Relikwie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

6

Sło­wo „bi­skup” po­cho­dzi od grec­kie­go okre­śle­nia nad­zor­cy, straż­ni­ka – wy­ja­śnił Ma­ka­riusz, kie­dy ruszyli w dro­gę. – Gdy wszyscy apo­sto­ło­wie po­mar­li, roz­ma­ite wspól­no­ty po­trze­bo­wa­ły star­szych mę­dr­ców lub dia­ko­nów, któ­rzy mo­gli­by prze­ma­wiać za wszyst­kich człon­ków. Wy­bie­ra­no ich tak samo jak ostat­nie­go apo­sto­ła.

An­to­niusz wie­dział o tym, ale nie prze­szka­dza­ły mu opo­wie­ści bi­skupa. Ma­ka­riusz miał na so­bie nowe sza­re odzie­nie. Po­da­ro­wa­ła mu je He­le­na, kie­dy zgo­dził się do nich do­łą­czyć. Je­chał na ośle, rześ­ki i po­god­ny.

– Zda­jesz so­bie spra­wę z tego, że naj­praw­do­po­dob­niej zmie­rzasz na spo­tka­nie śmier­ci? – spytał An­to­niusz.

– Gdybym bał się śmier­ci, mło­dzień­cze, nig­dy nie zgo­dził­bym się prze­wod­ni­czyć wspól­no­cie je­ro­zo­lim­skiej – od­parł bi­skup bez­tro­sko. – Znasz de­kret ce­sa­rza Dio­kle­cja­na?

– Owszem. – Dio­kle­cjan był naj­więk­szym wro­giem chrze­ści­jan. Inni ce­sa­rze, zwłasz­cza Ne­ron, ści­ga­li wspól­no­tę dla roz­ryw­ki lub spor­tu. Ale Dio­kle­cjan po­sunął się o wie­le da­lej. Ogło­sił de­kret ska­zują­cy każ­de­go chrze­ści­ja­ni­na żyją­ce­go w rzym­skim świe­cie na śmierć lub nie­wo­lę. Ko­ścio­ły zo­sta­ły spa­lo­ne, a mie­nie skon­fi­sko­wa­ne. Kara do­się­ga­ła wszyst­kich człon­ków ro­dzi­ny wie­rzą­ce­go, na­wet no­wo­rod­ków. Ni­ko­go nie oszczę­dza­no. Żad­ne be­stial­stwo nie wy­da­wa­ło się zbyt okrut­ne.

– Do naj­wier­niej­szych wy­znaw­ców idei Dio­kle­cja­na na­le­żą Fir­mi­lian, na­miest­nik Judei, i Mak­sy­min, ce­sarz z Da­masz­ku. Obaj są nie­wol­ni­ka­mi przy­jem­no­ści. Dają do zro­zu­mie­nia, że to oni są do­brzy, a my źli. Roz­ko­szują się cier­pie­nia­mi chrze­ści­jan.

– I to wła­śnie po­wód… – za­czął An­to­niusz – dla któ­re­go po­peł­niasz sa­mo­bój­stwo, po­dró­żując z nami.

– Mylisz się, mło­dy czło­wie­ku – od­po­wie­dział Ma­ka­riusz po­god­nie. – Mylisz się.

– Za­bój­ca za­cze­ka, aż znaj­dzie­my się w gó­rach – prze­wi­dywał An­to­niusz. – A po­tem nas za­rżnie. Do ostat­nie­go czło­wie­ka, do ostat­nie­go zwie­rzę­cia. Fir­mi­lian i Mak­sy­min będą utrzymywać, że edykt Kon­stan­tyna nig­dy do nich nie do­tarł. I da­lej będą ro­bić, co ze­chcą.

– Za­po­mi­nasz o jed­nej rze­czy.

– Ja­kiej?

Ma­ka­riusz po­słał mu szel­mow­ski uśmiech.

– O po­tę­dze cu­dów.

Wzrok An­to­niu­sza przy­cią­gnę­ła ko­bie­ta pra­cu­ją­ca na polu le­żą­cym przy dro­dze wy­bu­do­wa­nej w rzym­skim stylu. Z uwa­gi na bli­skość sto­li­cy dro­ga ta była rów­nie za­dba­na jak pola, gład­ko wy­bruko­wa­na i pod­wyż­szo­na, by za­trzymać po­wo­dzie. An­to­niusz ob­ser­wo­wał, jak ko­bie­ta zrywa rze­pak i wrzuca go do wi­kli­no­we­go ko­sza. Zwró­cił też uwa­gę na dziec­ko na jej ple­cach. Kie­dy mat­ka się po­rusza­ła, słoń­ce mu­ska­ło jego skó­rę. Dziec­ko ma­cha­ło rącz­ka­mi, pró­bu­jąc zła­pać po­ja­wia­ją­ce się pro­myki, i ga­wo­rzyło przy tej za­ba­wie. An­to­niusz po­myślał o in­nej ko­bie­cie i dziec­ku. O tych, któ­rych utra­cił. Po­trzą­snął gło­wą w na­głym przy­pływie żalu.

– Wiem wszyst­ko o mo­dli­twie o cuda, któ­re nig­dy nie na­stę­pują.

