Nieprzejednana HonorTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

David Weber

HONOR HARRINGTON

Nieprzejednana Honor

Przełożył Radosław Kot

Dom Wydawniczy REBIS

Tytuł oryginału: Uncompromising Honor Copyright © 2018 by Words of Weber, Inc. All rights reserved Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2019 Informacja o zabezpieczeniach W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa. Redaktor: Agnieszka Horzowska Opracowanie graficzne serii i projekt okładki: Jacek Pietrzyński Ilustracja na okładce: David Mattingly Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Nieprzejednana Honor, wyd. I, Poznań 2019) ISBN 978-83-8188-701-4 Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o. ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08 fax: 61 867 37 74 e-mail: rebis@rebis.com.pl www.rebis.com.pl Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Dla Elijaha Dimasa i Billa Berdena,

których nie dane już nam jest widywać.

Niech Bóg ma was w swojej opiece, chłopaki.

LIPIEC 1922 ROKU PO DIASPORZE

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Pas Unicorn
Manticore B
Gwiezdne Imperium Manticore

Wahadłowiec płynął między unoszącymi się w próżni kadłubami martwych lewiatanów.

Dla kapitana Philipa Claytona był to nad wyraz ponury widok. Przypuszczał, że w całym wszechświecie nie ma niczego bardziej przygnębiającego. Siedząc w fotelu pilota, patrzył w milczeniu na to osobliwe Morze Sargassowe i wciąż na nowo zastanawiał się, co właściwie go tak poruszyło.

W sumie przecież nie powinno. Też miał swój udział w powstaniu tej floty trupów. W tym akcie morderstwa. Morderstwa, bo trudno nazwać to bitwą. Ich przewaga nad jednostkami Ligi Solarnej była zbyt wielka.

A co gorsza, otrzymali szansę. Mogli się poddać, ale tego nie zrobili.

– Nie mogę się napatrzeć – powiedział siedzący obok porucznik Kalet. Clayton zerknął na swojego drugiego pilota, rosłego i barczystego mieszkańca planety Manticore. – W całej Galaktyce nie ma chyba drugiego takiego miejsca – dodał porucznik, patrząc przez okno kokpitu. – Sam widok…

– Wiem – odpowiedział cicho Clayton.

Na orbicie parkingowej w pasie asteroid zgromadzono dwieście jedenaście obiektów, które jeszcze miesiąc temu były okrętami wojennymi. Grupa obejmowała sto trzydzieści jeden superdreadnoughtów, z czego sześćdziesiąt dziewięć należało do typu Scientist, sześćdziesiąt dwa do nieco nowocześniejszego typu Vegas. One tworzyły główny masyw widmowej floty, przy czym sześćdziesiąt nie odniosło żadnych uszkodzeń, pozostałe zaś w zasadzie dałoby się wyremontować, gdyby istniał po temu jakiś powód. Towarzyszyło im dwadzieścia dziewięć krążowników liniowych, jak i lekkie krążowniki w liczbie dwudziestu trzech. Niszczycieli było dwadzieścia osiem i ich ocalało najwięcej ze składu oryginalnego ugrupowania. Zapewne dlatego, że nikomu nie chciało się marnować pocisków na taką drobnicę.

Same superdreadnoughty dawały łącznie dziewięćset milionów ton i reszta jednostek niewiele już znaczyła, reprezentując tylko trzydzieści dwa miliony ton masy. Wszystkie trwały tu porzucone, jeśli nie liczyć niewielkiej grupy utrzymania złożonej z załóg kilku nieuszkodzonych superdreadnoughtów. No i czekały.

Wyszło na to, że czekały właśnie na Phila Claytona, który wciąż się zastanawiał, dlaczego właśnie jemu przydzielono tę robotę. Owszem, miał wykształcenie inżynierskie, ale to samo można było powiedzieć o wielu innych oficerach, którzy może przyjęliby rzecz nieco lepiej. Jemu cierpła skóra. Owszem, to były jednostki przeciwnika, ale nadal chodziło o prawdziwe okręty, on zaś uważał, że każdy z nich posiada coś na kształt duszy.

