a zabiłem ją.

– Kiedy to było? – szepnął Hamish.

Matthew opuścił ręce i obrócił je, przyglądając się długim, mocnym palcom.

– Wieki temu. Wczoraj. Jakie to ma znaczenie? – zapytał z typowo wampirzym lekceważeniem dla upływu czasu.

– To ma ogromne znaczenie, jeśli popełniłeś ten błąd, kiedy byłeś dopiero co stworzonym wampirem, który nie panował nad swoimi instynktami i głodem.

– Aha. Zatem znaczenie będzie miał fakt, że zabiłem jeszcze jedną kobietę, Cecilię Martin, nieco ponad sto lat temu. Nie byłem wtedy „świeżo upieczonym wampirem”.

Matthew wstał z krzesła i podszedł do okien. Chciał pobiec w czerń nocy i zniknąć, żeby nie musieć patrzeć na zgrozę w oczach Hamisha.

– Było ich więcej? – zapytał ostro demon.

Matthew pokręcił głową.

– Dwie wystarczą. Nie może być trzeciej. Nigdy.

– Opowiedz mi o Cecilii – polecił Hamish, pochylając się w fotelu.

– Była żoną bankiera – zaczął niechętnie Matthew. – Zobaczyłem ją w operze i zadurzyłem się. Wszyscy wtedy w Paryżu durzyli się w cudzych żonach. – Narysował palcem na szybie zarys kobiecej twarzy. – Nie uważałem tego za duże wyzwanie. Chciałem tylko jej skosztować i tej nocy poszedłem do jej domu. Tyle że kiedy zacząłem, nie potrafiłem przestać. Nie mogłem jednak pozwolić, żeby umarła, była moja, a ja nie chciałem z niej zrezygnować. W ostatniej chwili się powstrzymałem. Dieu, jak ona nienawidziła egzystencji wampira. Weszła do płonącego budynku, zanim zdążyłem ją powstrzymać.

Hamish zmarszczył brwi.

– Czyli jej nie zabiłeś. Sama to zrobiła.

– Żywiłem się nią, dopóki nie znalazła się o włos od śmierci, zmusiłem ją do wypicia własnej krwi, przemieniłem ją bez jej zgody, bo byłem przestraszonym egoistą – odrzekł żarliwie. – Pod jakim względem jej nie zabiłem? Odebrałem jej życie, tożsamość, witalność. To śmierć, Hamish.

– Dlaczego nie powiedziałeś mi o tym? – Hamish starał się nie przejmować tym, że przyjaciel tak postąpił, ale było mu trudno.

– Nawet wampiry się wstydzą – odparł szorstko. – Nienawidzę siebie, i słusznie, za to, co zrobiłem tym kobietom.

– Właśnie dlatego powinieneś skończyć z sekretami. Zniszczą cię. – Hamish zastanowił się, co chce powiedzieć, zanim podjął wątek. – Nie zamierzałeś zabić Eleanor ani Cecilii. Nie jesteś mordercą.

Matthew oparł palce na pomalowanej na biało okiennej framudze i przycisnął czoło do chłodnej szyby. Kiedy się odezwał, głos miał beznamiętny i martwy.

– Nie, jestem potworem. Eleanor mi wybaczyła. Cecilia nigdy.

– Nie jesteś potworem – powiedział Hamish zaniepokojony tonem wampira.

– Może nie, ale jestem niebezpieczny. – Odwrócił się do Hamisha. – Zwłaszcza przy Dianie. Nawet przy Eleanor nie czułem się w ten sposób.

Już na samą myśl o Dianie powróciło pragnienie, poczuł ściskanie rozlewające się od serca do brzucha. Twarz pociemniała mu z wysiłku, gdy starał się zapanować nad sobą.

– Wracaj tu i dokończ grę – powiedział twardo Hamish.

– Mógłbym wyjechać – odezwał się niepewnie Matthew. – Nie musisz przebywać ze mną pod jednym dachem.

– Nie bądź idiotą – odparł Hamish. – Nigdzie się nie wybierasz.

Matthew usiadł.

– Nie rozumiem, jak możesz wiedzieć o Eleanor i Cecilii i mnie nie nienawidzić.

– Nie potrafię wyobrazić sobie, co musiałbyś zrobić, żebym cię znienawidził. Kocham cię jak brata i tak pozostanie aż do mojej śmierci.

– Dziękuję – powiedział Matthew z poważną twarzą. – Spróbuję na to zasłużyć.

– Nie próbuj. Zasłuż – odparł szorstko demon. – Nawiasem mówiąc, za chwilę stracisz gońca.

Obaj skupili się z powrotem na grze, choć z pewną trudnością, i nadal grali nad ranem, kiedy Jordan przyszedł z kawą dla Hamisha i butelką porto dla Matthew.

Pozbierał stłuczony kieliszek bez słowa, a potem Hamish odesłał go do łóżka.

Kiedy Jordan wyszedł, demon przyjrzał się szachownicy i wykonał ostatni ruch.

– Szach-mat.

Matthew odetchnął i odchylił się w fotelu, wpatrując się w szachownicę. Jego królowa stała otoczona przez jego pionki, skoczka i wieżę. Po drugiej stronie szachownicy zwykły pionek szachował jego króla. Koniec partii, przegrał.

– W tej grze chodzi o coś więcej niż o obronę królowej – powiedział demon. – Dlaczego tak trudno ci zapamiętać, że to król jest figurą, której nie można poświęcić?

 

– Król siedzi na miejscu, porusza się tylko o jedno pole. Królowa może ruszać się swobodnie. Chyba wolę przegrać niż poświęcić jej wolność.

Hamish zastanowił się, czy Matthew mówił o szachach, czy o Dianie.

– Warta jest takiej ceny? – zapytał cicho.

– Tak – odpowiedział bez chwili wahania Matthew, podnosząc z szachownicy królową.

– Tak myślałem. Może w tej chwili nie odbierasz tego w ten sposób, ale masz szczęście, że w końcu ją znalazłeś.

Oczy wampira zalśniły, a jego usta wykrzywiły się w uśmieszku.

– Ale czy ona ma szczęście? Czy ma szczęście, że ktoś taki jak ja o nią zabiega?

– To zależy całkowicie od ciebie. Pamiętaj tylko, żadnych sekretów. Nie, jeśli ją kochasz.

Matthew spojrzał królowej w twarz, zamykając obronnym gestem palce na małej figurce.

Nadal ją trzymał, kiedy wstało słońce, a Hamish dawno już poszedł spać.

1 Sweet William (ang.) – goździk brodaty (przyp. tłum.)