Księga czarownicTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

To administrator zapraszał mnie na drinka przed kolacją.

W mieszkaniu zastanawiałam się, czy nie zadzwonić do jego sekretarki i nie udać, że źle się czuję, żeby wymigać się od zaproszenia. W głowie mi się kręciło i wątpiłam, żebym w tej chwili była w stanie utrzymać w żołądku choćby kroplę sherry.

Tyle że kolegium zachowało się bardzo hojnie, kiedy poprosiłam o lokum. Wypadałoby chociaż osobiście podziękować. Moja zawodowa obowiązkowość zaczęła zajmować miejsce niepokoju, który rozbudziła Gillian. Trzymając się swojej tożsamości – badacza – jak koła ratunkowego, postanowiłam dać wyraz swojej wdzięczności.

Przebrałam się i poszłam do domu administratora. Zadzwoniłam do drzwi. Pracownik kolegium otworzył je, zaprosił mnie do środka i zaprowadził do salonu.

– Dobry wieczór, doktor Bishop. – Nicholas Marsh miał zmarszczki w kącikach niebieskich oczu, a jego białe jak śnieg włosy i okrągłe, czerwone policzki sprawiały, że przypominał Świętego Mikołaja.

Uspokojona jego serdecznością i uzbrojona w poczucie zawodowego obowiązku uśmiechnęłam się.

– Profesorze Marsh. – Wyciągnęłam rękę. – Dziękuję za zaproszenie.

– Obawiam się, że dawno już powinienem był to zrobić. Jak pani wie, byłem we Włoszech.

– Tak, kwestor mnie poinformował.

– Zatem musi mi pani wybaczyć, że tak długo ją zaniedbywałem. Mam nadzieję nadrobić zaległości, przedstawiając panią staremu przyjacielowi, który przyjechał na kilka dni do Oksfordu. To znany autor. Pisze na temat, który może panią zaciekawić.

Marsh odsunął się na bok, dzięki czemu dostrzegłam głowę z gęstymi kasztanowymi włosami przyprószonymi siwizną i rękaw brązowej, tweedowej marynarki. Zamarłam skonsternowana.

– Przedstawiam pani Petera Knoksa – powiedział administrator, ujmując mnie lekko pod łokieć. – Zna pani prace.

Czarownik wstał. Wreszcie przypomniałam sobie, co mi umykało. Nazwisko Knoksa pojawiło się w artykule na temat wampirzych morderstw. Był ekspertem wezwanym przez policję do zbadania miejsca zbrodni, która najwyraźniej miała okultystyczny wydźwięk. Palce zaczęły mnie świerzbić.

– Doktor Bishop – powiedział Knox, wyciągając rękę. – Widziałem panią w Bibliotece Bodlejańskiej.

– Tak, owszem. – Podałam mu rękę i z ulgą zauważyłam, że nie sypie iskrami.

Uścisnęliśmy sobie ręce najkrócej, jak się dało.

Opuszki palców zadrżały mu lekko – delikatne wibrowanie kości i skóry, którego nie zauważyłby żaden człowiek. Przypomniało mi to dzieciństwo, kiedy ręce mojej matki drżały i wibrowały, przygotowując naleśniki i składając pranie. Zamknęłam oczy i przygotowałam się na przypływ magii.

Zadzwonił telefon.

– Niestety muszę odebrać – przeprosił nas Marsh. – Proszę siadać.

Usiadłam tak daleko od Knoksa, jak tylko się dało. Przysiadłam na drewnianym krześle o prostym oparciu zwykle zarezerwowanym dla młodszych członków kolegium, którzy się czymś skompromitowali.

Milczeliśmy z Knoksem, podczas gdy Marsh pomrukiwał i cmokał zniecierpliwiony do telefonu. Wreszcie wcisnął guzik na konsoli i podszedł do mnie z kieliszkiem sherry w ręku.

– To rektor. Dwójka pierwszaków zaginęła – powiedział, mając na myśli studentów pierwszego roku. – Proszę, niech państwo sobie porozmawiają, a ja udam się do gabinetu i zajmę się tą sprawą. Proszę mi wybaczyć.

Drzwi w oddali otworzyły się i zamknęły, zduszone głosy rozległy się w korytarzu, a potem zapadła cisza.

– Zaginieni studenci? – zapytałam beznamiętnie.

Knox na pewno sprokurował za pomocą magii zarówno kryzys, jak i telefon, który odciągnął Marsha.

– Nie rozumiem, doktor Bishop – mruknął czarownik. – To prawdziwy pech, że uniwersytet zapodział dwójkę dzieci. Poza tym to nam pozwoli porozmawiać na osobności.

– A co mamy do omówienia? – Powąchałam sherry i zaczęłam się modlić o powrót administratora.

