Wojna Honor cz. II

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

David Weber

HONOR HARRINGTON

Wojna Honor

część II

Przełożył Jarosław Kotarski

Dom Wydawniczy REBIS

Tytuł oryginału: War of Honor Copyright © 2002 by David Weber All rights reserved Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2017 Informacja o zabezpieczeniach W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa. Redaktor: Anna Poniedziałek Opracowanie graficzne serii i projekt okładki: Jacek Pietrzyński Ilustracja na okładce: David Mattingly Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Wojna Honor cz. 2, wyd. I, dodruk, Poznań 2017) ISBN 978-83-8062-888-5 Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o. ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08 fax: 61 867 37 74 e-mail: rebis@rebis.com.pl www.rebis.com.pl Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

ROZDZIAŁ XXXI

ROZDZIAŁ XXXII

ROZDZIAŁ XXXIII

ROZDZIAŁ XXXIV

ROZDZIAŁ XXXV

ROZDZIAŁ XXXVI

ROZDZIAŁ XXXVII

ROZDZIAŁ XXXVIII

ROZDZIAŁ XXXIX

ROZDZIAŁ XL

ROZDZIAŁ XLI

ROZDZIAŁ XLII

ROZDZIAŁ XLIII

ROZDZIAŁ XLIV

ROZDZIAŁ XLV

ROZDZIAŁ XLVI

ROZDZIAŁ XLVII

ROZDZIAŁ XLVIII

ROZDZIAŁ XLIX

ROZDZIAŁ L

ROZDZIAŁ LI

ROZDZIAŁ LII

ROZDZIAŁ LIII

ROZDZIAŁ LIV

ROZDZIAŁ LV

ROZDZIAŁ LVI

ROZDZIAŁ LVII

ROZDZIAŁ LVIII

ROZDZIAŁ LIX

SŁOWNIK

Cykl Honor Harrington

Rodzicom adoptującym z prawdziwej miłości

Boże błogosław

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

ROZDZIAŁ XXXI


Jak nam wyszło czasowo, milady? – spytał uśmiechnięty Alfredo Yu. – Starałem się nie przeszkodzić w śniadaniu.

Znajdowali się w kabinie Honor, do której przyprowadził go Cardones, a James MacGuiness zajęty był podawaniem napojów.

– Właśnie skończyłyśmy z Mercedes deser – poinformowała go z podobnym uśmiechem Honor.

I spojrzała na Brigham z radosnymi błyskami w oczach.

Podobne miał siedzący na oparciu fotela Nimitz, zajęty kosmetyką wąsów.

– Nasze przybycie stanowiło, jak mniemam, przyjemną niespodziankę? – spytał Yu, spoglądając na Mercedes, która nim została szefem sztabu, dowodziła eskadrą liniową w Protector’s Own.

– Po tym, jak wyszliśmy ze zbiorowego szoku grożącego zawałami dzięki czyjemu poczuciu humoru to i owszem. – Brigham potrząsnęła głową. – Nadal nie mogę uwierzyć, że żadne z was nie uprzedziło mnie o tym!

– Nie byłoby to do końca uczciwe, skoro nie powiedziałam nikomu innemu, nieprawdaż? – spytała Honor.

I parsknęła śmiechem na widok miny i spojrzenia, jakie dostała w odpowiedzi.

– A istniał jakiś konkretny powód poza, jak to uprzejmie określiliśmy, „poczuciem humoru”, dla którego pani tego nie zrobiła? – spytała po chwili Brigham. – Chodzi mi o sztab, nie o wszystkich.

– Sądzę, że nie – przyznała Honor. – Ale skoro ludzie Alfredo dowiedzieli się, dokąd lecą, dopiero gdy dotarli do Konfederacji, wydało mi się… nie wiem… niestosowne, żeby was uprzedzać. Poza tym zdecydowaliśmy z Alfredo, że niespodziewane ćwiczenia, o których nie będziecie wiedzieli, że są ćwiczeniami, na pewno nam nie zaszkodzą.

I uśmiechnęła się niewinnie.

– To tłumaczenie można przyjąć tylko przy naprawdę dużej dozie dobrej woli – ocenił cierpko Cardones, po czym dodał, zwracając się do Yu: – Tak na wszelki wypadek: jesteśmy zachwyceni waszym przybyciem, sir.

– Kapitan Cardones mówi świętą prawdę, sir – podchwyciła Jaruwalski. – Dzięki wam podwoiła się liczba lotniskowców i superdreadnoughtów rakietowych.

