PrzemianaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Roz­dział 1

2  Część I. Czas nas odna­lazł

3  Roz­dział 2

4  Roz­dział 3

5  Roz­dział 4

6  Roz­dział 5

7  Roz­dział 6

8  Roz­dział 7

9  Roz­dział 8

10  Roz­dział 9

11  Roz­dział 10

12  Roz­dział 11

13  Roz­dział 12

14  Roz­dział 13

15  Roz­dział 14

16  Roz­dział 15

17  Roz­dział 16

18  Roz­dział 17

19  Część II. Czas roz­łąki

20  Roz­dział 18

21  Roz­dział 19

22  Roz­dział 20

23  Roz­dział 21

24  Roz­dział 22

25  Roz­dział 23

26  Roz­dział 24

27  Roz­dział 25

28  Roz­dział 26

29  Roz­dział 27

30  Roz­dział 28

31  Roz­dział 29

32  Roz­dział 30

33  Roz­dział 31

34  Roz­dział 32

35  Roz­dział 33

36  Roz­dział 34

37  Roz­dział 35

38  Roz­dział 36

39  Roz­dział 37

40  Roz­dział 38

41  Podzię­ko­wa­nia

Tytuł ory­gi­nału: Time’s Convert

Copy­ri­ght © 2018 by Debo­rah Hark­ness

Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © 2021 by Wydaw­nic­two MAG

Redak­cja: Urszula Okrzeja

Korekta: Mag­da­lena Gór­nicka

Ilu­stra­cja na okładce: Dark Crayon

Opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Piotr Chy­liń­ski

Pro­jekt typo­gra­ficzny: Tomek Laisar Fruń

ISBN 978-83-66712-63-8

Wyda­nie II

War­szawa 2021

Wydawca: Wydaw­nic­two MAG

ul. Kryp­ska 21 m. 63, 04-082 War­szawa

tel./fax 228 134 743

www.mag.com.pl

Wyłączny dys­try­bu­tor: Dres­sler Dublin sp. z o. o.

ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Maz.

tel. 22 733 50 10

www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wani w sys­te­mie Zecer firmy Eli­bri

Siła przy­zwy­cza­je­nia, żeby nie myśleć o rze­czy jako złej, nadaje jej pozory dobrej i z początku wzbu­dza wielki krzyk w obro­nie oby­czaju. Lecz wrzawa szybko cich­nie. Czas czyni wię­cej nawró­co­nych niż rozum.

Tho­mas Paine

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Roz­dział 1

Zero

12 maja

Swojej ostat­niej nocy jako cie­pło­krwi­sta Pho­ebe Tay­lor była dobrą córką.

Nale­gała na to Freyja.

– Nie róbmy zamie­sza­nia – zapro­te­sto­wała Pho­ebe, jakby wybie­rała się na kil­ku­dniowe waka­cje i liczyła na to, że skoń­czy się na zdaw­ko­wym poże­gna­niu w hotelu, w któ­rym zatrzy­mała się jej rodzina.

– Wyklu­czone – ucięła Freyja i dodała z dumą: – De Cler­mon­to­wie się nie ukry­wają… oczy­wi­ście jeśli nie są Mat­thew. Zro­bimy wszystko, jak należy. Przy kola­cji. To twój obo­wią­zek.

Wie­czorne przy­ję­cie, które Freyja wydała dla Tay­lo­rów, było pro­ste, ele­ganc­kie i ide­alne… łącz­nie z pogodą (piękny majowy dzień), muzyką (czy każdy wam­pir w Paryżu potra­fił grać na wio­lon­czeli?), kwia­tów (przy­nie­siono z ogrodu dość róż Madame Hardy, żeby woń roz­nio­sła się po całym mie­ście), wina (Freyja lubiła Cri­stal).

Rodzice i sio­stra Pho­ebe zja­wili się o wpół do ósmej, zgod­nie z zapro­sze­niem. Ojciec był w smo­kingu, matka w tur­ku­sowo-zło­tej lehenga choli, Stella od stóp do głów wystro­jona w Cha­nel. Pho­ebe wybrała jed­no­litą czerń i szma­rag­dowe kol­czyki, które przed wyjaz­dem z Paryża dał jej Mar­cus. Do kom­pletu wło­żyła nie­bo­tycz­nie wyso­kie szpilki – oboje szcze­gól­nie je lubili.