– Bardzo wiele.

Zerknęłam na drzwi.

– Nicholas będzie zajęty, dopóki nie skończymy.

– W takim razie miejmy to już za sobą, żeby administrator mógł wrócić do swojego drinka.

– Jak sobie pani życzy. Proszę mi powiedzieć, co sprowadziło panią do Oksfordu, doktor Bishop.

– Alchemia.

Byłam gotowa odpowiedzieć na jego pytania, choćby po to, żeby Marsh wrócił, ale nie zamierzałam mówić mu więcej niż to konieczne.

– Musiała pani wiedzieć, że Ashmole nr 782 jest zaklęty. Nikt, kto ma choćby kroplę krwi Bishopów, nie mógłby tego przeoczyć. Dlaczego go pani odesłała?

Brązowe oczy Knoksa patrzyły na mnie przenikliwie. Pragnął manuskryptu równie mocno, jak Matthew Clairmont, o ile nie bardziej.

– Nie był mi już potrzebny.

Z trudem mówiłam spokojnie.

– Nic pani nie zaciekawiło w tym rękopisie?

– Nic.

Usta Knoksa wykrzywiły się w brzydkim grymasie. Wiedział, że kłamię.

– Podzieliła się pani swoimi spostrzeżeniami z wampirem?

– Rozumiem, że ma pan na myśli profesora Clairmonta?

Kiedy byty odmawiały posługiwania się imionami i nazwiskami, dawały do zrozumienia, że nie uważają innych za równych sobie.

Palce Knoksa znowu drgnęły. Kiedy już myślałam, że skieruje je na mnie, zacisnął je na podłokietnikach krzesła.

– Wszyscy szanujemy pani rodzinę i to, co pani przeszła. Mimo wszystko pojawiły się pytania na temat pani nieortodoksyjnego związku z tym bytem. Zdradza pani swoje pochodzenie, swój ród tym samolubnym zachowaniem. To się musi skończyć.

– Profesor Clairmont to znajomość zawodowa – odpowiedziałam, żeby oddalić rozmowę od mojej rodziny. – A ja nic nie wiem na temat manuskryptu. Był w moim posiadaniu raptem kilka minut. Tak, wiedziałam, że rzucono na niego zaklęcie. To jednak nie miało dla mnie znaczenia, ponieważ chciałam poznać jego treść.

– Wampir pragnie tej księgi od ponad stu lat – rzucił zjadliwie Knox. – Nie można pozwolić, żeby ją dostał.

– Dlaczego? – Mój głos aż ociekał tłumionym gniewem. – Bo należy do czarownic? Wampiry i demony nie mogą zaczarować przedmiotu. To czarownica rzuciła zaklęcie na książkę i teraz ono znowu chroni rękopis. Czym się pan martwi?

– Czymś, czego nie zdoła pani pojąć, doktor Bishop.

– Jestem pewna, że nadążę za panem, panie Knox.

Zacisnął usta z niezadowoleniem, kiedy podkreśliłam swoją pozycję w świecie akademickim. Za każdym razem, kiedy posługiwał się moim tytułem, brzmiało to jak drwina, jakby próbował podkreślić, że to on, nie ja, jest prawdziwym ekspertem. Może i nie posługuję się swoją mocą i nie potrafiłabym przywołać własnych zgubionych kluczy, ale nie zniosę protekcjonalnego tonu tego czarownika.

– Niepokoi mnie, że pani, Bishop, zadaje się z wampirem. – Uniósł rękę, kiedy słowa protestu już wypływały mi na usta. – Nie znieważajmy się dalszymi nieprawdami. Zamiast naturalnej odrazy, jaką powinna pani czuć dla tego zwierzęcia, jest mu pani wdzięczna.

Milczałam, gotując się w środku.

– I martwię się, ponieważ znaleźliśmy się niebezpiecznie blisko ściągnięcia na siebie uwagi ludzi.

– Próbowałam pozbyć się bytów z biblioteki.

– Ach, ale to nie tylko biblioteka, prawda? Wampir porzuca pozbawione krwi trupy w okolicy Westminster. Demony są nietypowo niespokojne, jak nigdy narażone na szaleństwo i wpływ zaburzeń energii na świecie. Nie możemy pozwolić sobie na wykrycie.

– Powiedział pan reporterom, że w tych zgonach nie ma niczego nadnaturalnego.

Knox spojrzał z niedowierzaniem.

– Chyba nie spodziewa się pani, że powiem ludziom o wszystkim?

– Owszem, kiedy panu płacą.

– Nie tylko sobie pani pobłaża, ale jest także niemądra. To mnie zaskakuje, doktor Bishop. Pani ojciec słynął z rozsądku.

– To był dla mnie długi dzień. To wszystko? – Wstałam gwałtownie.

