Kocioł duchów

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

David Weber

Eric Flint

HONOR HARRINGTON

Kocioł duchów

Przełożył Radosław Kot

Dom Wydawniczy REBIS

Tytuł oryginału: Cauldron of Ghosts Copyright © 2014 by Words of Weber, Inc. & Eric Flint All rights reserved Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2015 Informacja o zabezpieczeniach W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa. Redaktor: Anna Poniedziałek Opracowanie graficzne serii i projekt okładki: Jacek Pietrzyński Ilustracja na okładce: David B. Mattingly Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Kocioł duchów, wyd. I, Poznań 2015) ISBN 978-83-7818-925-1 Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o. ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08 fax: 61 867 37 74 e-mail: rebis@rebis.com.pl www.rebis.com.pl Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

MAJ 1922 ROKU PO DIASPORZE

ROZDZIAŁ I

ROZDZIAŁ II

ROZDZIAŁ III

ROZDZIAŁ IV

ROZDZIAŁ V

ROZDZIAŁ VI

ROZDZIAŁ VII

ROZDZIAŁ VIII

ROZDZIAŁ IX

ROZDZIAŁ X

ROZDZIAŁ XI

CZERWIEC 1922 ROKU PO DISAPORZE

ROZDZIAŁ XII

ROZDZIAŁ XIII

ROZDZIAŁ XIV

ROZDZIAŁ XV

ROZDZIAŁ XVI

ROZDZIAŁ XVII

ROZDZIAŁ XVIII

ROZDZIAŁ XIX

ROZDZIAŁ XX

ROZDZIAŁ XXI

ROZDZIAŁ XXII

LIPIEC 1922 ROKU PO DIASPORZE

ROZDZIAŁ XXIII

ROZDZIAŁ XXIV

ROZDZIAŁ XXV

ROZDZIAŁ XXVI

ROZDZIAŁ XXVII

ROZDZIAŁ XXVIII

ROZDZIAŁ XXIX

ROZDZIAŁ XXX

ROZDZIAŁ XXXI

ROZDZIAŁ XXXII

ROZDZIAŁ XXXIII

SIERPIEŃ 1922 ROKU PO DIASPORZE

ROZDZIAŁ XXXIV

ROZDZIAŁ XXXV

ROZDZIAŁ XXXVI

ROZDZIAŁ XXXVII

ROZDZIAŁ XXXVIII

WRZESIEŃ 1922 ROKU PO DIASPORZE

ROZDZIAŁ XXXIX

ROZDZIAŁ XL

ROZDZIAŁ XLI

ROZDZIAŁ XLII

ROZDZIAŁ XLIII

ROZDZIAŁ XLIV

ROZDZIAŁ XIV

ROZDZIAŁ XLVI

ROZDZIAŁ XLVII

ROZDZIAŁ XLVIII

ROZDZIAŁ XLIX

ROZDZIAŁ L

ROZDZIAŁ LI

ROZDZIAŁ LII

ROZDZIAŁ LIII

ROZDZIAŁ LIV

PAŹDZIERNIK 1922 ROKU PO DIASPORZE

ROZDZIAŁ LV

ROZDZIAŁ LVI

ROZDZIAŁ LVII

ROZDZIAŁ LVIII

ROZDZIAŁ LIX

ROZDZIAŁ LX

ROZDZIAŁ LXI

ROZDZIAŁ LXII

ROZDZIAŁ LXIII

ROZDZIAŁ LXIV

ROZDZIAŁ LXV

ROZDZIAŁ LXVI

ROZDZIAŁ LXVII

Lista postaci

Cykl Honor Harrington

Dla Jima Baena,

który dawał szansę pisarzom.

Brakuje nam ciebie

MAJ 1922 ROKU PO DIASPORZE

„Pomocny jak diabli. Victor wszystko rozwala w drobny mak”.

– Yana Trietiakowna, tajny agent Królestwa Torch

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

ROZDZIAŁ I


I co teraz? – spytała Yana Trietiakowna. Siedziała rozparta w wygodnym fotelu, z ramionami skrzyżowanymi na piersiach. Spojrzała przy tym groźnie na Antona Zilwickiego i Victora Cachata, z których ten pierwszy siedział przy ekranie kompa, drugi zaś garbił się w swoim fotelu i wyglądał na niemal równie niezadowolonego jak Yana.

– Nie wiem – odparł niewyraźnie Cachat. – Chociaż próbowałem uzyskać odpowiedź na to pytanie od pewnych prominentnych osób, których nazwisk nie wymienię. – Wskazał palcem w kierunku sufitu.

