Relikwie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

He­le­na prze­szła głów­ną uli­cą i skie­ro­wa­ła się w stro­nę are­ny. Na­gle zła­pa­ła się na tym, że wspo­mi­na dom, któ­re­go prze­cież już nig­dy nie zo­ba­czy. To wła­śnie z nie­go wy­pro­wa­dził ją nie­gdyś od­dział zbroj­nych na cze­le z Kra­to­sem, obec­nie jej głów­nym straż­ni­kiem.

Mia­ła mnó­stwo waż­niej­szych spraw do prze­myśle­nia. Pierw­sze na li­ście było, rzecz ja­sna, pyta­nie o to, czy prze­żyje kil­ka na­stęp­nych dni. Ale w tej chwi­li wró­ci­ły do niej daw­ne ura­zy. Le­d­wo wi­dzia­ła dro­gę przed sobą.

Kie­dy po­zna­ła swe­go przy­szłe­go męża, za­rzą­dzał on rzym­ską pro­win­cją. Nie­co póź­niej awan­so­wał na na­miest­ni­ka Dal­ma­cji, któ­rą za­miesz­ki­wa­ły wo­jow­ni­cze ple­mio­na. Więk­szość cza­su spę­dzał z dala od domu. Kie­dy wra­cał, wy­peł­niał go we­so­łym śmie­chem i żar­li­wą mi­ło­ścią do Kon­stan­tyna, ich je­dyne­go dziec­ka. Miesz­ka­li w wil­li u pod­nó­ża gór, ze wspa­nia­łym wi­do­kiem na wy­brze­że i mo­rze. Wznie­sio­no ją z nie­oszli­fo­wa­ne­go gra­ni­tu. Jak przy­sta­ło na rzym­ski bu­dynek, była ra­czej skrom­na.

To miej­sce służyło He­le­nie. Przy­ro­da wy­da­wa­ła się tu tak samo su­ro­wa i dzi­ka jak w jej oj­czyź­nie, a po­go­da oka­za­ła się o wie­le bar­dziej przy­ja­zna: przez całe lato wia­ły chłod­ne mor­skie wia­try, zimą zaś wzgó­rza chro­ni­ły lu­dzi przed naj­gor­szymi wi­chu­ra­mi. He­le­na wy­cho­wywa­ła syna i cze­ka­ła na po­wro­ty męża z licz­nych wy­praw. Nie wy­ma­ga­ła od życia ni­cze­go wię­cej.

Aż do pew­ne­go dnia, kie­dy to na dzie­dzi­niec jej do­mo­stwa wkro­czyło woj­sko.

Każ­da żona do­wód­cy zna nie­po­kój, jaki bu­dzi wi­dok żoł­nie­rzy po­wra­ca­ją­cych bez jej uko­cha­ne­go. He­le­na la­ta­mi lę­ka­ła się po­słań­ca, któ­ry przy­nie­sie jej czar­ny wie­niec na znak wdo­wień­stwa. Ale żad­ne oko­licz­no­ści ani czas nie mo­gły przy­go­to­wać jej na tam­ten po­ra­nek. Roz­po­zna­ła do­wód­cę, we­te­ra­na, któ­ry w prze­szło­ści kil­ka­krot­nie no­co­wał w obe­rży jej ojca.

– Kra­to­sie, to ty?

– Tak, wa­sza wy­so­kość. To ja.

Do­strze­gła jego zmę­cze­nie, bło­to i pot po­krywa­ją­ce ko­nie, skraj­ne wy­czer­pa­nie żoł­nie­rzy.

– Może chcie­li­by­ście za­żyć ką­pie­li? Słudzy przy­go­tują po­si­łek…

– Wa­sza wy­so­kość, wie­ści nie mogą cze­kać.

Pa­trzyła, jak Kra­tos zsuwa się z koń­skie­go grzbie­tu. Mia­ła na­dzie­ję, że nogi się pod nią nie ugną.

– Mów za­tem.

– Może po­win­ni­śmy wejść do środ­ka.

– Czy twoi lu­dzie zna­ją wie­ści?

– Tak, wa­sza wy­so­kość. To…

Chwyci­ła się po­rę­czy.

– Po­wiedz mi.

Miał tyle tak­tu, by oka­zać jej szcze­re współ­czucie.

– Zo­sta­łaś od­da­lo­na.

– Ja… Co ta­kie­go?

– Twój mąż cię po­rzucił.

Kra­tos wpa­trywał się w ho­ryzont, jak­by w ocze­ki­wa­niu na wro­ga war­te­go jego gnie­wu.

– Na­ka­zuje ci odejść.

– Odejść?! Z mo­je­go domu?! Ale do­kąd mam…

– Wa­sza wy­so­kość, twój syn już wie. Za­pra­sza cię do sie­bie.

Po­czuła, że jej umysł sta­je się ocię­ża­ły. Jak­by zma­ga­ła się z nie­wi­docz­nym nur­tem. I tra­ci­ła zmysły.

– Mój syn i jego ar­mia wal­czą o życie.

– Tak, pani, to po­nury marsz. Ale je­śli kto­kol­wiek ma prze­trwać, bę­dzie to Kon­stan­tyn.

Po­cie­szył ją ten po­dziw u sta­re­go żoł­nie­rza.

– Ile mam cza­su?

Po­now­nie się na­chmu­rzył.

– Tyl­ko tyle, ile bę­dzie trze­ba.

Zda­ła so­bie spra­wę z tego, że przy­sła­no go, by w ra­zie ko­niecz­no­ści zmu­sił ją do wy­pro­wadz­ki. Zwal­czyła w so­bie gorz­ki żal.