Nawet w zwykłych okolicznościach trudno mi było słuchać o moich rodzicach z ust kogoś innego niż Sarah i Em. A teraz po rewelacjach Gillian wydawało mi się to wręcz nieprzyzwoite.

– Nie, to nie wszystko – odpowiedział nieprzyjemnym tonem Knox. – W tej chwili najbardziej intryguje mnie to, w jaki sposób ignorantka w dziedzinie magii bez żadnego szkolenia zdołała złamać zaklęcie, które opierało się tym, którym umiejętnościom nigdy pani nie dorówna.

– To dlatego wszyscy mnie obserwujecie? – Usiadłam, przyciskając plecy do desek oparcia.

– Niech pani nie będzie taka zadowolona z siebie – odparł szorstko. – Pani sukces może być fuksem, efektem rocznicy rzucenia oryginalnego czaru. Bieg czasu może wpływać na zaklęcia, a rocznice to chwile szczególnej niestabilności. Nie próbowała jeszcze pani ponownie zamówić rękopisu, ale kiedy to pani zrobi, może nie okazać się to równie łatwe jak za pierwszym razem.

– A którą to rocznicę byśmy świętowali?

– Sto pięćdziesiątą.

Zastanawiałam się wcześniej, dlaczego w ogóle rzucono na księgę czar. Ktoś musiał jej szukać już tyle lat temu. Pobladłam.

Wróciliśmy do Matthew Clairmonta i jego zainteresowania Ashmole’em nr 782.

– Zatem rzeczywiście nadąża pani, co? Kiedy następnym razem zobaczy się pani ze swoim wampirem, proszę go zapytać, co robił jesienią 1859 roku. Wątpię, żeby powiedział pani prawdę, ale może ujawnić dość, żeby się sama pani domyśliła.

– Jestem zmęczona. Proszę mi powiedzieć, jak czarownik czarownicy, dlaczego pan interesuje się Ashmole’em nr 782.

Usłyszałam już, dlaczego demonom zależy na rękopisie. Nawet Matthew w pewnym stopniu się wytłumaczył. Fascynacja Knoksa była brakującym elementem układanki.

– Ten rękopis należy do nas – odparł żarliwie. – Tylko my możemy zrozumieć jego sekrety i tylko nam można go powierzyć.

– Co takiego jest w tym rękopisie?! – Straciłam w końcu panowanie nad sobą.

 

– Pierwsze zaklęcia, jakie kiedykolwiek skonstruowano. Opisy czarów, które trzymają świat w całości. – Knox miał rozmarzony wyraz twarzy. – Sekret nieśmiertelności. Wyjaśnienie, jak czarownice stworzyły pierwszego demona. Jak można zniszczyć wampiry, raz na zawsze. – Teraz świdrował mnie wzrokiem. – To źródło naszej mocy, przeszłej i obecnej. Nie może wpaść w ręce demonów lub wampirów. Albo ludzi.

Wydarzenia popołudnia zaczęły do mnie docierać i musiałam ścisnąć kolana, żeby nie drżały.

– Nikt nie umieściłby tylu informacji w jednej książce.

– Owszem, pierwsza czarownica. A potem, z czasem, jej synowie i córki. To nasza historia, Diano. Na pewno chcesz ją chronić przed ciekawskimi spojrzeniami.

Administrator wszedł do pokoju, jakby czekał za drzwiami. Napięcie było wręcz duszące, ale on był rozkosznie niczego nieświadomy.

– Zawracanie głowy. – Pokręcił siwą głową. – Studenci nielegalnie zabrali łódkę. Znaleziono ich pod mostem, gdzie utknęli, podchmielonych i bardzo zadowolonych z tej sytuacji. Może wyniknąć z tego romans.

– Tak się cieszę – mruknęłam. Zegar wybił kwadrans do pełnej godziny. Wstałam. – Już tak późno? Jestem umówiona na kolację.

– Nie zje pani z nami? – Administrator zmarszczył czoło. – Peter nie mógł się doczekać, kiedy porozmawia z panią o alchemii.

– Nasze drogi jeszcze się zejdą. I to niedługo – odparł gładko Knox. – Moja wizyta jest tak niespodziewana, ale pani, rzecz jasna, ma ciekawsze plany niż kolacja z mężczyznami w naszym wieku.

„Uważaj na Matthew Clairmonta” – rozległ się głos Knoksa w mojej głowie. „To morderca”.

Marsh się uśmiechnął.

– Tak, oczywiście. Mam nadzieję jeszcze się z panią zobaczyć. Kiedy już studenci pierwszego roku odnajdą się na uniwersytecie.

„Zapytaj go o rok 1859. Przekonaj się, czy podzieli się swoimi sekretami z czarownicą”.

