RelikwieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

He­le­na sta­ła na po­kła­dzie stat­ku i przy­glą­da­ła się ar­mii, któ­rą przy­sła­no tu, aby ją zgła­dzić.

Przed nią sroz­cią­gał się port Ce­za­rei – sto­li­cy Judei. Mia­sto oka­la­ły wzgó­rza, na któ­rych kró­lo­wa­ły świą­tynie i pa­ła­ce. Po­tę­ga sta­re­go Rzymu była tu bar­dzo wi­docz­na. A Rzym stał się wro­giem He­le­ny.

Po pra­wej stro­nie por­tu wid­nia­ła are­na – wiel­ki ka­mien­ny krąg za­la­ny krwią, po le­wej zaś znaj­do­wał się pa­łac wy­bu­do­wa­ny przez Pon­cjusza Pi­ła­ta trzy wie­ki wcze­śniej. Ta nad­mor­ska bu­dow­la na­miest­ni­ka Judei mie­ni­ła się od świa­teł. Lam­py oliw­ne pa­li­ły się nie­mal w każ­dym oknie, a po­chod­nie two­rzyły szpa­ler wzdłuż dro­gi wio­dą­cej ku por­to­wi. Ko­lej­ne świa­tła roz­miesz­czo­no na­oko­ło ka­mien­ne­go pla­cu przy do­kach. Wiel­kie me­ta­lo­we świecz­ni­ki wień­czyły wy­so­kie ko­lum­ny. Ogień oświe­tlał męż­czyzn sto­ją­cych w sze­re­gach. Ich włócz­nie, tar­cze i heł­my lśni­ły zło­wro­go po­śród pło­mie­ni.

He­le­na przez całe życie pra­gnę­ła od­być tę po­dróż. I te­raz, kie­dy wresz­cie tu do­tar­ła, ta cała ar­mia mia­ła do­pil­no­wać, by już stąd nie wró­ci­ła.

Ta cór­ka karcz­ma­rza była żoną[a] im­pe­ra­to­ra. Ale mąż ją po­rzucił, a Rzymia­nie po­strze­ga­li ją te­raz jako ko­bie­tę zhań­bio­ną. Zgod­nie z rzym­skim zwycza­jem, po­win­na po­grą­żyć się w po­czuciu wstydu. Za­miast tego uda­ła się do Judei, wy­peł­nia­jąc w ten spo­sób wolę Boga, któ­re­go Rzymia­nie od wie­lu lat usi­ło­wa­li wy­ma­zać z ludz­kiej pa­mię­ci.

Na­wet we wcze­snej mło­do­ści He­le­na do­strze­ga­ła wagę po­zo­rów. W obe­rży jej ojca pra­co­wa­ło mnó­stwo wul­gar­nych dzie­wek, któ­re czę­sto wy­bu­cha­ły krzykli­wym śmie­chem i swo­bod­nie się pro­wa­dzi­ły. He­le­na od­da­la­ła się od nich, za­nim choć­by otwo­rzyła usta. Mu­sia­ła się upew­nić, że żad­ne­mu z go­ści ani przez chwi­lę nie przy­szło na myśl, aby spró­bo­wać ro­man­su z nią. Mia­ła w zwycza­ju za­cho­wywać kil­ka swo­ich spraw we wła­ści­wym po­rząd­ku. Wło­sy sta­ran­nie upi­na­ła w kok i za­wsze mia­ła czyste dło­nie. Każ­dej nocy wcie­ra­ła w nie gęsi tłuszcz, by nie ro­go­wa­cia­ły. Dziew­ki twier­dzi­ły, że jest wy­nio­sła. Ale He­le­na wie­dzia­ła, że w rze­czywi­sto­ści nie­wie­le ją od nich dzie­li. W kosz­ma­rze, któ­ry nę­kał ją w dzie­ciń­stwie, taki wy­zywa­ją­cy śmiech wy­do­bywał się z jej wła­snych ust.

To dziw­ne, że po­myśla­ła o tym, kie­dy do­łą­cza­ła do kil­ku to­wa­rzyszy na po­kła­dzie. Jej wy­gląd był na­zna­czo­ny je­de­na­sto­ma mie­sią­ca­mi po­dró­ży. A tak­że do­świad­cze­nia­mi wy­gna­nia z domu, życia i mał­żeń­stwa z męż­czyzną, któ­ry wo­lał po­świę­cić resz­tę swo­ich dni na po­goń za młód­ka­mi[b].

