Wojna Honor cz. II

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wzrost ilości spraw, którymi musiały zajmować się urzędy, powodował stały rozrost biurokracji. Machina ta pochłaniała coraz więcej pieniędzy będących w dyspozycji rządu. Brakowało ich więc na wszystko inne, w tym, jak Zachary podejrzewała, także na flotę. Bo Marynarka Ligi, mimo iż najliczniejsza i uważająca się za najpotężniejszą i najlepiej stojącą technicznie, wcale taka nie była. Była to prawda w odniesieniu do mniejszych jednostek należących do Flot Granicznych, ale nie do okrętów liniowych stanowiących połowę sił każdej floty. Te były najprawdopodobniej przestarzałe o pół wieku standardowego w porównaniu do jednostek Royal Manticoran Navy, bo budżet floty też cierpiał na wzroście biurokracji, a najdroższe były nowe okręty liniowe oraz badania nad nowymi systemami uzbrojenia, o badaniach nad nową generacją okrętów nie wspominając.

A stan ten pogarszał się z każdym rokiem.

Gdyby Zachary była obywatelką Ligi, już to wystarczyłoby, aby czuła irytację. A flota była tylko jedną z dziedzin cierpiących z racji przeznaczenia coraz to większych kwot na biurokrację. Znacznie gorszym skutkiem tego procesu było to, że biurokraci, tworząc politykę zagraniczną, nie trudzili się konsultowaniem swych posunięć z wybranymi do Zgromadzenia przedstawicielami Ligi. Czego najlepszym przykładem było Biuro Bezpieczeństwa Granicznego.

Pierwotnie zostało pomyślane jako agencja mająca utrzymać stabilizację w pasie nadgranicznym poprzez pomoc w mediacjach między zasiedlonymi systemami nie wchodzącymi jeszcze w skład Ligi. By ten arbitraż był skuteczny wyposażono je w różne narzędzia – mogło między innymi oferować gwarancje bezpieczeństwa, obejmując jakąś planetę czy system protektoratem, na straży którego stała Marynarka Ligi. Miało także prawo udzielania specjalnych koncesji handlowych takim planetom.

Twórcy agencji spodziewali się, że w ten sposób uproszczą i ułatwią drogę do Ligi pojedynczym systemom planetarnym mającym na to ochotę. Ale to, co było piękną ideą i być może nawet praktyką ponad pięćset standardowych lat temu, gdy Biuro tworzono, szybko zmieniło się w narzędzie przymusu, ekspansjonizmu i niewolnictwa gospodarczego. Od dawna Biuro lub bezpieka, jak je potocznie określano, fabrykowało według własnego uznania prośby o objęcie protektoratem. Nie miało przy tym najmniejszego znaczenia, czy ludzie podpisujący te prośby reprezentowali lokalne władze ani czy mieszkańcy danej planety lub systemu tego chcieli. Potrzebny był pretekst do interwencji i taki pretekst znajdowano zawsze. Wysyłanie żandarmerii, która w całości podlegała bezpiece, by wprowadzić protektorat na planecie, która o to nie prosiła, było regułą. Naturalnie robiono to w imię obrony praw człowieka.

Biuro stało się machiną wciągającą do Ligi małe, niezależne i biedne państwa leżące w pobliżu jej granic, czy tego chciały czy nie. Większość z nich w sumie zyskiwała na tym ekonomicznie, ale dopiero po pewnym czasie.

Najpierw stawały się bowiem koloniami, których mieszkańcy nie mieli nic do powiedzenia, a jeśli protestowali, byli represjonowani. A ponieważ bezpieka jak każda agencja rządowa działająca bez ścisłego nadzoru była bardzo podatna na korupcję, szybko stała się aktywnym wspólnikiem międzynarodowych korporacji, linii przewozowych, frakcji politycznych. W imię ich interesów „chronione” były światy, które wcale sobie tego nie życzyły i często zupełnie tej ochrony nie potrzebowały. Krążyły uporczywe pogłoski, że część zarządzających Biurem ściśle współpracowała nawet z Manpower i podobnymi firmami, a także z Mesą.

Gromada Talbott miała przed sobą jakieś dwadzieścia do trzydziestu lat standardowych spokoju. Potem granica Ligi znajdzie się na tyle blisko, że Biuro zainteresuje się wchodzącymi w jej skład systemami.

– Gromada Talbott… – powiedziała Zachary cicho, bardziej do siebie niż do pozostałych.

Jefferson przytaknął.