Grupka cie­pło­krwi­stych i wam­pi­rów naj­pierw raczyła się drin­kami w ogro­dzie za oka­za­łym domem Freyi w ósmej dziel­nicy – w jed­nym z pry­wat­nych Ede­nów, jakie od ponad stu­le­cia nie powsta­wały w Paryżu cier­pią­cym na brak prze­strzeni. Rodzina Tay­lo­rów przy­wy­kła do pała­co­wego oto­cze­nia. Ojciec Pho­ebe był zawo­do­wym dyplo­matą, matka pocho­dziła z indyj­skiego rodu, który od cza­sów kolo­nial­nych zawie­rał mał­żeń­stwa z urzęd­ni­kami bry­tyj­skiej admi­ni­stra­cji, jed­nak uprzy­wi­le­jo­wa­nie de Cler­mon­tów miało zupeł­nie inną skalę.

Zasie­dli do kola­cji przy stole zasta­wio­nym krysz­ta­łami i por­ce­laną, w pokoju o wyso­kich oknach, wycho­dzą­cych na ogród i wpusz­cza­ją­cych do środka letni blask. Char­les, mało­mówny szef kuchni, któ­rego de Cler­mon­to­wie zatrud­niali w swo­ich pary­skich rezy­den­cjach, gdy na kola­cję zapra­szano cie­pło­krwi­stych, lubił Pho­ebe, więc nie szczę­dził kosz­tów ani trudu.

– Surowe ostrygi to znak, że Bóg kocha wam­piry i pra­gnie, żeby były szczę­śliwe – oświad­czyła Freyja na początku posiłku, uno­sząc kie­li­szek. Uży­wała słowa „wam­pir” tak czę­sto, jak to moż­liwe, jakby samo jego powta­rza­nie mogło uczy­nić nor­mal­nym to, co wkrótce miało się stać. – Za Pho­ebe. Szczę­ścia i dłu­giego życia.

Po takim toa­ście jej rodzina stra­ciła ape­tyt. Pho­ebe rów­nież miała trud­no­ści z prze­ły­ka­niem, choć była świa­doma, że to jej ostatni nor­malny posi­łek. Wmu­siła w sie­bie ostrygi i popiła je szam­pa­nem, skub­nęła pozo­sta­łych przy­sma­ków. Freyja pod­trzy­my­wała wesołą kon­wer­sa­cję przez cały czas, gdy raczono się przy­staw­kami, zupą, rybą, kaczką i dese­rami („Twoja ostat­nia oka­zja, Pho­ebe, kocha­nie!”). Mię­dzy łykami wina swo­bod­nie prze­cho­dziła z fran­cu­skiego na angiel­ski i hindi.

– Nie, Edwar­dzie, chyba nie ma miej­sca, w któ­rym nie byłam. Wiesz, sądzę, że mój ojciec mógł być kie­dyś dyplo­matą. – Freyja wygło­siła to zaska­ku­jące oświad­cze­nie, żeby skło­nić powścią­gli­wego ojca Pho­ebe do wspo­mnień z począt­ków w służ­bie kró­lo­wej.

Czy prze­ko­na­nie Freyi było słuszne, czy nie, Phi­lippe de Cler­mont naj­wy­raź­niej nauczył córkę paru rze­czy o wygła­dza­niu kon­wer­sa­cyj­nych kan­tów.

– Richard May­hew, mówisz? Chyba go zna­łam. Françoise, pozna­łam Richarda May­hew, kiedy byli­śmy w Indiach?

Niczym dostro­jona do jakiejś wam­pi­rycz­nej czę­sto­tli­wo­ści, nie­sły­szal­nej dla zwy­kłych śmier­tel­ni­ków, bystro­oka słu­żące zja­wiła się w chwili, kiedy pani jej potrze­bo­wała.

– Praw­do­po­dob­nie. – Françoise była kobietą mało­mówną, ale każ­dej jej słowo prze­ka­zy­wało mnó­stwo zna­czeń.

– Tak, chyba go zna­łam. Wysoki? Pia­skowe włosy? Przy­stojny w chło­pięcy spo­sób? – Freyi nie zde­pry­mo­wała sroga mina Françoise ani fakt, że jej wła­sny opis z grub­sza paso­wał do połowy bry­tyj­skiego kor­pusu dyplo­ma­tycz­nego.