– Od­śwież­cie się po po­dró­ży.

Kra­tos prze­stę­po­wał z nogi na nogę.

– Wa­sza wy­so­kość, otrzyma­li­śmy roz­kaz, by po­móc ci odejść jak naj­szyb­ciej.

– I tak też się sta­nie. Ale naj­pierw mu­si­cie od­po­cząć, za­żyć ką­pie­li i zjeść po­rząd­ny po­si­łek.

Z trudem od­wró­ci­ła się i we­szła po scho­dach, nie za­chwiaw­szy się ani razu. Jest prze­cież żoną żoł­nie­rza. Albo nią była, do tego dnia.

– Wy­ruszymy jutro.

***

Po­dróż He­le­ny z domu w Dal­ma­cji do sie­dzi­by syna w po­łu­dnio­wych Al­pach za­ję­ła po­nad mie­siąc. Nim do­tar­li na miej­sce, ona i Kra­tos się za­przyjaź­ni­li. Syn He­le­ny do­ce­nił ich re­la­cję i za­rzą­dził, by Kra­tos zo­stał do­wód­cą oso­bi­stej stra­ży mat­ki.

He­le­na nie mia­ła po­ję­cia, jak Kra­tos po­strze­ga ten obo­wią­zek te­raz, kie­dy obo­je sta­wia­li czo­ła re­al­ne­mu za­gro­że­niu śmier­cią w dro­dze do Je­ro­zo­li­my. Oczywi­ście, ostrze­gła go. Kra­tos od­po­wie­dział, że dał sło­wo Kon­stan­tyno­wi. Bę­dzie jej bro­nił do ostat­nie­go tchu. Uwa­żał to za za­szczyt. Po­wie­dział, że bę­dzie jej wdzięcz­ny, je­śli już nig­dy nie zwąt­pi w jego lo­jal­ność. Była to naj­dłuż­sza wy­po­wiedź, jaką do tej pory słysza­ła z jego ust.

– Po­trze­bu­je­my za­opa­trze­nia na po­dróż. I jucz­nych mu­łów – po­wie­dzia­ła do nie­go, kie­dy głów­na dro­ga złą­czyła się z alej­ką pro­wa­dzą­cą do are­ny.

– Mu­si­my mieć ko­nie, pani. Muły okrop­nie trzę­są. U koń­ca po­dró­ży znie­na­wi­dzi­li­byśmy je.

– Być może, gdybyśmy mie­li za­miar ich do­siąść. Ja nie za­mie­rzam.

Rzad­ko kie­dy oka­zywał zdzi­wie­nie. Ale te­raz wbił w nią wzrok.

– Chyba nie chcesz iść pie­szo? Nie całą dro­gę…

– Słysza­łeś, co po­wie­dzia­łam na­miest­ni­ko­wi. Przy­byłam jako pąt­nicz­ka. Wy­ruszę na pie­cho­tę.

– Ale pani…

– Kup so­bie, co chcesz. Ko­nia, tuzin koni, a na­wet rydwan. Ale ja pój­dę na wła­snych no­gach. – Za­koń­czyła dys­kusję. Po chwi­li zwró­ci­ła się do An­to­niu­sza: – Ten męż­czyzna, któ­ry stał ze zwykłymi żoł­nie­rza­mi, ale nie był jed­nym z nich… Rzym­ski ofi­cer w zło­tym na­pier­śni­ku…

– Wi­dzia­łem go. Nie jest ro­do­wi­tym Rzymia­ni­nem.

Ce­ni­ła jego spo­strze­gaw­czość i to, że mó­wił bez ogró­dek.

– Któż to?

– Two­ja za­gła­da.

– Znasz go?

– Znam ten typ. To wy­szko­lo­ny za­bój­ca.

Sta­ra­ła się przy­po­mnieć so­bie swo­ją wi­zję, wzbu­dzić w so­bie spo­kój, ale nie zdo­ła­ła.

– I ja od­nio­słam ta­kie wra­że­nie.

– Mam do­wie­dzieć się o nim cze­goś wię­cej?

– A czy to ma ja­kieś zna­cze­nie?

Po­słał jej po­sęp­ny uśmiech.

– Za­pew­ne nie.

Po­sta­no­wi­ła po­wtó­rzyć mu sło­wa, któ­re skie­ro­wa­ła do nie­go po­przed­nie­go dnia o za­cho­dzie słoń­ca.

– Nie mu­sisz ze mną zo­sta­wać, An­to­niu­szu.

Wy­da­wał się szcze­rze za­sko­czo­ny.

– Czyż nie ze­szli­śmy już na tę zie­mię?

Ale ona chcia­ła być cał­ko­wi­cie pew­na jego de­cyzji.

– Przy­byłeś tu jako po­sła­niec. Wy­ko­na­łeś roz­kaz. List zo­stał do­star­czo­ny. Mo­żesz odejść.

– Moja pani, twój syn pro­sił mnie, bym upew­nił się, że je­steś bez­piecz­na. Mam za­miar ci to za­pew­niać tak dłu­go, jak będę do tego zdol­ny.

– Pro­sił cię. Nie na­ka­zał.

– Proś­ba, roz­kaz – to jed­no i to samo.

– Dla mnie nie. A je­śli roz­ka­za­ła­bym ci odejść?

– Przede wszyst­kim je­stem lo­jal­ny wo­bec two­je­go syna. Nie będę umiał spoj­rzeć mu w twarz, je­śli nie upew­nię się, że uczyni­łem, co było w mo­jej mocy, by speł­nić jego proś­bę.

