Covid -19: pandemia, która nie powinna była się zdarzyć i jak nie dopuścić do następnej

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Debora MacKenzie

Covid-19: pandemia, która nie powinna była się zdarzyć i jak nie dopuścić do następnej


Tytuł oryginału

COVID-19: The Pandemic that Never Should ISBN 978-83-8202-053-3 Have Happended and How to Stop the Next One Copyright © 2020 by Debora MacKenzie This edition published by arrangement Hachette Books, an imprint of Perseus Books, LLC, a subsidiary of Hachette Book Group, Inc., New York, New York, USA. Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., 2020 Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2020 All rights reserved Redakcja Alicja Laskowska Korekta Jolanta Kusiak-Kościelska Opracowanie graficzne i techniczne Barbara i Przemysław Kida Projekt graficzny okładki Tobiasz Zysk Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Jamesowi, Jessice i Rebecce, którzy sprawiają, że wszystko jest możliwe. Z uznaniem i wdzięcznością dla naukowców i dziennikarzy, którzy robią wszystko, by się dowiedzieć, co się dzieje, i ocalić nas przed tym.

Przedmowa

W listopadzie 2019 roku z nietoperza na człowieka jakimś sposobem przeskoczył koronawirus. Albo już wcześniej umiał rozchodzić się między ludźmi, albo szybko ewoluował, co jest charakterystyczne dla tego typu wirusów. W grudniu w szpitalach chińskiego miasta Wuhan zanotowano szereg przypadków ciężkiego zapalenia płuc i nie były to powikłania pogrypowe.

W kwestii powstrzymania dalszych zakażeń nowym wirusem niewiele zrobiono aż do 20 stycznia, kiedy Chiny obwieściły światu, że patogen jest zaraźliwy. Na tym etapie w Wuhanie było już tak wiele przypadków, że trzy dni później miasto zostało zamknięte — jednak do tej pory wirus zdążył się już rozprzestrzenić na całe Chiny, a także na inne kraje. Zdefiniowano go jako SARS-CoV-2, ponieważ bardzo przypominał inny patogen, który z trudem zwalczyliśmy w 2003 roku. Jak wiadomo, chorobę, jaką wywołuje, nazwano COVID-19: „CO” od korony, „VI” od wirusa, „D” od choroby [disease] i „19” od roku jego wystąpienia. Jednak większość ludzi nazywa go po prostu koronawirusem.

Trzy miesiące po zamknięciu Wuhanu jakiejś formie izolacji podlegały już dwa miliardy mieszkańców świata i każdemu groziło zakażenie — w sytuacji, kiedy nie dysponujemy skutecznymi metodami leczenia i nie ma perspektyw na szybkie opracowanie szczepionki.

COVID-19 zakaża cały ludzki świat. Obecna pandemia jest jak olbrzymi pies, który chwycił w zęby nasze kruche, skomplikowane społeczeństwo i gwałtownie nim potrząsa. Wielu z nas zmarło, a wielu umrze w przyszłości, czy to od wirusa, czy na skutek długotrwałej biedy, zawirowań politycznych i gospodarczych oraz nadmiernego obciążenia systemów ochrony zdrowia, które pozostawi po sobie pandemia. Niektóre aspekty naszego społeczeństwa zmienią się na gorsze, niektóre być może na lepsze — ale tak czy owak na dobre. Pośród tego wszystkiego jesteśmy zasypywani tonami materiałów informacyjnych i pospiesznych analiz, dramatycznych relacji z pierwszej linii frontu, ciągle aktualizowanych instrukcji rządowych i nowych porad medycznych, a także mamy do czynienia z bodaj największym wysypem przyspieszonych badań naukowych w historii świata. Wszystko to ma na celu przewidzenie, co nas za chwilę czeka, i wymyślenie, jak złagodzić tę katastrofę zdrowotną.

Ale wy już to wszystko wiecie.

Bez odpowiedzi pozostaje natomiast pytanie, jak mogło do tego dojść. W końcu żyjemy w XXI wieku. W większości rejonów świata mamy cudowne leki, toalety ze spłuczkami, komputery i współpracę międzynarodową. Już nie umieramy od zarazy.