He­le­na zmu­si­ła się do po­wro­tu do te­raź­niej­szo­ści. Mło­dy ofi­cer, któ­re­go po­zna­ła czte­ry dni temu, do­kład­nie wte­dy, kie­dy ich sta­tek opusz­czał Cypr, pod­szedł i ją po­zdro­wił. He­le­na stłumi­ła w so­bie chęć na­ka­za­nia An­to­niu­szo­wi, by za­prze­stał tych wszyst­kich ge­stów. Wie­dzia­ła, że nie po­pie­rał ani jej, ani tej po­dró­ży. Poza tym mia­ła wra­że­nie, że przy­tła­cza go ja­kieś brze­mię. Syn He­le­ny wspo­mniał o tym w li­ście, któ­ry An­to­niusz jej do­star­czył. Kon­stan­tyn miał na­dzie­ję, że wy­pra­wa spro­wa­dzi jego wy­słan­ni­ka z po­wro­tem do kra­iny żywych. Po­mi­mo cią­głe­go przy­gnę­bie­nia An­to­niu­sza jego obec­ność była da­rem. He­le­na zmu­si­ła się do uśmie­chu i życzyła mu do­bre­go dnia.

Od­po­wie­dział nie tyle cierp­ko, ile ta­jem­ni­czo.

– Naj­ja­śniej­sza pani, judej­scy ofi­cje­le cze­ka­ją.

– Pro­si­łam, że­byś mnie tak nie ty­tuło­wał.

An­to­niusz z pew­no­ścią zda­wał so­bie spra­wę z tego, że jest przy­stoj­ny. Ale trak­to­wał swo­ją uro­dę jak cię­żar. Ubra­ny w strój rzym­skie­go cen­turio­na, wier­cił się, do­pa­so­wywał hełm, po­cią­gał za pas, za któ­ry za­tknął miecz. Był wy­raź­nie za­nie­po­ko­jo­ny tym, co cze­ka­ło ich na brze­gu.

– W ta­kim ra­zie jak mam się do cie­bie zwra­cać?

– Na imię mi He­le­na.

– Wa­sza wy­so­kość, za po­sługi­wa­nie się ce­sar­skim imie­niem gro­zi kara śmier­ci.

– Ja już nie mam ty­tułu. Ani urzę­du. – Do­brze o tym wie­dział. – Mo­żesz mó­wić do mnie po pro­stu „pani”.

– Jak so­bie życzysz, moja pani. – Za­ryzyko­wał i spoj­rzał na jej ubra­nie. – Czy nie masz za­mia­ru się prze­brać?

Opu­ści­ła wzrok na sza­rą luź­ną sza­tę, pro­ste san­da­ły, pas z tka­ni­ny. Był to strój ko­bie­ty z ludu. Lub pąt­nicz­ki.

– Tak wła­śnie chcę wy­glą­dać przez całą po­dróż.

– Moja pani…

– Mów śmia­ło. Te­raz i w przy­szło­ści.

– Masz spo­tkać się z na­miest­ni­kiem Judei, któ­ry od­po­wia­da tyl­ko przed ce­sa­rzem w Da­masz­ku.

– Zda­ję so­bie spra­wę z tego, kto cze­ka na brze­gu. Mój syn uwa­ża ich obu za wro­gów.

An­to­niusz spoj­rzał spode łba na le­gion zgro­ma­dzo­ny w por­cie.

– Tym bar­dziej po­win­ni­śmy więc wy­co­fać się w bez­piecz­ne miej­sce i po­słać po po­sił­ki.

– Nie je­ste­śmy tu po to, by wsz­czynać woj­nę, An­to­niu­szu.

– Pani, nie mam bla­de­go po­ję­cia, po co tu je­ste­śmy.

Jej syn opi­sy­wał cen­turio­na jako do­bre­go czło­wie­ka, któ­ry za­sługi­wał na jak naj­lep­sze trak­to­wa­nie, po­ra­nio­ne­go przez życie i mi­łość, po­trze­bu­ją­ce­go pro­wa­dze­nia He­le­ny bar­dziej niż ja­ki­kol­wiek inny zna­ny mu czło­wiek.

– A jed­nak wy­słucha­łeś proś­by mego syna, by zo­stać jego po­słań­cem? – spyta­ła.

– Będę służył Kon­stan­tyno­wi do ostat­nie­go tchu.

To ta­kie ty­po­we dla ofi­ce­rów jej syna! Naj­więk­szym da­rem Kon­stan­tyna była zdol­ność do zyski­wa­nia so­bie ludz­kiej lo­jal­no­ści.

– Miej­my na­dzie­ję, że do tego nie doj­dzie.