– I nikt o tym nie wie – stwierdziła z satysfakcją Brigham. – Przynajmniej jeszcze nie.

– Ten kij ma dwa końce – uprzedziła Andrea. – Jeśli Imperium zdecyduje się na działanie na większą skalę, obecność okrętów admirała Yu będzie dla nich niemiłą niespodzianką. Ale jak długo o nich nie wiedzą, nie porzucą tego pomysłu w przekonaniu, że będą mieli do czynienia tylko z nami.

– Bez obaw, wieść rozniesie się piorunem – uspokoiła je Honor, odbierając od MacGuinessa kufel Old Tillmana. – Sieć JPDP, czyli „Jedna Pani Drugiej Pani”, istniejąca w Konfederacji jest jedyną szybszą od światła formą powszechnej łączności, jaką dotąd spotkałam. I w tym wypadku wcale mnie to nie martwi. Widzisz, Andrea, to nie Imperium było powodem tak ścisłego zachowania tajemnicy co do celu lotu jednostek admirała Yu.

– Operacja graysońska? – spytała Brigham.

Honor kiwnęła głową.

– I nie tylko – dodała. – Tyle że to nie ma prawa wyjść poza „rodzinę”.

Jaruwalski, Brigham i Cardones kiwnęli głowami prawie równocześnie.

– Mogę spytać, jak długo Protector’s Own pozostaną? – Jaruwalski spojrzała najpierw na Honor, potem na Yu.

– Dopóki patronka Harrington nie rozkaże nam wracać do domu – odparł z naciskiem Yu.

Na twarzy Jaruwalski pojawił się przelotny wyraz zaskoczenia i Yu potrząsnął głową.

– Przepraszam, ale moje rozkazy otrzymane od admirała Matthewsa i Protektora były… raczej kategoryczne w tej kwestii.

– Doceniam to, Alfredo, ale nie wiem, w jaki sposób mogłabym uzasadnić zatrzymywanie was w nieskończoność – przyznała Honor.

– Nie musi pani niczego uzasadniać, milady – wyjaśnił spokojnie Yu. – Naszym oficjalnym zadaniem jest udowodnienie zdolności do operowania w odcięciu od baz zaopatrzeniowych, dlatego mamy transportowce i jednostki warsztatowe. W tej chwili dysponujemy wszystkim, co może być nam potrzebne w ciągu minimum najbliższych pięciu miesięcy standardowych. Admirał Matthews oznajmił, że nie spodziewa się mnie zobaczyć, dopóki w zbiornikach nie będzie widać dna, a w magazynach podłogi.

– To bardzo uprzejme z jego strony, ale… – zaczęła Honor i umilkła, gdyż Yu grzecznie, ale zdecydowanie wszedł jej w słowo.

– Protektor uprzedził mnie, że to właśnie pani powie, milady. I kazał pani powtórzyć, że jako lojalny i posłuszny wasal ma pani użyć sił wybranych i wysłanych przez Protektora do osiągnięcia celu misji, o której rozmawialiście, gdy ostatni raz była pani na Graysonie. Wspomniał też o skutkach słusznego gniewu niezadowolonego pana lennego w wypadku wykazania przez panią wyjątkowej głupoty polegającej na odesłaniu posiłków, które są pani potrzebne, o czym oboje wiecie.

 

– On ma rację – dodała cicho Brigham. – Protektor, nie Yu. Wiem, że pani o tym aspekcie zadania nie rozmawiała z nikim z nas, ale spędziłam zbyt wiele czasu w graysońskiej służbie, by nie wiedzieć, o co chodzi Protektorowi. Jako poddana Korony uważam za haniebne, że potrzebujemy pomocy załatwianej w taki sposób. Jako graysoński oficer doskonale rozumiem, dlaczego Protektor tej pomocy udziela i chce, by była ona jak najskuteczniejsza. Ostatnią rzeczą, jakiej wszyscy potrzebujemy, to wojna z Imperium o Konfederację.

– Czy nasz głupi rząd zdaje sobie z tego sprawę czy nie – dodał Cardones nietypowym jak na siebie ponurym tonem.