– Zgadza się, ma’am. Posprawdzałem dane, jakie mamy w tym obszarze. Są przestarzałe o dziesięć czy nawet piętnaście lat standardowych, ale niczym nowszym nie dysponujemy. Populacja systemu Lynx to mniej więcej dwa i pół miliarda ludzi, a ekonomicznie przypomina on Grayson, przed przystąpieniem do Sojuszu, choć ma technikę na wyższym poziomie. Wygląda na to, że równie gęsto zaludnione są jeszcze dwa lub trzy inne systemy w Gromadzie, a średnia wynosi około półtora miliarda.

– I Lynx znajduje się około czternastu godzin lotu stąd – dodał Thatcher.

– To brzmi obiecująco – ucieszył się Kare. – Będziemy potrzebowali pomocy przy zakotwiczeniu terminalu. Szkoda, że nie są nieco bliżej, ale taka odległość i tak pomoże w rozwoju infrastruktury niezbędnej do sprawnego funkcjonowania terminalu.

– Tak… – mruknęła Zachary. – Sądzę, że pomoże…

Kare i Wix spojrzeli na siebie i uśmiechnęli się szeroko.

A ona zerknęła na Wilsona Jeffersona i w jego oczach dostrzegła odbicie swojego niepokoju.


Erice Ferrero udało się nie zakląć.

Nie przyszło jej to łatwo.

Stała obok stanowiska taktycznego i spoglądała przez ramię komandora porucznika Harrisa na czerwony symbol, którego opis był obrzydliwie wręcz znajomy.

– Definitywnie Hellbarde, ma’am – ocenił Harris. – Sygnatura napędu zgadza się idealnie. Cała reszta też.

– I nadal ani słówka od Gortza, Mecia? – upewniła się Ferrero, nie odrywając wzroku od ekranu.

– Nie, ma’am.

Po ostatnim patrolu uzyskała od wywiadu Sidemore pewne informacje na temat dowódcy Hellbarde. Nie było tego tyle, ile by sobie życzyła, ale przynajmniej znała jego imię: Guangfu, oraz wiedziała, że należy do grupy oficerów serdecznie nienawidzących Królestwa i Królewskiej Marynarki. Obejrzała też jego hologram – radośnie uśmiechnięty grubasek.

W ostatnim momencie powstrzymała się przed zgrzytnięciem zębami, poklepała Harrisa po ramieniu i wróciła na swój fotel.

A potem spojrzała wściekle na ekran taktyczny, a raczej znienawidzony symbol na nim widoczny.

Przez prawie trzy tygodnie Hellbarde nie snuł się za Jessicą Epps jak uparty cień i Ferrero już zaczęła mieć nadzieję, że Kapitän der Sterne Gortz znalazł sobie inną ofiarę do denerwowania. Był to, jak się okazało, niczym nie uzasadniony tryumf optymizmu nad zdrowym rozsądkiem, ale i tak była wdzięczna losowi za ten okres spokoju.

Który niestety właśnie się skończył.

Ferrero poczuła głęboką, zapiekłą wściekłość gotującą się gdzieś w jej wnętrzu. Przypominała wulkan przygotowujący się do erupcji.

Wzięła kilka głębokich oddechów i zmusiła się do przypomnienia sobie rozkazów księżnej Harrington. Podobnie jak większość dowódców okrętów stacjonujących w systemie Marsh była zachwycona, gdy dowiedziała się, że Harrington została mianowana dowódcą stacji Sidemore. Nie żeby miała coś przeciwko kontradmirałowi Hewittowi – był porządnym człowiekiem i kompetentnym oficerem flagowym, ale miała nadzieję, że przybycie Salamandry oznacza, iż ktoś w Admiralicji zaczął wreszcie poważnie traktować to, co dzieje się w Konfederacji. Przecież nie wysyłaliby jej, gdyby nie chcieli przekazać Imperium wyraźnego sygnału.

Niestety wyglądało na to, że czekało ją gorzkie rozczarowanie.

Najwyraźniej jakiś papierowy strateg uznał, że wystarczającym sygnałem będzie sama Harrington, bo posiłki, które wraz z nią dotarły, świadczyły, jak to ujął Bob Lewellyn, że „Admiralicja ma Sidemore w dupie”. Podkreśliło to jedynie niespodziewane przybycie imponującej liczby graysońskich okrętów. Ale chodziło nie tylko o słabość sił, ale przede wszystkim o rozkazy. Wynikało z nich bez cienia wątpliwości, że ani rządu, ani Admiralicji nic nie obchodzi to, co się dzieje w Konfederacji, jak też i to, że sporządzili je tchórze i durnie nie mający pojęcia o rzeczywistości.

