Schizmą rozdarciTekst

Z serii: Schronienie #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

David Weber

Schizmą rozdarci

Przełożył Robert J. Szmidt

Dom Wydawniczy REBIS

W cyklu SCHRONIENIE dotychczas ukazały się:

Książkę tę dedykuję Sharon, podobnie zresztą jak wszystkie poprzednie. Choć nie należę do osób upubliczniających listy miłosne, tym razem uczynię jednak wyjątek. Dzięki Ci za to, że za mnie wyszłaś. Kocham Cię.





Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

PROLOG

We wnętrzu lecącego do góry nogami zwiadowczego skimera panował idealny spokój.

Był to typowy stan dla lotów po orbicie, nawet ciche kliknięcia dobiegające od czasu do czasu z komputerów pokładowych dopełniały raczej tę ciszę, niż ją zakłócały. Imitujący męskie ciało android, którym kierował umysł należący niegdyś do Nimue Alban, spoczywał wygodnie w fotelu pilota, spoglądając przez przezroczyste sklepienie z armoplastu na znajdującą się daleko w dole powierzchnię planety. Napawał się przy tym otaczającą go ciszą i spokojem.

Nie powinno mnie tu być, myślał, obserwując niebiesko białą mozaikową powierzchnię planety zwanej Schronieniem, w czasie gdy jego skimer powoli zbliżał się do linii terminatora. Mam zbyt wiele do zrobienia w Tellesbergu. I nie powinienem się kręcić na tych wysokościach bez względu na to, jak dobre są systemy maskujące tej maszyny.

Wiedział o tym, ale nie przejmował się. Przynajmniej nie na tyle, by tutaj nie przylatywać.

W gruncie rzeczy nie musiał się pojawiać na orbicie osobiście. Samonaprowadzające Autonomiczne Platformy Komunikacyjno-zwiadowcze, mogły mu przesłać identyczne wizualizacje. Nie musiał ich oglądać własnymi oczami… o ile można było użyć tego określenia w stosunku do systemu optycznego CZAO. SAPK-i były też o wiele mniejsze i miały znacznie lepszy kamuflaż niż jego zwiadowczy skimer. Jeśli stacje z pociskami kinetycznymi pozostawione na orbicie przez tego szaleńca Langhorne’a naprawdę były chronione zaawansowanymi systemami czujników, mogły znacznie szybciej wykryć sporego skimera niż miniaturowe sondy, z czego zdawał sobie doskonale sprawę.

Od czasu do czasu potrzebował jednak chwili spokoju, absolutnej ciszy, w której mógł spoglądać przez krystalicznie czystą próżnię na ostatnią zamieszkaną przez człowieka planetę. Potrzebował przypomnienia, kim, a właściwe czym naprawdę jest i co musi przywrócić istotom mieszkającym tam, daleko w dole. Chciał też ujrzeć piękno tego globu… Widok ten pomagał mu bowiem oczyścić myśli i ponownie nabrać determinacji. Tak wiele czasu spędzał na studiowaniu danych przesyłanych z SAPK-ów, czytaniu raportów szpiegów i przysłuchiwaniu się tajnym planom wrogów Korony, będącej jego nowym domem, że czasami zatracał właściwą perspektywę patrzenia na wszechświat. Wielka liczba przeciwności, którym musiał stawić czoło, przerastała możliwości jednej istoty.

Otaczający go ludzie, ci, którymi miał się opiekować, byli prawdziwym lekiem na zwątpienia i lęki, jakie dopadały go nierzadko, gdy uświadamiał sobie ogrom zadania. Dzięki nim pamiętał, dlaczego warto walczyć za ludzkość, przypominał sobie, jak daleko mogą zajść, dowiadywał się, czym są odwaga, poświęcenie, a nade wszystko zaufanie – cechy charakteryzujące Homo sapiens. Mimo potwornego zmanipulowania biegu historii oraz tutejszej religii istoty te pozostały silne, żywotne i odważne w tym samym stopniu jak wszyscy inni przedstawiciele rasy, do której on sam niegdyś należał.