Kra­tos szedł krok za nimi i słuchał uważ­nie. Uznał od­po­wiedź An­to­niu­sza za moc­ne za­pew­nie­nie, że oto pod­wład­ny speł­nił wy­ma­ga­nia god­ne do­wód­cy. W tej sa­mej chwi­li sta­ry żoł­nierz od­wró­cił się i od­szedł.

He­le­na po­ki­wa­ła gło­wą z apro­ba­tą.

– Pójdź ze mną.

4

Wszyst­ko, co do­tyczyło mat­ki Kon­stan­tyna, po­zo­sta­wa­ło dla An­to­niu­sza wiel­ką nie­wia­do­mą. A on nie lu­bił nie­pew­no­ści. Bar­dziej od niej nie zno­sił je­dynie po­peł­nia­nia błę­dów na polu bi­twy. Był ulu­bień­cem żoł­nie­rzy, po­nie­waż ce­nił ich zdol­no­ści i życie. Na­le­żał do tego rzad­kie­go typu ofi­ce­rów, któ­rzy wy­pro­wa­dza­li lu­dzi cało ze starć. To łą­czyło go z Kon­stan­tynem.

Kie­dy szli scho­da­mi pro­wa­dzą­cymi do wnę­trza are­ny, ode­zwał się na­gle:

– Czy mogę spytać, co tu ro­bi­my, pani?

– Po­trze­bu­je­my wska­zów­ki.

– Myśla­łem, że zmie­rza­my do Je­ro­zo­li­my. – Pra­wie do­dał: „O ile nasi wro­go­wie nam na to po­zwo­lą”. Kie­dy do­wie­dział się, że będą szli pie­cho­tą, uznał wszel­kie dys­kusje za da­rem­ne. Bez koni i tak nie będą mie­li szan­sy uciecz­ki, je­śli zo­sta­ną za­ata­ko­wa­ni. A to, jego zda­niem, mia­ło na­stą­pić za­raz po mi­nię­ciu bram mia­sta.

– Bę­dzie­my mu­sie­li zro­bić so­bie po­stój w dro­dze. Mam na­dzie­ję, że ktoś tutaj pod­po­wie nam, gdzie to uczynić – po­wie­dzia­ła je­dynie He­le­na.

An­to­niusz do­był krót­kie­go mie­cza i gał­ką umiesz­czo­ną na rę­ko­je­ści ude­rzył w bra­mę. Kil­ka chwil póź­niej prze­szko­da ustą­pi­ła. Star­szym do­zor­cą wię­zien­nym oka­zał się osi­łek o klat­ce pier­sio­wej wiel­kiej jak dę­bo­wa becz­ka. Gdy pło­mień po­chod­ni oświe­tlił sto­ją­ce­go przed nim ofi­ce­ra, od­dał mu cześć, przy­kła­da­jąc pięść do pier­si.

– Cze­go so­bie życzysz, pa­nie?

Ale za­miast An­to­niu­sza ode­zwa­ła się He­le­na.

– Trzyma­cie tu chrze­ści­jan?

W im­pe­rium do­zor­ca­mi wię­zien­nymi czę­sto zo­sta­wa­li zhań­bie­ni le­gio­ni­ści, któ­rym ten obo­wią­zek po­wie­rza­no za karę. Wraz z za­ło­ga­mi żyli oni w ciem­nych ka­mien­nych izbach, nie­wi­docz­ni dla tłumów, od­se­pa­ro­wa­ni od krzyków i uciech do­pó­ty, do­pó­ki zwierzch­ni­cy nie uzna­li, że ich służ­ba do­bie­gła koń­ca. Wie­lu do­ko­nywa­ło żywo­ta w za­tę­chłych piw­ni­cach. Byli po­dob­nie znie­wo­le­ni jak nie­szczę­śni­cy, któ­rych po­sy­ła­li na are­nę na śmierć.

 

Do­zor­ca ob­rzu­cił wzro­kiem pro­stą sza­tę He­le­ny i spoj­rzał nie­pew­nie na to­wa­rzysza ko­bie­ty.

– Od­po­wiedz pani – roz­ka­zał mu An­to­niusz.

– To miej­sce jest w tej chwi­li puste jak do­pie­ro co wy­ko­pa­ny grób, pani. Na naj­bliż­szy mie­siąc lub na­wet dłu­żej nie pla­nuje się żad­nych are­no­wych roz­rywek.

– Gdzie za­tem są te­raz wy­znaw­cy Je­zusa? – Kie­dy do­zor­ca się za­wa­hał, He­le­na wes­tchnę­ła. – Po­dejdź. Do­sko­na­le znam re­puta­cję wa­szych zwierzch­ni­ków. Ce­sarz gor­li­wie ści­ga chrze­ści­jan i sprze­da­je ich do walk jak zwie­rzę­ta.

Do­zor­ca wska­zał po­chod­nią na po­łu­dnie.

– Wszyst­kich trzyma­ją w ko­pal­ni mie­dzi na wy­brze­żu. To miej­sce zwie się Pha­ne­ao.

– Do­myślam się, że są tam trak­to­wa­ni okrut­nie – szep­nę­ła He­le­na.

– Nie­któ­rzy po­wia­da­ją, że więź­nio­wie nie mogą się do­cze­kać are­ny – po­twier­dził do­zor­ca. – Przy­najm­niej uj­rzą wte­dy ko­niec swo­ich cier­pień.

– W ta­kim ra­zie uda­my się tam. – Za­czę­ła się od­wra­cać, ale za­pyta­ła jesz­cze: – Jak cię zwą, do­bry pa­nie?