I to sądził tak od dawna. Jego najwcześniejsze wspomnienia wiązały się z chwilami, gdy stał z nosem przyciśniętym do szyby po południowej stronie skromnego domu i obserwował atmosferyczne frachtowce płynące przez chmurne niebo. Ich kadłuby to kryły się w cieniach, to błyszczały w słońcu i było to coś pięknego, jakby sam Tester stworzył je w swej doskonałości. Wyposażone w napęd antygrawitacyjny jednostki były oczywiście karzełkami w porównaniu z tym, co widział w tej chwili na zewnątrz, ale dla kogoś dorastającego na Graysonie w tych dawnych czasach, gdy nie istniał jeszcze Sojusz, było to naprawdę coś wielkiego.

Zwłaszcza dla obdarzonego bujną wyobraźnią chłopca, który szybko doszedł do wniosku, że coś tak cudownego i wdzięcznego musi przecież być żywe. Obserwował je latem i zimą, w słońcu, deszczu i śniegu. W nocy wypatrywał ich świateł pozycyjnych i słuchał wyjących turbin. Gdy miał dziesięć lat, rozpoznawał już wszystkie ważniejsze typy frachtowców. Wtedy też zaczął wspinać się na strych – co wolno mu było robić tylko wtedy, gdy któraś z matek mogła mu towarzyszyć – skąd widać było płytę lotniska Burdette, gdzie wszystkie te olbrzymy lądowały.

Patrzył zafascynowany, jak wyładowywały to, co przywiozły, i marzył, że są to skarby z innych światów. Palety, skrzynie i kontenery, siatki z owocami i warzywami wyłaniające się z przepastnych ładowni dzięki ciężkiej pracy robotników, którzy nie mieli jeszcze wtedy zbyt wielu maszyn do pomocy. Ale i tak chciał zostać jednym z nich. Chłonął też wszystko, co tylko znalazł drukiem, zarówno o statkach atmosferycznych, jak i frachtowcach, które z rzadka przylatywały na Graysona z całkiem innych światów. Nawet ballada Katastrofa Patrona Fitzgeralda i opowieści o tajemniczym zniknięciu załogi Agnes Celeste znalazły się wśród jego lektur.

Inna sprawa, że tylko marzenia mu zostawały. Jak na miejscowe standardy jego rodzina radziła sobie nieźle, ale z pewnością nie byli bogaci. Do tego był chłopcem, a chłopcy na Graysonie zawsze mieli trudniej, sam Grayson zaś był planetą okrutnie prowincjonalną. Z tego też powodu atmosferyczne frachtowce przewoziły tylko lokalne produkty. Nie było żadnych godnych uwagi dostaw z zewnątrz. On zaś nie miał najmniejszej szansy na ujrzenie blasku innych słońc ani wciągnięcie w płuca zwykłego wiatru, który nie byłby toksyczny.

Tak w każdym razie uważał jego ojciec, a matki, jak to matki, po prostu podzielały jego zdanie. Trzeba jednak przyznać, że mama Joan nie wydawała się w pełni o tym przekonana. Zawsze doceniała jego upór i wytrwałość.

Rzeczywiście nigdy nie trafił na pokład żadnego z tych transportowców, nie zdarzyło mu się też obejrzeć kosmicznego frachtowca od środka. Niemniej i tak wyrwał się w kosmos i miał teraz przed sobą całe rzędy okrętów wojennych, które zostały przejęte jako pryzy. Wiele straszyło ciemnymi otworami wybitymi w burtach i bliznami po odstrzelonych płatach pancerza w miejscach, gdzie znajdowały się stanowiska kapsuł ratunkowych. Myślał przy tym o innym okręcie. Był na GMS Covington podczas bitwy o Yeltsin i pamiętał duszący dym, smród palonego ciała, wstrząsy towarzyszące trafieniom i wycie alarmów, gdy kolejne systemy pokładowe odmawiały posłuszeństwa.

Był wtedy młodym porucznikiem, który bronił swojego świata i praktycznie żegnał się już z życiem.

Przetrwał jednak, ponieważ urodzona na całkiem innym świecie kobieta stanęła w obronie Graysona, i to w chwili, gdy sama była już ranna po walce, w której ocaliła życie jego protektora. Bez niej wszyscy by zginęli. I takim sposobem mógł obecnie, już jako ktoś znacznie starszy, no i kapitan Grayson Space Navy, zajmować się selekcjonowaniem tego złomu pozostałego po flocie Ligi Solarnej.