Przy­spie­szył kro­ku i od­da­lił się od bi­skupa. Mi­nął zwie­rzę­ta jucz­ne i zrów­nał się ze star­szym straż­ni­kiem, któ­ry szedł sam. Kra­tos osią­gnął już słusz­ny wiek, ale jego siła temu prze­czyła. Jego noz­drza były roz­sze­rzo­ne jak u ko­nia na polu bi­twy. Spoj­rzał przed sie­bie i ode­tchnął głę­bo­ko.

– Czuję krew, któ­rej jesz­cze nie prze­la­no.

An­to­niusz ro­bił wszyst­ko, by nie zwra­cać już uwa­gi na mło­dą mat­kę i szczę­śli­we dziec­ko. Przy­glą­dał się oko­licz­nym te­re­nom. Po obu stro­nach dro­gi roz­cią­ga­ło się mo­rze buj­nej zie­le­ni. Był maj. Rol­ni­cy pra­co­wa­li, a An­to­niusz wdychał za­pach pa­lo­ne­go drew­na, zwie­rząt, zie­mi upraw­nej i świe­żych przy­praw. Gdzieś po le­wej stro­nie mu­siał też być sad, po­nie­waż z każ­dym po­wie­wem wschod­niej bryzy w po­wie­trzu wy­czuwa­ło się woń kwia­tów.

– Uwa­żasz, że się mylę? – spytał Kra­tos.

An­to­niusz za­wa­hał się na chwi­lę. Nie miał jed­nak po­wo­du, by nie od­po­wia­dać.

– Oba­wiam się, że masz ra­cję.

– Mam na­dzie­ję i mo­dlę się o to, by pani He­le­na nie po­myli­ła się co do cu­dów, któ­re mamy w za­na­drzu.

– Ma­ka­riusz się z nią zga­dza, o ile to ma zna­cze­nie.

– Jest dziw­ny jak na że­bra­ka. – We­te­ran zer­k­nął za sie­bie. An­to­niusz uczynił po­dob­nie. Za­uwa­żył, że He­le­na za­ję­ła jego miej­sce. Szła przy ośle ka­pła­na, po­chło­nię­ta roz­mo­wą. Ma­ka­riusz od­wza­jem­nił ich spoj­rze­nia i ra­do­śnie po­ma­chał do nich ręką.

– Wie­rzysz w jego sło­wa? W to, że jest bi­skupem i tak da­lej? – spytał Kra­tos.

– Chyba tak.

– He­le­na tak­że. – Kra­tos po­tarł stward­nia­łą od wal­ki dło­nią gał­kę wień­czą­cą rę­ko­jeść mie­cza. – Gdybym był na­szym wro­giem, wiesz, gdzie bym ude­rzył?

– Owszem. – An­to­niusz wska­zał miej­sce, w któ­rym dro­ga za­czyna­ła wić się przez wzgó­rza na po­łu­dniu. – Za­raz za pierw­szym za­krę­tem, tam, gdzie dro­ga zni­ka za gła­za­mi.

Były do­wód­ca raz jesz­cze po­cią­gnął no­sem i splu­nął na za­wietrz­ną.

– Nie­wie­le mo­że­my zro­bić. Kil­ku zbroj­nych i ka­le­ka… Wła­ści­wie nic prócz wal­ki do ostat­niej kro­pli krwi i śmier­ci god­nej rzym­skich żoł­nie­rzy.

He­le­nie zda­wa­ło się, że wzgó­rza na po­łu­dniu przez cały dzień z nich drwi­ły. Choć szli go­dzi­na­mi, ani tro­chę się nie przy­bli­ża­ły. Po­wie­trze było rześ­kie, a wiatr wiał od stro­ny lądu, co utrzymywa­ło mor­ską bryzę z da­le­ka. Do po­po­łu­dnia pa­no­wał prze­raź­li­wy upał. He­le­nę bo­lał każ­dy mię­sień. Brak co­dzien­ne­go ruchu da­wał o so­bie znać. Czuła na so­bie wzrok An­to­niu­sza, ro­bi­ła więc, co mo­gła, by ukryć wy­czer­pa­nie. Wresz­cie cen­turion pod­szedł do niej.

– Może po­win­ni­śmy sko­rzystać z go­ści­ny któ­re­goś z tych rol­ni­ków, moja pani. Kra­tos wy­czuwa nie­bez­pie­czeń­stwo. Ja rów­nież. Nie ma się co spie­szyć w ob­ję­cia śmier­ci.

– Bóg się o nas za­trosz­czy. – He­le­na spoj­rza­ła za sie­bie i nie do­strze­gła już wie­ży strze­gą­cej wej­ścia do Ce­za­rei. Dro­ga bie­gła pro­sto, jej ko­niec za­snuła po­po­łu­dnio­wa mgła. He­le­na od­wró­ci­ła się do An­to­niu­sza, któ­ry cze­kał na jej od­po­wiedź.

– Nie bę­dzie­my sy­piać pod ni­czyim da­chem do­pó­ty, do­pó­ki moja piel­grzym­ka nie do­bie­gnie koń­ca – od­par­ła.

Po­ki­wał gło­wą.

– Mo­że­my spytać o po­zwo­le­nie na roz­bi­cie obo­zu przed do­mem.

– Do­sko­na­le.