Do­zor­ca osłupiał. An­to­niusz do­sko­na­le ro­zu­miał po­wód. Przez otwar­tą bra­mę do­cie­ra­ły do nich cuch­ną­ce opa­ry. Do­zor­ca kle­ił się od brudu i w ogó­le wy­glą­dał jak be­stia za­miesz­kują­ca ja­ski­nię. A jed­nak ta skrom­na ko­bie­ta o ma­nie­rach kró­lo­wej spyta­ła go o imię i na­zwa­ła „pa­nem”.

– Ja­nius, pani.

– Pan Je­zus zstą­pił na zie­mię, Ja­niu­sie, by przy­nieść świa­tu świa­tło. Po­wierz Mu swo­je życie, a On na­gro­dzi cię na­dzie­ją, któ­ra nie zga­śnie na­wet w tym okrop­nym miej­scu. Zważ na moje sło­wa. – Zwró­ci­ła się do An­to­niu­sza. – Chodź­my. Mu­si­my speł­nić swój obo­wią­zek.

***

Kie­dy wró­ci­li do por­tu, Kra­tos cze­kał na nich z sied­mio­ma mu­ła­mi ob­ła­do­wa­nymi za­opa­trze­niem. We­te­ran stał przy brze­gu, pod­czas gdy He­le­na i jej mil­czą­ca służ­ka we­szły na po­kład, by za­brać swo­je rze­czy.

– Nie ma szans, by wsia­dła na ko­nia, praw­da? – Kra­tos spytał ci­cho An­to­niu­sza.

– Żad­nych.

– Tak myśla­łem. – Kra­tos, mrużąc oczy, spo­glą­dał na ską­pa­ne w słoń­cu wzgó­rza. – To miej­sce jest chyba tak samo do­bre na śmierć jak każ­de inne.

An­to­niusz po­jął nie­wy­po­wie­dzia­ne prze­sła­nie tej wy­mia­ny zdań. Po do­łą­cze­niu do He­le­ny i po­zo­sta­łych na Cyprze spę­dził po­dróż we względ­nym od­osob­nie­niu. Na­wykł do zwar­tych spo­łecz­no­ści, któ­re uważ­nie przy­glą­da­ły się po­stron­nym, za­nim po­wi­ta­ły ich w gro­nie wta­jem­ni­czo­nych. Tym­cza­sem Kra­tos gdzieś po dro­dze po­sta­no­wił przy­jąć go w ich sze­re­gi.

– Dla­cze­go tu je­steś?

– Je­stem z pa­nią od cza­su jej od­da­le­nia przez męża.

– Słysza­łem plot­ki.

– Nie łudzę się, że któ­rykol­wiek z żoł­nie­rzy Kon­stan­tyna ich nie słyszał. – Kra­tos opo­wie­dział mu o dniu spo­tka­nia z He­le­ną bez na­mysłu, jak żoł­nierz skła­da­ją­cy ra­port. – Cóż, za­re­ago­wa­ła, jak przy­sta­ło na ce­sa­rzo­wą. Nie uro­ni­ła ani jed­nej łzy, nie la­men­to­wa­ła. Nie po­wie­dzia­ła sło­wa prze­ciw­ko męż­czyź­nie, któ­ry okrył ją hań­bą przed ca­łym świa­tem. Do cza­su przy­bycia do obo­zu Kon­stan­tyna prze­ko­na­łem się, że ni­ko­mu in­ne­mu nie chciał­bym służyć.

– Na­wet te­raz?

Kra­tos miał har­de spoj­rze­nie czło­wie­ka, któ­ry set­ki albo wię­cej razy za­glą­dał śmier­ci w oczy.

– Pani przy­pro­wa­dzi­ła mnie do Je­zusa. A te­raz mnie po­trze­bu­je. I oto je­stem dla niej. I dla Pana, któ­ry pro­wa­dzi nas obo­je.

– Opo­wia­da­ła ci o swo­jej wi­zji?

– Mó­wi­ła tyl­ko, że Pan do niej prze­mó­wił i na­ka­zał tu przy­być. – Kra­tos nadal mrużył oczy. – Ona ma w so­bie coś z do­wód­cy. Wie, kie­dy trze­ba uwa­żać na sło­wa.

An­to­niusz zdał so­bie spra­wę z tego, że bar­dzo po­lu­bił tego czło­wie­ka.

– Kie­dy zo­sta­łeś żoł­nie­rzem?

– W wie­ku szes­na­stu lat. Wcze­śniej byłem oprysz­kiem. Żyłem z dnia na dzień. Mo­głem albo zo­stać żoł­nie­rzem, albo gło­do­wać. A ty?

– Mój oj­ciec był kup­cem za­opa­trują­cym ar­mię Kon­stan­tyna.

– O tak, słysza­łem o tym. To chyba do­bre życie.

– Do­pro­wa­dza­ło mnie do łez – przy­znał się An­to­niusz. – Tłumy są dla mnie gor­sze niż marsz hań­by.

– Taki chyba los żoł­nie­rza. Od­mień­cy, każ­dy z osob­na i wszyscy ra­zem. – Kra­tos urwał na chwi­lę. – Kon­stan­tyn po­pro­sił cię, byś tu zo­stał?

– Nie­zupeł­nie. Po­wie­dział tyl­ko: „Upew­nij się, że jest bez­piecz­na”.

– Nikt nie jest zdol­ny tego uczynić. Nikt prócz Pana Nie­bios. Ale na­wet On może mieć w trak­cie tej po­dró­ży ręce peł­ne ro­bo­ty. – Kra­tos za­czął się od­wra­cać, ale za­trzymał się i po­wie­dział: – Tak czy in­a­czej, do­brze, że z nami je­steś.