Sprowadzały się one do tego, że Okręty Jej Królewskiej Mości na obszarze Konfederacji miały utrzymywać i strzec tradycyjnie rozumianej wolności przestrzeni, jak też terytorialnej nienaruszalności Konfederacji Silesiańskiej w stosunku do wszystkich, którzy chcieliby je naruszyć, równocześnie unikając prowokacji ze strony Imperialnej Marynarki i nie reagując w równie prowokacyjny sposób, jeśli uniknąć jej nie zdołają.

Nie ulegało wątpliwości, że taki stek bzdur i komunałów musiał tkwić kością w gardle takiemu oficerowi jak admirał Harrington, co zresztą widać było po wydanych przez nią rozkazach. Nowe zasady walki kładły nacisk na to, by unikać kontrprowokacji, co w części, jak Ferrero podejrzewała, było echem zniszczenia przez nią sond Hellbarde, choć nie usłyszała z tego powodu choćby jednego złego słowa. Oprócz tego napisano wyraźnie, że: „rozkazy te nie mogą zostać uznane za ważniejsze od odpowiedzialności kapitana za zapewnienie bezpieczeństwa okrętowi, którym dowodzi. Żaden oficer podejmujący stosowne działania, by to bezpieczeństwo zapewnić, kierujący się własną oceną sytuacji, nie może być uznany winnym ich naruszenia”. Traktowane łącznie, rozkazy te były sprzeczne, a zarazem wyjaśniały wszystko – pierwsza część została narzucona przez Admiralicję, musiała więc zostać przez Harrington uwzględniona, druga odzwierciedlała jej własne stanowisko. I oznaczała, że będzie bronić każdego oficera, który w samoobronie podejmie sensowne działania.

Taki rozkaz był niebezpieczny dla wydającego go, bo jeśli cokolwiek poszłoby nie tak, Harrington mogła być pewna, że ktoś w Admiralicji oskarży ją, iż zachęciła w ten sposób podległych jej oficerów do użycia siły. Prawdę mówiąc, wśród kapitanów przydzielonych do stacji Sidemore z pewnością byli tacy, którzy w ten właśnie sposób go zinterpretowali. Nie było ich wielu, ale wystarczył jeden w niewłaściwym czasie i miejscu.

 

Ferrero uczciwie przyznawała, że to ona może okazać się tym oficerem, zwłaszcza jeśli Gortz będzie ją prowokował tak jak w tej chwili. Od szesnastu godzin Hellbarde powtarzał bowiem każdy manewr jej okrętu, znajdując się dwieście tysięcy kilometrów wewnątrz skutecznego zasięgu standardowych rakiet, i nie odpowiadał na wezwania do identyfikacji. Gortz co prawda nie do końca naruszał w ten sposób międzyplanetarne prawo, ale balansował na krawędzi takiego zachowania. Każdy sąd wojenny uznałby, że Ferrero miała w tej sytuacji prawo rozkazać mu zwiększenie odległości i wziąć na cel wszystkie aktywne systemy kontroli ogniowej.

Na co miała olbrzymią ochotę i na co Gortz w pełni zasłużył.

Ale nie zrobiła tego z uwagi na rozkaz lady Harrington.

I dlatego gotowało się w niej. Zamiast dać bezczelnemu chamowi po łapach, podniosła jedynie stan gotowości okrętu do pogotowia bojowego, obsadziła uzbrojenie antyrakietowe i poleciła Harrisowi stałe aktualizowanie namiaru Hellbarde, ale wyłącznie przy użyciu pasywnych sensorów. Poza tym nie zrobiła nic, czyli w żaden zauważalny sposób nie zareagowała. Po trzecim wezwaniu przestała nawet żądać identyfikacji i podania zamiarów.

Nieco abstrakcyjnie zastanawiała się tylko, czy Gortz jest równie wkurzony tym, że ona go ignoruje, jak ona faktem, że jest przez niego śledzona. Ale to akurat miało niewielki wpływ na jej ogólne samopoczucie.

Bo niezależnie od przepełniającej ją wściekłości była zdecydowana wypełnić otrzymane rozkazy i nie dać mu pretekstu, którego najwyraźniej szukał.

Była też równocześnie gotowa poczęstować go pełną salwą burtową, jeśli oświetli jej okręt choćby jednym radarem artyleryjskim.

