Za wszelką cenę cz.II

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

David Weber

HONOR HARRINGTON

Za wszelką cenę

część II

Przełożył Jarosław Kotarski

Dom Wydawniczy REBIS

Tytuł oryginału: At All Costs Copyright © 2005 by David Weber All rights reserved David and the Phoenix copyright © 1957, 2000 by Edward Ormondroyd; second paperback printing, May 2005. Excerpts reprinted with the permission of Purple House Press: Cynthiana, Kentucky. All rights reserved Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2015 Informacja o zabezpieczeniach W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa. Redaktor: Anna Poniedziałek Opracowanie graficzne serii i projekt okładki: Jacek Pietrzyński Ilustracja na okładce: David Mattingly Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Za wszelką cenę. Tom 2, wyd. I, dodruk, Poznań 2016) ISBN 978-83-8062-894-6 Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o. ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08 fax: 61 867 37 74 e-mail: rebis@rebis.com.pl www.rebis.com.pl Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Mapa

ROZDZIAŁ XXXIV

ROZDZIAŁ XXXV

ROZDZIAŁ XXXVI

ROZDZIAŁ XXXVII

ROZDZIAŁ XXXVIII

ROZDZIAŁ XXXIX

ROZDZIAŁ XL

ROZDZIAŁ XLI

ROZDZIAŁ XLII

ROZDZIAŁ XLIII

ROZDZIAŁ XLIV

ROZDZIAŁ XLV

ROZDZIAŁ XLVI

ROZDZIAŁ XLVII

ROZDZIAŁ XLVIII

ROZDZIAŁ XLIX

ROZDZIAŁ L

ROZDZIAŁ LI

ROZDZIAŁ LII

ROZDZIAŁ LIII

ROZDZIAŁ LIV

ROZDZIAŁ LV

ROZDZIAŁ LVI

ROZDZIAŁ LVII

ROZDZIAŁ LVIII

ROZDZIAŁ LIX

ROZDZIAŁ LX

ROZDZIAŁ LXI

ROZDZIAŁ LXII

ROZDZIAŁ LXIII

ROZDZIAŁ LXIV

ROZDZIAŁ LXV

ROZDZIAŁ LXVI

ROZDZIAŁ LXVII

ROZDZIAŁ LXVIII

ROZDZIAŁ LXIX

POSŁOWIE

SŁOWNIK

LISTA POSTACI

Cykl Honor Harrington


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

ROZDZIAŁ XXXIV


Jest pan pewien, szefie, że tym razem to dobry pomysł? – spytała kapitan Molly DeLaney.

Admirał Lester Tourville spojrzał na nią, unosząc pytająco brwi.

– Ostatnim razem, gdy wysłano nas na podobny rajdzik, nie najlepiej na tym wyszliśmy – sprecyzowała szef sztabu.

Tourville pokiwał głową – czasy faktycznie się zmieniły. Za poprzedniej władzy oficer, który wygłosiłby podobną opinię, zostałby oskarżony o defetyzm, jeśli nie o zdradę Ludu, i miałby naprawdę dużo szczęścia, gdyby w ciągu dwudziestu czterech godzin nie trafił przed pluton egzekucyjny.

Naturalnie nie znaczyło to, że pytanie nie było sensowne.

– Naprawdę uważam, że to dobry pomysł, Molly – odparł. – I że równie dobre jest zadanie tego pytania bez świadków.

– Rozumiem, sir.

– Przyznam też, że zaatakowanie celu takiego jak Zanzibar nie jest zadaniem dla kogoś o słabych nerwach, choć tym razem wygląda na to, że mamy właściwe i aktualne dane wywiadowcze. No a zakładając, że są one właściwe, mamy też odpowiedni młotek do dyspozycji.

– Wiem, tylko że ostatnim razem też tak miało być, a skończyło się kompletnym zaskoczeniem i tęgim laniem.

– Zgadza się – przyznał Tourville. – Tyle że tym razem mamy prawie że pewność, iż niejaka Honor Harrington znajduje się gdzie indziej. A to bardzo mnie cieszy, choć nie należę do specjalnie przesądnych.

I uśmiechnął się z pewnym wysiłkiem, bo rozmowa zeszła na bitwę o Marsh, czyli na drugą walkę, jaką w życiu stoczył z Honor Harrington. Za pierwszym razem wziął ją do niewoli. Za drugim razem skopała mu dupę, aż gwizdało, co przyznawał uczciwie i publicznie.