 

Pho­ebe jesz­cze nie odkryła, co mogłoby doko­nać wyłomu w nie­wzru­sze­nie rado­snej deter­mi­na­cji Freyi.

– Dobra­noc. – W takim samym pogod­nym nastroju pani domu poże­gnała Tay­lo­rów, cału­jąc ich wszyst­kich muśnię­ciem zim­nymi war­gami naj­pierw jed­nego, potem dru­giego policzka. – Padmo, zawsze jesteś tu mile widziana. Powia­dom mnie, kiedy będziesz następ­nym razem w Paryżu. Stello, zatrzy­maj się u mnie w cza­sie zimo­wych poka­zów. Stąd wygod­nie dotrzeć do domów mody, a Françoise i Char­les dobrze się tobą zajmą. Geo­rge V oczy­wi­ście jest dosko­nały, ale zbyt popu­larny wśród tury­stów. Edwar­dzie, będziemy w kon­tak­cie.

Padma Tay­lor zacho­wała typowy dla sie­bie sto­icyzm i opa­no­wa­nie. Ści­ska­jąc córkę tro­chę moc­niej niż zwy­kle, nie uro­niła ani jed­nej łzy.

– Robisz wła­ściwą rzecz – szep­nęła jej do ucha, zanim wypu­ściła ją z objęć. Rozu­miała, co to zna­czy kochać kogoś dosta­tecz­nie, żeby zre­zy­gno­wać ze swo­jego dotych­cza­so­wego życia w zamian za obiet­nicę wspól­nej przy­szło­ści.

– Dopil­nuj, żeby inter­cyza była taka, jaką obie­cali – pora­dziła cicho Stella, sto­jąc w progu. – Tak na wszelki wypa­dek. Ten dom jest wart for­tunę. – Była w sta­nie patrzeć na decy­zję sio­stry tylko ze swo­jego punktu odnie­sie­nia, a ten obej­mo­wał wyłącz­nie splen­dor, styl i krój kla­sycz­nej czer­wo­nej Freyi.

– To? – Pani domu zaśmiała się, kiedy przed kola­cją Stella ją podzi­wiała. Pozu­jąc przez chwilę, prze­chy­liła głowę zwień­czoną lnia­nym kokiem, żeby lepiej zade­mon­stro­wać suk­nię i figurę. – Balen­ciaga. Mam ją od wie­ków. Ten czło­wiek rozu­miał, jak należy kon­stru­ować górę!

To zwy­kle powścią­gliwy Edward Tay­lor miał trud­no­ści z poże­gna­niem i oczami peł­nymi łez szu­kał w jej oczach (tak podob­nych do jego, co Freyja zauwa­żyła wcze­śniej tego wie­czoru) oznak waha­nia. Gdy matka i Stella zna­la­zły się za bramą, ojciec odcią­gnął Pho­ebe od fron­to­wych scho­dów, na któ­rych stała pani domu.

– To nie potrwa długo, tato – zapew­niła Pho­ebe, sta­ra­jąc się go pocie­szyć. Ale oboje wie­dzieli, że miną mie­siące, nim pozwolą jej znowu zoba­czyć rodzinę. Dla ich bez­pie­czeń­stwa i jej wła­snego.

– Jesteś pewna, Pho­ebe? – zapy­tał ojciec. – Cał­ko­wi­cie? Jesz­cze jest czas, żeby zmie­nić zda­nie.

– Jestem pewna.

– Bądź roz­sądna – powie­dział Edward Tay­lor z nutą bła­ga­nia w gło­sie. Zapra­wiony w deli­kat­nych nego­cja­cjach nie wahał się wyko­rzy­stać poczu­cia winy na swoją korzyść. – Dla­czego nie pocze­kasz jesz­cze kilka lat? Nie ma potrzeby śpie­szyć się z taką poważną decy­zją.

– Nie zamie­rzam się roz­my­ślić – oświad­czyła Pho­ebe łagod­nie, ale zde­cy­do­wa­nie. – To nie kwe­stia rozumu, tylko serca, tato.

Po poże­gna­niu rodziny została z lojal­nymi słu­gami de Cler­mon­tów, Char­le­sem i Françoise, oraz z Freyją, przy­rod­nią sio­strą twórcy jej narze­czo­nego, a zatem bli­ską krewną w świe­cie wam­pi­rów.