An­to­niusz spo­glą­dał przez wodę na woj­sko. W tej sa­mej chwi­li He­le­na zda­ła so­bie spra­wę z tego, że męż­czyzna nie przy­był tu je­dynie z mi­sją od jej syna. W jego udrę­czo­nym wzro­ku do­strze­gła praw­dę.

Cen­turion od­był z nią po­dróż do Judei, by od­na­leźć swój grób.

– Tak się nie sta­nie – ode­zwa­ła się po­now­nie.

– Pani? – zwró­cił się do niej z nie­chę­cią.

Jej dło­ni nie spla­mi krew tego czło­wie­ka. Wy­pra­wa z nią po roz­po­zna­niu po­wo­ła­nia od Boga to jed­no. Ale po­szuki­wa­nie śmier­ci…

– Mój ka­płan i przy­ja­ciel w cza­sach po­hań­bie­nia do­stał go­rącz­ki w dro­dze z Rzymu i zmarł na Kre­cie. Po­myśla­łam, że może Bóg chciał, bym na koń­cu sta­wi­ła czo­ła tej wy­pra­wie sama, po­zba­wio­na bli­skich i so­jusz­ni­ków. I wte­dy po­ja­wi­łeś się ty.

An­to­niusz zmarsz­czył brwi. Był za­kło­po­ta­ny. W peł­ni skupił swo­ją uwa­gę na niej, chyba po raz pierw­szy. Za­po­mniał za­rów­no o wro­gach cze­ka­ją­cych na brze­gu, jak i o brze­mie­niu, któ­re no­sił. Słuchał.

He­le­na wska­za­ła na em­ble­mat wy­tło­czo­ny na jego skó­rza­nym na­pier­śni­ku.

– Czy wiesz, co to ozna­cza?

– Twój syn, pani, uj­rzał ten znak na słoń­cu.

– Miał wi­zję. Czy wiesz, do cze­go we­zwał go Pan?

– Wszyscy to wie­my. Wszyscy, któ­rzy wów­czas wal­czyli u jego boku.

Mimo to od­po­wie­dzia­ła na wła­sne pyta­nie.

– Bóg przy­ka­zał memu sy­no­wi, by umie­ścił ten nowy sym­bol, uczynio­ny z krzyża i wy­pi­sa­ne­go na nim imie­nia Je­zusa, na sztan­da­rze i niósł go przed sobą. A wte­dy On da mu zwycię­stwo. Czy wie­rzysz, że mój syn na­praw­dę usłyszał głos Boga?

– Wiem, że on w to wie­rzy. Wiem też, że od­nie­śli­śmy wiel­kie zwycię­stwo nad ar­mią ma­ją­cą nad nami po­tęż­ną prze­wa­gę. To wy­star­czy.

Wca­le nie wy­star­cza­ło, ale ża­den ar­gument nie był w sta­nie wpłynąć na zmia­nę zda­nia tego mło­de­go czło­wie­ka. Mógł to uczynić tyl­ko Bóg.

– Ja tak­że mia­łam wi­zję. Tego sa­me­go dnia co mój syn. Dla­te­go tu przy­byłam. I dla­te­go mój syn mnie po­parł, choć był prze­ciw­ny tej po­dró­ży. Ale się zgo­dził. Nie­chęt­nie. I po­zwo­lił, abym po­dró­żo­wa­ła jako pro­sta pąt­nicz­ka.

– Bóg ci to na­ka­zał?

– Owszem.

– Bez ar­mii?

– W rze­czy sa­mej.

– Moja pani, zgi­niesz.

– To cał­kiem moż­li­we.

– Ja nie… Przy­byłaś tu, aby umrzeć?

Zbli­żyła się do nie­go jesz­cze bar­dziej.

– O to samo po­win­nam za­pytać cie­bie.

An­to­niusz wzdrygnął się, ale wy­trzymał jej spoj­rze­nie. I nie od­po­wie­dział.

Za­mie­rza­ła opo­wie­dzieć mu, o czym za­pew­nił ją Bóg: że nie tyl­ko prze­trwa tę wy­pra­wę, lecz tak­że przy­nie­sie chwa­łę im­pe­rium i świa­tu w nie­po­ję­ty dla niej spo­sób. Ale na­gle coś ją po­wstrzyma­ło. Po­ło­żyła tyl­ko dłoń na ra­mie­niu An­to­niu­sza.

– Przy­byłam tu, aby wy­peł­nić Bożą wolę. Po­zo­sta­je pyta­nie: czy je­steś go­tów do mnie do­łą­czyć? I czy uczynisz to z wła­ści­we­go po­wo­du? – spyta­ła ci­cho.

[a] Lub kon­kubi­ną, co jest bar­dziej praw­do­po­dob­ne, je­śli weź­mie się pod uwa­gę róż­ni­ce spo­łecz­ne po­mię­dzy nimi (przyp. red.).