– Cóż… – przyznała Honor nieco zaskoczona tak kompletną zgodnością podkomendnych. – Nie miałam zamiaru wysyłać Alfredo do domu jutro. Prawdę mówiąc, nie planowałam go tam wysyłać, dopóki nie będę miała pewności, że sytuacja jest pod kontrolą, czego spodziewam się najdalej w ciągu trzech-czterech standardowych miesięcy. Albo Imperium po odkryciu obecności Alfredo uzna, że Sojusz nie ustąpi, i zrezygnuje z konfrontacji w najbliższym czasie, albo uzna, że to nie ma znaczenia, i zacznie się strzelanina.

– A która możliwość jest według pani bardziej prawdopodobna, milady, jeśli wolno spytać? – zaciekawił się Yu.

– Chciałabym móc ci odpowiedzieć – wyznała szczerze Honor.


– I co teraz zrobimy?

Arnold Giancola uniósł głowę znad ekranu notesu, słysząc to płaczliwe pytanie. Nie zarejestrował wejścia Jasona. Teraz skrzywił się, odgadując dlaczego – brat wszedł z sekretariatu i zostawił za sobą szeroko otwarte drzwi.

– W stodole się nie chowałeś – warknął. – To zamykaj drzwi za dupą! Co prawda jest już po godzinach pracy, ale wolałbym, żeby żadnej naszej rozmowy nie podsłuchali jacyś pracusie.

Jason zaczerwienił się, słysząc jego ton, choć powinien był się już doń przyzwyczaić. Arnold nigdy nie należał do szczególnie cierpliwych, a przez ostatnie dwa standardowe lata stawał się coraz bardziej nerwowy. Tym razem jednak miał całkowitą rację, toteż Jason szybko zamknął za sobą drzwi i wszedł głębiej do gabinetu.

– Przepraszam – mruknął.

Arnold westchnął i potrząsnął głową.

– Nie, Jase, to ja przepraszam. Nie powinienem był tak na ciebie wsiąść. Widocznie jestem bardziej zirytowany, niż sądziłem.

– Byłbym zaskoczony, gdybyś nie był – Jason uśmiechnął się krzywo. – Wygląda na to, że gdzie się człowiek nie obróci, ktoś znajdzie nowy powód, żeby go wkurzyć.

– Czasami tak bywa. – Arnold odchylił fotel i ścisnął palcami nasadę nosa.

Niestety, na dominujące zmęczenie, jakie czuł, nie wywarło to żadnego skutku.

Jason obserwował go i czekał cierpliwie. Od początku to Arnold był przywódcą. Częściowo dlatego, że był o ponad dziesięć lat standardowych starszy, ale głównie dlatego, że był mądrzejszy, sprytniejszy i miał coś, czego Jason nie posiadał. Nie wiedział, co to jest, ale to było źródło doświadczanego przez wszystkich, którzy stykali się z Arnoldem, budzącego nieomal lęk magnetyzmu. Dlatego Jason przyznawał, że gdyby nawet to on był starszy, i tak Arnold byłby przywódcą.

Co się zaś tyczyło magnetyzmu, to jego skuteczność obejmowała prawie wszystkich. Na „efekt Giancoli”, jak nazywano go w Kongresie, zupełnie niepodatni okazali się na przykład Pritchart i Theisman…

– I co teraz zrobimy? – powtórzył, przypominając sobie, po co przyszedł.

Arnold przestał ściskać nos i opuścił ręce.

– Nie jestem pewien – przyznał. – Zaskoczyli mnie kompletnie tą konferencją prasową i oświadczeniem. Chyba byli bardziej czujni, niż sądziłem.

– Jesteś pewien? To mógł być zbieg okoliczności.

– Pewnie, że mógł. Jeśli tak uważasz, poszukam jakiegoś mostu na nie istniejącej rzece, żeby ci go sprzedać, albo innych gruszek na wierzbie.

– Nie powiedziałem, że uważam, że to był zbieg okoliczności – obruszył się Jason – tylko że to mógł być zbieg okoliczności. Bo mógł.

– Teoretycznie rzecz biorąc, wszystko może być zbiegiem okoliczności, więc z tego punktu widzenia masz rację – odparł cierpliwiej Arnold. – Ale w tej konkretnej sytuacji jest to tak mało prawdopodobne, że można tę ewentualność pominąć. To było celowe; wiedzieli, że rozmawiam z ludźmi, i musieli podejrzewać, że jesteśmy prawie gotowi, by ogłosić istnienie nowych okrętów, zrobili to więc sami, wybijając nam tym samym broń z ręki.

– McGwire pytał mnie o jej przemówienie – rzekł Jason.