To był koszmar, który czasami jeszcze nawiedzał go w nocy. Cel ataku był o czterysta lat świetlnych od domu, on dysponował flotą, która miała zaatakować nieprzygotowanego, niczego nie podejrzewającego i słabszego przeciwnika, a okazało się, że wpadła w bardzo starannie przygotowaną zasadzkę. Prawdę mówiąc, w najgorętszym momencie nie spodziewał się, że któremukolwiek z jego okrętów uda się uciec, a zdołał wyprowadzić z pułapki prawie jedną trzecią sił. Gdyby nie nowa taktyka obronna Shannon Foraker, nie wyprowadziłby żadnego. A to jeszcze nie był koniec, bo choć zmylił pościg, jego okręty były tak uszkodzone, że o użyciu pasma powyżej delty nie było co marzyć. A przy prędkości ledwie 1300 c podróż do domu trwała ponad trzy standardowe miesiące. Przez ten czas miał do dyspozycji tylko pokładowe zapasy. Mógł jedynie patrzeć, jak ranni umierają lub dochodzą do siebie – o wiele częściej umierali, bo stracił ponad 30% personelu medycznego. Okręty zaś albo odmawiały posłuszeństwa i trzeba było je zostawiać po ewakuowaniu załogi, albo udało się je naprawić prowizorycznie i leciały dalej. W tym wypadku stosunek był odwrotny: częściej udawało się naprawić. Przez cały ten czas nie miał naturalnie pojęcia, jak poszła reszta operacji Thunderbolt.

Okazało się, że doskonale, jeśli nie liczyć tego, że Javier nie zaatakował Trevor Star, ale o to nie sposób było mieć doń pretensji, tak jak do niego nikt nie miał pretensji za to, co w systemie Marsh spotkało Czwartą Flotę. A raczej nikt poza paroma politykami, którzy pyskowali tyleż głośno co głupio i znaleźli się na prywatnej liście przesrańców Lestera Tourville’a, który serdecznie żałował, że w Republice nie wprowadzono pojedynków wzorem Królestwa Manticore. Były to na szczęście wyjątki, a o tym, że nikt z dowództwa nie miał doń zastrzeżeń, najlepiej świadczyło to, że otrzymał dowództwo Drugiej Floty.

Był to zupełnie nowy związek taktyczny, bo starą Drugą Flotę rozwiązano po zakończeniu operacji Thunderbolt, a te eskadry, które weszły do nowej, i tak dostały nowe okręty prosto ze stoczni Shannon Foraker. Kiedy przydzielono mu dowództwo, dowiedział się też, że przez co najmniej rok standardowy Druga Flota nie weźmie udziału w walce, a jej istnienie objęte jest całkowitą tajemnicą. Miała być kastetem, o którym przeciwnik dowie się dopiero, gdy poczuje go na swojej szczęce.

 

Jednak jak wiadomo, nawet najlepsze plany ulegają czasem zmianie i dlatego nie za bardzo się zdziwił, gdy dostał do wykonania plan operacji Gobi. Nie wymagała ona użycia pełnych sił, utworzył więc zespół wydzielony z doświadczonych jednostek, no i naturalnie objął nad nim dowództwo, bo nigdzie wyraźnie mu tego nie zabroniono.

– To powinno być interesujące – dodał po chwili. – Nie brałem udziału w ataku na Zanzibar w ramach operacji Ikar, ale nie sądzę, żeby jego mieszkańcy byli zadowoleni z powtórki. A Kalifat jest dla gospodarki Sojuszu równie ważny jak dla naszej wszystkie systemy dotąd zniszczone przez Harrington razem wzięte.

– Wiem, szefie. I to chyba jest drugi powód mojego niepokoju – przyznała DeLaney. – Królewska Marynarka musi sobie zdawać sprawę, jak ważny jest dla Sojuszu Zanzibar, a skoro ostatnim razem zdradziła nam aż tyle o jego obronie, to znaczy, że musiała tam wprowadzić poważne zmiany i naprawdę wzmocnić stacjonujące siły.

– I to właśnie zakłada plan operacji Gobi. Natomiast jeśli nie posłali tam naprawdę dużych sił, będziemy mieli do czynienia z wariantem czegoś, co już znamy. A w przeciwieństwie do RMN wysyłamy tam rzeczywiście silny związek taktyczny i sądzę, że to nowe doświadczenie spodoba się znacznie bardziej nam niż im.