An­to­niusz wciąż po­szuki­wał od­po­wie­dzi, gdy He­le­na po­now­nie do nich do­łą­czyła. Ob­ser­wo­wał, jak Kra­tos po­ma­ga jej, a po­tem służ­ce za­ła­do­wać pa­kun­ki na ostat­nie­go muła. Jego ruchy sta­no­wi­ły szorst­ki wy­raz żoł­nier­skiej czuło­ści. W koń­cu po­ma­gał dwóm ko­bie­tom przy­go­to­wać się do ostat­niej po­dró­ży. Oka­zywał im ser­decz­ność, któ­rej na­wet nie za­uwa­ża­ły. An­to­niusz po­że­gnał ka­pi­ta­na stat­ku, po czym po­pro­wa­dził swo­ją nie­wiel­ką za­ło­gę głów­nym trak­tem za port.

Gdzie­kol­wiek szli, lu­dzie za­trzymywa­li się i ga­pi­li na nich. Żoł­nie­rze, kup­cy, ofi­cje­le, zwykli obywa­te­le, nie­wol­ni­cy. Re­ak­cje były za­wsze ta­kie same. Nikt nic nie mó­wił. Na­wet dzie­ci mi­ja­ły ich w ci­szy. An­to­niusz pró­bo­wał so­bie wmó­wić, że o to nie dba. Ta ko­bie­ta, któ­ra kie­dyś była ce­sa­rzo­wą, a te­raz kro­czyła z god­no­ścią, ubra­na w sza­re chłop­skie odzie­nie, pod­ję­ła już de­cyzję. On tak­że po­wziął po­sta­no­wie­nie. Zde­cydo­wał, że naj­waż­niej­sze to nie przej­mo­wać się ludź­mi, z któ­rymi idzie. Wte­dy nie bę­dzie tak trud­no po­zwo­lić im umrzeć. A to na pew­no się sta­nie. To tyl­ko kwe­stia go­dzin, naj­wyżej dni.

Świa­tło od­bi­te od zło­te­go na­pier­śni­ka pa­dło pro­sto na An­to­niu­sza. Męż­czyzna, któ­ry wcze­śniej drwił so­bie z nich, ob­ser­wo­wał ich te­raz ze szczytu wzgó­rza. Obok nie­go wzno­si­ła się świą­tynia Jo­wi­sza. Za­bój­ca oparł ręce na bio­drach. Kpił so­bie z ich gru­py po­sta­wą i szyder­czym uśmiesz­kiem.

Kra­tos przy­spie­szył, by do­rów­nać kro­ku An­to­niu­szo­wi. Lej­ce muła trzymał w le­wej ręce. Pra­wą w każ­dej chwi­li mógł do­być mie­cza. Spoj­rzał spode łba w kie­run­ku wro­ga.

– Pyta­łem lu­dzi o tego tam. Ma na imię Se­we­rus i po­cho­dzi z Par­tii. To roz­bój­nik na usługach ce­sa­rza z Da­masz­ku.

– Nie uwa­żam Mak­sy­mi­na za ce­sa­rza – mruk­nął An­to­niusz. Znał ta­kich jak Se­we­rus. Czer­pa­li przy­jem­ność ze śmier­ci. Wy­ka­zywa­li się szcze­gól­nym kunsz­tem w swo­im fa­chu, a uzna­nie ze stro­ny wład­ców przy­no­si­ło im wię­cej sa­tys­fak­cji niż skrupułów. – A Se­we­rus nie za­ata­kuje te­raz.

Kra­tos chrząk­nął z apro­ba­tą.

– Nie łudź się, że mamy ja­kie­kol­wiek szan­se poza Ce­za­reą.

An­to­niusz zmu­sił się, by od­wró­cić wzrok.

– Je­śli da mi szan­sę, sta­wię mu czo­ła w po­je­dyn­ku.

– Ten czło­wiek na to nie pój­dzie. Znam ten typ. Po­dej­dzie cię znie­nac­ka. Je­śli bę­dzie zmu­szo­ny za­ata­ko­wać jaw­nie, zro­bi to dzie­sięć razy szyb­ciej od nas. Nie dba o ho­nor. Za­bi­ja, idzie da­lej, zno­wu za­bi­ja. – Kra­tos wy­cią­gnął pięść w kie­run­ku męż­czyzny ze wzgó­rza. – Nie oka­że nam wię­cej żalu niż reszt­kom po­sił­ku.

An­to­niusz sta­rał się wmó­wić so­bie, że to za­szczyt­ny ko­niec. Prze­cież to, że za­ofe­ro­wa­no mu coś, cze­go szukał przez ostat­ni rok, po­win­no przy­nieść mu za­do­wo­le­nie, a przy­najm­niej po­go­dze­nie się z sa­mym sobą.

Ale za­la­ła go fala żalu. Czuł się, jak­by ko­goś za­wo­dził. Oczywi­ście, był to ab­surd. To tyl­ko jego życie, ni­czyje inne, roz­trza­ska­ło się na ka­wał­ki.

5

Ce­za­reę wznie­śli lu­dzie ob­da­rze­ni zmysłem mi­li­tar­nym. Wzgó­rza na wscho­dzie two­rzyły na­tural­ną for­te­cę, któ­ra chro­ni­ła za­rów­no mia­sto, jak i port. Dwie do­li­ny wy­cho­dzi­ły nie­ja­ko z wnę­trza mia­sta ni­czym roz­po­star­te ra­mio­na. An­to­niusz, He­le­na i po­zo­sta­li ruszyli po­łu­dnio­wym przej­ściem.