– Mamy coś nowego od Siódemki, Davidzie? – spytał.

– Lada chwila będą gotowi zająć się pierwszą transzą – odparł porucznik Kalet, zerkając na ekran swojego komunikatora. – Kończą jeszcze porządki po lutowym ataku – dodał z lekkim skrzywieniem.

– Nie wiem, co gorsze. Tamto czy… to. – Clayton wskazał na wymarłe jednostki.

– Na pewno tamto, sir, może mi pan wierzyć – odparł poważnie Kalet. – Ci tutaj oberwali, ale w pełni na to zasłużyli. Sami do nas przylecieli i trzeba było coś z tym zrobić. To przykre, że tylu ich zginęło, ale zdarza się. Zwłaszcza wtedy, gdy ktoś atakuje, nie wypowiedziawszy nawet wcześniej wojny. Tyle dobrego, że wszyscy byli na stanowiskach bojowych i mieli na sobie skafandry. Całkiem inaczej niż nasi podczas lutowego ataku. – Odwrócił głowę i zerknął na ledwie widoczne światła wielkiego kompleksu przetwórczego Unicorn Siedem. Wszystkie szczątki infrastruktury orbitalnej, które pozostały po tamtym ataku sprzed pięciu miesięcy, trafiały właśnie do Stoczni Złomowej Unicorn należącej do Kartelu Hauptmana. – Ekipy rozbiórkowe ciągle trafiają na ciała przeoczone wcześniej podczas poszukiwań – dodał. – W zeszłym tygodniu jedna z brygad trafiła na kuzynkę swojej szefowej. Jestem pewien, że i tutaj znajdą się jeszcze jakieś zwłoki, ale przynajmniej nie będą to nasi bliscy!

Clayton pokiwał głową. Słyszał, jak wyglądało sprzątanie po ataku na Blackbirda. Jego ta robota na szczęście ominęła, ale wielu z marynarki Graysona tam trafiło.

 

– Na Ziemi funkcjonowało kiedyś pewne przekleństwo – odezwał się. – Nie wiem, czy je znacie na Manticore, ale u nas się zachowało. Obyś żył w ciekawych czasach.

– W ciekawych czasach? – parsknął Kalet. – Zależy, jak na to spojrzeć, sir. Co dla jednego ciekawe, dla drugiego może być całkiem nudne.

– Nie o to dokładnie chodzi – mruknął Clayton, ogarniając spojrzeniem tablicę przyrządów. – Wyobraź sobie, jak pewnego dnia jakiś durny dzieciak, tak samo durny jak my w zielonych latach, zacznie sobie myśleć, jak fascynujące musiało być nasze życie pośród tylu wojen. I pozostanie tylko życzyć mu, aby nigdy nie poczuł na własnej skórze, jak bardzo się mylił.

HMS Imperator
Manticore A
Gwiezdne Imperium Manticore

Admirał floty dama Honor Alexander-Harrington, księżna i patronka Harrington, głównodowodząca Grand Fleet, schowała koszulę mundurową w spodnie i sięgnęła po szpilki, które utrzymywały jej włosy podczas kąpieli. Uwolnione opadły niemal do pasa. Przez chwilę napawała się ich jedwabistością, po czym rozczesała je na gładko. Zwykle do munduru spinała włosy, ale pozwoliła im rosnąć właśnie po to, żeby nosić rozpuszczone. Uwielbiała je i teraz nie zamierzała udawać, że jest inaczej. Poza tym oficjalny obiad był zaplanowany dopiero na wieczór i miała wziąć w nim udział jako przedstawicielka Graysona, nie oficer królowej.

Skończywszy rozczesywanie, odłożyła szczotkę na miejsce i nałożyła zieloną opaskę w odcieniu rodu Harringtonów. Przechyliła lekko głowę, żeby ocenić efekt, i skrzywiła się lekko. Przysunąwszy twarz bliżej lustra, powiodła palcami prawej dłoni po skórze pod okiem.

– Cholera – mruknęła. Jednak będzie siniak.

Kremowo-szary treecat, wyciągnięty na całą długość na półeczce na ścianie, bleeknął radośnie. Obróciła się w jego stronę.