Honor stała na pomoście flagowym HMS Imperator i przyglądała się głównej holoprojekcji taktycznej pokazującej Ósmą Flotę podzieloną na dwa zespoły wydzielone i zmierzającą ku granicy przejścia w nadprzestrzeń.

Ślady krwi zostały dawno usunięte, zniszczone wyposażenie zastąpiono nowym, ale nikt z dyżurnej obsady mostka nie zapomniał, że zginęło sześć osób, które znali. Obserwując symbole spieszące ciągle ku granicy przejścia, analizowała swe emocje. Najsilniejszy był żal i poczucie winy.

Zbyt wielu gwardzistów zginęło czy to w jej obronie, czy po prostu w bitwach, w których gdyby nie ona, nigdy nie wzięliby udziału. Gdy ten los spotkał pierwszych, była na nich zła, bo czuła się odpowiedzialna za ich śmierć; dopiero potem, stopniowo, zrozumiała, że wprawdzie zginęli, bo byli jej gwardzistami, ale zgłosili się przecież na ochotnika. I do Gwardii Harrington, i potem do jej osobistej ochrony. Służyli jej, bo chcieli, i choć żaden nie pragnął śmierci, ginąc, wiedzieli, że służyli komuś, kto był tego wart. Tak jak ona sama była tego pewna po pierwszym spotkaniu z Elżbietą III. A jej zadaniem nie było utrzymywanie ich przy życiu, ale pozostawanie wartą tego poświęcenia.

Mimo tej świadomości wolałaby, aby żyli, a ich śmierć naprawdę jej ciążyła. Co się zaś tyczyło ostatniego zdarzenia, najboleśniej odczuła śmierć Timothy’ego Mearesa.

Stała prawie dokładnie tam, gdzie wówczas, i choć wiedziała, że nie miała wtedy wyboru, niewiele to pomagało. Podobnie jak świadomość, że Tom o tym wiedział i że był szczęśliwy, że umiera po tym, co go spotkało. Tylko że to nadal było to samo – konieczność wybrania mniejszego zła…

Nimitz bleeknął z naganą, i chcąc nie chcąc, wzięła się w garść. Jemu też było smutno po śmierci Simona i Tima, ale w przeciwieństwie do niej nie obwiniał się o ich los. Oprócz żalu w jego emocjach dominowała nienawiść i chęć dorwania tych, którzy wysłali Mearesa zaprogramowanego jako zabójcę.

I Honor zdawała sobie sprawę, że Nimitz ma rację.

Nie wiedziała, kto zlecił zamach na nią i kto go zaplanował. Nie wiedziała też, kto wynalazł sposób umożliwiający jego wykonanie ani nawet jaki to dokładnie był sposób. Ale przyrzekła sobie, że się dowie. A kiedy już będzie wiedziała, kto to taki, zajmie się nim osobiście.

Nimitz bleeknął ponownie – tym razem z pełnym zrozumieniem i aprobatą.


– 21. Zespół Wydzielony gotów do wyruszenia, sir – zameldowała kapitan Celestine Houellebecq dowodząca superdreadnoughtem Guerriere, który był okrętem flagowym Drugiej Floty.

– Co? – zdziwił się Tourville, spoglądając na ekran łącznościowy fotela. – Żadnych niespodziewanych opóźnień? Żadnej łapanki dezerterów na planecie?

– Żadnych, sir. Kazałam profosowi zastrzelić każdego spóźnialskiego i zostawić trupa na lądowisku jako przestrogę dla innych.

– To lubię! Zawsze znajdziesz jakiś sposób, żeby odpowiednio zmotywować podkomendnych.

– Staram się, sir.

– No to w takim razie ruszamy. Nieuprzejmie jest się spóźniać, nawet na niespodziewaną wizytę.

– Zgadza się, sir – potwierdziła kapitan flagowa i zajęła się wydawaniem rozkazów.

21. Zespół Wydzielony zaczął opuszczać orbitę parkingową i Tourville skupił uwagę na ekranie taktycznym fotela ukazującym szczegóły tego manewru. A siły go wykonujące były niczego sobie: cztery eskadry okrętów liniowych, dwie eskadry krążowników liniowych, sześć lotniskowców klasy Aviary oraz okręty eskorty plus trzy szybkie tendry amunicyjne wyładowane zasobnikami holowanymi.