Arnold jęknął – tajemnicze przemówienie miały na żywo transmitować wszystkie stacje prosto z gabinetu prezydenckiego. Pritchart miała je wygłosić wieczorem następnego dnia. To z jego powodu znajdował się w takim stanie ducha.

– Chciał wiedzieć, o czym ona będzie mówić – dodał młodszy Giancola. – Musiałem w końcu przyznać, że nie wiem. Chyba nie to miał nadzieję usłyszeć.

– Pewnie, że nie to. Co prawda nie widziałem tekstu, ale na podstawie tego, co od niej usłyszałem w ciągu ostatnich dwóch tygodni, przypuszczam, o czym będzie mowa, i nie jestem tym zachwycony.

– Myślisz, że poruszy kwestię negocjacji?

– Jestem tego pewien – poprawił go Arnold. – Powie wyborcom i Kongresowi, że energiczniej zamierza doprowadzić do podpisania pokoju. I dlatego to niemożliwe, by Theisman przypadkiem akurat teraz ogłosił to, co ogłosił.

– Bałem się, że właśnie coś takiego powie – westchnął Jason. – Wytrąci ci z rąk wszystkie argumenty.

– Myślisz, że o tym nie wiem? Ona też to wie. Jest znacznie lepszym taktykiem politycznym od Theismana, który zresztą był naszym najlepszym sojusznikiem, odwlekając decyzję z powodu obsesji na punkcie bezpieczeństwa. Gdyby nie Pritchart, słowa by nie pisnął, dopóki nie bylibyśmy gotowi. A tak ona przedstawi moje stanowisko odnośnie negocjacji, i tyle.

– Możemy coś na to poradzić?

– Chwilowo nic mi do głowy nie przychodzi – przyznał kwaśno Arnold. – Zaczynam się zastanawiać, czy celowo mnie nie wypuściła, żebym skompromitował się na tej sprawie i sam ukręcił sobie sznur na szyję. Każdy, z kim rozmawiałem, zna moje stanowisko, a jeśli ona teraz publicznie ogłosi, że takie właśnie przyjmuje w negocjacjach, pozbawia całą opozycję, jaką zmontowałem, podstaw.

Jeszcze bardziej odchylił fotel i wbił wzrok w sufit.

Jason obserwował go w milczeniu, z doświadczenia wiedząc, że przerywanie bratu pracy koncepcyjnej jest niezdrowe. Po chwili znalazł wolny fotel i usiadł przygotowany na długie czekanie.

Okazało się, że nie aż tak długie, jak się spodziewał – po paru minutach Arnold spojrzał na niego i uśmiechnął się. Wiedział, że brat orłem nie jest i nigdy nie będzie, ale był lojalny, energiczny, posłuszny i pełen entuzjazmu. A o takie cechy było trudno. Zdarzało się wprawdzie, że Jason dawał się ponieść temu entuzjazmowi. No i miał irytujący zwyczaj zadawania pytań, na które albo nie było odpowiedzi, albo też były one tak oczywiste, że każdy półgłówek powinien je dostrzec. Równocześnie jednak czasami te głupie pytania mobilizowały jego własne szare komórki, zupełnie jakby konieczność tłumaczenia czegoś oczywistego była katalizatorem.

Widząc ten uśmiech, Jason odruchowo usiadł prosto. Znał go i od razu zrobiło mu się raźniej.

– Myślę, Jase, że od chwili tej konferencji prasowej podchodziłem do sprawy z niewłaściwej strony – powiedział z namysłem. – Bo tak naprawdę, dopóki jestem sekretarzem stanu, ona nie może odebrać mi niczego. Może zbierać laury za każdy sukces w negocjacjach i przekonywać opinię publiczną, że sama zdecydowała się przyjąć twardsze stanowisko, ale to ja będę prowadził te negocjacje, nie ona.

– Będzie więc musiała się z tobą podzielić chwałą, jeśli się powiodą.

– Tak, ale akurat nie o to mi chodziło. Miałem na myśli to że cała korespondencja z Królestwem musi przechodzić przez moje biuro, wystarczy więc, że doprowadzą do tego, by zawierała ona to, co powinna.

Jason wygląd tak. jakby niewiele zrozumiał, ale Arnold zdecydował, że nie będzie go oświecał. Jeszcze nie. Prawdę mówiąc, żałował, że aż tyle powiedział. Znał bowiem talent brata do mówienia najmniej odpowiednich rzeczy w najmniej stosownych momentach.