ROZDZIAŁ XXXV


Elaine Descroix nie lubiła zjawiać się w Izbie Lordów nawet w najlepszych momentach. Mogło to wydać się nieco dziwne, jako że było to tradycyjne miejsce spotkań, by nie rzec świątynia, wszystkich obrońców status quo w Królestwie, do których zaliczał się również obecny rząd. Powód był dość subtelnej natury – rodzina Descroix, choć należała do naprawdę bogatych, nie wywodziła się ze starej arystokracji, sama zaś Elaine wżeniła się w nią, jak to ładnie określano, jej związek z najwyższą warstwą społeczną był więc tym słabszy. Zwłaszcza że małżonek, sir John Descroix, zmarł czternaście standardowych lat temu, a ona nie miała najmniejszego zamiaru zastępować go nowym, bo straciłaby prawo do zasiadania w Izbie Lordów. Większość ludzi nie pamiętała o tym stanie rzeczy, ale ona sama, ani ci dobrze urodzeni, z którymi miała stałe kontakty, nie zapomnieli, że całkiem niedawno wepchnęła się tam, gdzie nikt jej nie zapraszał.

To poczucie niższości wynikające z urodzenia było też jednym z głównych powodów ambicji i żądzy politycznej władzy. A do złośliwości losu należało, że koalicja, do której należała, zdecydowana była za wszelką cenę utrzymać stan równowagi politycznej, w którym Elaine Descroix nigdy nie mogłaby zająć stanowiska, którego najbardziej pożądała – premiera Gwiezdnego Królestwa. Chyba że dostałaby tytuł szlachecki za zasługi dla tegoż Królestwa. Co było równie prawdopodobne jak to, że piekło zamarznie. Już choćby dlatego, że Michael Janvier, chcąc nadal mieszkać w rezydencji premiera, nigdy by jej nie nominował.

Dodatkowym powodem złego samopoczucia była dzisiejsza sesja, a raczej przyczyna jej zwołania. Ropiejący wrzód na dupie, czyli William Alexander i jego jeszcze bardziej dokuczliwy brat, umieścili temat negocjacji pokojowych i wystąpienia Pritchart na oficjalnej liście pytań. A to oznaczało, że zgodnie z niepisaną zasadą ktoś z rządu musiał pojawić się w Izbie Lordów, by odpowiedzieć na związane z tym pytania.

No a ona była w tym rządzie ministrem spraw zagranicznych, więc w żaden sposób nie mogła się wyłgać, i dlatego siedziała i słuchała monotonnych formułek wprowadzających.

– A teraz oddaję głos pani minister spraw zagranicznych – zakończył przewodniczący. – Pani minister?

I uśmiechnął się do niej równie fałszywie jak ona do niego, wstając i podchodząc do mównicy będącej równocześnie stanowiskiem komputerowym, z którego odpowiadali wszyscy wezwani do zeznawania przed Izbą Lordów.

– Dziękuję, panie przewodniczący – powiedziała uprzejmie i spojrzała na salę. – Dziękuję także członkom tej Izby za zainteresowanie, dzięki któremu mogłam się tu zjawić.

Uśmiechnęła się w ćwiczony od lat sposób i przez kilka sekund układała kilkanaście stron wydruków, które przyniosła. Nie były jej do niczego potrzebne, ale mogły pozwolić zyskać na czasie, gdyby padły niewygodne pytania – udawałaby, że szuka w nich faktów, naprawdę zastanawiając się, jak wybrnąć z kłopotliwej sytuacji.

Teraz przekładanie papierów nic by nie dało, szybko więc skończyła i zaczęła:

– Dziś dzień pytań, a ponieważ pierwszą kwestią na liście jest stan polityki zagranicznej Gwiezdnego Królestwa, rząd uznał, że najstosowniej będzie, jeśli wyjaśnień udzieli minister spraw zagranicznych. Czekam na państwa pytania.

Przez parę sekund nic się nie działo, po czym rozbłysło pulsujące zielone światełko oznaczające, że ktoś chce zabrać głos. Oczywiście umieszczone było nad fotelem lorda Williama Alexandra.

– Udzielam głosu lordowi Alexandrowi – powiedziała Descroix uprzejmie, co nikogo z obecnych nie zwiodło.