 

[b] W rze­czywi­sto­ści do po­rzuce­nia He­le­ny Kon­stan­cjusza zmu­si­ły wzglę­dy po­li­tycz­ne (przyp. red.).

2

He­le­na wca­le nie chcia­ła, by jej świat się skoń­czył. Po pro­stu pra­gnę­ła jego zmia­ny.

To pra­gnie­nie to­wa­rzyszyło jej już w dzie­ciń­stwie i wie­ku na­sto­let­nim. Tę po­dróż roz­po­czę­ła z myślą, że taka wy­pra­wa do­brze jej zro­bi.

Ale te­raz, kie­dy sta­ła i pa­trzyła, jak sta­tek śli­zga się po gład­kiej wo­dzie, nie była już tego taka pew­na.

Wy­czuwa­ła dez­apro­ba­tę An­to­niu­sza. Żad­na nie­spo­dzian­ka. Spo­dzie­wał się prze­cież, że wkrót­ce wszyscy zgi­ną. I jesz­cze ten jej strój. Pro­ste odzie­nie z sza­rej tka­ni­ny okrywa­ją­ce ją od szyi do ko­stek. Nie mia­ła na so­bie bi­żute­rii ani oznak wła­dzy. Na­wet ko­ro­ny.

Jak więk­szość żoł­nie­rzy, An­to­niusz po­dzi­wiał syna He­le­ny. Kon­stan­tyn, jej je­dyne dziec­ko, był naj­młod­szym rzym­skim do­wód­cą od bli­sko dwóch se­tek lat. Wie­lu uwa­ża­ło go za naj­lep­sze­go wo­dza w hi­sto­rii im­pe­rium. An­to­niusz nie mu­siał nic mó­wić; He­le­na wie­dzia­ła, że tak po­spo­li­te ubra­nie urą­ga­ło jej sy­no­wi i wszyst­kie­mu, co sobą re­pre­zen­to­wał.

– Po­wiedz, pro­szę, co nas cze­ka – prze­mó­wi­ła.

Sta­tek su­nął z wol­na w kie­run­ku brze­gu. Ro­bot­ni­cy por­to­wi przy­sta­nę­li, go­to­wi zła­pać cumy i je uwią­zać. Za nimi zgro­ma­dzi­li się le­gio­ni­ści.

– Judea jest za­rzą­dza­na z Da­masz­ku. Da­masz­kiem rzą­dzi ce­sarz Mak­sy­min. Czło­wiek, któ­ry wła­śnie wy­le­guje się pod bal­da­chi­mem, to jego na­miest­nik, Fir­mi­lian. Mak­sy­min i Fir­mi­lian są za­cie­kłymi wro­ga­mi wszyst­kich na­śla­dow­ców Je­zusa. Prze­śla­du­ją ich bar­dziej niż kto­kol­wiek inny w ca­łym im­pe­rium. Gar­dzą tobą i two­im sy­nem. Nic nie za­do­wo­li ich bar­dziej niż moż­ność cheł­pie­nia się, że do­pro­wa­dzi­li do two­jej śmier­ci.

– To z pew­no­ścią ura­do­wa­ło­by wszyst­kich wro­gów mego syna – zgo­dzi­ła się z nim He­le­na.

– Mak­sy­mi­no­wi nie wy­star­cza ty­tuł ce­sa­rza w Da­masz­ku – cią­gnął An­to­niusz. – Chce zo­stać uko­ro­no­wa­ny na wład­cę Rzymu. Two­ja śmierć przy­bli­żyła­by go do tego celu. Ale nie do­pro­wa­dzi do niej dziś.

W He­le­nie za­tlił się sła­by pło­mień na­dziei.

– Dla­cze­go nie?

– Po­nie­waż nie chce ro­bić tego jaw­nie. Jego wro­go­wie i sprzymie­rzeń­cy twe­go syna na­zwa­li­by go mor­der­cą. Stra­cił­by po­par­cie se­na­tu. – An­to­niusz spoj­rzał groź­nie na le­gio­ni­stów sto­ją­cych w go­to­wo­ści. – Za­cze­ka, aż usunie­my się z wi­do­ku publicz­ne­go. I wte­dy się nas po­zbę­dzie.