Niestety, jak się okazało — owszem, umieramy. Jednak dla dziennikarza naukowego zawodowo zajmującego się chorobami szczególnie smutne jest to, że obecna pandemia nie powinna być dla nikogo zaskoczeniem. Od kilku dekad naukowcy coraz głośniej ostrzegali, że to się wydarzy, a dziennikarze tacy jak ja przekazywali ich przestrogi, podkreślając fakt, że nie jesteśmy na taki scenariusz przygotowani.

Jak znaleźliśmy się w tej sytuacji? W największym skrócie: na świecie wciąż przybywa ludzi i zbyt duża ich liczba musi wywierać coraz większą presję na naturalne systemy, aby zdobyć niezbędną żywność, pracę i przestrzeń życiową. To oznacza wdzieranie się na dzikie obszary, które obfitują w nowe infekcje, oraz takie wykorzystywanie systemów wytwarzania żywności, które może się przyczyniać do transmisji chorób. COVID-19, ebola i jeszcze gorsze choroby wynikają z niszczenia lasów. Niepokojące odmiany grypy i lekooporne bakterie przechodzą na nas ze zwierząt hodowlanych. Jednocześnie zaniedbaliśmy inwestycje w czynniki pomagające zwalczać choroby zakaźne: zdrowie publiczne, dobre miejsca pracy, mieszkalnictwo, edukację i urządzenia sanitarne.

Skalę oddziaływania nowych patogenów potęguje również stale gęstniejąca globalna sieć połączeń — tłoczymy się w miastach, handlujemy z całym światem i podróżujemy po całej planecie, więc kiedy w jakimś miejscu służba zdrowia zawiedzie i pojawia się zaraza, dociera ona dosłownie wszędzie. Tak wiele wiemy na temat walki z chorobami, a jednak rozproszone struktury rządzenia, brak globalnej odpowiedzialności oraz nędza, która utrzymuje się na tak wielu obszarach, sprawiają, że od czasu do czasu następuje tego rodzaju katastrofa.

Z drugiej strony wiemy, co jest potrzebne: znacznie lepsze zrozumienie zakażeń o potencjalnie pandemicznym charakterze, szybkie wykrywanie nowych ognisk i opracowanie błyskawicznych metod reagowania. Przyjrzę się tym kwestiom w niniejszej książce. Na razie nie umiemy zbudować skutecznego systemu, który łączyłby w sobie powyższe wymagania.

W 2013 roku dwa laboratoria — chińskie i amerykańskie — zbadały grupę wirusów odnietoperzowych, które niemal na pewno stanowią źródło COVID-19. Naukowcy natychmiast zdali sobie sprawę z zagrożenia. Jedno z laboratoriów nazwało te patogeny „prepandemicznymi” i wspomniało o „groźbie ich przyszłego pojawienia się w populacjach ludzkich”, a drugie napisało, że wirusy „pozostają poważnym globalnym zagrożeniem dla zdrowia publicznego”.

Nic w tej sprawie nie zrobiono. Mogliśmy dowiedzieć się o nich więcej, opracować szczepionki, stworzyć testy i terapie, przeanalizować potencjalne kanały transmisji wirusów do populacji ludzkich, a następnie je zlikwidować. Nic takiego nie miało miejsca. Po prostu nie istniał żaden podmiot, którego obowiązkiem byłoby to zrobić w razie pojawienia się opisanego zagrożenia.

A przecież potrzebowaliśmy tak wielu rzeczy na wypadek, gdyby jeden z tych wirusów się zglobalizował — co właśnie nastąpiło. Chyba nie muszę wam tego mówić. Testy. Respiratory. Leki. Szczepionki. Środki ochrony osobistej dla lekarzy i pielęgniarek. Plan wykorzystania staroświeckiej izolacji i kwarantanny dla powstrzymania transmisji tego typu wirusa. Plan walki ze skutkami gospodarczymi. Procedury zahamowania zagrożenia, których wdrożenie mogłoby nawet spowodować, że to wszystko nie byłoby potrzebne. Eksperci i rządy od prawie dwóch dziesięcioleci dużo mówią o przygotowaniach do pandemii, a jednak nie byliśmy przygotowani.