Bywały jednak momenty, kiedy to nie wystarczało. Kiedy dopadała go przygnębiająca świadomość nikłych szans na przetrwanie, lęk przed niewypełnieniem obowiązków oraz poczucie kompletnej samotności, bo chociaż przebywał nieustannie pomiędzy ludźmi, zdawał sobie sprawę, że nigdy nie zostanie jednym z nich. Kiedy czuł ogromny smutek i żal, uświadamiając sobie, ilu z nich umrze na jego oczach, czego nie mógł uniknąć, jako że przeciętna długość życia tych istot była niczym w porównaniu z zakładaną nieśmiertelnością mechanicznego ciała i umysłu. Kiedy przygniatała go odpowiedzialność za rozpętanie wojny religijnej na tej przepięknej sferze z błękitu i bieli, którą widział tam w dole. Kiedy pytanie o to, kim, a właściwe czym jest tak naprawdę, wypełniało go poczuciem wielkiej samotności wysysającej jego duszę niczym próżnia otaczająca pancerz skimera.

I właśnie dlatego potrzebował tych krótkich chwil na orbicie, ponad światem, za który brał całkowitą odpowiedzialność. Pragnął raz jeszcze ogarnąć umysłem całość obrazu, dostrzec czekającą tych ludzi przyszłość, aby znaleźć usprawiedliwienie dla wszystkich okrucieństw, jakie musiały ich spotkać.

To naprawdę piękna planeta, niemal się rozmarzył. Ale dopiero spoglądanie na nią z tej wysokości pozwala dostrzec jej problemy z właściwej perspektywy. Mimo jej uroku, mimo niezwykłej wagi, jaką ma dla mnie ludzkość, to tylko jedno z miliardów podobnych ciał niebieskich i jeden z setek milionów zamieszkujących je gatunków istot żywych. Skoro Bóg włożył tyle wysiłku w stworzenie tak wielkiego i skomplikowanego wszechświata, ja także mogę wykonać cholerne zadanie, które złożył na moich barkach. Jestem pewien, w tym momencie na jego ustach pojawił się złowieszczy uśmiech, że On to zrozumie. Skoro zaplanował sobie wszystko, a potem umieścił mnie w samym środku tego bałaganu, powinienem założyć, że wiedział doskonale, co robi. A to oznacza, że przede wszystkim muszę domyślić się, jaką wyznaczył mi rolę i co mam uczynić. Parsknął z rozbawienia, przerywając wypełniającą kokpit ciszę, ale niemal natychmiast spoważniał i obrócił fotel pilota do normalnej pozycji. Dość gapienia się na piękno tej planety, Merlinie, napomniał się stanowczo. Za trzy godziny nad Tellesbergiem wstanie świt i Franz zacznie się zastanawiać, gdzie jest jego zmiennik. Czas zabierać sztuczne dupsko do domu.

– Sowo – odezwał się.

– Tak, komandorze poruczniku? – Głos komputera taktycznego spoczywającego w masywie najwyższego szczytu Schronienia odpowiedział mu w tej samej chwili na bezpiecznym kanale łączności.

– Wracam do domu. Przeskanuj teren w promieniu stu kilometrów wokół bazy alfa i upewnij się, że nie ma tam nikogo, kto mógłby zauważyć przylot skimera do jaskini. I sprawdź, czy na miejscu zrzutu nie będzie świadków mojego powrotu.

– Tak jest, komandorze poruczniku – odparła sztuczna inteligencja, w chwili gdy Merlin sięgał do sterów skimera.

ROK PAŃSKI 892

.I.
Zatoka Eraystorska,
Księstwo Szmaragdu

Jasne promienie wschodzącego słońca oświetliły złote, skrzyżowane berła na zielonym sztandarze Kościoła Boga Oczekiwanego. Kurierski dwumasztowiec płynący pod tą dumnie powiewającą banderą miał nieco ponad siedemdziesiąt stóp długości i konstrukcję kadłuba sprzyjającą raczej szybkości niż wytrzymałości… czy też stabilności na wyższej fali. Licząca sześćdziesiąt osób załoga nie była zbyt wielka, jak na galerę – nawet tak skromnych rozmiarów – ale wąski i lekki kadłub wydawał się wręcz stworzony dla wioślarzy, a trójkątny żagiel wspomagał ich wysiłki do tego stopnia, że dziób okrętu pruł skąpane w blasku słonecznym wody, wyrzucając w niebo fontanny piany przy uderzeniu w każdą z grzywiastych fal, gdy okręt pokonywał liczący trzydzieści mil morskich przesmyk pomiędzy wyspą Callie a północno-wschodnim wybrzeżem Zatoki Eraystorskiej.