– To nie jest śmieszne, Stinker! – powiedziała surowym tonem, chociaż chyba chciało się jej śmiać. – Sam wiesz, że nasłucham się od Hamisha między jedną przekąską a drugą, gdy zauważy, że mam podbite oko.

Nimitz roześmiał się jeszcze głośniej i wykonał kilka gestów dłonią.

– Nie, to nie była moja wina – stwierdziła. – Spencer jest coraz lepszy, nie jestem w stanie zablokować wszystkich jego ciosów.

Kotowaty znowu skomentował.

– Mam tak napięty rozkład zajęć, że muszę upychać treningi, gdzie się da – wyjaśniła. – Nic na to nie poradzę, że królowa Elżbieta zaplanowała przyjęcie akurat na dzisiaj.

Nimitz zastanowił się chwilę, po czym pokiwał głową. Zaśmiała się i wzięła go z półki. Na moment wtuliła twarz w jego futro, po czym przeszła do swojej dziennej kabiny. Tam przystanęła przy biurku, gdzie treecat przeskoczył na swoją półkę, ona zaś usiadła na konforemnym fotelu.

Ponownie dotknęła opuchlizny pod okiem i wzruszyła ramionami. Zamaskuje się kosmetykami i przy odrobinie szczęścia Hamish nie zauważy i nie będzie musiała wysłuchiwać kąśliwych uwag, od których na pewno by się nie powstrzymał. Mniej by się niepokoiła, gdyby była obecna Emily. Potrafiła uśmierzyć takie sprawy. Niestety ich żona pozostawała z dzieciakami w White Haven, co zapewne było świadectwem jej zdrowego rozsądku.

Honor myślała przez chwilę, po czym wywołała na ekranie pierwszą sprawę do załatwienia na dzisiaj. Zaczyna się wieczna wojna z papierologią.

Ile prądu i fotonów marnuje się codziennie na raporty o każdej pierdółce! – pomyślała. Zbrodnia to niesłychana…

Uśmiechnęła się lekko, pokręciła głową i zaczęła przeglądać wiadomości, które jej dostarczono.


– Przepraszam, milady, ale przyszedł ten raport, o który pani pytała.

– Sugerujesz, że narzekam na niewystarczający napływ raportów? – spytała Honor, podnosząc głowę znad ekranu z codzienną porcją meldunków o stanie gotowości.

– Może niekoniecznie aż tak – odparła komandor Angela Clayton. Nosiła błękitny mundur Marynarki Wojennej Graysona ze znakiem salamandry, swojej patronki, ale mówiła z akcentem z układu Manticore. Tak naprawdę zaś pochodziła z gór Gryphona. – Ale jest faktem, że pani o niego pytała – dodała z lekkim skrzywieniem.

Komandor Clayton była nowa w sztabie Honor i służyła jako oficer logistyczny Grand Fleet, dodatkowo pełniąc funkcję łączniczki ze sztabem admirała Judaha Yanakova. Urodziła się w Rearson, w tej samej baronii co Anton Zilwicki, ale po pięciu latach służby w Grayson Space Navy, gdzie została niejako „wypożyczona”, stała się obywatelką domeny Harrington. To też wyjaśniało, dlaczego zwracała się do swojej przełożonej „milady”, a nie w inny sposób.

Czasem prowadziło to do pewnych nieporozumień.

– I co tam melduje Phil? – spytała Honor.

– Zakończono kontrolę pierwszej grupy superdreadnoughtów, milady – odparła całkiem już poważnie Clayton. – Phil nie cierpi tego przydziału. Pisze, że czuje się tam jak hiena bagienna.

Honor aż się skrzywiła. Znała kapitana Claytona, podobnie jak wszystkich oficerów pozostających w służbie jej domeny, i wiedziała świetnie, o co chodzi. Uważała jednak, że Phil trochę przesadził. Żyjąca na Graysonie hiena bagienna była jednym z najobrzydliwszych padlinożerców w znanej Galaktyce i nie miała problemów z uśmiercaniem ofiar, nawet jeśli okazywały się niezdatne do spożycia.

– Poza tym melduje to, czego można się było spodziewać. Z jednym wyjątkiem. Technicy są pod wrażeniem nowych solarnych stanowisk graserów. Tego nikt nie oczekiwał. – Pokręciła głową. – Przyjrzałam się temu i zgadzam się, milady, że to kawał dobrej roboty.