Ponadto koronawirusy nie były i nadal nie są jedynym wirusowym zagrożeniem, lecz do walki z tymi innymi patogenami również nie jesteśmy przygotowani. W 2013 roku, kiedy odkryto podobne do COVID-19 wirusy, napisałam dla tygodnika „New Scientist” artykuł o wizycie w pachnącym nowością centrum operacyjnym Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) i o tym, co się może wydarzyć, jeśli budzący wówczas zatroskanie wirus ptasiej grypy H7N9 wywołałby pandemię:

W obecnym stanie wierchuszka Światowej Organizacji Zdrowia będzie obserwowała ewentualny rozwój pandemii H7N9 ze swojego strategicznego centrum operacyjnego. Informacje będą spływały, a liczba ofiar rosła. Rządy usłyszą, że ich żądania dostarczenia szczepionek i leków nie mogą zostać spełnione, i będą wydawały oświadczenia, organizowały konferencje prasowe, zlecały badania, mówiły ludziom, żeby myli ręce i zostawali w domu. Głównie jednak będą tylko bezradnie patrzyły1.

Brzmi znajomo? Zwłaszcza fragment o myciu rąk i zostawaniu w domu?

Nie uważam się za wróżkę, bo też nią nie jestem. To samo i więcej mówili inni dziennikarze i naukowcy. Już w 1992 roku najwybitniejsi amerykańscy specjaliści od chorób zakaźnych ostrzegali przed „nowymi zakażeniami”, stwierdzając, że zagrożenie ze strony „wywołujących choroby mikrobów [...] utrzyma się, a może nawet spotęguje w nadchodzących latach”2.

Nawet biorąc pod uwagę, że napisali to naukowcy, użyty tutaj język jest wyjątkowo ostrożny — co wynikało z obawy, że bardziej stanowcze ujęcie sprawy spotkałoby się z niedowierzaniem. I w gruncie rzeczy tylko tyle się zmieni.

Nie chodzi nawet o to, że ich nie usłyszano. W następnych latach wszyscy zaczęliśmy częściowo spodziewać się pandemii. Głosy naukowców zlały się z szumem tła naszej kultury i znalazły odzwierciedlenie — z wymieszaną w różnych proporcjach naukowością i rozrywkowością (oraz upiornością) — w takich filmach jak Epidemia, Epidemia strachu czy Jestem legendą. Wprowadzono pewne elementy systemu monitorowania chorób, napisano nowe przepisy międzynarodowe, zarządzono mnóstwo badań wirusologicznych. Kilka krajów stworzyło plany na wypadek pandemii, przynajmniej na papierze. Jednak kiedy zaczął się lockdown, w wielu miejscach gwałtownie wzrósł popyt na papier toaletowy.

 

Gdy wreszcie spadł na nas COVID-19, zaskoczenie mógł budzić tylko fakt, w jakim stopniu większość rządów po prostu nie słuchała ostrzeżeń. Jako planeta nie zdołaliśmy na czas wykorzystać całkiem sporej naukowej wiedzy na temat mechanizmów chorobowych w celu złagodzenia ciosu, już nie mówiąc o jego powstrzymaniu. Jak wyjaśniam na stronach tej książki, mogliśmy wiele zdziałać, a przynajmniej zrobić o wiele więcej, niż zrobiliśmy. Zawiodła nie nauka, lecz umiejętność wykorzystania jej osiągnięć przez rządy.

Eksperci ostrzegali nie tylko o ryzyku kolejnej globalnej epidemii, ale również o braku przygotowania. Nieliczne kraje, które dysponowały planami na wypadek pandemii, stworzyły je pod kątem zupełnie innego patogenu, mianowicie wirusa grypy, a ponadto część z nich nie zmagazynowała lub nie zakupiła materiałów niezbędnych do ich realizacji. Nie mam pewności, czy ich reakcja byłaby o wiele skuteczniejsza, gdybyśmy mieli do czynienia z epidemią grypy — do której kiedyś dojdzie.

WHO bardzo jasno informowała, jak należy powstrzymywać wirusa — jednak tylko nieliczni w pełni zastosowali się do wytycznych. Kilka rządów postąpiło tak, jak powinny były postąpić wszystkie. Reszta tylko wybiórczo korzystała z porad WHO, a także z rekomendacji własnych doradców naukowych czy politycznych. Prawie wszystkie kraje zareagowały zbyt późno, aby możliwie ograniczyć szkody, a ponoszone straty gospodarcze wiążą się z bodaj jeszcze większym cierpieniem niż sama choroba.

Ale to też już wiecie.