An­to­niusz zbo­czył z dro­gi i udał się do naj­bliż­szej cha­ty.

– Dom i sto­do­ły są puste! – za­wo­łał po chwi­li.

Kra­tos ro­zej­rzał się po oko­li­cy.

– Po­dob­nie jak i pola.

An­to­niusz sta­nął u boku straż­ni­ka.

– Nie ma tu żywej du­szy.

He­le­na pa­trzyła na pusty kra­jo­braz. W od­da­li nad nimi krą­żyły dwa myszo­ło­wy. Słysza­ła be­cze­nie owiec, ale nie wi­dzia­ła żad­nych zwie­rząt.

– Czyż­by lu­dzie ucie­kli?

– Nie przed nami, tego mo­żesz być pew­na. – Skó­rza­ne wią­za­nie na rę­ko­je­ści mie­cza za­skrzypia­ło pod dło­nią straż­ni­ka. – To wię­cej niż praw­do­po­dob­ne, że zo­ba­czyli wy­sła­ne na nas od­dzia­ły.

– Ten dzie­dzi­niec to naj­lep­sze miej­sce na obóz, ja­kie je­ste­śmy w sta­nie zna­leźć – zde­cydo­wał An­to­niusz. – Bu­dyn­ki za­pew­nią nam ochro­nę. Jest woda, znaj­dą się świe­ża pa­sza i owo­ce na drze­wach w sa­dzie. Od­pocz­nie­my tutaj.

Te­raz, kie­dy He­le­na po­zwo­li­ła so­bie na przy­sta­nek, wy­czer­pa­nie nie­mal ją przy­tło­czyło. Chwiej­nym kro­kiem prze­szła na środ­ko­wy dzie­dzi­niec do­mo­stwa, pod­czas gdy An­to­niusz i Kra­tos prze­szuki­wa­li wszyst­kie bu­dyn­ki. Zna­la­zła schro­nie­nie pod wy­sta­ją­cym da­chem i rzuci­ła się na za­kurzo­ną zie­mię. Po chwi­li spa­ła ka­mien­nym snem.

***

Obu­dzi­ła się tuż przed świ­tem, głod­na jak nig­dy w życiu. Bo­la­ły ją wszyst­kie ko­ści. Pod­nio­sła się po­wo­li i od­kryła, że to­wa­rzysze roz­bi­li nad nią na­miot. Kie­dy wy­szła na ze­wnątrz, mil­czą­ca służ­ka po­da­ła jej pie­czo­ną ja­gnię­ci­nę. He­le­na pa­trzyła, jak Kra­tos wy­pie­ka pod­pło­myki na ka­mie­niach uło­żo­nych wo­kół ogni­ska. Użył sztyle­tu, by pod­wa­żyć je­den z nich i prze­ło­żyć go do jej misy. Ża­den – na­wet naj­wykwint­niej­szy – po­si­łek nig­dy jej tak nie sma­ko­wał.

Piła wła­śnie drugi kubek wody, gdy An­to­niusz wark­nął ostrze­gaw­czo.

Wsta­ła wraz z in­nymi. Do­strze­gła ja­kiś tuzin żoł­nie­rzy spie­szą­cych dro­gą w ich kie­run­ku. Przy­szli z pół­no­cy, od stro­ny Ce­za­rei. Dy­sze­li – jak to żoł­nie­rze, któ­rzy po­tra­fią biec do skraj­ne­go wy­czer­pa­nia.

Kra­tos sta­rał się osła­niać ją przed zbli­ża­ją­cym się za­gro­że­niem. He­le­na mo­gła je­dynie za­kła­dać, że to Fir­mi­lian po­słał od­dział, by ich zgła­dzić. Kra­tos i czte­rech żoł­nie­rzy do­byli bro­ni. Dźwięk me­ta­lo­wych ostrzy wy­śli­zgują­cych się z po­chew wpra­wił ją w drże­nie. Czy to mia­ła być jej ostat­nia go­dzi­na? Czy wraz z przy­ja­ciół­mi zo­sta­nie zmie­cio­na z po­wierzch­ni zie­mi? Czy ich pro­chy po­kryją mil­czą­ce pola? Chcia­ła się mo­dlić. Ale żad­na myśl, żad­ne sło­wa nie przy­cho­dzi­ły jej do gło­wy. Tyl­ko strach. Co in­ne­go wy­glą­dać śmier­ci z da­le­ka, a co in­ne­go oglą­dać jej mrocz­ną pasz­czę.

An­to­niusz stał w peł­nej go­to­wo­ści. He­le­na nie mia­ła po­ję­cia, w jaki spo­sób je­den czło­wiek mógł­by wy­stą­pić prze­ciw­ko ca­łej gru­pie żoł­nie­rzy. Na­gle z wol­na się wy­pro­sto­wał.

– Spo­koj­nie.

 

– O co cho­dzi? – za­pytał Kra­tos.

– Coś jest nie tak…

He­le­na też to za­uwa­żyła. Ci męż­czyź­ni nie ma­sze­ro­wa­li w usta­lo­nym po­rząd­ku. Wła­ści­wie to wca­le nie ma­sze­ro­wa­li. Po­tyka­li się, za­ta­cza­li. Gdyby nie mie­li na so­bie skó­rza­nych na­pier­śni­ków rzym­skich żoł­nie­rzy, po­myśla­ła­by, że to roz­bój­ni­cy.