Ojciec Rahss Sawal, dowódca tego okręciku, stał na wąziutkim pokładzie rufowym z dłońmi założonymi za plecy. Robił co mógł, aby sprawiać wrażenie człowieka stanowczego. Niemniej nawet na moment nie oderwał wzroku od ptaków i morskich wyvern kołujących na rażąco błękitnym niebie. Zachowanie niezachwianej pewności siebie (nie ośmieliłby się określić tego stanu ducha „arogancją”) godnej kuriera Kościoła Matki sprawiało mu jednak więcej trudu, niż się spodziewał.

Kurierów Świątyni, bez względu na to, czy podróżowali lądem czy wodą, nie obowiązywały żadne ograniczenia. Nieśli wieści i rozkazy pochodzące od samego Boga, dzięki czemu bywali traktowani niemal na równi z archaniołami i żaden śmiertelnik nie ośmielił się stawać na ich drodze, gdy zmierzali tam, gdzie Bóg albo Jego Kościół ich posyłał. Tak było od czasów Stworzenia i nikt nigdy się nie ważył kwestionować tego porządku rzeczy. Niestety, Sawal nie był już wcale taki pewien, czy liczona w setkach lat tradycja nietykalności posłańców Kościoła Matki nadal obowiązuje.

Ta myśl była… niepokojąca, i to na wiele sposobów. Najbardziej bezpośredni dotyczył potencjalnych konsekwencji dla misji, na którą Sawal został wysłany. Ale patrząc na ten problem w szerszym planie, kwestia naruszenia nietykalności kurierów wydawała mu się niedopuszczalnym świętokradztwem. Sprzeciw wobec autorytetu Boga mógł się zakończyć tylko jednym dla duszy osoby, która dopuszczała się podobnego czynu, ale jeśli za jej przykładem mogli pójść inni…

 

Sawal raz jeszcze odrzucił tę myśl, mówiąc sobie – wmawiając nawet – że bez względu na to jakie szaleństwo dotknęło królestwo Charisu, dobry Bóg nie dopuści, aby rozprzestrzeniło się poza jego granice. Wszechpotężny Kościół Matka był podporą nie tylko świata, na którym Sawalowi przyszło żyć, ale i wielkiego planu zbawienia ludzkości. Jeśli ktoś podważy podstawy tej władzy, jeśli ją obali, konsekwencje będą niewyobrażalne. Shan-wei, pokonana i przeklęta matka wszelakiego zła, ciesząc się z tak nieoczekiwanego obrotu spraw, zapewne oblizuje teraz z lubością zakrwawione kły, mimo iż tkwi w najmroczniejszym i najbardziej paskudnym zakątku piekieł, do którego zesłał ją za popełnione grzechy sam archanioł Langhorne. Oczami wyobraźni Sawal widział, jak matka kłamstw szarpie kraty swojej celi, sprawdza wytrzymałość łańcuchów, radując się z tego, że znalazła naśladowców podzielających jej jakże mylne poglądy na temat Boga. Langhorne osobiście zamknął za nią wrota, skazując ją na spędzenie w piekle całej wieczności, ale pozostawił człowiekowi wolną wolę. A ten może w każdej chwili przekręcić klucz w zamku, lecz jeśli się na to zdecyduje i to uczyni…

Oby was szlag trafił, Charisjanie, pomyślał z goryczą Sawal. Czy ci ludzie naprawdę nie zdają sobie sprawy, jakie drzwi zamierzają otworzyć? Nie dbają o to? Nie…

Zacisnął mimowolnie szczęki, zaraz jednak spróbował się uspokoić, rozluźniając ramiona i robiąc głęboki, oczyszczający wdech. Niestety, niewiele mu to pomogło.