Żaden z okrętów liniowych nie miał więcej niż trzy lata standardowe i Tourville ponownie poczuł dumę. Marynarka Republiki mogła technicznie nie dorównywać Royal Manticoran Navy, ale w przeciwieństwie do niej powstała z popiołów niczym Feniks. Jego oficerowie i starsi podoficerowie wiedzieli, jak to jest przegrywać bitwę po bitwie, ale wiedzieli też, jak to jest, gdy się je wygrywa. Co więcej, spodziewali się zwycięstw. Ciekaw był, czy RMN zdawała sobie sprawę, co to znaczy.

Jeśli nie, za dwa tygodnie powinna to pojąć.


– Wykryliśmy ślad wyjścia z nadprzestrzeni dwóch jednostek, sir. To najprawdopodobniej niszczyciele lub lekkie krążowniki – zameldował porucznik Bibeau.

– Gdzie? – spytał kapitan Durand, podchodząc.

– Czterdzieści dwie minuty świetlne od słońca, z naszej strony i dokładnie w płaszczyźnie ekliptyki.

– A więc lisy wybrały się na zwiad w kurniku – stwierdził Durand.

Porucznik Bibeau spojrzał na niego dziwnie, ale nie odezwał się. Wywodził się ze slumsów Nouveau Paris, a Durand z rolniczej planety Rochelle. Często używał dziwacznych a niezrozumiałych powiedzonek czy porównań, jak na przykład to. No bo kto normalny wie, co to jest „kurnik”?

– No dobra – odezwał się Durand. – Proszę mieć oko na gości. Jeśli zdołamy zauważyć ich sondy, to dobrze, ale przede wszystkim chcę natychmiast wiedzieć o wyjściu z nadprzestrzeni jakichkolwiek następnych okrętów.

– Aye, aye, sir.

Durand poklepał go po ramieniu, odwrócił się i powoli wrócił na swój fotel.

Gdzieś tam wrogie sondy zaczęły przeczesywanie systemu Solon, szukając informacji o jego obronie. Dobrze wiedział, co znajdą: parę klasycznych superdreadnoughtów, niepełną eskadrę krążowników liniowych i 200 kutrów. Niezbyt imponujące siły.

A kapitana Alexisa Duranda dowodzącego obroną systemową jakoś to absolutnie nie martwiło.

ROZDZIAŁ XXXV


Mamy pełen raport komandora Estwicke’a, milady – zameldowała Andrea Jaruwalski.

– Doskonale. – Honor odwróciła się od głównego ekranu wizyjnego.

Widać na nim było okręty 82. Zespołu Wydzielonego lecące przez nadprzestrzeń na tyle blisko, że można było dostrzec żagle najbliższych, jak choćby Intoleranta, okrętu flagowego kontradmirała Allena Morowitza dowodzącego dywizjonem. Trzystukilometrowej średnicy kręgi błękitnego ognia wyglądały niczym przedziwne błyskawice i Honor zawsze obserwowała je z przyjemnością.

– No to obejrzyjmy go – powiedziała, podchodząc do stanowiska taktycznego, na którego ekranie wyświetlone były informacje zebrane przez oba niszczyciele.

– Spodziewaliśmy się większych sił – zauważyła po chwili Jaruwalski.

– Ano spodziewaliśmy się – potwierdziła Honor, pocierając czubek nosa.

Założyli, że w systemie Lorn będzie stacjonowało więcej okrętów niż w systemie Solon, i dlatego dokonała z Alice paru wymian: w zamian za eskadrę krążowników liniowych Henke oraz 12. Eskadrę Ciężkich Krążowników dała jej oba superdreadnoughty McKeona, eskadrę Matsuzawy i 7. Eskadrę Ciężkich Krążowników wyposażonych w okręty klasy Saganami-C. 12. Eskadra składała się ze starszych okrętów klas Saganami i Star Knight.

– Dwa superdreadnoughty, siedem krążowników liniowych i sto dziewięćdziesiąt kutrów – powiedziała głośno.

– Plus gęsta sfera zasobników otaczająca przemysł orbitalny, milady – dodała Andrea.

– I druga tutaj, wokół Merlina. – Honor zmarszczyła brwi. – Dość dziwna lokalizacja, nie sądzisz?

– Sądzę – przyznała Jaruwalski, przyglądając się grupie symboli. – Są zbyt daleko, by mogły osłonić centra górnicze w pasie asteroidów. Chyba że na księżycach Merlina dzieje się coś, o czym nie wiemy.