Pho­ebe podzię­ko­wała Char­le­sowi za pyszną kola­cję, a Françoise za świetną obsługę przy­ję­cia. Następ­nie usia­dła w salo­nie z Freyją, która czy­tała swoje maile i odpo­wia­dała na nie, pisząc odręcz­nie na kre­mo­wym papie­rze o lawen­do­wych brze­gach i wsu­wa­jąc listy do cięż­kich kopert.

– Nie ma potrzeby przej­mo­wać tego nowego upodo­ba­nia do natych­mia­sto­wej komu­ni­ka­cji – wyja­śniła zapy­tana, dla­czego nie odpo­wiada na maile jak wszy­scy. – Wkrótce się prze­ko­nasz, naj­droż­sza Pho­ebe, że pośpiech nie jest czymś, czego potrze­buje wam­pir. To takie bar­dzo ludz­kie i wul­garne, śpie­szyć się.

Po spę­dze­niu kur­tu­azyj­nej godziny z ciotką Mar­cusa Pho­ebe uznała, że zro­biła, co do niej nale­żało.

– Chyba pójdę na górę – oznaj­miła, uda­jąc ziew­nię­cie. W rze­czy­wi­sto­ści w ogóle nie sen był jej w gło­wie.

– Prze­każ Mar­cu­sowi uści­ski ode mnie. – Freyja poli­zała kopertę i ją zakle­iła.

– Jak ty…? – Pho­ebe popa­trzyła na nią zdu­miona. – To zna­czy, co ty…?

– To mój dom. Wiem o wszyst­kim, co się w nim dzieje. – Freyja nakle­iła zna­czek na koper­cie, pil­nu­jąc, żeby zro­bić to równo. – Wiem, na przy­kład, że Stella przy­nio­sła dzi­siaj w torebce trzy te okropne małe tele­fony, a ty je zabra­łaś, kiedy poszłaś do łazienki. Przy­pusz­czam, że ukry­łaś je w swoim pokoju. Nie w bie­liź­nie – jesteś na to zbyt ory­gi­nalna, prawda, Pho­ebe? – i nie pod mate­ra­cem. Myślę, że są w pojem­niku z solami do kąpieli sto­ją­cym na para­pe­cie w łazience. Albo w butach. Tych na gumo­wych pode­szwach, które wkła­dasz na spa­cery. A może na sza­fie w nie­bie­sko-bia­łej pla­sti­ko­wej tor­bie? Zosta­wi­łaś ją sobie po śro­do­wych zaku­pach w skle­pie spo­żyw­czym?

Trzeci domysł Freyi był pra­wi­dłowy, łącz­nie z pla­sti­kową torbą na­dal lekko pach­nącą czosn­kiem, który Char­les dodał do swo­jej genial­nej zupy ryb­nej. Pho­ebe od początku wie­działa, że plan Mar­cusa, by zlek­ce­wa­żyć zasady i pozo­stać w kon­tak­cie, nie jest dobrym pomy­słem.

– Łamiesz swoje zobo­wią­za­nia – stwier­dziła rze­czo­wym tonem Freyja. – Ale jesteś doro­słą kobietą z wolną wolą, zdolną do podej­mo­wa­nia wła­snych decy­zji.

Ofi­cjal­nie Mar­cus i Pho­ebe mieli zakaz kon­tak­to­wa­nia się ze sobą przez jej pierw­sze dzie­więć­dzie­siąt dni po prze­mia­nie w wam­pira, ale zasta­na­wiali się, jak nagiąć tę regułę. Nie­stety jedyny tele­fon Freyi znaj­do­wał się w holu wej­ścio­wym, gdzie wszy­scy mogliby sły­szeć ich roz­mowy. Zresztą i tak apa­rat rzadko dobrze dzia­łał. Od czasu do czasu wyda­wał meta­liczny dźwięk, a siła dzwonka była tak wielka, że koły­sała słu­chawką spo­czy­wa­jącą na mosięż­nych wideł­kach. Kiedy się ją pod­no­siło, na linii pano­wała głu­cha cisza. Freyja przy­pi­sy­wała to mar­nemu oka­blo­wa­niu, które pod­czas ostat­niej wojny zało­żył w ramach przy­sługi czło­nek wewnętrz­nego kręgu Hitlera. Nie była jed­nak zain­te­re­so­wana żad­nymi napra­wami.