– De­zer­te­rzy? – zdzi­wił się Kra­tos.

An­to­niusz wzruszył ra­mio­na­mi.

– Dla­cze­go mie­li­by przy­cho­dzić tutaj?

Lęk zma­lał na tyle, że He­le­na była w sta­nie po­li­czyć zbli­ża­ją­cych się męż­czyzn. Było ich dzie­wię­ciu. Po dłu­gim mar­szu mie­li nogi bia­łe od kurzu, a z ich twa­rzy biło wy­czer­pa­nie i coś jesz­cze. To ból, po­myśla­ła He­le­na. Żoł­nie­rze wy­glą­da­li tak, jak­by do­świad­cza­li oso­bli­wej ago­nii.

– Może mają od­wró­cić na­szą uwa­gę? – za­sta­na­wiał się na głos Kra­tos.

– Nie ma ta­kiej po­trze­by – od­parł An­to­niusz, nie spusz­cza­jąc od­dzia­łu z oka. – Ko­hor­ta wy­szko­lo­nych le­gio­ni­stów zmio­tła­by nas z po­wierzch­ni zie­mi.

Kie­dy żoł­nie­rze po­de­szli jesz­cze bli­żej, ich ago­nia sta­ła się bar­dziej wi­docz­na. Mie­li na­pię­te mię­śnie twa­rzy, za­pad­nię­te oczy. Więk­szość z nich szła z pustymi rę­ka­mi. Nie­któ­rzy nie­śli włócz­nie, ale skie­ro­wa­ne ostrza­mi do zie­mi, co sta­no­wi­ło rzym­ski spo­sób ko­mu­ni­ko­wa­nia po­ko­jo­wych za­mia­rów. He­le­na wie­dzia­ła, że rzym­ski żoł­nierz po­tra­fi kła­mać jak każ­dy inny, ale An­to­niusz miał ra­cję – dla­cze­go mie­li­by za­wra­cać so­bie tym gło­wy? Z każ­dym kro­kiem męż­czyzn na pustej dro­dze He­le­na na­bie­ra­ła pew­no­ści, że ci lu­dzie nie sta­no­wią dla niej za­gro­że­nia.

Kie­dy byli dzie­sięć kro­ków od nich, An­to­niusz uniósł dłoń. Męż­czyź­ni przy­sta­nę­li.

– Kto jest wa­szym do­wód­cą? – spytał An­to­niusz.

Męż­czyzna, któ­ry udzie­lił mu od­po­wie­dzi, był za­har­to­wa­nym w boju we­te­ra­nem z bli­zna­mi na ra­mie­niu, pra­wej ręce i szyi.

– Nikt.

– Co was tu spro­wa­dza?

Żoł­nierz ob­li­zał su­che usta.

– Czy po­dró­żuje z wami ce­sa­rzo­wa He­le­na?

An­to­niusz spoj­rzał na He­le­nę sto­ją­cą przy dro­dze.

– Na­ka­za­ła nam nie po­sługi­wać się tym ty­tułem. Po pro­stu pani He­le­na.

W sło­wach żoł­nie­rza po­brzmie­wa­ła jaw­na de­spe­ra­cja.

– Czy mo­że­my z nią po­mó­wić?

Ma­ka­riusz po­kuś­tykał do przo­du, opie­ra­jąc się cięż­ko o la­skę.

– Ja­kąż to spra­wę mo­że­cie mieć do mat­ki Kon­stan­tyna?

W gło­sie żoł­nie­rza nie było wy­nio­sło­ści.

– A z kim roz­ma­wiam? – spytał.

Ka­płan wy­cią­gnął rękę, by Kra­tos po­mógł mu wejść na dro­gę.

– Na imię mi Ma­ka­riusz, je­stem bi­skupem Je­ro­zo­li­my. Pytam więc: czy to wa­sza spra­wa, z kim po­dró­żuje­my?

– Czy praw­dzi­we są opo­wie­ści, że to ce­sa­rzo­wa przy­wio­dła swe­go syna do Pana[e]?

– Owszem.

– I że Kon­stan­tyn za­pra­sza te­raz swo­ich lu­dzi do mo­dli­twy do Je­zusa?

He­le­na po­sta­no­wi­ła, że pora do­łą­czyć do to­wa­rzyszy na dro­dze. Żoł­nie­rze wy­da­wa­li się jej nie roz­po­zna­wać. W koń­cu mie­li przed sobą ko­bie­tę odzia­ną w zwykłą sza­rą sza­tę chłop­ki.

Usłysza­ła, jak Ma­ka­riusz udzie­la im od­po­wie­dzi.

– To rów­nież praw­da, choć nie byłem tego świad­kiem. Dość wa­szych pytań. Od­po­wiedz­cie na moje albo odejdź­cie. Co was tu spro­wa­dza?

– Nie mamy do­kąd pójść. – Gdy we­te­ran wy­po­wia­dał te pro­ste sło­wa, za­ła­mał mu się głos.