Na szczęście Jason myślenie zawsze pozostawiał jemu i spokojnie czekał na wyjaśnienia i polecenia. A tego, co mu przyszło do głowy, lepiej było nie wyjaśniać. W tej sprawie Jason pomóc nie mógł; Arnold musiał zrobić to sam, więc najrozsądniej było nie obarczać brata zbędną wiedzą.

A sprawa była prosta. Dotychczas Arnold nie dostrzegał największej zalety swej pozycji. Albo raczej nie zdawał sobie sprawy, jak wielka jest naprawdę, jeśli wykorzystać ją właściwie. Ludzie mogli wierzyć, że nowe, twarde stanowisko było pomysłem pani prezydent, nie sekretarza stanu, ale on widział, że Pritchart brakowało charakteru, by stanąć Królestwu do oczu, jeśli tego wymagałoby osiągnięcie sukcesu. Gdyby opór zaczął grozić wznowieniem działań, tak Theisman, jak i ona poddaliby się i ustąpili.

On sam spędził zbyt wiele czasu tak na osobistych rozmowach z negocjatorami, jak i na wymianie korespondencji z Descroix by dać się zwieść. Jeśli Republika odpowiedziałaby twardo, rząd Królestwa ustąpiłby, bo High Ridge, Descroix i New Kiev do spółki mieli kręgosłup ameby, moralność wszy i odwagę zająca. Gdyby to Cromarty był premierem, sprawy mogłyby wyglądać inaczej, ale nie był i już nigdy nie będzie, a w obecnym rządzie nie było nikogo choćby zbliżonego doń pokrojem.

Należało więc stworzyć właściwą atmosferę i odpowiednie wrażenie. Sytuację, kiedy Pritchart, nie znająca tak dobrze członków rządu Królestwa jak on, uwierzyłaby, że jeśli Republika nie ustąpi, następnym krokiem będzie wznowienie walk. Jeśli Pritchart się załamie i podda, pokazując wyborcom, jaka jest naprawdę, a równocześnie on skorzysta z okazji i doprowadzi sprawę do szczęśliwego końca…

Uśmiechnął się w duchu. To będzie ryzykowne, bo z jednej strony będzie musiał znaleźć sposób, by sprowokować właściwą reakcję Królestwa, a z drugiej nie zdradzić Pritchart, że ma z tym coś wspólnego. Ale powinno się udać, biorąc pod uwagę głupotę i pychę High Ridge’a i Descroix. Będzie trzeba znaleźć kogoś zaufanego do kontaktów osobistych z nimi, zwłaszcza że będzie musiał dokonać osobiście pewnych… kreatywnych redakcji w pismach, a ten, kto będzie je dostarczał, musi być zwolennikiem całego pomysłu. To nie powinien być problem: coś mu mówiło, że ma wręcz idealnego kandydata…

Naturalnie będzie musiał uważać, żeby ten cholerny Usher o niczym się nie dowiedział, choćby dlatego że to, co planował, mogło być niezupełnie legalne. To zresztą też trzeba będzie sprawdzić… może nawet u Jeffa Tullinghama, jeśli uda mu się wymyślić stosownie hipotetyczną sytuację. Nawet jeśli legalne, takie posunięcie z pewnością nie będzie stanowić powodu do chwały, lepiej więc trzymać wszystko w tajemnicy. Nawet jeśli okaże się przewidującym politykiem o żelaznej woli i zbawcą pokoju, który zrobił to, co należało, wbrew błędnym instrukcjom niedojdy zajmującej prezydencki fotel.

Będzie też musiał dopilnować, by Królestwo faktycznie nie wznowiło działań, gdy Pritchart będzie przekonana, że tak właśnie się stanie. Na to był dość skuteczny sposób – zająć rząd Królestwa czymś innym.

A to można było już zacząć organizować. Zapraszając na kolację andermańskiego ambasadora…

ROZDZIAŁ XXXII


Czujemy dumę w tym historycznym momencie. Zaszczyt przemawiania w imieniu całego Gwiezdnego Królestwa i duma poddanych Korony z naszej społeczności naukowej są szczególnie widoczne przy takich jak ta okazjach. Nieczęsto zdarza się, by jakikolwiek przywódca polityczny czuł taką jak ja w tej chwili dumę i niepewność. Dumę, ponieważ przypadł mi zaszczyt powiedzenia tego, co czujemy wszyscy, niepewność zaś, gdyż wiem, jak nieadekwatnie muszą brzmieć moje słowa. Odważyłem się na to wystąpienie tylko dzięki świadomości, że są to jedynie pierwsze pochwały wypowiedziane głośno, a obywatele Gwiezdnego Królestwa dołożą swoje, znacznie ważniejsze podziękowania. I dlatego…

– Słodka godzino! – wymamrotał, starając się nie poruszać ustami, T. J. Wix. – Czy on się nigdy nie zamknie?!