Roz­wa­żyw­szy sytu­ację, Mar­cus z pomocą Stelli i swo­jego przy­ja­ciela Natha­niela wymy­ślił lep­szy śro­dek taj­nej komu­ni­ka­cji: tanie, jed­no­ra­zowe komórki z rodzaju tych, jakich uży­wali na całym świe­cie zło­dzieje i ter­ro­ry­ści – przy­naj­mniej tak zapew­nił ich Natha­niel – i nie mogły zostać wyśle­dzone, gdyby Bal­dwin albo inny wam­pir zechciał ich szpie­go­wać. Pho­ebe i Mar­cus kupili je w podej­rza­nym skle­pie z elek­tro­niką miesz­czą­cym się przy jed­nej ze świad­czą­cych o przed­się­bior­czo­ści ulic w dzie­sią­tej dziel­nicy.

– Zwa­żyw­szy na sytu­ację, jestem pewna, że twoje roz­mowy będą krót­kie – dodała Freyja, adre­su­jąc kopertę. – Nie chcesz, żeby Miriam cię przy­ła­pała.

Miriam polo­wała w oko­licy Sacré Couer i miała wró­cić nad ranem. Pho­ebe spoj­rzała na zegar sto­jący na półce nad komin­kiem, eks­tra­wa­gancką rzecz z pozłoty i mar­muru w for­mie leżą­cych nagich męż­czyzn, któ­rzy trzy­mali okrą­gły chro­no­metr jak piłkę pla­żową. Zostałą minuta do pół­nocy.

– W takim razie dobra­noc – powie­działa Pho­ebe. Była wdzięczna, że Freyja znaj­duje się nie tylko trzy kroki przed nią i Mar­cu­sem, ale rów­nież przy­naj­mniej jeden przed Miriam.

– Hmm – mruk­nęła jedy­nie Freyja, sku­piona na leżą­cej przed nią kartce.

Pho­ebe pobie­gła na górę. Jej sypial­nia znaj­do­wała się na końcu dłu­giego kory­ta­rza obwie­szo­nego wcze­snymi fran­cu­skimi pej­za­żami. Gruby dywan tłu­mił odgłos jej kro­ków. Zamknąw­szy drzwi sypialni, się­gnęła na szafę (styl empire, około 1815 roku) po pla­sti­kową torbę. Wyjęła z niej jeden z tele­fo­nów i go włą­czyła. Był w pełni nała­do­wany i gotowy do uży­cia.

Przy­ci­ska­jąc go do serca, Pho­ebe wśli­znęła się do łazienki. Dwie pary zamknię­tych drzwi i duże pomiesz­cze­nie wyło­żone płyt­kami były jedyną pry­watną prze­strze­nią dostępną w domu wam­pi­rów. Zrzu­ciła buty i cał­kiem ubrana weszła do zim­nej, pustej wanny. Wybrała numer Mar­cusa.

– Cześć, kocha­nie. – W gło­sie Mar­cusa, zwy­kle weso­łym i cie­płym, teraz pobrzmie­wała tro­ska, choć sta­rał się ją ukryć. – Jak kola­cja?

– Pyszna – skła­mała Pho­ebe. Poło­żyła się w edwar­diań­skiej wan­nie o wyso­kim, zaokrą­glo­nym opar­ciu, które obej­mo­wało jej kark.

Cichy śmiech świad­czył, że narze­czony jej nie uwie­rzył.

– Dwa kęsy deseru i skub­nię­cie tu i tam? – Mar­cus wyraź­nie się z nią draż­nił.

– Jeden kęs deseru. A Char­les zadał sobie tyle trudu. – Pho­ebe zmarsz­czyła czoło. Będzie musiała mu to wyna­gro­dzić. Jak więk­szość kuli­nar­nych geniu­szy, Char­les obra­żał się, kiedy tale­rze wra­cały do kuchni z nie­tknię­tym jedze­niem.

– Nikt nie ocze­ki­wał, że dużo zjesz – pocie­szył ją Mar­cus. – Kola­cja była dla rodziny, nie dla cie­bie.

– Zostało mnó­stwo jedze­nia. Freyja dała je mamie na wynos.

– Jak Edward? – Mar­cus wie­dział o zastrze­że­niach przy­szłego teścia.