De­li­kat­ne po­dmu­chy wia­tru zgar­nia­ły An­to­niu­szo­wi wło­sy na czo­ło. He­le­na usłysza­ła be­cze­nie owiec znaj­du­ją­cych się w ja­kiejś ukrytej za­gro­dzie. Wy­da­wa­ło jej się też, że słyszy płacz dziec­ka. Ptak wy­śpie­wywał po­wi­ta­nie słoń­cu.

– Je­stem He­le­na, mat­ka Kon­stan­tyna – po­wie­dzia­ła i sta­nę­ła u boku An­to­niu­sza. – Wszyst­ko, co słysze­li­ście o moim synu i jego żoł­nier­zach, jest praw­dą.

We­te­ran padł na ko­la­na. Po­dob­nie uczyni­li po­zo­sta­li. Wy­glą­da­li jak spa­da­ją­ce ka­mie­nie.

– Przy­bywa­my pro­sić cię o wy­ba­cze­nie, au­gusto.

Tym ra­zem He­le­na nie wy­ra­zi­ła sprze­ci­wu wo­bec tego ty­tułu.

– Two­je imię?

– Ewan­der, wa­sza wy­so­kość.

– Po­wstań, Ewan­de­rze. I niech to samo uczynią twoi lu­dzie.

– To nie są moi lu­dzie, wa­sza wy­so­kość. – Żoł­nierz nadal klę­czał.

– Dla­cze­go nie wsta­je­cie?

Męż­czyzna moc­no za­ci­snął szczę­kę. Na jego szyi, ra­mio­nach i klat­ce pier­sio­wej prę­żyły się mię­śnie.

– Nie ośmie­lił­bym się, pani.

Ma­ka­riusz po­kuś­tykał, by sta­nąć u boku He­le­ny.

– Moja pani, może do cze­goś się przy­dam?

– Mów.

Bi­skup spoj­rzał na klę­czą­cych żoł­nie­rzy.

– Wszyscy je­ste­ście chrze­ści­ja­na­mi, tak? A jed­nak wszyscy publicz­nie wy­rze­kli­ście się swe­go Boga?

W gło­sie Ewan­de­ra po­brzmie­wał wstyd.

– Tak się sta­ło.

Po­zo­sta­li żoł­nie­rze je­dynie po­chyli­li gło­wy jesz­cze ni­żej.

– Wszyst­kim żoł­nie­rzom na­ka­za­no uczto­wać w imię rzym­skich bóstw. Ci, któ­rzy tego nie uczyni­li, naj­pierw zo­sta­li pod­da­ni publicz­nym tor­turom, a po­tem za­mor­do­wa­ni. Taki sam los cze­kał ich ro­dzi­ny, na­wet naj­młod­sze dzie­ci – wy­ja­śnił Ma­ka­riusz.

– Wiem o tym. – He­le­na po­de­szła do męż­czyzn klę­czą­cych na zie­mi. – Ewan­de­rze, roz­ka­zuję ci wstać.

Po­słuchał jej, ale opu­ści­ły go siły. Prze­wró­cił się i jęk­nął.

He­le­na uklę­kła przy nim. Chwyci­ła go za ra­mio­na.

– Na­ka­za­no ci wstać – prze­mó­wi­ła ła­god­nie.

Męż­czyzna speł­nił roz­kaz z ogrom­nym wy­sił­kiem. Po jego twa­rzy, po­krytej bia­łym pyłem, spływa­ły łzy. Ża­den z po­zo­sta­łych żoł­nie­rzy się nie po­ruszył.

– Nie kła­niaj­cie mi się – po­wie­dzia­ła He­le­na. – Je­stem ni­kim. Je­stem ko­bie­tą od­bywa­ją­cą piel­grzym­kę, bez ty­tułu, bez męża, bez domu. Je­stem grzesz­ni­cą. Grze­szę po­dob­nie jak wy. Je­stem tą, któ­ra za­wo­dzi­ła swe­go Boga czę­ściej, niż jest w sta­nie zli­czyć.

– Rze­czy, któ­re uczyni­łem… – za­łkał żoł­nierz. – Nie­win­ni, któ­rych za­bi­łem…

– Nie­siesz swo­je brze­mię. A ja swo­je. Te­raz wiesz, dla­cze­go Je­zus umarł na krzyżu. – He­le­na umil­kła na chwi­lę. Po chwi­li mó­wi­ła da­lej: – Spójrz­cie na mnie, bła­gam.

Tym ra­zem wszyscy pod­nie­śli gło­wy. Ich twa­rze były za­la­ne łza­mi. Ża­den z nich nig­dy wcze­śniej nie pła­kał.

– Bę­dzie­cie mi to­wa­rzyszyć? – spyta­ła. – Czyż nie po­win­ni­śmy jako ro­dzi­na wier­nych wy­znać na­szych grze­chów Temu, któ­ry uwol­nił nas od bo­le­ści?

– Nie za­sługuję na to.

– Nikt z nas na to nie za­służył. – Jej głos zła­god­niał na skutek sła­bo­ści, któ­rą wła­śnie w so­bie od­kryła. – Ma­ka­riu­szu, po­mo­żesz nam?

Bi­skup ukło­nił się jej.

– Moja pani, to bę­dzie dla mnie za­szczyt.

[e] Praw­do­po­dob­nie było od­wrot­nie – to He­le­na przy­ję­ła chrzest pod wpływem swo­je­go syna (przyp. red.).