 

Jordin Kare i Michael Reynaud siedzący po jego bokach zdołali nie uśmiechnąć się z aprobatą ani nie spojrzeć nań groźnie – obaj nie wiedzieli, na co mają większą ochotę. Wszyscy siedzieli za stołem ustawionym na podwyższeniu sali konferencyjnej, a przed sobą mieli mównicę okupowaną od ponad kwadransa przez High Ridge’a, który wcale nie sprawiał wrażenia, że ma zamiar rychło zakończyć. Żaden z nich nie przyjąłby zaproszenia na tę konferencję, gdyby miał w tej materii jakikolwiek wybór. Wiedzieli, że rząd bardziej niż zwykle potrzebuje propagandowego sukcesu i że wezmą udział w kolejnej szopce z autoreklamą.

Tyle tylko, że świadomość tego, co nastąpi, wcale nie poprawiała uczuć całej trójki. Powód zorganizowania tego propagandowego cyrku był prosty – notowania popularności rządu i premiera spadły na łeb, na szyję po wyemitowaniu nagrania z konferencji prasowej sekretarza wojny Republiki Haven Thomasa Theismana. Oliwy do ognia dolali centryści i lojaliści Korony, których notowania dla odmiany wzrosły.

Niestety wstrząs nie był aż tak silny, by wysadzić premiera z siodła, na co przez moment Kare miał nadzieję, choć był krokiem we właściwą stronę. Być może w połączeniu z innymi da taki właśnie skutek. Przy takim podejściu do władz podwójnie mierziło go, że zmuszony jest uczestniczyć w przedstawieniu, które pomoże poprawić publiczny wizerunek rządu, i musiał się bardzo starać, by tego nie okazać. Ponieważ stanowili tło dla przemawiającego, obiektywy wszystkich holokamer skierowane były także i na nich.

Humor psuła mu także głupota współobywateli – w każdym normalnym państwie wyborcy, a nawet arystokracja, powinni zdać sobie sprawę z konsekwencji, do jakich doprowadziła i jeszcze doprowadzi idiotyczna polityka rządu wobec sił zbrojnych – i zareagować. Niestety, nic podobnego nie nastąpiło.

Choć rabin by się z tym nie zgodził, Kare był przekonany, że polityka wewnętrzna Królestwa w obecnych czasach była skutkiem tego samego podejścia pana Boga, które doprowadziło do Księgi Hioba. Bo diabeł nie mógł bezkarnie hasać wśród bezradnych ludzi w tak sprzyjających dla siebie okolicznościach przypadkiem. A tylko to wyjaśniało wszystkie procesy polityczne mające miejsce od paru lat w Królestwie.

Próbował przekonać samego siebie, że zbyt ostro ocenia ludzi – w końcu do zeszłego tygodnia nic nie wskazywało na to, że wojna rzeczywiście nie jest zakończona. Ba, wszystko, o czym opinia publiczna wiedziała, świadczyło jednoznacznie, że jest, a pozostała jedynie drobna formalność – podpisanie traktatu pokojowego. Od prawie czterech standardowych lat nie padł w tej wojnie ani jeden strzał i nic nie wskazywało na to, by miało się to zmienić. A rząd zapewniał, że zwycięstwo jest ostateczne. W dodatku przewaga techniczna i taktyczna RMN była faktem, jeśli więc Haven próbowałoby po raz drugi, oberwałoby, tylko mocniej – i tyle. Ugodowy ton negocjatorów z Republiki był kolejnym świadectwem słuszności tego przekonania, często zresztą przywoływanym przez zwolenników wersji, że pokój już zawarto, tylko nie dopełniono formalności. Kare tak nie uważał, ale rozumiał, dlaczego wersja ta jest tak atrakcyjna dla ludzi. Po latach strachu, bólu i strat byłoby nienormalne, gdyby ludzie nie chcieli wierzyć, że to się już skończyło, że teraz będzie spokojnie i normalnie, a największymi zmartwieniami będą te codzienne.