Oprócz naczelnego pytania, jak mogło do tego dojść, pozostają jeszcze inne, równie ważne: Czy to może wydarzyć się ponownie? I czy następnym razem możemy poradzić sobie lepiej? Odpowiedź we wszystkich przypadkach jest twierdząca. Potrzebujemy teraz prawdziwego planowania pandemicznego, ponieważ mogą czekać nas jeszcze gorsze kryzysy, a poza tym sam COVID-19 być może szykuje dla nas jakieś przykre niespodzianki.

Najpierw jednak przyjrzyjmy się najbliższej przyszłości pod kątem obecnego wirusa.

Prędzej czy później, po wielu ofiarach śmiertelnych i ogromnym chaosie, większość mieszkańców świata będzie przynajmniej na jakiś czas uodporniona — czy to za sprawą przebycia choroby, czy szczepionki. Przy mniejszej puli osób podatnych na zarażenie przyrost liczby nowych przypadków powinien być znikomy. Być może nawet pandemia po cichu wygaśnie, tak jak to się stało z siostrzanym wirusem SARS w 2003 roku, kiedy zablokowaliśmy dostatecznie dużą liczbę kanałów jego transmisji.

Może jednak wirus zaadaptuje się do nowych warunków? Wirusy RNA potrafią szybko ewoluować, chociaż COVID-19 nie należy do tych najbardziej zmiennych. Podobnie jak grypa może zmutować, aby obejść bariery immunologiczne, które nasze organizmy z czasem nauczą się budować, a wtedy wybierze się na kolejną globalną eskapadę, być może trochę mniej zabójczą niż obecna. A być może trochę bardziej. Pocieszający mit, że wirusy zawsze łagodnieją, kiedy się do nas adaptują, jest po prostu fałszywy. Przyjrzymy się tej kwestii: wszystko zależy od tego, co jest dla wirusa korzystniejsze, a tutaj na dwoje babka wróżyła.

Wirus może też krążyć i od czasu do czasu atakować, chociażby nowych i w związku z tym podatnych obywateli świata, stając się tym samym kolejną chorobą wieku dziecięcego.

Obecna pandemia szybko się rozwija. Czytając tę książkę, być może macie już pewne przesłanki, aby ocenić, który z powyższych scenariuszy się realizuje. Ogólnie rzecz biorąc, mikroby nie mają zbyt szerokich możliwości działania, ponieważ są związane bezlitosnymi prawami epidemiologii.

Chociaż obecna pandemia budzi grozę, możemy odczuwać ulgę, że nie jest gorzej. COVID-19 nie pociąga za sobą ogromnej liczby zgonów — kiedy piszę ten tekst, powoli krystalizuje się przekonanie, że wirus jest mniej śmiertelny, niż początkowo sądziliśmy, co nie zmienia faktu, że przypuszczalnie ma współczynnik śmiertelności dziesięciokrotnie wyższy od zwykłej grypy. SARS zabijał dziesięć razy więcej chorych. Na szczęście nie zdążył nauczyć się rozprzestrzeniać tak jak COVID-19 — a jeśli nam się poszczęści, to COVID-19 nigdy nie nauczy się zabijać tak jak SARS. Pomyślcie, jak wyglądałaby obecna pandemia przy dziesięciokrotnie wyższym wskaźniku śmiertelności.

Jak wielu z nas boleśnie się przekona, wirus zabija głównie ludzi starszych. Sama należę do tej kategorii i nie zamierzam chojraczyć, ale brutalna prawda jest taka, że utrata ludzi w starszym wieku nie powoduje tak dużych zaburzeń gospodarczych i społecznych, jak utrata ludzi w wieku produkcyjnym i rozrodczym. A poza tym nawet ta faza minie: za rok lub trzy przypuszczalnie będziemy dysponowali lekami i szczepionkami, które ochronią wszystkich, w tym seniorów.

Po co pisać o tym książkę, skoro tak wielu rzeczy nadal nie wiemy? Żeby przekazać parę ważnych rzeczy, które mimo wszystko już wiemy, a trzeba to zrobić, póki wspomnienia o tych ciężkich czasach są dostatecznie świeże, aby ludzie mieli ochotę tego wysłuchać.

Przede wszystkim należy powiedzieć, że pandemię przewidziano i w dużym stopniu można było jej zapobiec.