Instrukcje otrzymane od biskupa egzekutora Thomysa były bardziej niż jasne. Miał za wszelką cenę dostarczyć wiadomości na ręce biskupa egzekutora Wyllysa, do jego rezydencji w Eraystorze. Słowa: „za wszelką cenę” usłyszał od przełożonego po raz pierwszy w życiu. Nigdy dotąd nie było potrzeby ich wypowiadania, ale teraz…

– Hej, tam na pokładzie! – usłyszał wołanie dobiegające z bocianiego gniazda. – Trzy żagle na horyzoncie. Przy kursie po lewej!

* * *

– No, no – mruknął pod nosem Paitryk Hywyt, komandor Królewskiej Marynarki Wojennej Charisu, spoglądając przez lunetę. – Może być ciekawie.

Odsunął okular od oka i zamyślił się głęboko. Rozkazy dotyczące takich sytuacji były niezwykle precyzyjne. Poczuł wyraźny niepokój, gdy je otrzymał i zrozumiał, że nie pozostawiają mu żadnego wyboru. Co ciekawe jednak, mimo wcześniejszych oporów miał szczery zamiar je wykonać. Dziwne. Nigdy by nie przypuszczał, że przyjdzie mu uczynić coś podobnego.

– Tak, to jednostka kurierska Kościoła Matki – stwierdził nieco głośniej.

Zhak Urvyn, pierwszy oficer HMS Fala, jęknął głośno, słysząc te słowa.

– Niektórym ludziom z załogi może się to nie spodobać – stwierdził, ale Hywyt spojrzał tylko z ukosa i zbył go wzruszeniem ramion.

– Wydaje mi się, że postawa naszej załogi może cię lekko zaskoczyć, Zhak – odparł oschle. – Ci ludzie nadal są potwornie wkurzeni ostatnimi wydarzeniami, wiedzą też doskonale, dla kogo ten kurier pracuje.

Urvyn skinął głową, ale nadal wyglądał na smutnego. Hywyt żachnął się w myślach. Tu nie chodzi o niezadowolenie załogi, pomyślał, tylko twoje, Zhak.

– Ster lewo na burtę, zwrot o trzy rumby, jeśli łaska poruczniku – odezwał się nieco bardziej oficjalnie, niż zamierzał. – Postaramy się przechwycić ten okręcik.

– Aye, aye, sir! – Urvyn wciąż wyglądał na nieszczęśliwego, ale zasalutował przepisowo i przekazał rozkaz sternikowi. W tym czasie pozostali marynarze biegiem rzucili się do przebrasowania rej.

Statek zmienił kurs, tnąc spienione wody, a Hywyt po raz kolejny poczuł dumę z tego, jak jego jednostka reaguje na rozkazy. Smukły płaskopokładowy szkuner o dwóch masztach miał zaledwie dziewięćdziesiąt pięć stóp długości na linii zanurzenia, ale uzbrojony był aż w czternaście trzydziestofuntowych karonad. W odróżnieniu od niemal bliźniaczych jednostek tego typu został zaprojektowany i skonstruowany od stępki po topy masztów jako lekki krążownik Królewskiej Marynarki Wojennej Charisu. Dzięki rewolucyjnym rozwiązaniom w ożaglowaniu był o wiele szybszy i mógł iść ostrzej pod wiatr niż jakikolwiek inny okręt wojenny, a tych Hywyt znał i widział na pęczki. Dzięki temu miał na koncie aż siedem pryzów – co stanowiło niemal połowę jednostek przechwyconych przez wszystkie okręty eskadry blokującej zatokę od czasów zwycięskiej bitwy w cieśninie Darcos. Takie były skutki zastosowania nowoczesnych rozwiązań, a sowite nagrody wpadające do kies marynarzy skutecznie zagłuszały głosy sumienia, jakie mogły się odzywać po takich akcjach jak dzisiejsza. W końcu wszyscy na pokładzie jesteśmy Charisjanami, pomyślał nie bez cienia wesołości. Mnodzy krytycy Korony wyrażali się o niej wyłącznie jako o królestwie zamieszkanym przez „sklepikarzy oraz bankierów”, lecz słowa te w ich ustach nigdy nie miały pozytywnego wydźwięku. Hywyt wysłuchiwał podobnych zazdrosnych tyrad od lat. Musiał wszak przyznać, że stereotyp Charisjanina, jako człowieka nieustannie poszukującego szybkiego zarobku, nie odbiegał daleko od prawdy.