Rzuco­no liny. Sta­tek zo­stał wcią­gnię­ty na ka­mie­ni­ste na­brze­że. Prze­la­tują­ca nad nim mewa za­skrze­cza­ła roz­pacz­li­we po­wi­ta­nie. Ka­pi­tan wy­dał roz­kaz i scho­dy opa­dły z ło­sko­tem. Za uzbro­jo­nymi żoł­nie­rza­mi, ofi­cje­la­mi i are­ną wzno­si­ły się stro­me wzgó­rza. Świą­tynie lśni­ły we wscho­dzą­cym słoń­cu. W He­le­nie po­tę­go­wa­ło się po­czucie wkra­cza­nia w rze­czywi­stość, z któ­rej nie ma uciecz­ki.

Wie­dzia­ła, że mło­dy ofi­cer ocze­ki­wał od niej ja­kie­goś wy­ra­zu nie­po­ko­ju, a przy­najm­niej wska­zów­ki do­tyczą­cej dal­sze­go po­stę­po­wa­nia. I na­le­ża­ło mu się to. Wszyscy, któ­rzy po­dró­żo­wa­li wraz z nią, po­win­ni wie­dzieć, dla­cze­go po­dej­mu­je się cze­goś, co uwa­ża­li za krok sa­mo­bój­czy.

– Nie przy­bywam do Zie­mi Świę­tej jako zhań­bio­na żona – prze­mó­wi­ła. – Nie in­te­re­sują mnie ty­tuły ani chwa­ła, z któ­rych odar­ły mnie dzia­ła­nia mego męża. Przy­bywam tu jako pąt­nicz­ka. Pro­wa­dzę po­szuki­wa­nia.

An­to­niusz wska­zał na sze­re­gi zbroj­nych.

– Moja pani, ich nie ob­cho­dzą przy­czyny two­je­go przy­bycia. W ich oczach je­steś nie tyl­ko sła­ba. Je­steś ofia­rą.

Kra­tos, si­wie­ją­cy zwierzch­nik stra­ży, chrząk­nął z apro­ba­tą. He­le­na po­dró­żo­wa­ła z czte­re­ma straż­ni­ka­mi i służ­ką. Była to naj­bar­dziej mil­czą­ca ko­bie­ta, jaką w życiu po­zna­ła. Od po­cząt­ku po­dró­ży mor­skiej wy­mie­ni­ły za­le­d­wie kil­ka słów. Kra­tos i straż­ni­cy oka­zywa­li re­zygna­cję, wła­ści­wą lu­dziom, któ­rzy przez całą po­dróż sta­ra­ją się po­go­dzić ze swo­im lo­sem.

– Co ozna­cza, że mu­si­my po­le­gać na mocy Pana, któ­ry bę­dzie nas chro­nił – od­par­ła He­le­na.

An­to­niusz jesz­cze ob­myślał od­po­wiedź, gdy He­le­na po­że­gna­ła się z ka­pi­ta­nem ski­nie­niem gło­wy i mi­nę­ła sze­re­gi ma­ryna­rzy. Wes­tchnął i po­dą­żył za nią, jej służ­ką, Kra­to­sem i czte­re­ma straż­ni­ka­mi. San­da­ły He­le­ny stuka­ły już o scho­dy.

Woj­ska Ce­za­rei sta­ły w ide­al­nym po­rząd­ku wzdłuż ka­mien­nych do­ków. Za nimi znaj­do­wał się pa­lan­kin z na­miest­ni­kiem. Żół­ty je­dwab­ny bal­da­chim ło­po­tał na po­ran­nym wie­trze. Fir­mi­lian i jego dwo­rza­nie onie­mie­li na wi­dok scho­dzą­cej na brzeg He­le­ny.

Uklę­kła na scho­dach, po­chyli­ła się ku ka­mie­niom i uca­ło­wa­ła zie­mię. Przez całe życie ma­rzyła o po­dró­ży do Zie­mi Świę­tej. Nig­dy nie wy­obra­ża­ła so­bie jed­nak, że wy­ruszy w nią w ta­kich oko­licz­no­ściach. Okryta hań­bą, od­rzuco­na, sa­mot­na, w to­wa­rzystwie kil­ku ob­cych lu­dzi. I do­trze przed ob­li­cze wro­gów, któ­rzy chcą jej śmier­ci.

Mo­gła po­le­gać tyl­ko na obiet­ni­cy Boga, któ­ry w tej chwi­li wy­da­wał jej się bar­dzo od­le­gły. Pod­nio­sła się z klę­czek.

– Oto po­czą­tek – oświad­czyła ła­god­nie.

***

Na gło­śny roz­kaz żoł­nie­rze sta­nę­li na bacz­ność. Ich mie­cze skrzyły się w słoń­cu ni­czym sta­lo­wy las. He­le­na nie zwra­ca­ła na nich uwa­gi. Szła z An­to­niu­szem u jed­ne­go boku i Kra­to­sem u drugie­go. Za­trzyma­ła się przed pa­lan­ki­nem i skło­ni­ła jak po­kor­na służ­ka.