„To żaden sekret, skoro ty go znasz”. Zaskoczenie odmalowało się na twarzy Knoksa, kiedy w taki sam sposób odpowiedziałam na jego mentalne przestrogi. To szósty raz, kiedy posłużyłam się magią w tym roku, ale okoliczności niewątpliwie mnie usprawiedliwiały.

– Z przyjemnością. I raz jeszcze dziękuję, że pozwolił mi pan zatrzymać się w kolegium w tym roku. – Skinęłam głową do czarownika. – Panie Knox.

Uciekłam z domu administratora i skierowałam się do mojego dawnego azylu – krużganków. Spacerowałam wśród filarów, aż serce mi się uspokoiło. Rozmyślałam nad tylko jednym pytaniem: co robić teraz, kiedy to jednego popołudnia groziło mi dwoje czarowników, moich własnych ludzi? Nagle z całą wyrazistością ujrzałam odpowiedź.

W mieszkaniu przeszukałam torbę, aż natrafiłam na zgniecioną wizytówkę Clairmonta i wybrałam pierwszy numer.

Nie odebrał.

Kiedy mechaniczny głos poinformował mnie, że może przyjąć wiadomość, zaczęłam mówić:

– Matthew, tu Diana. Przepraszam, że zawracam ci głowę, kiedy jesteś poza miastem. – Odetchnęłam głęboko, próbując pozbyć się części wyrzutów sumienia związanych z tym, że postanowiłam nie mówić Clairmontowi o Gillian i moich rodzicach, a tylko o Knoksie. – Musimy porozmawiać. Coś się wydarzyło. To ten czarownik z biblioteki. Nazywa się Peter Knox. Zadzwoń do mnie, gdy odbierzesz tę wiadomość.

Zapewniłam Sarah i Em, że żaden wampir nie będzie mieszał się do mojego życia. Gillian Chamberlain i Peter Knox skłonili mnie do zmiany zdania. Drżącymi dłońmi spuściłam rolety i zamknęłam drzwi na klucz, żałując, że kiedykolwiek usłyszałam o Ashmole’u nr 782.

Rozdział 11

Tej nocy nie miałam szans zasnąć. Siedziałam na sofie, potem na łóżku, a telefon spoczywał koło mnie. Nawet kubek herbaty i odebrane e-maile nie mogły oderwać moich myśli od wydarzeń minionego dnia. Nie byłam w stanie zaakceptować myśli, że czarownicy mogli zamordować moich rodziców. Odepchnęłam od siebie te rozważania i zaczęłam się zastanawiać nad zaklęciem rzuconym na Ashmole’a nr 782 oraz przyczynami zainteresowania Knoksa.

Nadszedł świt, a ja nadal nie spałam. Wzięłam prysznic i włożyłam świeże ubranie. Myśl o śniadaniu wydawała mi się wyjątkowo mało atrakcyjna. Darowałam je sobie i poszłam pod drzwi Biblioteki Bodlejańskiej, czekając, aż ją otworzą. Później ruszyłam do pobliskiej czytelni i usiadłam tam, gdzie zawsze. Komórkę schowałam do kieszeni, nastawioną na wibrację, choć wściekało mnie, gdy telefony innych nagle zaczynały buczeć cicho i podskakiwać, zakłócając ciszę.

Peter Knox zjawił się o wpół do jedenastej i usiadł na drugim końcu sali. Pod pretekstem zwrócenia rękopisu wróciłam do biurka recepcjonistki, by się upewnić, czy Miriam nadal jest w bibliotece. Była, i to wściekła.

– Powiedz mi, że ten czarownik nie siedzi za tobą.

– Siedzi. Ciągle gapi się na mnie od tyłu, kiedy pracuję.

– Gdybym tylko była bardziej postawna.

– Myślę, że potrzeba by czegoś więcej niż postura, żeby odstraszyć tego skurczybyka – odparłam, uśmiechając się półgębkiem.

Gdy Matthew przybył do Selden End, bezgłośnie i bez ostrzeżenia, nie poinformowały mnie o tym lodowate dotknięcia. Zamiast nich pojawiły się płatki śniegu, które pokryły nagle moje włosy, ramiona i plecy, jakby sprawdzał pośpiesznie, czy na pewno jestem w jednym kawałku.

Zacisnęłam palce na blacie stojącego przede mną stołu. Przez parę chwil nie śmiałam się odwrócić, myśląc, że może to tylko Miriam. Kiedy się upewniłam, że to rzeczywiście Matthew, serce zabiło mi mocno.

Ale wampir nie patrzył już na mnie. Gapił się z furią na Petera Knoksa.

– Matthew – zawołałam cicho, wstając z krzesła.

Oderwał spojrzenie od czarownika i podszedł do mnie.

Zmarszczyłam niepewnie brwi na widok jego srogiej miny, ale on uśmiechnął się uspokajająco.