– Tata pró­bo­wał mnie odwieść od naszego planu. Znowu.

Mię­dzy nimi zapa­dło dłu­gie mil­cze­nie.

– Nie udało mu się – prze­rwała je Pho­ebe, na wypa­dek gdyby Mar­cus się mar­twił.

– Twój ojciec po pro­stu chce, żebyś była cał­ko­wi­cie pewna – stwier­dził cicho narze­czony.

– Jestem. Dla­czego ludzie wciąż mnie o to pytają? – Nie udało jej się zapa­no­wać nad znie­cier­pli­wie­niem.

– Kochają cię.

– Zatem powinni mnie słu­chać. Być z tobą… tego wła­śnie chcę. – Oczy­wi­ście nie tylko tego pra­gnęła. Odkąd poznała Ysa­beau, tęsk­niła za nie­wy­czer­pa­nym zapa­sem czasu, który miały wam­piry.

W Sept-Tours przy­glą­dała się, jak Ysa­beau w pełni poświęca się każ­dej czyn­no­ści. Babka jej narze­czo­nego niczego nie robiła pośpiesz­nie ani po to, żeby odha­czyć kolejną pozy­cję na nie­koń­czą­cej się liście rze­czy do zro­bie­nia. W każ­dym jej ruchu prze­ja­wiał się sza­cu­nek: w tym, jak wąchała kwiaty w ogro­dzie, w kociej powol­no­ści kro­ków, dłuż­szej prze­rwie, zanim po prze­czytaniu jed­nego roz­działu książki prze­szła do następ­nego. Ysa­beau nie czuła, że zabrak­nie jej czasu, by wchło­nąć istotę każ­dego prze­ży­cia. Pho­ebe wyda­wało się, że nie ma chwili na oddech, kiedy pędziła z targu do pracy, do apteki po lek na prze­zię­bie­nie, do szewca, żeby oddać szpilki do naprawy, i z powro­tem do pracy.

Tymi spo­strze­że­niami nie podzie­liła się jed­nak z narze­czo­nym. Mar­cus i tak wkrótce miał je poznać. Gdy napije się z jej żyły ser­co­wej – cien­kiej nie­bie­skiej rzeki prze­ci­na­ją­cej lewą pierś – odkryje naj­głęb­sze sekrety Freyi, naj­mrocz­niej­sze lęki, naj­więk­sze pra­gnie­nia. Krew z żyły ser­co­wej zawie­rała wszystko, co mogła ukry­wać uko­chana osoba, a dzie­le­nie się nią wyra­żało szcze­rość i zaufa­nie, któ­rych potrze­bo­wał zwią­zek, żeby prze­trwać.

– Jeden krok na raz, pamię­tasz? – Głos Mar­cusa przy­cią­gnął jej uwagę. – Naj­pierw zosta­niesz wam­pi­rem. Potem, jeśli na­dal będziesz mnie chciała…

– Będę. – Tego Pho­ebe była cał­ko­wi­cie pewna.

– Jeśli na­dal będziesz mnie chciała… – powtó­rzył Mar­cus. – Pobie­rzemy się i wtedy będziesz na mnie ska­zana. Na dobre i na złe.

Był to jeden z ich zwy­cza­jów jako pary: próby przy­sięgi mał­żeń­skiej. Cza­sami sku­piali się na jed­nej obiet­nicy i uda­wali, że trudno będzie jej dotrzy­mać. Kiedy indziej stro­ili sobie żarty ze wszyst­kiego i z mało­ści swo­ich obaw w porów­na­niu z siłą wza­jem­nych uczuć.

– W zdro­wiu i w cho­ro­bie. – Pho­ebe wygod­niej usa­do­wiła się w wan­nie. Chłód gład­kiej powierzchni przy­po­mi­nał jej Mar­cusa, a solidne kształty budziły pra­gnie­nie, żeby sie­dział za nią i obej­mo­wał ją rękami i nogami.

– I że cię nie opusz­czę. Na wieki.

– Na wieki to strasz­nie długo – ostrzegł Mar­cus.

– I że cię nie opusz­czę – powtó­rzyła Pho­ebe, kła­dąc nacisk na ostat­nie słowa.

– Nie możesz tego wie­dzieć na pewno, póki nie poznasz mojej krwi – powie­dział Mar­cus.