– Możliwe – zgodziła się Honor, przyglądając się gazowemu olbrzymowi niewiele mniejszemu od Jupitera. – Zgodnie z danymi astro dwa z nich są prawie wielkości Manticore, a w sumie jest ich jedenaście, jakieś kopaliny warte zachodu mogą się więc tam znaleźć. Ale Merlin jest po drugiej stronie słońca i zbyt daleko od Arthura, by sobie nim zawracać głowę. Myślę, że go zignorujemy i skupimy się na przemyśle orbitalnym i górnictwie w pasie Nimue.

– Też mi to pasuje, milady.

– Wygląda na to, że najlepszy będzie plan Alfa Trzy – dodała Honor. – Bez zbędnych fanfar i przyległości.

– Mam poinformować admirała Miklósa? – spytała Jaruwalski.

– Naturalnie. I powiedz mu, żeby sprawdził, czy dowódcy skrzydeł znają zapasowe miejsca spotkań.

– Oczywiście, milady. – Jaruwalski przyjrzała jej się z namysłem. – Jest jakiś konkretny powód tego przypomnienia?

– Nic, co umiałabym nazwać, ale jestem jakaś nerwowa. Tak jak powiedziałaś: tak ważny system powinien mieć silniejszą obronę.

– Zgadza się, milady. Myśli pani, że czeka nas powtórka Chantilly?

– Nie… Estwick zna się na tym, co robi, a po Chantilly wszyscy są wyczuleni na podobną sytuację, dlatego zresztą zwiad trwał osiemnaście godzin dłużej… Jestem pewna, że gdyby coś groźnego kryło się w tym systemie, Ambuscade i Intruder by to znalazły. Solon leży w samym środku fali grawitacyjnej. Zawsze robię się podejrzliwa, operując w takim systemie.

Jaruwalski pokiwała głową – żaden oficer nie lubił atakować systemu położonego w fali grawitacyjnej, chyba że był całkowicie pewien, że ma siły zapewniające zwycięstwo, a to z bardzo prostego powodu. Okręt nie mógł przetrwać wejścia w falę grawitacyjną bez sprawnych żagli, a tych nie dało się uzyskać, jeśli zniszczony został choćby jeden węzeł alfa. Oznaczało to, iż jedno pechowe trafienie skazywało go na zagładę, jeśli reszta atakujących sił została zmuszona do wycofania się w nadprzestrzeń.

Jaruwalski podejrzewała, że to głównie dlatego Honor osobiście prowadziła ten rajd. Drugą przyczyną było założenie, jak się okazało błędne, że system posiadający tak silną gospodarkę i dużą populację będzie znacznie solidniej broniony.

– Jak ci już powiedziałam, nie ma żadnego konkretnego powodu, ale niech Samuel to sprawdzi. – Honor uśmiechnęła się krzywo. – Nie próbuję zyskać reputacji osoby o nieomylnej intuicji, jeśli więc okaże się, że się pomyliłam, sama najbardziej się z tego ucieszę.


– Kapitan Durand proszony na stanowisko dowodzenia! – rozbrzmiało nagle z głośnika. – Powtarzam: kapitan Durand proszony natychmiast na stanowisko dowodzenia!

Alexis Durand zaklął, wcisnął klawisz spłuczki i trzymając oburącz spodnie, wpadł na drzwi ubikacji, po czym dopinając przyodziewek w biegu, ruszył ku stanowisku dowodzenia, wzbudzając radość w grupie techników. Wpadł przez drzwi, ledwie te się otworzyły, i z piskiem obcasów zahamował obok fotela porucznika Bibeau, sprawcy alarmu.

 

– Chciał pan wiedzieć, gdy zjawią się kolejni goście – poinformował go Bibeau, wskazując na ekran taktyczny. – No to pana zawiadomiłem.

– Widzę. Poinformował pan admirała Deutschera?

– Tak, sir. I obsługę Moriarty’ego.

– Bardzo dobrze. Kto się zjawił?

– Mamy dwadzieścia siedem źródeł napędu, sir. Wygląda to na siedem superdreadnoughtów lub lotniskowców, jedenaście krążowników liniowych lub ciężkich i dziewięć lekkich krążowników lub niszczycieli. Z naszej strony i tuż przed granicą przejścia. Plus naturalnie te dwie jednostki, które już są w systemie.

– Oczywiście – przytaknął Durand i uśmiechnął się drapieżnie.

– Panie kapitanie, gubernator Mathieson pyta, czy ma zacząć ewakuację stacji orbitalnych – zameldował dyżurny podoficer przy konsoli łączności.