W mia­rę ich mar­szu do­li­na co­raz bar­dziej roz­sze­rza­ła się i sta­wa­ła co­raz bar­dziej pła­ska. Po­krywa­ła ją buj­na zie­leń sta­ran­nie pie­lę­gno­wa­nych pa­stwisk. Sie­dzi­ba gar­ni­zo­nu – ka­mien­ny ko­los, sym­bol okrut­nej po­tę­gi – kró­lo­wa­ła na ostat­nim wzgó­rzu. Wę­drow­cy za­trzyma­li się w jej opie­kuń­czym cie­niu. An­to­niusz po­sta­no­wił, że prze­no­cu­ją nie­opo­dal, nie spo­sób bo­wiem było stwier­dzić, gdzie znaj­du­je się na­stęp­ne bez­piecz­ne miej­sce na po­stój.

Pa­sterz użyczył im swo­jej za­gro­dy. An­to­niusz i Kra­tos uda­li się na rynek, by za­kupić ostat­nie po­trzeb­ne rze­czy na po­dróż. Na­po­tka­ny kupiec ostrzegł ich, że na dro­dze do Pha­ne­ao pa­nuje nie­ustan­na su­sza. An­to­niusz na­był więc jesz­cze jed­no zwie­rzę do nie­sie­nia sa­mych bu­kła­ków z wodą i lo­kal­nych owo­ców.

Na ko­la­cję upie­kli kozę, któ­rą przy­pra­wi­li ty­mian­kiem, mię­tą i ko­len­drą. Zje­dli pra­wie całe zwie­rzę. Było to ich pierw­sze świe­że mię­si­wo od cza­su, kie­dy opu­ści­li Cypr. Po po­sił­ku He­le­na uda­ła się do swe­go na­mio­tu. An­to­niusz wo­lał spać pod go­łym nie­bem, by jego zmysły po­zo­sta­ły wy­czulo­ne i uprze­dzi­ły go o po­ten­cjal­nym ata­ku. Roz­glą­dał się bacz­nie do­oko­ła. Był w sta­nie do­strzec je­dynie kon­tury groź­nie wy­glą­da­ją­cej twier­dzy. Pod­szedł do kupiec­kich wiel­błą­dów, któ­re uznał za naj­dziw­niej­sze stwo­rze­nia na świe­cie.

W pew­nej chwi­li usłyszał za sobą czyjś głos.

– Czy nig­dy wcze­śniej nie wi­dzia­łeś wiel­błą­da, czci­god­ny pa­nie?

An­to­niusz od­wró­cił się gwał­tow­nie. W jego stro­nę zmie­rzał że­brak. Miał na so­bie brud­ną sza­tę nie­okre­ślo­ne­go ko­lo­ru. W miej­scu jego jed­ne­go oka zia­ła czar­na dziu­ra, w drugim zaś tlił się błysk. Czło­wiek ten ode­zwał się do An­to­niu­sza, używa­jąc do­sko­na­łej ła­ci­ny.

– Wi­dywa­łem je tyl­ko na ryci­nach – od­parł An­to­niusz.

– A za­tem czci­god­ny pan nig­dy nie go­ścił w Judei.

– To moja pierw­sza po­dróż na te zie­mie.

– Do­praw­dy, wiel­błą­dy to cu­dow­ne stwo­rze­nia. Moim zda­niem, są jed­nym z naj­bar­dziej zdu­mie­wa­ją­cych do­ko­nań Boga. – Męż­czyzna pod­pie­rał się na dłu­giej la­sce. Utykał. Rana na jego le­wej ko­st­ce nie wy­glą­da­ła do­brze. – Mogą wie­le dni iść bez wody, prze­być dłu­gą dro­gę mię­dzy wo­do­po­ja­mi i dźwi­gać cię­żar rów­ny swo­jej wa­dze.

– Czy wszyscy tutej­si że­bra­cy po­sługują się tak do­sko­na­łą ła­ci­ną?

Po­mi­mo łach­ma­nów i ran bie­dak miał sil­ne po­czucie god­no­ści.

– Czy pro­si­łem cię o co­kol­wiek, czci­god­ny pa­nie?

– Jesz­cze nie.

– Czy nie są­dzisz za­tem, że na­zwa­nie mnie że­bra­kiem jest nie­co przed­wcze­sne?

An­to­niusz zła­pał się na uśmie­chu.

– Za­ło­żę się, że nie od­mó­wisz, je­śli za­pro­po­nuję ci coś do je­dze­nia.

– Jak­że ktoś do­brze wy­cho­wa­ny mógł­by od­rzucić po­dob­ną pro­po­zycję?

– Za­cze­kaj tutaj. – An­to­niusz pod­szedł do ogni­ska i się­gnął po je­den z ostat­nich ka­wał­ków pie­czo­ne­go mię­sa. Kie­dy wró­cił, męż­czyzna kuc­nął przy wiel­błą­dach. An­to­niusz ob­ser­wo­wał, jak za­myka zdro­we oko i po­chyla się nad mię­si­wem.

An­to­niusz raz jesz­cze po­szedł do obo­zo­wi­ska i przy­niósł mu kubek wody.

Bie­dak jadł i pił nie­mal z gra­cją, jak­by uczo­no go ja­dać przy kró­lew­skim sto­le. Ale drże­nie pal­ców i chu­dość świad­czyły o tym, że był wy­gło­dzo­ny. – Czy mogę spytać, kim jest ta pani, któ­ra pro­wa­dzi wasz skrom­ny od­dział?

– Czy je­steś szpie­giem roz­bój­ni­ków?