7

Kie­dy za­padł zmrok, na­si­lił się wiatr znad mo­rza. Pło­mie­nie po­chod­ni tań­czyły i po­sy­ki­wa­ły. Wiatr nie był zim­ny, ale He­le­na nie mo­gła po­wstrzymać dresz­czy, któ­re wstrzą­sa­ły jej cia­łem.

Ze­bra­li się w pustej sto­do­le. Za ka­dzi­dło po­służył im za­pach zwie­rząt, a za oł­tarz – zwykły stół ro­bo­czy. He­le­na roz­ło­żyła na odra­pa­nym drew­nie swój płaszcz jako ob­rus. Na znak ka­pła­na An­to­niusz na­lał do jed­ne­go z pod­nisz­czo­nych kie­li­chów wina ze skó­rza­ne­go bu­kła­ka. Kra­tos po­ciął no­żem pod­pło­myk na ka­wał­ki. Ewan­der i po­zo­sta­li żoł­nie­rze uklę­kli obok sie­bie, styka­jąc się ra­mio­na­mi. Rzym­skich żoł­nie­rzy szko­lo­no, by tak wła­śnie czyni­li w ob­li­czu nie­bez­pie­czeń­stwa.

He­le­na zna­la­zła się w pułap­ce wspo­mnień. Przy­po­mnia­ła so­bie gorz­ki gniew, jaki żywi­ła do męża. Tak, mia­ła pra­wo go nie­na­wi­dzić. Tak, skrzyw­dził ją na nie­zli­czo­ne spo­so­by. Tak, pła­ka­ła tyl­ko w sa­mot­no­ści na­mio­tu. Tak, wszyst­kie jej myśli po­zo­sta­wa­ły głę­bo­ko ukryte, na­wet przed jej sy­nem. A jed­nak tutaj, w sto­do­le, było jej tak wstyd, że mu­sia­ła zwal­czać w so­bie pra­gnie­nie klęk­nię­cia u boku żoł­nie­rzy.

Ma­ka­riusz uniósł kie­lich i chleb w kie­run­ku kro­kwi i od­mó­wił krót­ką mo­dli­twę. Na­stęp­nie odło­żył chleb i po­kuś­tykał w stro­nę klę­czą­cych żoł­nie­rzy. Cze­kał w mil­cze­niu. He­le­na była pew­na, że cze­kał­by tak całą noc, gdyby oka­za­ło się to ko­niecz­ne.

W koń­cu prze­mó­wił:

– Czy ty i twoi lu­dzie pod­nie­sie­cie się z ko­lan i sta­nie­cie przede mną?

Ewan­der nie­chęt­nie wstał i ge­stem na­ka­zał po­zo­sta­łym uczynić to samo.

Ma­ka­riusz wska­zał na swój pusty oczo­dół i ranę na ko­st­ce.

– Czy ty mi to uczyni­łeś?

Żoł­nierz obie­ma rę­ka­mi chwycił się za brzuch. Zdrę­twiał z bólu.

– Tak, mo­głem to zro­bić.

– To wła­ści­wa od­po­wiedź. A te­raz słuchaj­cie uważ­nie. Spójrz­cie na mnie. Spójrz­cie! – wark­nął do nich.

– Rób­cie, co mówi – po­le­ci­ła He­le­na ła­god­nie.

Ma­ka­riusz pod­szedł jesz­cze bli­żej. Po­zo­sta­li znów skło­ni­li gło­wy, jak­by osła­nia­li się przed ostrza­mi włócz­ni i mie­czy. Ale nie pa­dli na ko­la­na.

– O co pro­sisz, Ewan­de­rze? – spytał Ma­ka­riusz.

Sło­wa żoł­nie­rza były prze­sy­co­ne po­czuciem nę­dzy i wy­rzuta­mi su­mie­nia.

– O wy­ba­cze­nie.

– I znów do­bra od­po­wiedź. – Ka­płan uniósł kie­lich. – Pan Je­zus tej nocy, któ­rej zo­stał wy­da­ny, zgro­ma­dził wo­kół sie­bie uczniów, wziął chleb, kie­lich i rzekł: „To jest kie­lich krwi mo­jej, no­we­go i wiecz­ne­go przy­mie­rza, któ­ra za was bę­dzie wy­la­na”.

– Nie mogę – wy­szep­tał żoł­nierz.

– Czy two­ja zdra­da jest gor­sza niż Pio­tro­wa? – Pod­sunął mu kie­lich. – Bierz i pij.

Ewan­de­ro­wi ręce drża­ły tak moc­no, że ob­lał się płynem. Na­pił się, po czym po­dał kie­lich to­wa­rzyszo­wi. I tak na­czynie okrą­żyło wszyst­kich żoł­nie­rzy. Póź­niej Ma­ka­riusz wziął kie­lich i po­dał go naj­pierw An­to­niu­szo­wi, po­tem po­zo­sta­łym, a na koń­cu He­le­nie, któ­ra trzyma­ła go, gdy sam Ma­ka­riusz pił.