Nie da się zaprzeczyć, że jesteśmy w tym naprawdę dobrzy, pomyślał i pozwolił sobie na lekki uśmieszek, widząc, jak ciemnozielony proporzec powiewający na maszcie kuriera rośnie w oczach.

Nie mógł mieć całkowitej pewności, że jednostka ta przybywa z Corisandu, aczkolwiek nie potrafił znaleźć innego rozsądnego wytłumaczenia jej obecności na tych wodach. Galera kurierska nadpływała od strony Cieśniny Delfinów, co oznaczało, że musiała także przebyć Morze Zebediaha. Posłańcy z kontynentów Haven i Howard nie przybywaliby z tego kierunku, a z tego co Hywyt wiedział, Sharleyan – królowa Chisholmu – nie miała powodów do utrzymywania bieżącej korespondencji z księciem Nahrmahnem, władcą Szmaragdu. Zwłaszcza teraz. A z faktu, że kapitan ściganej jednostki obrał kurs przez cieśninę pomiędzy wyspą Callie a wybrzeżem Szmaragdu, łatwo można było wywnioskować, iż robił wszystko, byle tylko ujść uwagi okrętów blokujących wody Zatoki Eraystorskiej.

Nie udało mu się to niestety, a jego okręt pomimo niezwykle smukłego kadłuba przy takim wietrze był nieco wolniejszy od Fali.

– Jesteśmy gotowi do akcji – mruknął Hywyt, wsłuchując się w rytmiczne uderzenia bębnów, gdy przestrzeń pomiędzy oboma kadłubami malała w oczach.

* * *

Rahss Sawal, widząc, jak szybko dogania go charisjański szkuner, z trudem powstrzymał cisnące się na usta przekleństwa. Wychodziło na to, że posiadane przez niego informacje były o wiele bardziej przestarzałe, niż podejrzewał, przyjmując to zadanie od biskupa egzekutora Thomysa. Nie spodziewał się obecności charisjańskich jednostek na przybrzeżnych wodach Zatoki Eraystorskiej. Nie spodziewał się też, że zobaczy złotego krakena na czarnych charisjańskich sztandarach powiewających nad szmaragdzką do niedawna fortecą na wyspie Callie.

Tak wielkie rozproszenie jednostek floty Charisu świadczyło wymownie o całkowitym rozgromieniu sił wroga podczas bitwy w cieśninie Darcos. Straty poniesione przez połączone floty pozostawały wielką niewiadomą, gdy Sawal opuszczał Manchyr. Klęska była dla wszystkich oczywista, ale wielu ludzi na dworze księcia Corisandu wierzyło, że spora część jednostek, które nie wróciły z tej wyprawy, znalazła schronienie w portach Szmaragdu, gdzie wespół z galerami Nahrmahna bronią dostępu do swoich kotwicowisk.

Najwyraźniej jednak tak nie jest, pomyślał z rozgoryczeniem Sawal.

Widział na horyzoncie cztery jednostki, wliczając w to ścigający go szkuner, a nad wszystkimi powiewały bandery Charisu. Okręty te płynęły w wielkim oddaleniu od siebie, aby móc patrolować jak największy akwen wód zatoki, a nie uczyniłyby czegoś podobnego, gdyby istniało choćby najmniejsze ryzyko ataku na nie. A to w połączeniu z faktem, że fortyfikacje na pobliskiej wyspie służyły teraz za bazę Charisjanom, a nie Szmaragdczykom, jak do tej pory, pozwalało mu przyjąć za pewnik, że nie ma już czegoś takiego jak połączone floty sił sprzymierzonych. Nawet rzekomą obronę kotwicowisk można było między bajki włożyć.

Sawal nigdy wcześniej nie napotkał na swojej drodze nowego charisjańskiego szkunera, dlatego nie potrafił wyjść z podziwu, jak ostro pod wiatr może iść taka jednostka. Podobnie było z liczbą i rozpiętością żagli. Jego galera miała tyle samo masztów, ale na szkunerze rozwinięto na nich co najmniej dwukrotnie większą powierzchnię płótna. Nie mówiąc już o tym, że nowa konstrukcja pozwalała na zachowanie lepszej stabilności kadłuba pod zwiększonym obciążeniem, czym galera niestety nie mogła się poszczycić. Zwłaszcza w takich warunkach.