– Do­bry pa­nie, no­szę wie­le imion. Nie je­stem jed­nak ani szpie­giem, ani ban­dytą.

An­to­niusz kuc­nął obok męż­czyzny.

– Gdzie na­uczyłeś się ła­ci­ny?

– Tam, gdzie ty, jak są­dzę. Od na­uczycie­la wy­na­ję­te­go przez mo­ich ro­dzi­ców, któ­ry wbił ją do mo­jej opor­nej gło­wy. – Wy­tarł pal­ce o rą­bek sza­ty. – A tak­że gre­kę, he­braj­ski i tro­chę par­tyj­skie­go, któ­re­go sta­ram się nie za­po­mnieć. Wstręt­ny ję­zyk. Pa­suje do oprychów, na któ­rych z pew­no­ścią wkrót­ce się na­tknie­cie.

 

– A mimo to je­steś tutaj…

– Jako gość przy two­im zna­ko­mi­tym sto­le – męż­czyzna się uśmiech­nął. Miał pięk­ne zęby, a w jego zdro­wym oku do­strze­ga­ło się błysk nie­skrywa­nej po­go­dy du­cha. – Od dłuż­sze­go cza­su nie ja­dłem tak do­brze.

– Mamy jesz­cze.

– Nie ośmie­lił­bym się zjeść wię­cej. Ale z ra­do­ścią przyj­mę co­kol­wiek, czym mo­że­cie po­dzie­lić się z mniej ob­da­ro­wa­nymi przez los. – Kie­dy An­to­niusz się pod­niósł, bie­dak do­dał: – Będę two­im dłuż­ni­kiem, je­śli po­zwo­lisz mi za­mie­nić sło­wo z two­ją pa­nią.

An­to­niusz ob­ser­wo­wał, jak nie­zna­jo­my z trudem wsta­je. Kie­dy wy­cią­gnął do nie­go dłoń, bie­dak od­rzucił po­moc.

– Dla­cze­go kto­kol­wiek z mo­ich kom­pa­nów miał­by roz­ma­wiać z czło­wie­kiem, któ­ry nie jest że­bra­kiem?

– Są tacy, któ­rzy ce­nią so­bie moje rady. – Po raz pierw­szy cał­ko­wi­cie się wy­pro­sto­wał. Oka­za­ło się, że jest wzro­stu An­to­niu­sza, któ­ry prze­ra­stał więk­szość męż­czyzn o gło­wę. – Szcze­gól­nie ci, któ­rzy uda­ją się tam, gdzie wy. O ile rze­czywi­ście zmier­za­cie do Je­ro­zo­li­my.

An­to­niusz zdał so­bie spra­wę z tego, że stoi przed czło­wie­kiem, któ­re­go god­ność opie­ra się na­wet łach­ma­nom i brudo­wi.

– Jak cię zwą?

– Je­stem Ma­ka­riusz, bi­skup Je­ro­zo­li­my. – Tym ra­zem po­słał mu uśmiech pe­łen zgryzo­ty. – Upa­dły czło­wiek sto­ją­cy na cze­le znisz­czo­ne­go Ko­ścio­ła ze zbez­czesz­czo­ne­go mia­sta.

***

Na­stęp­ne­go ran­ka He­le­na obu­dzi­ła się roz­dar­ta. Przez lata jej życie opa­no­wa­ła sa­mot­ność. Za­bra­no jej przy­ja­ciół, któ­rych mia­ła w Dal­ma­cji, po­zba­wio­no ją domu. Zbli­żyła się nie­gdyś do pod­sta­rza­łe­go dusz­pa­ste­rza, któ­ry po­dró­żo­wał daw­niej z ar­mią Kon­stan­tyna. Ale w dro­dze z Włoch za­bra­ła go go­rącz­ka. Od tam­tej pory He­le­na nie mia­ła z kim po­roz­ma­wiać. Aż do mi­nio­nej nocy.

Z nie­bez­piecz­ną ła­two­ścią przy­szło jej po­dzie­le­nie się z tym nie­zna­jo­mym oba­wa­mi i wąt­pli­wo­ścia­mi. Te­raz, w świe­tle po­ran­ka, wstydzi­ła się swo­jej sła­bo­ści. W żad­nej, choć­by naj­do­sko­nal­szej dzie­dzi­nie ziem­skie­go życia nie zda­rza­ły się spo­tka­nia czy roz­mo­wy, w któ­rych druga stro­na nie mia­ła­by ja­kie­goś celu. He­le­na do­świad­czyła tej gorz­kiej praw­dy na wszel­kie moż­li­we spo­so­by. Od­rzuci­ła płach­tę sta­no­wią­cą wej­ście do na­mio­tu, go­to­wa sta­nąć twa­rzą w twarz z tym sa­mo­zwań­czym bi­skupem w świe­tle no­we­go dnia i po­go­dzić się z tym, że znów sta­ła się ofia­rą ma­ni­pula­cji.

Ale za­miast tego, nim skoń­czyła wspól­ny po­si­łek z tym czło­wie­kiem, usłysza­ła wła­sne sło­wa:

– Czy ze­chciał­byś wejść do mo­je­go na­mio­tu?

– Oczywi­ście, wa­sza wy­so­kość.

– Pro­szę, że­byś się tak do mnie nie zwra­cał.

– A ja nie po­wi­nie­nem zmu­szać cię do wy­sto­so­wa­nia tej proś­by. – Skło­nił się, wspar­ty na la­sce. – Moja pani.

– Kie­dy rusza­my? – spytał Kra­tos.

– Wkrót­ce. Spa­kuj­cie wszyst­ko oprócz na­mio­tu. – Uchyli­ła płach­tę. – Pro­szę.