– Jak rozumiem, sporo się tu działo.

Był tak blisko, że chłód jego ciała był jak rześki wietrzyk w upalny dzień.

– Nic, z czym nie moglibyśmy sobie poradzić – odpowiedziałam spokojnie, pamiętając, że Peter Knox jest blisko.

– Czy nie możemy zaczekać z tą rozmową na koniec dnia? – zapytał. Jego palce powędrowały ku wypukłości na mostku, uwidaczniającej się pod miękką tkaniną swetra. – Moglibyśmy poćwiczyć jogę.

Choć nie spałam ani minuty, jazda do Woodstock doskonale wygłuszonym samochodem, a potem półtorej godziny ćwiczeń połączonych z medytacją wydawały się bardzo atrakcyjną perspektywą.

– Byłoby cudownie – odparłam szczerze.

– Chciałabyś, żebym popracował tu razem z tobą? – zapytał, pochylając się ku mnie.

Jego zapach był tak silny, że zakręciło się mi w głowie.

– To nie będzie konieczne – odpowiedziałam stanowczo.

– Zawiadom mnie, jeśli zmienisz zdanie. W przeciwnym razie spotkamy się o szóstej pod Hertford.

Matthew patrzył mi w oczy jeszcze przez chwilę. Potem obrzucił nienawistnym spojrzeniem Petera Knoksa i wrócił na miejsce.

Gdy przechodziłam obok jego biurka po drodze na lunch, Matthew kaszlnął. Miriam odłożyła ze złością ołówek i podążyła za mną. Knox nie pójdzie za mną do Blackwella. Matthew już tego dopilnuje.

Popołudnie ciągnęło się bez końca. Z trudem opanowywałam senność. O piątej byłam już stanowczo gotowa sobie pójść. Knox został w Selden End, razem z grupą rozmaitych ludzi. Matthew zszedł ze mną na dół. Nastrój znacznie mi się poprawił. Pobiegłam do kolegium, przebrałam się i zabrałam matę do jogi. Gdy wampir podjechał samochodem pod metalowy płot Hertford, już tam na niego czekałam.

– Przyszłaś za wcześnie – zauważył z uśmiechem i schował moją matę do bagażnika. Pomagając mi wsiąść, wciągnął głęboko powietrze.

Zastanawiałam się, jaki przekaz wysyła mu moje ciało.

– Musimy porozmawiać.

– Nie ma co się śpieszyć. Najpierw wyjedźmy z Oksfordu.

Zamknął za mną drzwi auta i zajął miejsce za kierownicą.

Ruch na Woodstock Road był większy niż zwykle, z uwagi na napływ studentów i wykładowców.

– Jak było w Szkocji? – zapytałam, gdy wyjechaliśmy za granice miasta. Nie obchodziło mnie, co powie, chciałam tylko słyszeć jego głos.

Zerknął na mnie i skierował spojrzenie z powrotem na drogę.

– W porządku.

– Miriam mówiła, że polowałeś.

Wypuścił cicho powietrze z płuc. Jego palce powędrowały do guza pod swetrem.

– Nie powinna o tym wspominać.

– Dlaczego?

– Dlatego że o pewnych sprawach nie mówi się w mieszanym towarzystwie – odparł z nutą niecierpliwości. – Czy czarownice opowiadają innym, że przez cztery dni rzucały zaklęcia i warzyły nietoperze?

– Czarownice nie warzą nietoperzy! – oburzyłam się.

– Wiesz, o co mi chodzi.

– Byłeś sam? – zapytałam.

Namyślał się przez dłuższą chwilę, zanim mi odpowiedział.

– Nie.

– Ja też nie byłam sama w Oksfordzie – zaczęłam. – Byty...

– Miriam mi opowiadała. – Zacisnął dłonie na kierownicy. – Gdybym wiedział, że czarownik, który daje ci się we znaki, to Peter Knox, na pewno nie wyjechałbym z Oksfordu.

– Miałeś rację – przyznałam, myśląc, że muszę mu to powiedzieć, zanim poruszymy temat Knoksa. – Nie udało mi się usunąć magii ze swego życia. Posługiwałam się nią w pracy, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Ona jest we wszystkim. Przez wiele lat oszukiwałam samą siebie. – Słowa płynęły mi niepowstrzymanie z ust. Matthew cały czas skupiał uwagę na prowadzeniu samochodu. – Boję się.

– Wiem – odparł, dotykając zimną dłonią mojego kolana.

– Co mam teraz zrobić? – wyszeptałam.

– Coś wykombinujemy – odparł ze spokojem, skręcając w kierunku bram Starego Domu. Gdy wjechaliśmy na wzniesienie i zatrzymaliśmy się na kolistym podjeździe, przyjrzał się uważnie mojej twarzy. – Jesteś zmęczona. Dasz radę ćwiczyć?