Ich rzad­kie kłót­nie wybu­chały wła­śnie w takich chwi­lach, kiedy słowa Mar­cusa suge­ro­wały, że stra­cił do niej zaufa­nie, a Pho­ebe zaczy­nała się bro­nić. Sprzeczki zwy­kle koń­czyły się w łóżku, gdzie każde ku zado­wo­le­niu dru­giego poka­zy­wało, że choć może jesz­cze nie wie­dzą o sobie wszyst­kiego, ważne dzie­dziny wie­dzy już opa­no­wali.

Jed­nakże Pho­ebe była w Paryżu, a Mar­cus w Ower­nii i w tym momen­cie fizyczne pojed­na­nie nie wcho­dziło w grę. Mądrzej­sza, bar­dziej doświad­czona osoba ugry­złaby się w język, ale Pho­ebe miała dwa­dzie­ścia trzy lata, była roz­draż­niona i zanie­po­ko­jona tym, co wkrótce nastąpi.

 

– Nie wiem, dla­czego myślisz, że to ja zmie­nię zda­nie, a nie ty. – Siliła się na lekki, wesoły ton. Ku jej wła­snemu prze­ra­że­niu te słowa zabrzmiały oskar­ży­ciel­sko. – Prze­cież zawsze zna­łam cię jako wam­pira, a ty zako­cha­łeś się w cie­pło­krwi­stej.

– I na­dal będę cię kochał. – Mar­cus odpo­wie­dział satys­fak­cjo­nu­jąco szybko. – To się nie zmieni, nawet jeśli ty tak.

– Może ci się nie spodo­bać mój smak. Powin­nam cię zmu­sić, żebyś spró­bo­wał mnie wcze­śniej. – Pho­ebe wyraź­nie dążyła do kłótni. Może Mar­cus nie kochał jej tak bar­dzo, jak sądził. Rozum pod­po­wia­dał, że to non­sens, ale jej irra­cjo­nalna część (która teraz wzięła górę) nie była prze­ko­nana.

– Chciał­bym, żeby­śmy wspól­nie to prze­żyli jako równi sobie. Ni­gdy nie dzie­li­łem się krwią z part­nerką… To coś, co możemy razem zro­bić pierw­szy raz. – Głos Mar­cusa był łagodny, ale brzmiała w nim nuta fru­stra­cji.

Poru­szali się po dobrze zna­nym tere­nie. Rów­ność była czymś, na czym Mar­cu­sowi bar­dzo zale­żało. Żebrząca kobieta z dziec­kiem, rasi­stow­skie obe­lgi pod­słu­chane w metrze, sta­ru­szek pró­bu­jący przejść przez ulicę, pod­czas gdy mło­dzi ludzie mijają go w pędzie z komór­kami w rękach i słu­chaw­kami w uszach – wszystko to przy­pra­wiało go o wście­kłość.

– Powin­ni­śmy po pro­stu uciec – stwier­dził Mar­cus. – Zro­bić wszystko po swo­jemu i nie przej­mo­wać się tra­dy­cjami i cere­mo­niami.

Jed­nakże wyboru powol­nych, odmie­rzo­nych kro­ków rów­nież doko­nali wspól­nie.

Ysa­beau de Cler­mont, matriar­chini rodu i babka Mar­cusa, ze zwy­kłą kla­row­no­ścią przed­sta­wiła wszyst­kie za i prze­ciw zwy­cza­jowi wam­pi­rów. Zaczęła od ostat­nich rodzin­nych skan­dali. Ojciec Mar­cusa, Mat­thew, oże­nił się z cza­row­nicą, naru­sza­jąc tysiąc lat zaka­zów doty­czą­cych związ­ków mię­dzy isto­tami innych gatun­ków. Potem omal nie zgi­nął z rąk swo­jego porzu­co­nego, obłą­ka­nego syna Ben­ja­mina. Tak więc Pho­ebe i Mar­cu­sowi zosta­wały dwa wyj­ścia. Mogli zacho­wać jej trans­for­ma­cję i ich mał­żeń­stwo w tajem­nicy naj­dłu­żej, jak to moż­liwe, zanim staną wobec całej wiecz­no­ści plo­tek i spe­ku­la­cji. Mogli rów­nież prze­mie­nić Pho­ebe w wam­pira, zanim otwar­cie i z całą należną pompą zwiąże się z Mar­cu­sem. Gdyby wybrali to dru­gie, praw­do­po­dob­nie zno­si­liby nie­do­god­no­ści przez rok, potem jedną albo dwie dekady złej sławy, a na koniec byliby wolni, żeby cie­szyć się nie­skoń­czo­nym życiem w rela­tyw­nym spo­koju.