Ka­płan od­sta­wił kie­lich, wziął chleb i po­wie­dział:

– Tyl­ko ci, któ­rzy są świa­do­mi po­wa­gi swo­je­go upad­ku, poj­mą dar od Pana. Tyl­ko ci, któ­rych żal jest praw­dzi­wy, któ­rzy od­wró­ci­li się od swo­je­go grze­chu, bła­ga­li o nie­moż­li­wy dar prze­ba­cze­nia, są zdol­ni zgłę­bić nie­skoń­czo­ne Boże mi­ło­sier­dzie.

Po­bło­go­sła­wił chleb.

– Bierz­cie i jedz­cie z tego wszyscy, a Boże prze­ba­cze­nie roz­pro­mie­ni wa­sze przy­szłe dni.

***

Po Eu­cha­rystii w sto­do­le An­to­niusz po­dał Ewan­de­ro­wi i jego to­wa­rzyszom to, co jesz­cze zo­sta­ło z pie­czo­ne­go ja­gnię­cia, po czym na­ka­zał im po­ło­żyć się i od­po­cząć. Ob­szedł te­ren z Kra­to­sem, któ­ry na nowo mó­wił o swo­ich po­nurych prze­wi­dywa­niach do­tyczą­cych przej­ścia przez wzgó­rza. Z ja­kie­goś po­wo­du An­to­niusz czuł się jed­nak wol­ny od zmar­twień. Po skoń­czo­nym ob­cho­dzie po­ło­żył się i spał naj­lep­szym snem od cza­su, gdy do­łą­czył do He­le­ny.

Na­za­jutrz obu­dził się i spo­strzegł, że Ewan­der i po­zo­sta­li le­gio­ni­ści znik­nę­li.

Nie mógł w to uwie­rzyć, na­wet wte­dy, gdy pod­szedł do miej­sca, w któ­rym wcze­śniej od­po­czywa­li. Kra­tos sta­nął obok nie­go.

– Nig­dy w życiu nie wziął­bym ich za tchó­rzy.

– Czy nie za­uwa­żyłeś cze­goś nie­po­ko­ją­ce­go pod­czas war­ty? – spytał An­to­niusz.

– Sie­dzie­li przy ogni­sku i roz­pra­wia­li. Je­den z nich spytał, do­kąd idzie­my. Od­po­wie­dzia­łem. Nie wi­dzia­łem w tym za­gro­że­nia.

An­to­niusz za­uwa­żył, że straż­nik się za­sę­pił.

– Nie mia­łeś po­wo­du im nie mó­wić. Sam bym im po­wie­dział.

Kra­tos ode­tchnął z ulgą.

– Go­dzi­nę póź­niej wró­ci­łem z ob­cho­du. Już ich nie było.

– Dla­cze­go mnie nie zbu­dzi­łeś?

– A co mógł­byś zro­bić? Po­biec za nimi i bła­gać, by zo­sta­li? – Kra­tos zmrużył oczy i spoj­rzał na wzgó­rza na po­łu­dniu. – Ode­szli, a nas cze­ka zguba.

– Dla­cze­go nas zo­sta­wi­li? – An­to­niusz kop­nął w płot. – He­le­na uczyni­ła wszyst­ko, by czuli się mile wi­dzia­ni.

 

Kra­tos splu­nął.

– Po­sze­dłem ich tro­pem. Uda­li się na po­łu­dnie, dro­gą przez wzgó­rza.

To ozna­cza­ło, że żoł­nie­rze po­szli w tym sa­mym kie­run­ku, któ­ry za­mie­rza­ła obrać He­le­na. Je­śli Ewan­der prze­ka­zał wie­ści ich wro­gom, wkrót­ce wpad­ną w pułap­kę. An­to­niusz krą­żył po obo­zo­wi­sku, wście­kły, że po­zwo­lił so­bie na na­dzie­ję.

Ma­ka­riusz przy­glą­dał mu się z uśmie­chem szczę­śli­we­go czło­wie­ka. Po­ma­chał dło­nią w kie­run­ku nie­ba, po­sęp­ne­go i ciem­ne­go ni­czym bło­to.

– W taki dzień jak ten pierw­si chrze­ści­ja­nie zgro­ma­dzi­li się na Gol­go­cie i pa­trzyli, jak Me­sja­sza wie­sza­ją na krzyżu hań­by. Nie wie­dzie­li, nie po­tra­fi­li so­bie na­wet wy­obra­zić tego, że ich tra­ge­dia za­po­cząt­ko­wa­ła ścież­kę pro­wa­dzą­cą ludz­kość do Domu. Te­raz, bar­dziej niż kie­dykol­wiek, przy­szła pora na na­dzie­ję – po­wie­dział.

An­to­niusz spio­runo­wał go wzro­kiem. Na próż­no sta­rał się wy­myślić ja­kąś gorz­ką ri­po­stę. Jego nie­życz­li­we na­sta­wie­nie wy­da­wa­ło się tyl­ko roz­we­se­lać ka­pła­na.

– Z rów­nie mrocz­nych chwil ro­dzą się cuda, któ­re krzyczą do nas przez wie­ki. Na­dzie­ja! Ra­dość! Po­kój! – kon­tynuo­wał bi­skup.