Skinęłam głową.

Wysiadł z samochodu i otworzył drzwi z tyłu. Tym razem nie pomagał mi wysiąść. Otworzył bagażnik, wyjął nasze maty i oparł je na ramieniu. Inni uczestnicy kursu przechodzili obok, obrzucając nas zaciekawionymi spojrzeniami.

Matthew zaczekał, aż zostaniemy sami na podjeździe, i spojrzał na mnie, wyraźnie nie mogąc podjąć jakiejś decyzji. Przed chwilą przyznałam się, że uprawiałam magię, nawet o tym nie wiedząc. Co mogło być aż tak straszne, że nie był w stanie mi o tym powiedzieć?

– Spotkałem się w Szkocji ze starym znajomym, Hamishem Osborne’em – wyznał wreszcie.

– Tym, który według prasy powinien kandydować do parlamentu, by zostać ministrem finansów? – zapytałam ze zdumieniem.

– Hamish nie będzie kandydował – odparł ze spokojem Matthew, poprawiając ze spokojem tasiemkę pokrowca swej maty.

– To znaczy, że rzeczywiście jest gejem! – zawołałam, przypominając sobie, że niedawno słyszałam o tym w późno nadawanych wiadomościach.

Matthew przeszył mnie palącym spojrzeniem.

– Tak. Ale, co ważniejsze, jest demonem.

Nie wiedziałam zbyt wiele, o świecie bytów, ale słyszałam, że nie wolno im uczestniczyć w życiu politycznym i religijnym ludzi.

– Hmm. Finanse to dziwny wybór zajęcia w przypadku demona. Ale to tłumaczy, skąd tak świetnie wie, co robić z tymi wszystkimi pieniędzmi – dodałam po chwili zastanowienia.

– On bardzo dobrze rozumie wiele spraw. – Zapadła dość długa cisza. Matthew nie ruszył w stronę drzwi. – Musiałem się wybrać na polowanie.

Spojrzałam na niego bez zrozumienia.

– Zostawiłaś sweter w moim samochodzie – dodał, jakby to cokolwiek wyjaśniało.

– Miriam już mi go oddała.

– Wiem. Nie mogłem go trzymać przy sobie. Rozumiesz dlaczego?

Pokręciłam głową. Westchnął i zaklął po francusku.

– W samochodzie było pełno twojego zapachu. Teraz pojmujesz?

– Nadal nie – przyznałam.

– Nie byłem w stanie przestać myśleć o tobie.

Przeczesał włosy dłonią i przeniósł spojrzenie na podjazd.

Serce biło mi nieregularnie i niewystarczający dopływ krwi spowalniał moje procesy myślowe. W końcu jednak zrozumiałam.

– Chyba się nie boisz, że mógłbyś zrobić mi krzywdę?

Czułam zdrowy strach przed wampirami, ale myślałam, że Matthew jest inny.

– Nie mogę być tego pewien.

W jego oczach widziałam ostrożność, a w głosie pobrzmiewała nuta ostrzeżenia.

– To znaczy, że nie wyjechałeś z powodu tego, co wydarzyło się w piątek wieczorem. – Westchnęłam z ulgą.

– Nie – zapewnił łagodnie. – To nie miało z tym nic wspólnego.

– Wchodzicie do środka czy macie zamiar ćwiczyć na podjeździe?! – zawołała stojąca w drzwiach Amira.

 

Weszliśmy, od czasu do czasu spoglądając na siebie ukradkowo, gdy jedno z nas myślało, że drugie nie patrzy. Pierwsza szczera wymiana informacji zmieniła stosunki między nami. Oboje zadawaliśmy sobie pytanie, co wydarzy się teraz.

Po zajęciach, gdy Matthew wciągał sweter przez głowę, moją uwagę przyciągnął jakiś błyszczący srebrny przedmiot. Zawiesił go sobie na szyi na cienkim rzemyku. To tego obiektu dotykał przez cały czas niczym talizmanu.

– Co to jest? – zapytałam, wskazując przedmiot palcem.

– Przypomnienie – odparł krótko.

– O czym?

– O niszczycielskiej sile gniewu.

Peter Knox ostrzegał mnie, żebym była ostrożna w kontaktach z Matthew.

– Czy coś takiego noszą pielgrzymi?

Obiekt przypominał kształtem coś, co widziałam w British Museum. Wyglądał na bardzo stary.

Matthew skinął głową i zdjął rzemyk z szyi. Przedmiot kołysał się swobodnie, lśniąc, gdy padło na niego światło.

– To ampułka z Betanii.

Miała kształt trumny i mogła pomieścić kilka kropli wody święconej.