Zadziwiła go także liczba furt działowych umieszczonych na burcie, poczuł nawet gwałtowny skurcz żołądka, gdy wychynęły z nich złowieszczo wyglądające lufy.

– Ojcze?

Spojrzał na swojego zastępcę. Wystarczyło jedno słowo, aby obnażyć lęk dręczący tego kleryka, ale Sawal nie miał mu tego za złe. Niestety, nie znał też odpowiedzi na to konkretne, choć postawione w tak niezręczny sposób pytanie.

– Co będzie, to będzie, bracie Tymythy – odpowiedział wymijająco. – Utrzymać kurs.

* * *

– Nie zmienił kursu – zauważył Urvyn.

To zdanie można by uznać za szczyt oczywistych oczywistości, pomyślał Hywyt.

– Nie, nie zmienił – przyznał komandor, zachowując daleko idącą powściągliwość mimo topniejącego w oczach dystansu. Od ściganej jednostki dzieliło ich już zaledwie trzysta jardów, jeśli nie mniej, toteż zaczynał się zastanawiać, jak daleko posunie się kapitan galery, licząc na to, że Fala blefuje. – Przekaż kanonierom, aby oddali strzał ostrzegawczy przed jego dziobem.

Urvyn zawahał się. Tylko na moment. Ktoś inny mógłby tego nie zauważyć, ale Hywyt był jego przełożonym już od ponad sześciu miesięcy. Komandor zaczął się nawet zastanawiać, czy nie będzie musiał powtórzyć wydanego rozkazu, ale Urvyn obrócił się w końcu, choć z widocznym trudem, i podniósł do ust skórzaną tubę.

– Panie Charlz, proszę się przygotować do strzału przed dziób galery! – zawołał, a ogniomistrz natychmiast machnął ręką, potwierdzając przyjęcie rozkazu.

* * *

– Wydaje mi się, że oni…

Brat Tymythy nie zdołał dokończyć tego zdania. Nie musiał. Głuchy, lecz przenikliwy huk pojedynczego wystrzału przetoczył się nad wodą. Sawal widział, jak pocisk mknie prosto przed siebie, tnąc równiutko spienione fale niczym płetwa dorodnego krakena.

– Oni do nas strzelili! – zawołał natychmiast Tymythy.

Głos drżał mu z przerażenia, oczy miał okrągłe jak spodki, jakby do tej pory nie wierzył, że Charisjanie są zdolni do podniesienia ręki na Kościół Matkę. Zresztą pewnie tak było. Sawal, wręcz przeciwnie, upewnił się jedynie w swoich sądach.

– Owszem – zgodził się z podwładnym, mówiąc spokojnym tonem, chociaż w głębi duszy był równie silnie poruszony.

W życiu bym nie przypuszczał, że posuną się do czegoś takiego, pomyślał. W życiu. Dlaczego więc wcale mnie to nie zaskoczyło? Na litość boską, przecież to początek końca naszego świata!

Raz jeszcze wrócił myślami do wieści, jakie kazano mu przekazać, a także tego, do kogo były skierowane i dlaczego. Pomyślał też o plotkach sugerujących, na co książę Hektor i jego poplecznicy naprawdę liczyli… O nagrodzie, jaką przyobiecał im Kościół Matka.

Nie, nie Kościół Matka, poprawił się w myślach. Rycerze Ziem Świątynnych. A to wielka różnica.

Mimo iż usilnie starał się przekonać do tej myśli, nie potrafił w nią uwierzyć. Bez względu na to, jakie mógł wyliczyć techniczne czy prawne różnice, znał prawdę. W końcu pojął, że to właśnie była właściwa przyczyna kompletnego braku zaskoczenia.