Jeśli chodzi o przewidywania, to należę do licznej grupy dziennikarzy, którzy ostrzegają przed groźbą pandemii od lat dziewięćdziesiątych — a niektórzy zajmowali się tym jeszcze wcześniej. Co najmniej od 2008 roku dyrektor Wywiadu Krajowego USA alarmował prezydenta, że pandemia nowego agresywnego wirusa atakującego drogi oddechowe jest najpoważniejszym zagrożeniem dla naszego kraju. W 2014 roku Bank Światowy i OECD, klub bogatych krajów, nazwały pandemię najgroźniejszą możliwą katastrofą, wyprzedzającą nawet terroryzm. Również Bill Gates od lat powtarzał, że nie jesteśmy przygotowani na kolejną pandemię.

Obecny kryzys nie będzie ostatni. Istnieje po prostu zbyt wiele patogenów o potencjale pandemicznym, aby przewidzieć, który z nich zaatakuje jako następny. Zanim pojawił się COVID-19, wiedzieliśmy, że najpoważniejszych wrogów należy szukać między innymi pośród koronawirusów, które znajdowały się na liście obserwacyjnej WHO. Pomimo głośnych ostrzeżeń nie wykonaliśmy odpowiedniej pracy przygotowawczej nad lekami i szczepionkami przeciwko wirusom takim jak COVID-19, co pozwoliłoby nam teraz łatwo się przestawić i rozpocząć produkcję — zresztą wciąż nie mamy leków ani szczepionek na wiele innych wirusów, które stanowią zagrożenie, między innymi H7N9 i jego pobratymców. Musimy się za to zabrać.

Musimy też stworzyć poważne plany pandemiczne na wypadek, gdy nawiedzi nas następny wirus. Do instytucji, które od jakiegoś czasu podejmują takie próby, należy Ośrodek Bezpieczeństwa Zdrowotnego przy Szkole Zdrowia Publicznego im. Bloomberga na Uniwersytecie Johnsa Hopkinsa. Ich działania obejmowały symulacje komputerowe hipotetycznych pandemii w ramach szkolenia urzędników. Na miesiąc przed pojawieniem się pierwszych przypadków w Wuhanie zaprezentowano symulację o nazwie Event 201, w której główną rolę odegrał fikcyjny wirus do złudzenia przypominający COVID-19. Nie przychodzi mi do głowy lepszy dowód na to, że doskonale wiedzieliśmy, co się szykuje.

Pragnę podkreślić, że był to absolutny zbieg okoliczności: na komputerowym modelu amerykańskiego społeczeństwa przedstawiono scenariusz typu „co by było, gdyby...” z udziałem wymyślonego wirusa. Dlaczego wybrano akurat koronawirusa? Między innymi dla pokazania, jak wielkie spustoszenia może poczynić nawet względnie łagodny wirus.

Bo spustoszenia rzeczywiście są wielkie. Symulacja pokazywała naszą obecną rzeczywistość: przeciążoną służbę zdrowia, zaburzone globalne łańcuchy dostaw, niepotrzebne zgony, straty gospodarcze, a także stół, przy którym siedzą urzędnicy i przedsiębiorcy, mówiąc: „Gdyby to się wydarzyło, moja branża/departament/biuro niewiele mogłyby zrobić”.

Przy czym twórcy symulacji potraktowali urzędników łagodnie — może dlatego, by przesiedzieli nad nią całe popołudnie, zamiast w przerażeniu uciec podczas przerwy na kawę i spróbować jak najszybciej wyrzucić z głowy to, co zdążyli zobaczyć. Grasują po świecie dużo gorsze wirusy mogące wywołać pandemię, która zabiłaby więcej ludzi, w tym młodszych.

Nie będzie to zbyt wielką pociechą dla osób, które straciły bliskich, ale uwierzcie mi, że mogło być znacznie gorzej. Przed nadejściem COVID-19 prawie nikt nie zdawał sobie sprawy — nie wiem, ile osób do tej pory zdążyło to sobie uświadomić — jakie szkody pandemia może wyrządzić naszemu skomplikowanemu społeczeństwu działającemu na zasadzie just in time oraz że gospodarcze efekty domina rozleją się przez nasze ściśle ze sobą powiązane globalne sieci.

Musimy jednak pamiętać, że kolejna pandemia jest tylko kwestią czasu. I że może być znacznie gorsza.