– Łazarz – rzekłam cicho, przyglądając się trumnie.

Betania to miejsce, gdzie Jezus wskrzesił Łazarza. Choć wychowano mnie na pogankę, wiedziałam, dlaczego chrześcijanie wyruszają na pielgrzymki. To pokuta za grzechy.

Matthew schował ampułkę pod swetrem, ukrywając ją przed spojrzeniami osób wychodzących z sali.

Pożegnaliśmy się z Amirą i zatrzymaliśmy pod Starym Domem. Na dworze panował jesienny chłód. Było ciemno, choć na ceglane mury budynku padał blask reflektorów.

– Czujesz się już lepiej? – zapytał Matthew, wyrywając mnie z zamyślenia. Skinęłam głową. – W takim razie opowiedz, co się wydarzyło.

– Chodzi o rękopis. Knox pragnie go zdobyć. Agatha Wilson, którą spotkałam u Blackwella, powiedziała, że demony też go szukają. Ty również. Ale Ashmole nr 782 jest zaklęty.

– Wiem o tym.

Tuż przed nami pojawiła się nagle biała sowa, łopocząc skrzydłami w powietrzu. Wzdrygnęłam się i uniosłam ręce, by się zasłonić, przekonana, że ptak zaatakuje mnie dziobem i szponami. Sowa jednak straciła zainteresowanie i uleciała między dęby rosnące wzdłuż podjazdu.

Serce tłukło mi jak szalone. Wezbrała we mnie fala paniki. Matthew niespodziewanie otworzył tylne drzwi jaguara i popchnął mnie na siedzenie.

– Pochyl głowę i oddychaj – poradził, a potem klęknął na żwirze, wspierając palce na moich kolanach.

Poczułam smak żółci, która podeszła mi do gardła – nie miałam w żołądku nic oprócz wody. Zaczęłam się krztusić. Zasłoniłam usta dłonią, próbując powstrzymać wymioty. Matthew wyciągnął rękę i wsunął mi za ucho niesforny kosmyk włosów. Uspokajał mnie dotyk jego zimnych palców.

– Nic ci nie grozi – zapewnił.

– Wybacz – rzekłam i otarłam usta drżącą dłonią. Mdłości ustąpiły.– Panika zaczęła się wczoraj wieczorem, kiedy zobaczyłam Knoksa.

– Chcesz się kawałek przejść?

– Nie – rzuciłam pośpiesznie. Park wydawał się bardzo duży i panowała w nim nieprzenikniona ciemność, a moje nogi były jak z gumy.

Przyjrzał mi się z uwagą.

– Zabiorę cię do domu. Dalsza część rozmowy może zaczekać.

Wyciągnął mnie z tylnego siedzenia i trzymał lekko moją dłoń, aż usiadłam z przodu. Kiedy wsiadał do samochodu, zamknęłam oczy. Przez chwilę siedzieliśmy bez słowa. Wreszcie obrócił kluczyk w stacyjce i jaguar szybko obudził się do życia.

– Czy to często ci się zdarza? – zapytał obojętnym tonem.

– Dzięki Bogu, nie – odparłam – W dzieciństwie miałam z tym prawdziwe kłopoty, ale teraz jest znacznie lepiej. To tylko zbyt wysoki poziom adrenaliny.

Przyglądał się moim dłoniom, gdy odgarniałam włosy z twarzy.

– Wiem – odparł po prostu. Zwolnił hamulec ręczny i wyjechał na podjazd.

– Czujesz zapach?

Skinął głową.

– Narastał od chwili, gdy powiedziałaś, że posługujesz się magią. Czy to dlatego tak dużo ćwiczysz? Bieganie, wioślarstwo, joga?

– Nie lubię brać środków uspokajających. Mąci mi się od nich w głowie.

– Pewnie ćwiczenia są skuteczniejsze.

– Tym razem nie zadziałały – wyszeptałam, wspominając chwilę, gdy moje dłonie się naelektryzowały.

Opuściliśmy tereny Starego Domu i wyjechaliśmy na drogę. Matthew skupił się na prowadzeniu, a ja pozwalałam, by kołysały mnie łagodne ruchy pojazdu.

– Dlaczego do mnie zadzwoniłaś? – zapytał nagle, wyrywając mnie z zamyślenia.

– Z powodu Knoksa i Ashmole’a nr 782 – odpowiedziałam. Nagła zmiana jego nastroju znowu przywołała zapowiedź paniki.

– Tyle akurat wiem. Chodziło mi o to, dlaczego zwróciłaś się właśnie do mnie. Z pewnością masz przyjaciół, czarowników albo ludzi, którzy mogliby ci pomóc.