Istniało jednak dość symptomów przeczących tej tezie i każdy, kto tylko chciał, mógł je bez trudu dostrzec. Albo posłuchać takich jak Harrington, White Haven czy William Alexander, pokazujących je przez cały czas. Niestety, determinacja, z jaką ci ostatni to robili, u wielu wzbudzała niedowierzanie, zwłaszcza jeśli nie chcieli zmienić miłego punktu widzenia. Dla pozbawionego skrupułów polityka nie było czymś trudnym przedstawienie oponenta jako człowieka opętanego obsesją i w pewien sposób śmiesznego, a już żadnym problemem – jako skrajnego pesymistę wszędzie widzącego zagrożenie, i to o katastrofalnych rozmiarach.

Dlatego nikt im nie uwierzy, dopóki do katastrofy nie dojdzie.

A w jego prywatnej opinii zaczęła się ona, gdy Theisman przyznał się do odbudowania przedwojennego stosunku sił, i to w sposób, o którym rząd High Ridge’a nie miał zielonego pojęcia. Znaczna część wyborców podzielała jego zdanie, ale niestety okazała się niewystarczająca. A rządowe tuby, jak też „niezależni” specjaliści z Instytutu Palmera, natychmiast zaczęli wszystkich uspokajać i bagatelizować problem, twierdząc, że wcale nie jest tak źle. Zaczynało to odnosić skutek, a poza tym, niestety, wyborcy nie mieli żadnego wpływu na kontrolę Izby Lordów przez rząd.

No i nie należało zapominać o osobistym wkładzie niejakiego Jordina Kare’a na podtrzymanie popularności rządu High Ridge’a.

Omal się w tym momencie nie skrzywił. Co prawda nie była to zupełnie jego wina, a Wixa niewielka, ale zbieg okoliczności był fatalny. High Ridge, nawet gdyby chciał, nie mógłby tego lepiej zaplanować. Ogłoszenie o wysłaniu załogowej jednostki Zwiadu Kartograficznego pojawiało się w najpotrzebniejszej dla rządu chwili i spece od propagandy rozpoznali to od razu. W efekcie ich działań premier wystąpił osobiście, gadając niewiarygodnie długo, monotonnie i niesympatycznie na konferencji prasowej.

– …i jest dla mnie ogromną przyjemnością i zaszczytem przedstawić wam wszystkim genialny zespół odpowiedzialny za to przełomowe, by nie rzec monumentalne, odkrycie, dokonane w czasie o wiele krótszym, niż ktokolwiek był w stanie przewidzieć.

Nawet w takiej chwili baron High Ridge był jedynie nadętym arystokratą przedstawiającym gościom wyjątkowo sprytnego sługę, który jakimś cudem sam zrobił coś pożytecznego. Widać było, że próbuje, a sądząc po przylepionym uśmiechu, jest też przekonany, że mu się udaje, ale była to próba nieudana, jako że miał osobowość i spontaniczność śledzia po włosku powoli rozkładającego się na talerzu.

Premier odwrócił się, gestem prawej ręki wskazując trójkę siedzącą za nim za stołem. Kolejną typową dlań manierą było wrzucanie wszystkich do jednego wora, konkretnie do „naukowców”, choć Reynaud był nader kompetentnym administratorem, dzięki któremu Agencja zdołała funkcjonować mimo bandy biurw płci obojga nie nadających się nawet do konserwacji powierzchni płaskich, czyli sprzątania. To jednak baron High Ridge zignorował, o ile w ogóle był tego świadom.

Choć istniała też druga możliwość, co Kare dopiero sobie uprzytomnił – mógł z jakiegoś powodu ignorować samego Reynauda. Potwierdzałyby to jego kolejne słowa:

– Panie i panowie, przedstawiam wam doktora Jordina Kare’a i doktora Richarda Wixa. Nadzwyczajne intelekty odpowiedzialne za tę historyczną chwilę.

Kare i Wix wstali, gdy zebrani zaczęli klaskać. Owacja brzmiała spontanicznie i szczerze, gdyż nawet dziennikarze i reporterzy byli podnieceni, radośni i pełni nadziei. Cóż, tym gorzej. Kare zdołał się skrzywić boleśnie, co od biedy można było uznać za uśmiech. Wix nie próbował. Obaj skłonili się, co w przypadku Wixa wyglądało bardziej na tik nerwowy, ale przynajmniej się starał.

Premier kiwnął na nich łaskawie, by podeszli, co miało być spontanicznym zaproszeniem, Kare więc zgrzytnął zębami i ruszył ku podium. Wix też… po subtelnym ciosie łokciem w żebra.