– Dziękuję – ton Alexandra też był uprzejmy, choć on nie miał na celu oszukiwania kogokolwiek. – W ostatnich wystąpieniach przed obiema izbami Kongresu Republiki Haven prezydent Eloise Pritchart oznajmiła, że jej rząd zamierza naciskać na negocjatorów Królestwa, by uzyskać konkretny postęp w rozmowach pokojowych toczących się między Republiką a Królestwem. Oznajmiła także, że Republika przedstawi nowe propozycje, implikując, że zamierza zażądać od nas szybkiej odpowiedzi. Czy otrzymaliśmy już też propozycje? A jeśli tak, to jakie one są i jak rząd zamierza postąpić?

Descroix opanowała odruch sięgnięcia po kartki. Pytania nie były dla nikogo zaskoczeniem, nie było więc sensu udawać.

– Znam tekst przemówienia prezydent Pritchart, milordzie – zaczęła ostrożnie. – I choć mogę się zgodzić, że ogólny ton był bardziej stanowczy, niż mogliśmy tego oczekiwać, nie jestem pewna, czy prezydent sugerowała zamiar postawienia jakichkolwiek żądań. Naturalnie to oczywiste, że rząd, który tak długo i z tak nikłymi efektami negocjuje pokój, by zakończyć krwawą wojnę, wykazuje pewne zniecierpliwienie. Rząd Jej Królewskiej Mości jest w pełni świadom, że przypadek ten stosuje się do rządu Republiki Haven, która w tych negocjacjach z oczywistych przyczyn ma słabszą pozycję. Członkowie rządu Jej Królewskiej Mości także nie są wolni od pewnego zniecierpliwienia, do którego mają prawo, niestety nadal pozostają pewne fundamentalne kwestie, co do których istnieje brak zgody. To komplikuje dalsze rozmowy. Jestem pewna, że oba rządy pragną jak najszybciej dojść do porozumienia, a wystąpienie prezydent Pritchart odzwierciedla uczucia nas wszystkich.

Zrobiła przerwę i uśmiechnęła się.

Alexander nie odwzajemnił uśmiechu, przyglądając jej się, jakby była nieświeżą rybą.

– Jeśli chodzi o pierwsze pytanie – podjęła – Rząd Jej Królewskiej Mości otrzymał korespondencję podpisaną przez prezydent Pritchart, a przesłaną przez biuro sekretarza stanu. Nie określiłabym jednakże jej treści jako żądania. Jest to zestaw propozycji, na które prezydent Pritchart oczekuje odpowiedzi, ale określenie „żądania” sugeruje postawę konfrontacyjną, której śladów nie ma w tym piśmie. Szczegółowa treść tych propozycji jest nieco delikatnej natury; tak skomplikowane i długotrwałe negocjacje wzbudzające w niektórych kwestiach gorące uczucia po obu stronach wymagają czasem większego zachowania tajemnicy, niż mogłoby się wydawać. Rząd Jej Królewskiej Mości liczy na wyrozumiałość tej Izby i prosi, by w tej sprawie uszanowała ona jego chęć zachowania dyskrecji.

– Choć w pełni rozumiem potrzebę zachowania dyskrecji w określonych okolicznościach, raczej trudno mi uwierzyć, aby zachodziły one w tej akurat sprawie – odparł Alexander. – Negocjacje trwają ponad cztery lata standardowe, a prasa i media omówiły już dawno najdrobniejsze ich szczegóły. Jeśli nota od prezydent Pritchart nie zawiera nowych lub całkowicie odmiennych od dotychczasowego stanowiska zajmowanego przez Republikę propozycji, nie widzę żadnego powodu, by ukrywać jej treść przed członkami tej Izby. W końcu druga strona zna je doskonale.

I uśmiechnął się chłodno.

Descroix omal nie sięgnęła po kartki. Zgodnie z niepisaną, ale także niewzruszalną zasadą opartą na precedensach konstytucyjnych mogła odmówić odpowiedzi tylko ze względu na wymogi bezpieczeństwa Gwiezdnego Królestwa. Miała tę możliwość, ale choć istniała szansa, że wśród obecnych znalazłby się jeden debil, który uwierzy, że jest to coś innego niż desperackie kłamstwo, to na pewno nie znalazłoby się takich dwóch. A jeśli ucieknie się do tego sposobu, potwierdzi tym samym, że są to żądania, co oznacza poważny wzrost napięcia w stosunkach między Republiką a Królestwem.

Istniała jednak druga możliwość uniknięcia odpowiedzi bez uciekania się do ostateczności.