– Właściwie to nie mam. Nikt z moich ludzkich przyjaciół nie wie, że jestem czarownicą. Musiałabym poświęcić wiele dni, by im wyjaśnić, co naprawdę dzieje się na świecie. Pod warunkiem, że zechcieliby mnie słuchać przez tak długi czas. Wśród czarowników nie mam przyjaciół, a nie mogę wciągać w to ciotek. To nie ich wina, że zrobiłam coś głupiego i zwróciłam rękopis, bo go nie zrozumiałam. – Przygryzłam wargę. – Czy nie powinnam była zwracać się do ciebie?

– Nie wiem, Diano. W piątek powiedziałaś, że czarownice i wampiry nie mogą być przyjaciółmi.

– W piątek powiedziałam ci mnóstwo różnych rzeczy.

Matthew umilkł, skupiając uwagę na drodze.

– Sama już nie wiem, co myśleć. – Przerwałam, by porządnie zastanowić się nad następnymi słowami. – Ale jednego jestem pewna. Wolałabym siedzieć w bibliotece z tobą niż z Knoxem.

– Wampirom nigdy nie wolno ufać bez zastrzeżeń. Nie wtedy, gdy przebywają w towarzystwie ciepłokrwistych.

Na moment skupił na mnie spojrzenie swych zimnych oczu.

– Ciepłokrwistych? – zapytałam, marszcząc brwi.

– Ludzi, czarowników, demonów. Każdego, kto nie jest wampirem.

– Wolę narazić się na twoje ukąszenie niż pozwolić Knoksowi, by grzebał w moim mózgu w poszukiwaniu informacji.

– Próbował tego?

Głos Matthew był cichy, ale kryła się w nim zapowiedź przemocy.

– To nie było nic takiego – zapewniłam pośpiesznie. – Po prostu ostrzegał mnie przed tobą.

– Miał rację. Nikt nie może się stać kimś, kim nie jest, choćby nie wiadomo jak się starał. Nie wolno wyobrażać sobie wampirów zbyt romantycznie. Knox może nie mieć wobec ciebie dobrych zamiarów, ale w tym przypadku się nie mylił.

– Nikt nie będzie mi wybierał przyjaciół. A już z pewnością nie tacy nienawistnicy jak Knox.

Gdy mój gniew się nasilił, poczułam świerzbienie w palcach, wsunęłam je więc pod uda.

– Zatem jesteśmy przyjaciółmi? – zapytał Matthew.

– Tak myślę. Przyjaciele mówią sobie nawzajem prawdę, nawet jeśli to trudne.

Zakłopotana poważnym charakterem tej rozmowy, zaczęłam się bawić sznurówkami swetra.

– Wampiry nie za dobrze nadają się na przyjaciół.

W jego głosie znowu zabrzmiał gniew.

– Posłuchaj, jeśli chcesz, żebym cię zostawiła w spokoju...

– Pewnie, że nie chcę – przerwał mi. – Kłopot w tym, że związki z wampirami są... skomplikowane. Potrafimy być opiekuńczy, a nawet zaborczy. To może ci się nie spodobać.

– W tej chwili odrobina opiekuńczości brzmi dla mnie całkiem atrakcyjnie.

Moja odpowiedź przywołała do jego oczu błysk bezradności.

– Przypomnę ci te słowa, kiedy zaczniesz się uskarżać – zapowiedział. Ból w jego oczach szybko ustąpił miejsca ironicznej wesołości.

Skręcił w Holywell Street i wjechał w łukowatą bramę kolegium. Fred zerknął na samochód i wyszczerzył zęby w uśmiechu, a potem odwrócił dyskretnie wzrok. Czekałam, aż otworzy drzwi, rozglądając się uważnie po wnętrzu jaguara. Chciałam się upewnić, że nie zostawię tu nic – nawet gumki do włosów – co zmusiłoby go do powrotu do Szkocji.

– Ale w tym wszystkim chodzi o coś więcej niż Knox i rękopis – oznajmiłam z naciskiem, gdy wręczył mi matę. Jego zachowanie sugerowało, że w pobliżu nie ma żadnych zagrażających mi bytów.

– To może zaczekać, Diano. Nie obawiaj się. Peter Knox nie zbliży się do ciebie bardziej niż na pięćdziesiąt stóp.

Jego głos zabrzmiał złowrogo. Matthew dotknął ampułki, którą miał pod swetrem.

Będziemy musieli spędzić ze sobą trochę czasu. Nie w bibliotece, tylko sam na sam.

– Może wpadłbyś jutro do mnie na kolację? – zapytałam cicho. – Moglibyśmy porozmawiać o tym, co się wydarzyło.

Matthew znieruchomiał. Zakłopotanie mieszało się na jego twarzy z jakimś uczuciem, którego nie potrafiłam nazwać. Zacisnął lekko palce na odznace pielgrzyma, ale zaraz ją puścił.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?