Aplauz spotężniał. Kare z trudem ukrywał złość wywołaną zarówno niewzruszoną pewnością siebie High Ridge’a, dla którego inteligencja i kompetencja były zupełnie nieważne, jak też jego kłamstwem, przez które wysiłek innych członków licznego zespołu został zignorowany, a zasługa przypisana dwom osobom. O roli szczęścia w całej sprawie naturalnie nawet nie wspomniał.

– Doktor Kare przedstawi teraz krótkie podsumowanie osiągnięć zespołu i najbliższe plany – oznajmił High Ridge, jakby zapowiadał występ wyjątkowo uzdolnionej małpy. – A potem odpowie na pytania pań i panów. Doktorze Kare?

I uśmiechnął się sztucznie do naukowca.

Ten zajął miejsce na mównicy i przestał się uśmiechać.

– Dziękuję, panie premierze. Panie i panowie, chciałbym powitać na pokładzie HMSS Hephaestus w imieniu zespołu naukowego Królewskiej Agencji Zwiadu Kartograficznego i jej dyrektora admirała Reynauda – zagaił i skłonił się w kierunku siedzącego. – Jak wiecie, od dwóch i pół roku standardowego zajmowaliśmy się poszukiwaniem następnego terminala Manticore Wormhole Junction. Był to proces żmudny, czasochłonny i trudny, ale dzięki pracy całego zespołu, a zwłaszcza doktora Wixa, oraz niewiarygodnemu wręcz szczęściu osiągnęliśmy sukces znacznie wcześniej, niż mogliśmy zakładać jeszcze cztery miesiące temu. Jesteśmy obecnie gotowi do wysłania z siódmego terminala załogowej jednostki Zwiadu Kartograficznego. Nastąpi to w następny czwartek. Uprzedzam, że do jej powrotu ani ja, ani nikt inny nie będzie w stanie powiedzieć, dokąd prowadzi ten terminal. Jeśli macie inne pytania, zrobię, co będę mógł, aby na nie odpowiedzieć.


– Przepraszam, że przeszkadzam, ma’am, ale chciała pani wiedzieć, gdy pinasa admirała Theismana będzie o piętnaście minut drogi od nas.

– Dziękuje, Paulette. – Shannon Foraker przerwała rozmowę z Lesterem Tourville’em i uśmiechnęła się do swego porucznika flagowego. – Proszę poinformować kapitana Reumanna, że zaraz dołączymy do niego na pokładzie hangarowym.

– Oczywiście, ma’am – porucznik Baker zasalutowała i wycofała się z kabiny prawie tak niezauważenie, jak do niej weszła.

Shannon zaś odwróciła się do gościa jak zwykle niedbale rozwalonego w największym fotelu ustawionym pod wyciągiem systemu wentylacyjnego. Reszta zebranych siedziała w znacznie przyzwoitszych pozach. Javier Giscard z uśmiechem obserwował pasma błękitnego dymu płynące z cygara Lestera prosto ku kratce wentylacyjnej. Poza nimi obecni byli szefowie ich sztabów, kapitan Anders i komandor Clapp. Ten ostatni jako najmłodszy stopniem siedział po prawej stronie Shannon i choć robił, co mógł, by tego nie okazać, dla każdego, kto go znał, było oczywiste, że czuje się nieswojo w towarzystwie tak wysokich rangą oficerów. Temat jednak zreferował rzeczowo.

– Za parę minut będziemy musieli się zbierać – oznajmiła Shannon, gdy za Baker zamknęły się drzwi. – Mamy jednak chwilę na pytania, jeśli chcecie je zadać. Lester?

– Żadne nie przychodzi mi w tej chwili do głowy. Najpierw muszę przetrawić to, co usłyszałem. Potem zapewne będę miał nawet parę. Javier?

– Podobnie, ale chciałbym powiedzieć, komandorze Clapp, że jestem pod wrażeniem. Prawdę mówiąc, wolałbym, byśmy nigdy nie musieli sprawdzać tej doktryny w praktyce, ale ogromną ulgę sprawia mi świadomość, że ją mamy.

– Jestem zaszczycony, że pan tak uważa, sir – powiedział po chwili Clapp. – Ale jak już mówiłem, nawet najlepsza symulacja to tylko teoria, a prawdziwą ocenę można wydać dopiero po próbach w realnym świecie. Te zaś nigdy nie zostały przeprowadzone.