– Przekaż jej, że tak, i przypomnij, że ma to być ostentacyjne.

– Aye, aye, sir.

Durand ponownie skupił uwagę na ekranie taktycznym i po chwili namysłu spytał:

– Kutry nie wystartowały z lotniskowców?

– Nie, sir.

– Dobrze. Proszę mnie poinformować, gdy tylko to nastąpi lub gdy te okręty przekroczą granicę przejścia w nadprzestrzeń albo któryś z nich wykona mikroskok.

– Aye, aye, sir.

Durand jeszcze przez chwilę przyglądał się ekranowi, po czym podszedł do swego fotela i rozsiadł się w nim wygodnie. Kontradmirał Deutscher był starszy stopniem, ale za tę część operacji to on był odpowiedzialny, toteż zwalczył chęć, by już wysłać wiadomość. Sytuacja musiała się najpierw wyklarować.


– Dobra, Samuel: daj rozkaz startu – poleciła Honor.

– Aye, aye, milady – potwierdził wiceadmirał Miklós i odwrócił się od kamery.

Moment później z HMS Succubus oraz czterech innych spośród sześciu lotniskowców wchodzących w skład 82. Zespołu Wydzielonego zaczęły startować kutry. Maszyny bazujące na HMS Unicom pozostały na miejscu jako osłona słabo uzbrojonych lotniskowców, podobnie jak trzy lekkie krążowniki Mary Lou Moreau: Clotho, Samurai i Tisiphone. Reszta okrętów skierowała się w głąb systemu.

Mogła pozwolić sobie na to, by zostawić z lotniskowcami część krążowników liniowych, ale ciągle czuła się tak, jakby ktoś celował w jej plecy, wolała więc nie rozpraszać swoich sił. 600 kutrów utworzyło sferę wokół okrętów, które wystrzeliły sondy zwiadowcze i skierowały się ku planecie Arthur.


– Wrogie okręty przekroczyły granicę przejścia, sir – zameldował Bibeau. – Ich prędkość to 2610 km/s, odległość od Arthura 10 minut 20 sekund świetlnych, przyspieszenie 4,81 km/s2.

– Nie rozdzieliły się?

– Wygląda na to, że lotniskowce i trzy lekkie krążowniki pozostały na miejscu pod osłoną jednego skrzydła, a cała reszta leci do nas, sir.

Durand pokiwał głową.

W sumie nie był arni zaskoczony, ani rozczarowany. Od początku żywił przekonanie, że próba zwabienia wroga w okolice Merlina nie uda się, ale należało spróbować. A poza tym potrzebowali czegoś, by zamaskować Tarantulę.

– Kiedy dotrą do Arthura?

– Przy tym przyspieszeniu za trzy godziny siedemnaście minut, sir. Za godzinę i trzydzieści cztery minuty zaczną wytracać prędkość.

– Doskonale. Dyżurny łącznościowiec!

– Słucham, sir.

– Proszę wysłać dane od porucznika Bibeau do Tarantuli i polecić porucznikowi Sigourneyowi, by wziął się do roboty.

– Aye, aye, sir.


– Superdreadnoughty się ruszyły, ma’am – oznajmiła Jaruwalski.

Honor przerwała rozmowę z Brigham i spojrzała na holoprojekcję taktyczną. Jej okręty od trzydziestu siedmiu minut leciały w głąb systemu i osiągnęły prędkość 13 191 km/s, pokonując nieco ponad 17 milionów kilometrów od granicy przejścia w nadprzestrzeń, a do celu pozostało jeszcze 166 milionów kilometrów. Przy wrogich okrętach pojawiły się wektory oznaczające, że opuściły one orbitę parkingową i otoczone przez kutry ruszyły na jej spotkanie.

– Dziwne – mruknęła po chwili, marszcząc brwi.

– Ma’am? – spytała Brigham.

– Mówię, że to dziwne – powtórzyła Honor. – Już to, że lecą ku nam, jest dziwne, bo powinni czekać głęboko w strefie rażenia zasobników obrony systemowej. Jeśli utrzymają to przyspieszenie, spotkają się z nami na granicy zasięgu ognia tych zasobników, co poważnie zmniejszy celność wystrzelonych przez nie rakiet, za to ich okręty znajdą się bliżej nas niż zasobników, co zwiększy celność naszych rakiet. Na dodatek, sądząc po rozwijanym przez nie przyspieszeniu, nie holują zasobników.