Ale choć znał prawdę, nie potrafił jej sprecyzować choćby we własnej głowie ani tym bardziej wyartykułować. Bez względu na oficjalne powody krucjaty księcia Hektora i jego sprzymierzeńców przeciw Charisowi, Sawal, jak i wszyscy inni, nie wyłączając zaatakowanych, doskonale wiedzieli, kto za tym wszystkim naprawdę stoi. Cyniczne kalkulacje ojców Kościoła nie były dla nikogo tajemnicą, podobnie jak gotowość do utopienia tego świata w ogniu i krwi, nie mówiąc już o bezgranicznej arogancji, z której czerpali natchnienie. Tym razem Grupa Czworga wypełzła z cienia zbyt daleko, a operacja unicestwienia jednego niepokornego królestwa, bo tak ją zapewne widzieli jej członkowie, przeistoczyła się w znacznie poważniejszy konflikt.

 

Charis wiedział od dawna, kim jest jego prawdziwy wróg, czego najlepszym dowodem był ten szkuner, gotów otworzyć ogień do jednostki płynącej pod proporcami Kościoła Boga Oczekiwanego.

Pchany liczniejszymi żaglami okręt wojenny był już blisko, jego dziób okalała pienista mgiełka lśniąca wszystkimi kolorami tęczy w słonecznym blasku. Sawal rozróżniał postacie ludzi za wysokimi nadburciami, na pokładzie rufowym obok koła sterowego dostrzegł też ubranego w szykowny mundur kapitana, widział załogę działa, pierwszego w szeregu na sterburcie, ładującą do lufy kolejną kulę. Spojrzał w górę, na własny żagiel, potem na groźną, krakenowatą sylwetkę wrogiej jednostki i zaczerpnął głęboko tchu.

– Bracie Tymythy, każ opuścić banderę – powiedział.

– Ojcze? – Zakonnik spoglądał na niego, jakby nie mógł uwierzyć własnym uszom.

– Opuścić banderę! – powtórzył, podnosząc głos.

– Ale… ale biskup egzekutor…

– Opuścić banderę! – wydarł się Sawal.

Przez moment wydawało mu się, że brat Tymythy odmówi. Znał przecież treść polecenia przełożonych nie gorzej od niego. Ale czym innym było wydanie przez biskupa rozkazu, aby podrzędny kleryk „za wszelką cenę” wykonał misję zleconą mu przez Kościół Matkę, a czym innym skazanie załogi tego okrętu na pewną śmierć w obliczu nieuchronnej zagłady. W tej sytuacji ojciec Rahss Sawal nie widział sensu w stawianiu oporu.

Gdyby istniała choćby najmniejsza szansa na dostarczenie tych wieści, nie wydałbym rozkazu kapitulacji, pomyślał, zastanawiając się jednocześnie, czy to aby na pewno prawda. Wiem jednak, że nie zdołamy im uciec. Jeśli ci ludzie są gotowi do otworzenia ognia, a widzę, że determinacji im nie brakuje, to wystarczy jedna salwa, aby zamienić naszą galerę w stos strzaskanego drewna. Góra dwie. Wystawianie moich ludzi na rzeź mija się z celem. Przecież nie mamy na pokładzie żadnej broni.

Bandera, której nigdy wcześniej nie opuszczano przed ludzką potęgą, zjechała po linie z wyższego masztu. Sawal obserwował ją bacznie przez cały czas, czując, jak lodowaty podmuch mrozi mu szpik w kościach.

To była tak niewielka rzecz, ot, wyszywany kawałek materiału. Ale czy nie od takich drobiazgów zaczynały się największe kataklizmy w historii świata? Czy maleńkie kamyczki nie poruszały ogromnych lawin?

Może powinienem zmusić ich do otwarcia ognia? Gdyby to uczynili, nie byłoby żadnych interpretacji ani dwuznaczności przy późniejszych analizach tej sytuacji. Jeśli Charis naprawdę jest gotów do postawienia się Kościołowi Matce, może tych kilku martwych marynarzy posłużyłoby do wyraźniejszego podkreślenia jego stanowiska.

Charisjanie zapewne nie zawahaliby się przed otwarciem ognia, a on powinien ich do tego zmusić, gdyby mieli opory, ale był kapłanem, nie żołnierzem, i nie potrafił podjąć takiej decyzji. Przetłumaczył sobie jeszcze, że sam fakt oddania strzału do jednostki płynącej pod banderą Kościoła jest wystarczająco wymowny i śmierć jego ludzi nie mogłaby go bardziej uwypuklić.