– To miłe z two­jej stro­ny, że przy­byłeś oso­bi­ście po­wi­tać pro­stą pąt­nicz­kę, na­miest­ni­ku.

Fir­mi­lian wy­glą­dał jak spa­sio­na ro­pucha. No­sił sza­tę ko­lo­ru so­czystej cytryny. Po­licz­ki miał tak pulch­ne, że jego war­gi wy­da­wa­ły się nie­ustan­nie wy­dę­te. W ta­kich ustach jej ty­tuł brzmiał jak znie­wa­ga.

– Au­gusto He­le­no.

– Obo­je wie­my, że ten ty­tuł mi nie przy­sługuje, pa­nie.

– A jed­nak twój mąż na­le­ga, by świat zwra­cał się do cie­bie „im­pe­ra­tor­ko”[c].

Ofi­cje­le ze­bra­ni wo­kół pa­lan­ki­nu po­sła­li jej po­gar­dli­we uśmiesz­ki. He­le­na wie­dzia­ła, że na­miest­nik chce ją za­wstydzić, publicz­nie pod­kre­ślić jej licz­ne po­raż­ki życio­we.

Nie tyle wzruszyła ra­mio­na­mi, ile unio­sła je w ge­ście bez­rad­no­ści.

– Mój były mąż – po­wie­dzia­ła ci­cho. – Już nie je­stem jego żoną. Od­da­lił mnie daw­no temu.

Męż­czyzna uniósł się w lek­tyce, spra­wia­jąc, że nie­wol­nik trzyma­ją­cy naj­bliż­szy drąg aż jęk­nął.

– Ale Kon­stan­tyn, twój syn, twier­dzi…

– Wy­bacz mi, pa­nie. Kon­stan­tyn jest tyl­ko do­wód­cą. Ni­kim wię­cej. Obo­je o tym wie­my.

Fir­mi­lian po­szuki­wał w myślach cze­goś, co mógł­by po­tę­pić. Albo czym wzgar­dzić. Ale oka­za­ło się to nie­moż­li­we, po­nie­waż He­le­na sta­ła przed nim w cał­ko­wi­tej po­ko­rze i nie ro­ści­ła so­bie praw do ni­cze­go. Rów­nie do­brze mo­gła­by być zwykłą dziew­ką, jak mó­wi­li o niej wro­go­wie jej syna. To do­da­wa­ło go­ryczy chwi­li, w któ­rej zwra­ca­ła się do na­miest­ni­ka ni­czym skruszo­na grzesz­ni­ca.

Jego urzęd­ni­cy słucha­li tej wy­mia­ny zdań, któ­ra wy­da­wa­ła im się nie­złym przed­sta­wie­niem te­atral­nym. He­le­na ich zlek­ce­wa­żyła. Ale je­den z nich przy­kuł jej uwa­gę. Róż­nił się od po­zo­sta­łych ni­czym so­kół od ja­skra­wych pta­ków śpie­wa­ją­cych. Co wię­cej, sam zda­wał so­bie z tego spra­wę. No­sił strój rzym­skie­go ofi­ce­ra, a jed­nak było w nim coś dziw­ne­go. Coś oprócz zuchwa­łe­go wzro­ku, ja­kim ob­rzu­cał ofi­cje­li. I nie cho­dzi­ło tu o lśnią­cą zbro­ję. Wie­lu rzym­skich żoł­nie­rzy na­gra­dza­no zło­tymi na­pier­śni­ka­mi za wiel­kie zwycię­stwa. Więk­szość z nich za­kła­da­ła je tyl­ko na do­nio­słe oka­zje. Przez resz­tę cza­su trzyma­no je na spe­cjal­nych sto­ja­kach, na któ­rych wy­glą­da­ły jak po­zba­wio­ne rąk po­są­gi. Mu­sie­li je po­dzi­wiać wszyscy go­ście.

Ten czło­wiek był inny. Nie za­ło­żył zło­te­go na­pier­śni­ka po to, by od­dać cześć na­miest­ni­ko­wi lub pod­kre­ślić waż­ną oka­zję. Zro­bił to, by zo­stać za­uwa­żo­nym. Chciał, żeby He­le­na go do­strze­gła, przyj­rza­ła się rysom jego twa­rzy, jak­by wy­rzeź­bio­nym w twar­dym pustyn­nym ka­mie­niu. Mia­ła za­uwa­żyć groź­bę w tych błysz­czą­cych czar­nych oczach i wie­dzieć, że bę­dzie jego zdo­byczą.

Mia­ła się go bać.