Następnym razem musimy więc spisać się lepiej — co jest możliwe. Uzyskana ogromnym kosztem dobra wiadomość brzmi, że COVID-19 obnażył nasze braki i niedociągnięcia, przez co wiemy, nad czym należy popracować. Nie możemy dopuścić do tego, aby jakiś wirus znowu złapał powiązaną ze sobą społeczność świata na wykroku. Nie możemy też pozwolić, aby zerwał te powiązania, a przynajmniej nie wszystkie. Jeśli obecna katastrofa zdrowotna czegoś nas uczy, to tego, że walcząc z globalną pandemią, jedziemy na tym samym wózku. Nasze społeczeństwo jest globalne, podobnie jak ryzyko, i takie też muszą być nasze reakcje i współpraca.

Obecna pandemia nigdy nie będzie na tyle wygaszona, aby zapewnić lepszy punkt widzenia na te kwestie. Kiedy wirus wyhamuje albo poskromimy go za pomocą szczepionek, najpewniej powrócimy do praktyki wydawania pieniędzy na wojnę i zbrojenia — a także podnoszenie się z wywoływanych przez COVID-19 strat gospodarczych — nie zaś na przygotowania do następnego ataku wirusa. Będziemy czuli potrzebę zapomnienia o tym koszmarze i sądząc na podstawie dawnych pandemii, rzeczywiście o nim zapomnimy.

Teraz jednak COVID-19 przykuwa naszą niepodzielną uwagę. Potrafimy już coś powiedzieć w temacie, jak i dlaczego doszło do pandemii i jakimi dysponujemy opcjami usprawnienia naszych działań. Wie o tym wielu naukowców, a wkrótce — miejmy nadzieję — dowiedzą się również rządy. Potrzeba jednak, aby sprawę przemyślało wielu innych ludzi, niezależnie od tego, czym się w życiu zajmują, ponieważ pomoże to w przeprowadzeniu niezbędnych zmian.

W każdym kryzysie zdrowotnym, a już szczególnie podczas pandemii, jest kwestią niezmiernej wagi, aby mówić wszystkim całą prawdę — o tym, co wiemy, i o tym, czego nie wiemy — i niczego nie ukrywać z obawy przed wzbudzeniem w ludziach strachu. Rządy, a także inne czynniki decyzyjne stale popełniają ten sam błąd, gdy otrzymują złe wieści.

Owszem, jest się czego bać, ale powiedzenie tego wprost może zmobilizować ludzi do skuteczniejszych działań. Czasami strach jest konieczny. W końcu po coś ewolucja nas nim obdarzyła.

To jednak skandal, że do tego doszło. W tym miejscu zaczyna się wasza rola. Wyciągnięcie wniosków z obecnej pandemii i zapobiegnięcie następnej będzie wymagało rozmaitych działań politycznych ze strony wszystkich obywateli.

Im więcej ludzi zrozumie, co powinniśmy zrobić, tym większe będzie prawdopodobieństwo, że zostanie to zrobione. Ludzie głosują. Ludzie protestują. Ludzie wywierają naciski. Ludzie postanawiają studiować wirusologię, zdrowie publiczne, pielęgniarstwo, biotechnologię czy komunikację społeczną. Aktywizm stał za rozwojem leków przeciwko HIV (a także za obniżeniem ich ceny), za wprowadzeniem rozwiązań sanitarnych, za gigantycznym sukcesem szczepień, za początkiem końca palenia papierosów.

Możemy zrobić to znowu. Musimy zrobić to znowu.

Jeśli chcecie wiedzieć, co się dzieje z COVID-19 w tej chwili, czytajcie wiadomości. Jeśli zależy wam na informacjach i analizach błędów i zaniechań polityków, również czytajcie wiadomości i materiały, których cała masa ukaże się w najbliższych latach. Ja na pewno będę pilnie śledziła ten temat.

W tej książce spróbuję wam przedstawić szerszy obraz. Dokładnie przyjrzymy się temu, co się wydarzyło, oraz zadamy sobie pytanie, czy mogliśmy to jakoś powstrzymać, a następnie zaglądniemy w niedawną przeszłość, aby poznać historię naturalną pewnych niezwykłych zjawisk natury, które wywołują u nas śmiertelne choroby. Zobaczymy, że wcześniejsze pandemie i groźby pandemii powinny były nas przygotować, i wyciągniemy wnioski, z których nie skorzystaliśmy przed pojawieniem się COVID-19. Potem porozmawiamy o tym, co musimy poprawić, zanim spadnie na nas następna pandemia.

 

Mam nadzieję, że kiedyś przestaniemy się ograniczać wyłącznie do gadania.