– Nikt nie twierdzi, że w Lidze Solarnej nie ma dobrych inżynierów – zauważyła Honor. – Problem raczej w tym, że rzadko korzysta się z ich umiejętności.

– A jeszcze rzadziej zauważa ich istnienie – dodała Clayton.

– Co prawda, to prawda – zgodziła się Honor. – Zatem Phil jest pod wrażeniem?

– Tak, milady. Zaznacza jednak, że nie ma pojęcia, co my z nimi wszystkimi zrobimy.

Honor była pewna, że wiele osób zadawało sobie to pytanie, ale coś przecież musieli zrobić z całym tym składowiskiem pozostałym po Jedenastej Flocie admirała Massima Filarety. Dlatego zabrano ocalałe po bitwie jednostki do układu Manticore B. Po bitwie… To była masakra, pomyślała ze złością Honor.

W zwykłych okolicznościach okręty zostałyby wprowadzone na orbitę parkingową i czekałyby na rozmowy pokojowe. Odegrałyby w nich rolę karty przetargowej i być może nawet wróciły później do właściciela. Jednak tym razem nic nie zapowiadało, aby mogło dojść w przewidywalnym czasie do jakichkolwiek rozmów. A nawet gdyby, to nikt nie byłby zainteresowany ponownym wcielaniem tych jednostek do służby. W erze rakietowych zasobników holowanych takie stare jednostki były niebezpieczne dla własnych załóg, przestarzałe konstrukcyjnie i pod względem możliwości taktycznych. I nie miało najmniejszego znaczenia, jakie nowe technologie zastosowano przy ich budowie czy wyposażaniu.

Zasadniczo więc nadawały się jedynie na złom. Po starannym pocięciu na kawałki dałoby się odzyskać z nich najróżniejsze surowce, które obecnie były cenniejsze dla Manticore niż solarne nowinki technologiczne. Gwiezdne Imperium tego właśnie potrzebowało najbardziej i samo potrafiło zadbać o własny rozwój technologiczny.

Tyle że orbitalne centra przetwórcze Manticore zostały zniszczone podczas lutowego ataku. Pięć miesięcy wcześniej praktycznie zniknęły, a i obecnie, przy wydatnej pomocy Beowulfa i Haven, należało oczekiwać, że pierwsze odbudowane instalacje zaczną pracować dopiero za jakieś pół roku. Co więcej, wszystkie nanowytwórnie i zakłady z początku będą dysponować tylko ułamkiem wcześniejszych mocy przetwórczych. Dlatego Phil Clayton i jego mieszana ekipa tak dokładnie sprawdzali stan solarnych jednostek. Jako całość reprezentowały zatrważający poziom technologiczny, ale istniała szansa, że coś uda się jednak z nich wymontować do powtórnego wykorzystania. Na przykład reaktory fuzyjne czy systemy obsługi celowników laserów bliskiej defensywy. A potem rzeczywiście będzie można posłać kadłuby na złom.

A skoro o tym mowa, ocalałe jednostki ze zgrupowania Sandry Crandall czekał ten sam los. Obecnie obsady szkieletowe przeprowadzały je na Manticore i należało poszukać kogoś, kto zajmie się nimi w podobny sposób jak kapitan Clayton.

– No to może uda się wykorzystać grasery w instalacjach obronnych wormhole’a – stwierdziła Honor. – Widziałaś ostatni projekt admirał Foraker?

– Nie, milady. Ale założę się, że jest… ciekawy.

– Admirał Foraker zwykła myśleć nieszablonowo – przyznała z uśmiechem Honor. – Niemniej w tym przypadku zaproponowała dość klasyczny w zamyśle system zdalnie sterowanych baterii. Tyle że każda z nich byłaby rozmiarów superdreadnoughta. To będzie raczej Moriarty, nie Mycroft. Po prawdzie naszkicowała już system współpracy tych baterii z centrum kierowania ogniem w forcie terminalu.

– Myślałam, że taki system już istnieje przy obecnych polach minowych.