– Co cię tu spro­wa­dza? – spytał Fir­mi­lian.

Zmu­si­ła się, by spoj­rzeć po­now­nie na na­miest­ni­ka.

– Uda­ję się na piel­grzym­kę.

Sło­wo „piel­grzym­ka” nie było nowe. Ale jego zna­cze­nie zmie­ni­ło się w nie­po­ję­ty spo­sób. Chrze­ści­jań­scy pąt­ni­cy byli ludź­mi, dzię­ki któ­rym po­dró­żo­wa­ły mo­dli­twy. Jed­ni pro­si­li o cud, inni za­no­si­li mo­dli­twy w miej­sca zna­mien­ne w życiu Pana.

Gru­bas w pa­lan­ki­nie uśmiech­nął się szyder­czo.

– A za­tem to praw­da. Two­ja ro­dzi­na prze­rzuci­ła się na na­uki tego Je­zusa.

– Owszem.

– Chrze­ści­jań­stwo jest nie­le­gal­ne. Jego wy­znaw­ców ska­zuje się na ba­ni­cję. Ich zbrod­nie ka­rze się śmier­cią. – Mach­nął ręką w kie­run­ku ogrom­nych bu­dow­li kró­lu­ją­cych na szczytach wzgórz. – Rzymem rzą­dzą rzym­scy bo­go­wie.

He­le­na nie od­po­wie­dzia­ła.

– Cóż. – Wy­dął war­gi z nie­sma­kiem. – Do­myślam się, że po­trze­bu­jesz za­opa­trze­nia. I trans­por­tu. I chcesz sko­rzystać z kró­lew­skich pa­ła­ców.

– Ni­cze­go nie żą­dam.

Tym ra­zem nie za­dał so­bie trudu, by ukryć zdu­mie­nie.

– Ale… jak za­mier­za­cie po­dró­żo­wać? Gdzie się za­trzyma­cie?

– Pój­dzie­my pie­cho­tą, jak na piel­grzymów przy­sta­ło. Bę­dzie­my roz­bi­jać na­mio­ty. Sami za­kupi­my pro­wiant. – Skło­ni­ła się jesz­cze ni­żej. – Ale dzię­kuje­my za ten wy­raz szczo­dro­ści.

Ni­cze­go ta­kie­go nie po­wie­dział. Ob­lał się rumień­cem na te sło­wa, w któ­rych cza­iła się krytyka.

– Na tej dro­dze spo­tkasz je­dynie pustyn­nych roz­bój­ni­ków i śmierć.

– Nasz Bóg za­trosz­czy się o nas.

– Gdzie two­je woj­ska?

– Nie mam ar­mii. – Wska­za­ła dło­nią na służ­kę, An­to­niu­sza, Kra­to­sa i czte­rech straż­ni­ków. – Po­dró­żuję tyl­ko z nimi.

Wie­dzia­ła, że na­miest­nik spo­dzie­wał się okrę­tu peł­ne­go żoł­nie­rzy. Jej sy­no­wi pod­le­ga­ły wszyst­kie siły za­chod­nie od Du­na­ju po Mur Ha­dria­na. To był ogrom­ny ob­szar. Dla­te­go Fir­mi­lian spo­dzie­wał się po­wi­tać hor­dę zbroj­nych. I z tego po­wo­du ze­brał tylu żoł­nie­rzy.

Za­re­cho­tał pi­skli­wie.

– A więc zgi­nie­cie!

– Wszyst­ko w rę­kach Boga, na­miest­ni­ku. Czy był­byś tak uprzej­my i do­star­czył list do Da­masz­ku?

– Być może. Od kogo?

– Od mo­je­go syna. I Li­cyniu­sza.

Jego bez­barw­ne spoj­rze­nie stę­ża­ło. Li­cyniusz był ostat­nio w do­brych sto­sun­kach z Kon­stan­tynem. Choć nie wie­rzył, jak on, w Je­zusa, nie uwa­żał chrze­ści­jan za wro­gów.

To, że Kon­stan­tyn nie miał ran­gi po­li­tycz­nej, utrud­nia­ło spra­wę jego nie­przyja­cio­łom. Kon­stan­tyn zwal­czał każ­de­go uzur­pa­to­ra, któ­ry się­gał po tron rzym­ski. A jed­nak sam nie ro­ścił so­bie do nie­go praw. Więk­szość uwa­ża­ła, że cze­kał, aż lud po­pro­si go o zwierzch­nic­two. Ale nikt nie wie­dział tego na pew­no, po­nie­waż do­wód­ca od­ma­wiał od­po­wie­dzi na ta­kie pyta­nia.