– Żałuję, ale rząd Jej Królewskiej Mości zmuszony jest nie zgodzić się z panem w tej sprawie, milordzie – oznajmiła zdecydowanie. – W opinii rządu, jak i w mojej własnej jako ministra spraw zagranicznych interesom Gwiezdnego Królestwa i nadziei na postęp w negocjacjach z Republiką Haven nie posłuży naruszenie tajemnicy procesu negocjacyjnego. Dlatego muszę prosić o osąd tej sprawy szacowną Izbę, z nadzieją że jej członkowie poprą stanowisko rządu Jej Królewskiej Mości.

– Panie i panowie, minister spraw zagranicznych prosi o głosowanie w sprawie szczegółowej odpowiedzi na zapytanie szanownego członka Izby – ogłosił przewodniczący. – Proszę o wyrażenie opinii w tej sprawie. „Za” oznacza poparcie dla stanowiska rządu.

Descroix czekała spokojnie, pewna wyniku.

Głosowanie nie trwało długo i po niespełna minucie przewodniczący uniósł głowę znad ekranu, na którym wyświetlił się wynik.

– Panie i panowie, oto wynik głosowania – oznajmił. – Trzysta siedemdziesiąt pięć głosów popierających stanowisko pani minister i trzysta dziewięćdziesiąt jeden głosów przeciwnych oraz dwadzieścia trzy wstrzymujące się. Pani minister musi udzielić odpowiedzi na zadane pytanie.

Descroix poczuła się tak, jakby dostała młotkiem między oczy. Co prawda nigdy tego nie doświadczyła, ale to musiało właśnie tak wyglądać. Dzięki kilkudziesięciu latom politycznego doświadczenia jedynie zbladła, ale naprawdę była zszokowana. Przez cztery lata rządów gabinetu High Ridge’a Izba Lordów ani razu nie głosowała przeciwko rządowi, gdy ten odmawiał odpowiedzi na oficjalne pytania. O Izbie Gmin nie dało się tego powiedzieć, ale Izba Lordów stanowiła bastion solidnego poparcia, i tak też powinno być i tym razem.

Ponieważ głosowanie wypadło na jej niekorzyść, pozostały tylko dwie możliwości – odpowiedzieć lub odmówić, powołując się na bezpieczeństwo państwa, co pozbawiłoby rząd wiarygodności, a także poparcia Izby dla jego posunięć. Nikt bowiem nie uwierzyłby, że poparcie to wyniknęło z dojrzałej i przemyślanej decyzji merytorycznej. Jeszcze gorsze były liczby – już liczba wstrzymujących się była przykrym zaskoczeniem, ale gorsze było to, że opozycja mogła normalnie liczyć na mniej więcej trzysta pięćdziesiąt głosów. Ten wynik oznaczał, że co najmniej sześćdziesiąt osób, na poparcie których zwyczajowo mógł liczyć rząd, albo wstrzymało się od głosu, albo wsparło opozycję.

Długą chwilę milczała, opanowując się, zanim zdołała zmusić się do uśmiechu.

– Skoro Izba uznała za stosowne nie poprzeć stanowiska rządu, naturalnie jestem do pańskiej dyspozycji, milordzie – powiedziała.

– Dziękuję, pani minister – Alexander skłonił lekko głowę. – W takim razie ponawiam prośbę, by zapoznała pani Izbę z propozycjami prezydent Pritchart.

– Oczywiście, milordzie. Po pierwsze, prezydent Pritchart podkreśla, że od początku negocjacji stanowisko Gwiezdnego Królestwa w sprawie Trevor Star…


Elaine Descroix wmaszerowała do sali konferencyjnej z miną, na której widok Michael Javier skrzywił się odruchowo. Trzaśniecie drzwiami i wściekłe spojrzenie, jakim obrzuciła czekających na nią członków rządu, nie pozostawiały wątpliwości co do jej humoru.

 

High Ridge uznał, że rozsądniej będzie zostać zatrzymanym przez nie cierpiące zwłoki sprawy rządowe, niż wziąć udział w posiedzeniu Izby Lordów, z którego właśnie wróciła Descroix. Gdyby był obecny, a posiedzenie przebiegłoby źle, mógłby jako premier zostać wciągnięty w udzielanie wyjaśnień opozycji, a to w tych okolicznościach mu się nie uśmiechało. Descroix jako zwykły minister mogła stosować uniki i mogło jej to ujść płazem. Premier nie mógł. I nie uszłoby mu na sucho, gdyby mimo to próbował. Poza tym każdy minister był z założenia spisany na straty – zawsze mógł zażądać jego rezygnacji, gdyby coś wyszło na jaw lub gdyby potrzebował kozła ofiarnego. Gdyby teraz tak postąpił, musiałby rzecz jasna znaleźć Descroix inny stołek z uwagi jej na pozycję w Partii Postępowej, ale to nie nastręczało żadnego problemu. Wystarczyła kolejna reorganizacja rządu.