– Panika czy podstęp? – spytała zwięźle Brigham.

– Nie bardzo wiem, jaki to mógłby być podstęp… Nasze sondy uzyskały wizualny obraz obu superdreadnoughtów. To klasyczne jednostki, nie rakietowe, bez zasobników nie dysponują więc wielostopniowymi rakietami. Naturalnie mogą mieć ich kilkanaście wewnątrz ekranów, ale to nie wystarczy do nawiązania z nami równorzędnego pojedynku, zwłaszcza że mamy Katany. A na panikę jest trochę za późno… Jesteśmy tu od czterdziestu pięciu minut, a oni ruszyli tak szybko, że musieli mieć napędy w stanie pogotowia, gdy się zjawiliśmy. To sensowne posunięcie, jeśli wykryli, że dokonujemy rozpoznania, ale to znaczy, że mogli ruszyć kwadrans po odkryciu, że się zjawiliśmy. Dlaczego więc czekali pół godziny?

– Właśnie: dlaczego? – spytała Brigham.

– Nie wiem – przyznała Honor, pocierając ponownie czubek nosa. – Wygląda to na panikę, ale coś mi tu nie pasuje.

Wstała, wzięła w objęcia Nimitza ubranego w skafander próżniowy i podeszła do stanowiska Andrei Jaruwalski.

– Jak im idzie ewakuacja? – spytała.

– W rozkwicie, milady. – Jaruwalski wskazała na ekran, na którym widoczny był obraz z jednej z sond znajdujących się w pobliżu planety. – Ściągają wszystkich tak szybko, jak mogą.

– I nadal ani słowa od władz systemu, Harper? – spytała Honor oficera łącznościowego.

– Ani słowa, milady – potwierdził Harper Brantley.

Honor skrzywiła się.

– A te impulsy grawitacyjne nadal odbierasz? – upewniła się.

– Tak! Większość wyłapują sondy, ale my też sporo. Przypominają naszą łączność grawitacyjną w bardzo wczesnym stadium, a konkretnie meldunki systemu wczesnego ostrzegania, milady. Częstotliwość impulsów jest mała, przekazywane informacje są więc raczej ograniczone, ale są też dwa szybsze nadajniki.

– Gdzie?

– Jeden na tej stacji kosmicznej – odparła Jaruwalski, podświetlając największą stację orbitalną o wielkości równej 20% wielkości Hephaestusa.

– A drugi? – spytała Honor.

– Tutaj.

Na ekranie pojawił się drugi pulsujący punkt na orbicie Merlina, czyli o dobre 40 minut świetlnych poza granicą przejścia w nadprzestrzeń.

– Rozmawiają ze sobą, Harper?

– Tak, milady. Co prawda nie mam pewności, ale analiza sygnałów i częstotliwości na to właśnie wskazuje.

– Dzięki.

Honor powoli wróciła na swój fotel, drapiąc odruchowo Nimitza za uszami.

– Znam tę minę – odezwała się cicho Brigham. – O co chodzi?

– Że co?

– Powiedziałam, że znam tę minę. O co chodzi?

– Nie wiem, ale coś tu śmierdzi, i to mocno. Ich zachowania do siebie nie pasują: paniczna ewakuacja przemysłu, bezsensowne ruchy okrętów, żadnej próby nawiązania łączności z nami, za to dwie gadatliwe radiostacje grawitacyjne. Zupełnie jakby sami nie wiedzieli, co właściwie chcą zrobić…

– Może tak właśnie jest. Jedna sprawa to wiedzieć, że się zostanie zaatakowanym, bo wróg dokonuje rozpoznania systemu, a druga to zobaczyć, jakie siły dokonują tego ataku.

– Może mam manię prześladowczą, ale nadal mi to śmierdzi.

– No cóż, nawet jeśli na orbicie Merlina są jakieś okręty, to znajdują się zbyt daleko, by stanowić dla nas zagrożenie. Poza tym Merlin jest po przeciwnej stronie Solona.

– Właśnie, więc… – Honor nagle urwała i wciągnęła głęboko powietrze.

– Co…? – zaczęła Brigham.

– Sidemore! – przerwała jej Honor. – Powtórka z bitwy i Marsh, tylko w drugą stronę: to my wpadliśmy w zasadzkę.

Teraz Brigham wciągnęła ze świstem powietrze głęboko w płuca.

– Musieliby wiedzieć, że się tu zjawimy – zaprotestowała.