– Owszem, ale miny mają tę wadę, że daje się ich użyć tylko raz na jakiś czas, albo zdalnie, albo w automatycznym trybie wyszukiwania celów. Potem muszą się ponownie naładować. Nowy system ma się opierać na bezpośrednim zasilaniu na odległość. Jeśli obliczenia są poprawne, pozwoli to na pięć do sześciu pełnych salw, zanim trzeba będzie wyłączyć moduł w celu przeglądu i podładowania. Jeśli więc te solarne grasery są tak dobre, jak twierdzi Phil, to może się przydadzą. Superdreadnought typu Scientist ma ich ile? Sześćdziesiąt cztery, sześćdziesiąt pięć? Kilkaset takich graserów pozwoli chyba na budowę całkiem niezłej instalacji obronnej?

– Tak, zapewne – przyznała z zastanowieniem Clayton. Miała niejakie pojęcie, co bateria dziewięciu–dziesięciu tysięcy najcięższych graserów może zrobić z dowolną jednostką wychodzącą z wormhole’a, gdzie nie używa się ani ekranów, ani osłon burtowych. To robiło wrażenie.

– Nie wiem oczywiście, na ile cały system się sprawdzi, ale pamiętam, że gdy admirał Foraker czymś się zajmie, z reguły doprowadza sprawę do pomyślnego końca. A teraz, gdy admirał Hemphill wzięła całą obsadę działu badawczo-rozwojowego Weylanda do Bolthole…

Clayton pokiwała głową. Pomysł udostępnienia przez Gwiezdne Imperium technologii i wyników prac badawczych stronie, z którą wcześniej prowadziło trwającą długie dziesięciolecia wojnę, nie budził entuzjazmu w szeregach RMN. Po prawdzie z początku odnotowano nawet spory bierny opór, który wręcz rozjuszył Winton. Clayton nie była obecna na tym spotkaniu, kiedy to królowa Elżbieta wyraziła wprost i w bardzo dosadnych słowach, co myśli o podobnych postawach. Honor jednak tam była i odnotowała, że niekiedy takie wybuchy okazują się bardzo skuteczne. Od tamtej chwili sprawa ruszyła z kopyta.

Inna rzecz, że Haven borykało się z podobnymi problemami. Już samo wyjawienie nie tak dawnemu wrogowi, gdzie właściwie znajduje się Bolthole, miało tam wielu przeciwników. Co więcej, układ ten leżał znacznie bliżej Manticore niż Haven, jakieś sześćset lat świetlnych od Nouveau Paris i tylko trzysta pięćdziesiąt lat świetlnych od Landing City.

Nic dziwnego, że wywiad marynarki nie mógł go znaleźć, stwierdziła Honor. Szukali w głębi Republiki. Nikt nie pomyślał, żeby rozejrzeć się bliżej własnego podwórka. A nawet gdyby spróbowali, układ znany jako „zaginiona kolonia” zostałby zapewne pominięty.

Można powiedzieć, że Legislatorzy wiedzieli, co robią, gdy postanowili wykorzystać przejęty przez Ludową Republikę Haven układ do budowy tajnej bazy. Angela Clayton też mogła bez trudu to zrozumieć jako ktoś, kto znał świetnie historię Graysona. Mieszkańcy Schronienia przeszli naprawdę sporo, zanim wyprawa badawcza Haven odkryła ich istnienie niedaleko wyjścia z wormhole’a J-156-18(L)-KCR-126-06.

Zresztą jakkolwiek tam trafili, ważne było, co zrobili z tym miejscem później, pomyślała. Po lutowym ataku Bolthole stało się największym centrum przemysłu stoczniowego w całym Sojuszu. No i obecnie także największym ośrodkiem badawczym.

Co więcej, nikt z zewnątrz o nim nie wiedział i tym samym nie mógł go zaatakować.

– Czy wiemy, kiedy Bolthole otrzyma w pełni sprawny system Mycroft, milady? – spytała i Honor uśmiechnęła się lekko, odgadując tok jej myśli.

– Pewnie potrwa to jeszcze trochę, ale admirał Hemphill wzięła ze sobą pełen dywizjon superdreadnoughtów typu Invictus. Wszystkie mają systemy Apollo i Keyhole 2, to powinno na razie wystarczyć do obrony układu. Poza tym admirał Foraker pracuje nad udoskonaleniem systemu czujników. Gdy razem siądą do roboty, każdego intruza puszczą w skarpetkach.

 

– Nie będę nad kimś takim bolała – mruknęła Clayton. – Ani trochę, milady.