Naturalnie to, że nie wziął udziału osobiście, nie znaczyło, że nie oglądał transmisji z przebiegu obrad. Dlatego też doskonale rozumiał, dlaczego Descroix ma mord w oczach i wygląda na gotową dusić ofiary własnoręcznie.

Niekoniecznie z szeregów opozycji.

– Witaj, Elaine – powiedział spokojnie.

Warknęła coś, co przy dużej dozie dobrej woli można było uznać za powitanie, odsunęła gwałtownie fotel i nie tyle usiadła, ile opadła na niego.

– Przykro mi, że miałaś taki nieprzyjemny ranek – dodał High Ridge – i doceniam twoje wysiłki. Mówię to zupełnie szczerze.

– Dobrze, że to doceniasz! – prychnęła. – A jeszcze milej by było, gdybyś porozmawiał sobie od serca z Green Vale!

Jessica Burke, hrabina Green Vale, była odpowiedzialna za dyscyplinę głosowań popierających rząd w Izbie Lordów.

Nie była to żadna synekura, gdyż w skład rządu wchodziły partie o różnych ideologiach, o czym wszyscy obecni dobrze wiedzieli. Mimo to jak dotąd Green Vale dobrze wypełniała swe obowiązki. Ale też nie ulegało wątpliwości, że w najbliższym czasie nie powinna znaleźć się w jednym stosunkowo niewielkim pomieszczeniu z Descroix.

– Zapewniam cię, że z nią porozmawiam – odezwał się po chwili. – Choć obiektywnie rzecz oceniając, uważam, że zrobiła wszystko, co było w tych okolicznościach możliwe.

– Tak?! – Descroix spojrzała na niego wrogo. – Dlaczego nas nie ostrzegła, że możemy przegrać w głosowaniu?

– Zaważyło osiemnaście głosów – dodał High Ridge. – To zaledwie dwa procent osób biorących w nim udział.

– Ale łączna zmiana to sześćdziesiąt trzy głosy, wliczając wstrzymujących się! – parsknęła jadowicie Descroix. – A to już ponad osiem procent, i to nie licząc trzydziestu siedmiu, którzy raczyli się w ogóle nie zjawić!

Każdy obdarzony mniejszą pewnością siebie i poczuciem własnej wartości niż High Ridge zmieszałby się pod jej spojrzeniem albo i zawstydził. Po nim spłynęło ono jak woda po kaczce.

– Przyznaję, że był to nader niefortunny zbieg okoliczności – przyznał. – Ja natomiast chciałem ci tylko zwrócić uwagę, że różnica oddanych głosów była tak niewielka, że uważam za nieuczciwe winienie Jessiki za to, że nie zdała sobie wcześniej z tego sprawy.

– To po cholerę nam ktoś taki jak ona? – warknęła Descroix.

High Ridge nie odpowiedział, jako że pytanie było retoryczne.

Sama Descroix po dłuższej chwili wzruszyła ramionami i zmieniła temat:

– W każdym razie dzisiejsze fiasko może oznaczać poważne problemy.

– Problemy na pewno, ale jak poważne to inna sprawa. – High Ridge nie wyglądał na specjalnie zmartwionego.

– Nie oszukuj się: Alexander i White Haven chcieli krwi. A New Dijon też dołożył swoje… hipokryta zasrany!

High Ridge skrzywił się ponownie – na szczęście New Kiev była nieobecna dzięki kreatywnemu rozkładowi zajęć, jaki jej zorganizował. Była na spotkaniu z prezesem banku Manticore i rady Funduszu Rozwoju Międzyplanetarnego. Podejrzewał co prawda, że miała pełną świadomość celu jego zagrywki, ale protestowała jedynie z poczucia obowiązku, co mówiło samo za siebie. Zdołała dojść do ładu ze swoim sumieniem, wysyłając dobrego przyjaciela i jeszcze lepszego liberała, sir Harrisona Maclntosha, by dopilnował partyjnych interesów. W tej chwili MacIntosh wyglądał na równie nieszczęśliwego, jak zapewne wyglądałaby New Kiev po wysłuchaniu zwięzłej charakterystyki partyjnego kolegi, earla New Dijon.

High Ridge w tej kwestii całkowicie zgadzał się z Descroix. New Dijon zawsze starannie dystansował się od obecnego rządu. Nie znaczyło to naturalnie, by nie wiedział, z kim trzymać w imię własnych interesów, ale dokładał starań, by publicznie uchodzić za niezależnego, choć głosował jak należało.