W decy­zji Pho­ebe ode­grała także swoją rolę repu­ta­cja Mar­cusa, zna­nego wśród wam­pi­rów ze swo­jej impul­syw­no­ści i z tego, że rzu­cał się do napra­wia­nia zła tego świata, nie dba­jąc o to, co pomy­ślą inne istoty. Pho­ebe miała nadzieję, że jeśli w kwe­stii mał­żeń­stwa posta­no­wią prze­strze­gać tra­dy­cji, Mar­cus zyska sza­cu­nek, a jego ide­alizm wkrótce będzie widziany w bar­dziej pozy­tyw­nym świe­tle.

– Tra­dy­cja służy poży­tecz­nemu celowi, pamię­tasz? – rze­kła twardo Pho­ebe. – Poza tym nie trzy­mamy się wszyst­kich reguł. A tak przy oka­zji, Freyja wie o twoim pla­nie z tele­fo­nami.

– Zawsze ist­niało takie ryzyko. – Mar­cus wes­tchnął. – Przy­się­gam na Boga, że Freyja musi być w czę­ści poso­kow­cem. Nic jej nie umknie. Nie martw się. Ona nie będzie mieć nic prze­ciwko temu, że ze sobą roz­ma­wiamy. To Miriam jest służ­bistką.

– Miriam poluje na Mont­mar­trze – powie­działa Pho­ebe, zer­ka­jąc na zega­rek. Było trzy­dzie­ści minut po pół­nocy. Naprawdę musiała się roz­łą­czyć.

– Wokół Sacré Coeur są dobre łowy – sko­men­to­wał Mar­cus.

– Tak powie­działa Freyja.

Zapa­dła cisza brze­mienna tym, o czym nie mogli powie­dzieć albo nie wie­dzieli jak. W końcu zostały tylko dwa słowa dosta­tecz­nie ważne, żeby je wymó­wić.

– Kocham cię, Mar­cu­sie Whit­more.

– Kocham cię, Pho­ebe Tay­lor – odparł Mar­cus. – Nie­ważne, co posta­no­wisz za dzie­więć­dzie­siąt dni, już jesteś moją part­nerką. Mam cię pod skórą, we krwi, w snach. I nie martw się. Będziesz świet­nym wam­pi­rem.

Pho­ebe nie miała wąt­pli­wo­ści, że prze­miana się uda, a ona będzie się cie­szyć z tego, że jest potężna i prze­stał mieć zna­cze­nie jej wiek. Ale czy ona i Mar­cus stwo­rzą zwią­zek, który prze­trwa tak jak mał­żeń­stwo Ysa­beau i Phi­lippe’a?

– Będę o tobie myślał – zapo­wie­dział Mar­cus. – W każ­dej chwili.

Pho­ebe trzy­mała tele­fon przy uchu, aż połą­cze­nie zostało zakoń­czone. Wtedy wyszła z wanny, roz­trza­skała apa­rat pojem­ni­kiem z solą do kąpieli, otwo­rzyła okno i wyrzu­ciła szczątki do ogrodu. Znisz­cze­nie dowo­dów występku było czę­ścią planu Mar­cusa i Pho­ebe zamie­rzała wyko­nać go co do joty, nawet jeśli Freyja wie­działa o ich zaka­za­nych roz­mo­wach. To, co zostało z komórki, wylą­do­wało z satys­fak­cjo­nu­ją­cym plu­skiem w małym sta­wie z rybami.

Pozbyw­szy się obcią­ża­ją­cego dowodu, Pho­ebe zdjęła sukienkę i odwie­siła ją do szafy, a pla­sti­kową torbę w paski odło­żyła na dawne miej­sce. Następ­nie otu­liła się bia­łym jedwab­nym szla­fro­kiem, który Françoise przy­go­to­wała dla niej na łóżku.

Potem usia­dła na brzegu mate­raca i odważ­nie spoj­rzała w przy­szłość, cze­ka­jąc, aż odnaj­dzie ją czas.