An­to­niusz pa­trzył na dro­gę pro­wa­dzą­cą na po­łu­dnie. Wzno­si­ła się, wiła, aż w koń­cu zni­ka­ła. Pustynia mia­ła bar­wę rów­nie wy­bla­kłą jak nie­bo. Wzgó­rza na po­łu­dniu przy­po­mi­na­ły zło­wro­gie kły. Pró­bo­wał so­bie wma­wiać, że to wła­śnie miał na­dzie­ję zna­leźć: za­cie­kłe­go wro­ga zdol­ne­go ode­brać mu życie.

– Przy­łącz się do mnie, An­to­niu­szu. – Ma­ka­riusz wska­zał ręką śnia­da­nie cze­ka­ją­ce przy ogni­sku. – Są owo­ce, chleb, ser i woda.

– Gdzie He­le­na?

– Śpi. Zo­staw ją. Przed nami dłu­gi dzień. Kra­to­sie, bądź tak do­bry i na­lej cen­turio­no­wi wody.

An­to­niusz nie miał po­wo­du od­ma­wiać. Kie­dy usiadł, do­tar­ło do nie­go, że jest głod­ny jak wilk. Ma­ka­riusz przy­glą­dał mu się z uzna­niem i nie ode­zwał się do­pó­ty, do­pó­ki ten nie skoń­czył jeść.

– Po­wiedz mi, z ja­kie­go po­wo­du je­steś tak wście­kły na Boga.

Pyta­nie to było bar­dzo bez­po­śred­nie. An­to­niusz na­pił się, ale woda mia­ła smak po­pio­łu.

– Ob­ser­wo­wa­łem cię uważ­nie i wi­dzę czło­wie­ka, któ­ry za­po­mniał, jak to jest się uśmie­chać. Wi­dzę złość, któ­rą no­sisz na so­bie jak sta­ry płaszcz. I to taki, któ­ry na cie­bie nie pa­suje.

– A od­kąd to na tym świe­cie wy­bie­ra­my so­bie cię­ża­ry, któ­re no­si­my? – spytał cierp­ko An­to­niusz.

– Rzad­ko, o ile w ogó­le – zgo­dził się z nim Ma­ka­riusz.

An­to­niusz zdał so­bie spra­wę z tego, że bi­skup nie chciał pytać go o nic wię­cej. Wy­czuł też, że Ma­ka­riusz nie po­wtó­rzy za­da­ne­go przed chwi­lą pyta­nia. Po­myślał, że ka­płan nie ocze­kuje od nie­go, by wy­ja­wił mu swo­je se­kre­ty. A jed­nak sło­wa w nim wzbie­ra­ły, przy­mus mó­wie­nia był tak po­tęż­ny, że męż­czyzna nie po­tra­fił go stłam­sić.

– Mia­ła na imię Ra­che­la.

– Kim dla cie­bie była?

– Żoną. Zmar­ła przy po­ro­dzie na­sze­go syna.

– Utra­ci­łeś swo­ją uko­cha­ną i pier­wo­rod­ne­go… To strasz­ne! Kie­dy to się sta­ło?

– O świ­cie w dzień sza­ba­tu. Dzie­sięć mie­się­cy i trzy ty­god­nie temu. – An­to­niusz znów po­czuł ten prze­szywa­ją­cy zim­ny wiatr, ostrze, któ­re wrzyna­ło się co­raz głę­biej w zie­mię, gdy wła­sno­ręcz­nie ko­pał gro­by. Wpa­trywał się te­raz w po­sza­rza­łe wzgó­rza i wspo­mi­nał je­dyny raz, kie­dy trzymał w ra­mio­nach swo­je­go syna i od­da­wał jego cia­ło zie­mi.

Po­ża­ło­wał swo­je­go wy­zna­nia. Dziś bę­dzie po­trze­bo­wał sił. – Trud­no jest ostat­ni­mi cza­sy do­strzec pa­lec Boży w czym­kol­wiek.

– Nie wi­dzia­łeś go na­wet wczo­raj wie­czo­rem?

An­to­niusz wska­zał ręką miej­sce, gdzie wcze­śniej od­po­czywa­li żoł­nie­rze.

– Nie wi­dzę ni­ko­go, kto mógł­by nas chro­nić.

– Mo­dlę się więc, by Bóg zmie­nił twój punkt wi­dze­nia, cen­turio­nie. Ja wi­dzę cuda wo­kół nas. A tam, po­śród wzgórz, któ­rym przy­glą­da­cie się z Kra­to­sem z ta­kim nie­po­ko­jem, pa­lec Boży z pew­no­ścią wska­że nam jesz­cze wię­cej cu­dów.

Ma­ka­riusz po­ło­żył dłoń na ra­mie­niu An­to­niu­sza. Do­pie­ro po chwi­li do męż­czyzny do­tar­ło, że ka­płan się za nie­go mo­dli. An­to­niusz sta­rał się po­now­nie skupić na wzgó­rzach i za­gro­że­niu. Ale do­tyk dło­ni tego czło­wie­ka spu­ścił za­sło­nę na jego zmysły, jak­by mo­dli­twa spra­wia­ła, że rze­czywi­stość znik­nę­ła. An­to­niusz wy­trzymał jego tro­skę, po­dob­nie jak znie­sie nad­cho­dzą­ce cio­sy, po­nie­waż w ta­kim dniu jak ten nie ma cza­su na łzy.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?