– Co nie było aż takie trudne: mogli wywnioskować, jaki rodzaj celów nas interesuje. To, że zorganizowali zasadzkę akurat tutaj, to szczęśliwy traf, ale założę się, że nie jest to jedyny system, w którym przygotowano komitet powitalny. – Honor oderwała wzrok od holoprojekcji taktycznej i poleciła: – Harper, połącz mnie, proszę, natychmiast z admirałem Miklósem!


– Szkoda, że nie połknęli przynęty, sir – stwierdził kapitan Marius Gozzi przyglądający się wraz z Javierem Giscardem holoprojekcji taktycznej na pomoście flagowym superdreadnoughta rakietowego Marynarki Republiki Sovereign of Space.

– Istniała jedna szansa na trzy, że połkną, ale należało próbować – odparł Giscard.

Po czym odwrócił wzrok od holoprojekcji i zamyślił się głęboko. Sądząc z danych przesłanych przez system wczesnego ostrzegania, było wysoce prawdopodobne, że jednym z okrętów jest flagowiec Ósmej Floty Royal Manticoran Navy, a to znaczyło, że zasiadł do gry z najlepszym przeciwnikiem. Tyle że tym razem grał swoimi kartami. Które były znaczone.

Jedyną rzeczą, jakiej mu brakowało, były informacje w czasie rzeczywistym o tym, gdzie dokładnie znajduje się przeciwnik, ale takowych nie dało się uzyskać. Choć dzięki Tarantuli były one znacznie aktualniejsze niż dotąd, w nadprzestrzeń mogły dotrzeć wyłącznie przy użyciu jednostki kurierskiej, a to powodowało opóźnienie. Poza tym niewskazane byłoby zbyt częste ich wykorzystywanie, by mogłyby zostać zauważone przez przeciwnika.

Wyglądało na to, że jak dotąd napastnicy robili to, co chciał, by robili, poza połknięciem przynęty, jak to Gozzi określił, czyli zainteresowaniem się, co też na orbicie Merlina jest godnego obrony. Nie było nic poza Tarantulą i maskującymi jej obecność zasobnikami, jako że Shannon nie była w stanie na tyle zmniejszyć radiostacji grawitacyjnej nowej generacji, by sensory RMN jej nie zauważyły. Gdyby połknęli przynętę, musieliby rozdzielić siły, a gdyby te wysłane w kierunku Merlina zbliżyły się odpowiednio, znalazłyby się w pułapce. Gazowy olbrzym miał bowiem własną granicę przejścia w nadprzestrzeń, toteż nie mogłyby tam uciec, podczas gdy jego okręty by się do nich zbliżały. Na to jednak od samego początku zbytnio nie liczył.

Sprawdził wskazania chronometru – do przybycia kolejnego kuriera pozostały cztery minuty.

– Selma, przekaż, proszę, na wszystkie okręty: „Przygotować się do wykonania Alfa 3” – polecił.

– Aye, aye, sir – potwierdziła oficer operacyjny komandor Selma Thackeray.


– Słucham, milady? – na ekranie łącznościowym fotela Honor pojawił się admirał Miklós.

– To pułapka – oznajmiła zwięźle. – Nie potrafię tego udowodnić, ale jestem pewna. Zabieraj stąd lotniskowce zgodnie z planem Omega Jeden.

Widać było z miny Miklósa, że ma ochotę spytać, czy jest tego pewna, ale zdołał nad sobą zapanować.

– Rozumiem, milady. A wy?

– A my zaraz będziemy mieli pełne ręce roboty – oznajmiła ponuro. – Obawiam się, że czekają nas ciekawe czasy.


– Panie kapitanie!

– Słucham, Charles? – Durand obrócił się wraz z fotelem.

– Lotniskowce właśnie weszły w nadprzestrzeń! – zameldował Bibeau.

– Cholera!

Durand myślał intensywnie przez dobre dziesięć sekund. Mógł naturalnie istnieć zupełnie inny logiczny powód, dla którego przeciwnik zdecydował się wycofać lotniskowce w nadprzestrzeń, ale jakoś nie bardzo mógł w to uwierzyć. Najbardziej prawdopodobne było, że przeciwnik domyślił się, iż wpadł w pułapkę. Stłumił cisnące mu się na usta przekleństwa i polecił:

– Proszę przesłać ostatnie dane Tarantuli i powiedzieć, że zalecam natychmiastowe przekazanie ich admirałowi Giscardowi.