Kie­dy we­szli do środ­ka, wska­za­ła na je­dyne nie­wiel­kie krze­seł­ko. Ale za­miast za­jąć miej­sce, Ma­ka­riusz prze­szedł na drugą stro­nę na­mio­tu i oparł się na swo­jej la­sce, by to He­le­na usia­dła. Jej służ­ka sta­ła przy wej­ściu. Mo­gła ich ob­ser­wo­wać, a jed­no­cze­śnie nie kło­po­ta­ła ich swo­ją obec­no­ścią. Gło­wę He­le­ny za­le­wa­ły złe myśli.

– Boję się, że przy­byłam tu tyl­ko po to, by roz­cza­ro­wać mego Boga.

– Bar­dzo wąt­pię, moja pani, by tak było.

– Na­praw­dę? – Opo­wie­dzia­ła mu o po­ran­ku, któ­ry wrył się w jej ser­ce i umysł. O dniu, w któ­rym po­ja­wił się Kra­tos. Dniu, w któ­rym jej świat i życie le­gły w gru­zach. – Nig­dy nie przy­nio­słam mo­je­mu mę­żo­wi wstydu. Nig­dy nie żą­da­łam dro­giej bi­żute­rii czy wil­li w Rzymie. A mia­łam do tego pra­wo. Cie­szyłam się, że mogę stwo­rzyć dla nie­go bez­piecz­ną przy­stań. Miej­sce, do któ­re­go bę­dzie wra­cał, gdzie znaj­dzie spo­kój i schro­nie­nie. Na­wet kie­dy do­tar­ły do mnie po­gło­ski o jego pro­wa­dze­niu się na wy­pra­wach, nie wpa­da­łam w złość, nie oka­zywa­łam mu ani odro­bi­ny go­ryczy czy za­zdro­ści.

– Za­sługi­wa­łaś na wię­cej.

Zda­ła so­bie spra­wę z tego, że wal­czy z na­głym na­pływem łez. To ab­surd. Prze­cież nig­dy nie pła­ka­ła.

– Prze­strze­ga­łam świę­to­ści na­szej przy­się­gi. I jak mi się od­pła­cił?

– Zhań­bił cię przed świa­tem.

– W ser­cu nie je­stem zdol­na mu prze­ba­czyć. Kie­dy wy­po­wia­dam to na głos, wpa­dam w jesz­cze więk­szy gniew. Chcia­ła­bym, żeby okrył się hań­bą, by go upo­ko­rzo­no tak jak mnie. Chcia­ła­bym…

– Chcesz, by za­pła­cił za swo­je czyny. Chcesz dla nie­go kary. Chcesz, by zo­stał na­pięt­no­wa­ny, po­bi­ty, publicz­nie ubi­czo­wa­ny. Chcesz, by był mar­twy.

– To okrop­ne, praw­da?

Ka­płan o skó­rze po­krytej bli­zna­mi wzruszył ra­mio­na­mi.

– To ludz­kie.

– Ale Bóg nie we­zwał mnie do bycia ludz­ką. Po­wo­łał mnie do swo­je­go za­da­nia. A co, je­że­li za­wie­dzie­my przez mój gniew? Je­śli przy­czynię się do śmier­ci wszyst­kich mo­ich to­wa­rzyszy?

Ma­ka­riusz ści­snął la­skę obie­ma rę­ka­mi. Drew­no w tym miej­scu było gład­kie i błysz­czą­ce.

– Ten czło­wiek, któ­ry nosi zło­ty na­pier­śnik… Wiesz, o kim mó­wię?

– Se­we­rus. – Otar­ła twarz. – Wi­dzia­łam go. An­to­niusz na­zywa go za­bój­cą.

– I on nim jest. A na­wet wię­cej. Na­padł na chrze­ści­jan w Je­ro­zo­li­mie. Za­rżnął moje owiecz­ki z bez­tro­ską, jak­by za­bi­jał mu­chy. Znisz­czył nasz ko­ściół. Ode­brał mi żonę i cór­kę. Dwa świa­tła mo­je­go ser­ca zgi­nę­ły pod jego no­żem.

– Tak mi przy­kro!

– Kie­dy je mor­do­wał, pa­trzył na mnie i się uśmie­chał. Jak­by mój ból spra­wiał mu naj­więk­szą ra­dość. A po­tem użył tego sa­me­go noża, by za­dać mi te rany. Wy­mie­szać moją krew…

– Pro­szę, prze­stań.

– Moja pani, nie je­steś je­dyną oso­bą prze­ko­na­ną o tym, że za­wio­dła Pana. Wiem, po­wi­nie­nem prze­ba­czyć temu czło­wie­ko­wi. To część mo­je­go po­wo­ła­nia. A jed­nak…

He­le­na z ja­kie­goś po­wo­du po­trak­to­wa­ła jego sło­wa jako przy­zwo­le­nie, któ­re­go po­trze­bo­wa­ła. Po­chyli­ła gło­wę do ko­lan i za­pła­ka­ła.

Ma­ka­riusz da­lej gła­dził swo­ją la­skę.

– Je­ste­śmy ludź­mi, ty i ja. Nie­do­sko­na­łymi na­czynia­mi po­wo­ła­nymi do rze­czy nie­moż­li­wych.

– Co mam czynić? – po­wie­dzia­ła, skrywa­jąc twarz w dło­niach.

– To samo co ja, moja pani. To samo co cała ludz­kość. Je­ste­śmy po­wo­ła­ni do czynie­nia wszyst­kie­go, co w na­szej mocy. I do uf­no­ści, że Bóg uczyni resz­tę.