Aż do dzisiaj.

To, że William Alexander wraz z braciszkiem poprowadzą atak, było tak pewne jak wschód słońca. Nikogo także nie zaskoczyło, że dobry tuzin posłów opozycji dołożył swoje pytania. Dziwne natomiast było, że dołączyli do nich trzej niezależni, którzy rutynowo wspierali dotąd rząd. A prawdziwym zaskoczeniem było włączenie się w proces wypytywania New Dijona.

– W sumie jego zachowanie może nam wyjść na dobre – ocenił niespodziewanie High Ridge.

– Proszę?! – Descroix spojrzała na niego, jakby mu rogi urosły.

Premier wzruszył ramionami i wyjaśnił:

– Nie chodzi mi o to, dlaczego to zrobił, ale o to, że to zrobił publicznie. Według prasy udowodnił tym samym niezależność i odwagę mówienia tego, co myśli, a pytania zadał niegroźne i nie przypierał cię do muru. W ten sposób świadomie czy nie, ale znalazł się w pozycji bufora, nie wyrządzając nam żadnej rzeczywistej szkody. A to znaczy, że gdy później wypowie się w duchu zatroskania, ale i pewności, że rząd dobrze radzi sobie z negocjacjami, jego oświadczenie dzięki dzisiejszym wątpliwościom będzie miało znacznie większą wagę.

– Naprawdę uważasz, że zrobił to właśnie dlatego? – spytała Descroix, nie kryjąc niedowierzania.

High Ridge ponownie wzruszył ramionami.

– Wątpię, ale tak naprawdę nic mnie to nie obchodzi – wyznał. – Jego poparcie w kwestii polityki zagranicznej zawsze było chwiejne, ale jednoznacznie wykazał, że zna konsekwencje upadku tego rządu dla Izby Lordów. Nie zdziwiłoby mnie więc, jeśli kierownictwo jego partii zdołałoby go przekonać o konieczności popierania nas w tej konkretnej sprawie. Nieprawdaż, Harrison?

Spojrzał na Maclntosha, który skrzywił się kwaśno. A potem z oporami, ale skinął głową.

– Jestem pewien, że earl New Dijon będzie… rozsądny, jeśli właściwie do niego podejdziemy – wtrącił niespodziewanie earl North Hollow.

Wszyscy odruchowo spojrzeli na niego mniej lub bardziej otwarcie.

High Ridge także, starannie ukrywając przy tym zaskoczenie. Nie miał pojęcia, że akta starego North Hollowa zawierały haka także na New Dijona.

– No cóż, dziś oberwaliśmy, i to zdrowo – odezwała się po chwili nieco mniej rozeźlona Descroix. – I nie ma sensu udawać, że jest inaczej.

– Chciałbym, żebyś była w błędzie – westchnął High Ridge.

Wiedział jednak, że tak nie jest – William Alexander wydusił z niej dokładną treść „propozycji” Pritchart, a jedynym sukcesem Descroix było uniknięcie konieczności dania mu samej wiadomości wysłanej przez sekretarza stanu Giancolę. Dzięki temu mogła złagodzić ostry, bezkompromisowy język oryginału i ukryć to, że Republika zajęła znaczniej bardziej stanowcze niż dotąd stanowisko. Po przeczytaniu oryginalnej wiadomości nikt nie mógłby mieć wątpliwości, że Pritchart ma dość odpowiadania na propozycje przedstawiane przez Królestwo, zamierza postawić własne żądania i uprzeć się, by Królestwo dla odmiany ustosunkowało się do nich. Już to, że Alexander wymusił ujawnienie treści pisma, było złe, ale potem nastąpiło coś jeszcze gorszego – do akcji wkroczył jego brat z pytaniem, jak też rząd ocenia wpływ posiadania przez Marynarkę Republiki nowych okrętów na przebieg negocjacji.

Descroix upierała się, że będzie on minimalny, zwłaszcza w obliczu kroków podjętych przez rząd w celu przywrócenia dotychczasowego stosunku sił. Było to dość niewygodne stanowisko, biorąc pod uwagę wcześniejszą, konsekwentnie powtarzaną przez White Havena opinię, że rządowe redukcje floty są niebezpieczne, nieuzasadnione i przedwczesne. Było to jednakże jedyne stanowisko, jakie mogła przyjąć, toteż zrobiła potem, co mogła, by je obronić.