Na­miest­nik wy­cią­gnął dłoń.

– Daj mi ten list.

He­le­na wy­ję­ła za­la­ko­wa­ny zwój. Do­star­czył jej go An­to­niusz, któ­ry nie miał po­ję­cia, ja­kie wie­ści się w nim kryją. Kon­stan­tyn prze­ka­zał mu je­dynie, że spra­wa jest pil­na i od jej po­myśl­ne­go za­ła­twie­nia za­le­ży wie­le ist­nień ludz­kich.

– Mój syn pro­si o pil­ne prze­ka­za­nie tej wia­do­mo­ści Mak­sy­mi­no­wi. Oczywi­ście, gdy sam ją od­czytasz i po­twier­dzisz, że to do­kument naj­wyż­szej wagi.

Fir­mi­lian z nie­cier­pli­wo­ścią zła­mał pie­częć i roz­wi­nął zwój.

– Sam oce­nię, co jest waż­ne… – Urwał i za­czął czytać. – To sza­leń­stwo!

– To pra­wo. – He­le­na pod­nio­sła głos, by cała świ­ta na­miest­ni­ka mo­gła ją usłyszeć. – Li­cyniusz zo­stał ogło­szo­ny ce­sa­rzem wschod­nim. On i mój syn wy­da­li wspól­ny edykt za­świad­cza­ją­cy o tym, że chrze­ści­ja­nie mają stać się peł­no­praw­nymi obywa­te­la­mi Rzymu[d].

 

– Tak być nie może. – Pal­ce kor­pulent­ne­go czło­wie­ka drża­ły gwał­tow­nie, przez co per­ga­min trze­po­tał ni­czym wiel­ki wa­chlarz.

– Całe mie­nie ode­bra­ne na­śla­dow­com Je­zusa zo­sta­nie na­tych­miast zwró­co­ne – cią­gnę­ła He­le­na do­no­śnym gło­sem. – Wszyst­kie pra­wa na­leż­ne obywa­te­lom rzym­skim zo­sta­ną im na­tych­miast nada­ne. Wszyst­kie ko­ścio­ły, ja­kie znisz­czo­no, zo­sta­ną na­tych­miast od­bu­do­wa­ne na koszt pań­stwa. Każ­dy chrze­ści­jań­ski wię­zień zo­sta­nie na­tych­miast zwol­nio­ny.

– Za­pa­nuje cha­os – mruk­nął Fir­mi­lian.

– Od dziś chrze­ści­jań­stwo sta­je się peł­no­praw­ną re­li­gią! – za­wo­ła­ła He­le­na. – Każ­dy, kto po­trak­tuje je in­a­czej lub bę­dzie prze­śla­do­wał jego wy­znaw­ców, zo­sta­nie ska­za­ny na śmierć. To pra­wo, pod­pi­sa­ne przez wa­sze­go ce­sa­rza, bę­dzie się zwać edyk­tem me­dio­lań­skim.

– Sza­leń­stwo! – Fir­mi­lian z wście­kło­ścią od­rzucił per­ga­min na bok. – To Mak­sy­min jest ce­sa­rzem wschod­nim! Ten do­kument jest bez­war­to­ścio­wy. Spra­wę uwa­żam za za­mknię­tą. – Z gnie­wem mach­nął ręką. Kie­dy pa­lan­kin od­wró­co­no, ob­rzu­cił spoj­rze­niem męż­czyznę, któ­ry stał z boku, w spo­rej od­le­gło­ści od po­zo­sta­łych. – A two­je ko­ści wkrót­ce będą się sma­żyć w pustyn­nym słoń­cu – rzucił przez ra­mię do He­le­ny.

[c] W rze­czywi­sto­ści ty­tuł au­gusty nadał He­le­nie do­pie­ro syn po wstą­pie­niu na ce­sar­ski tron (przyp. red.).

[d] W rze­czywi­sto­ści Li­cyniusz zo­stał ce­sa­rzem wschod­nim trzy mie­sią­ce po śmier­ci Kon­stan­cjusza, ojca Kon­stan­tyna. Wcze­śniej le­gio­ny Kon­stan­cjusza, rzą­dzą­ce­go Za­cho­dem, ogło­si­ły au­gustem Kon­stan­tyna, któ­re­mu ofi­cjal­nie przy­zna­no jed­nak tyl­ko ty­tuł ce­za­ra (au­gustem zo­stał póź­niej). Kon­stan­tyn i Li­cyniusz wy­da­li edykt me­dio­lań­ski do­pie­ro w 313 roku. Jego głów­ną tezą była wol­ność wy­zna­nia w ce­sar­stwie (przyp. red.).