 

Gdyby zinterpretować jego gest dosłownie, mógłby on oznaczać, że będący dotąd zaprzysięgłym ateistą Victor Cachat doznał nagłego przypływu pobożności, jako że ponad sufitem nie było nic oprócz nieba. Rozległy apartament, zajmowany przez całą trójkę, znajdował się na ostatnim piętrze jednego z najbardziej luksusowych hoteli stolicy Haven, zajętego już dziesiątki lat temu na potrzeby tajnej policji Legislatorów. Po rewolucji, a dokładnie mówiąc, po ostatniej rewolucji, nowa władza próbowała odszukać jego dawnych właścicieli, jednak bez powodzenia. Wszyscy albo już nie żyli, albo gdzieś poznikali. Z braku lepszego pomysłu urządzono więc w budynku coś pomiędzy luksusowym hotelem dla gości rządu a bezpieczną kwaterą dla różnych innych, mniej oficjalnych gości.

Wypowiedź Cachata była jednak z gruntu ironiczna.

– Równie dobrze mógłbym gadać z latarnią – wymamrotał. – Tyle że pod latarnią byłoby przynajmniej jasno.

– A moim zdaniem pomyliłeś pytania – stwierdził Anton, krzywiąc się lekko. – Rzecz nie w „kiedy”, ale „gdzie”. – Wskazał coś na ekranie. – Widziałeś?

Nastrój znudzenia pierzchnął, gdy Victor i Yana wstali, by podejść do kompa.

– Co to niby jest? – spytała Trietiakowna. – Wygląda jak jajecznica na sterydach.

– Bieżący obraz ruchu wokół planety – odparł Cachat. – Wszystkie jednostki, które astrogacja ma pod kontrolą jako przybywające albo odlatujące. Ale na tym moja wiedza się kończy. Szczegółowo wam tego nie objaśnię.

Yana przyjrzała się ekranowi krytycznie.

– Chcesz powiedzieć, że oni tak właśnie to widzą? – spytała z niepokojem w głosie. – I na tej podstawie sprowadzają do lądowania? Bezpiecznie wypychają na orbitę? Chyba skręci mnie ze śmiechu. Jeśli tak właśnie jest, nigdy więcej donikąd nie polecę. Nawet na latawcu.

– Bez paniki – rzucił Anton. – To zbiorczy obraz, oni widzą to inaczej. Poza tym wszystkim i tak rządzą komputery. Zależało mi na takim właśnie oglądzie, bo chciałem zweryfikować pewne przypuszczenia. Mam na myśli nagły wzrost liczby pozarozkładowych wylotów, zgłaszanych na dodatek w ostatniej chwili.

Wskazał na kilka jasnych punktów, które dla jego towarzyszy nie wyróżniały się niczym szczególnym.

– Jak na moje wyczucie, to oni po prostu uciekają.

Victor i Yana spojrzeli po sobie, a potem na Antona.

– Kto ucieka? – spytała Trietiakowna.

Zilwicki poruszył masywnym ciałem w geście, który w przypadku normalnie zbudowanego człowieka byłby zapewne wzruszeniem ramionami.

– A skąd mam wiedzieć? – mruknął. – To już Victor będzie musiał wyciągnąć od swoich wiewiórek. Jednak na pewno nie chodzi o szarych ludzi.

Yana rzuciła w słowiańsko brzmiącym języku coś, co niemal na pewno nie nadawało się do druku. Victor panował nad sobą, ale też był pod wrażeniem.

– Ładne kwiatki – rzucił. – Kwiatki i bratki.


Na swoje szczęście nie musieli długo zamartwiać się tą sprawą. Ledwie kilka minut później zjawiło się zbawienie pod postacią Kevina Ushera i Wilhelma Trajana. Usher był szefem Federalnej Agencji Śledczej, czyli sprawował pieczę nad bezpieczeństwem wewnętrznym, a Trajan zajmował się bezpieczeństwem zewnętrznym jako szef Foreign Intelligence Service.

Yana wpuściła ich, gdy tylko zadzwonili do drzwi. Widząc ich, Cachat natychmiast wstał.

– Cześć – powiedział, skinąwszy głową w kierunku Kevina. – Witaj, szefie – dodał, patrząc na Trajana.

– Nie jestem już twoim szefem – odparł Wilhelm. Rozejrzał się wkoło, dostrzegł pusty fotel i natychmiast go zajął. Rozparł się wygodnie jak ktoś, kto wreszcie może sobie pozwolić na chwilę relaksu po pełnych napięcia godzinach. – Zostałeś przepisany pod Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Nie podlegasz już FIS.

Nie wydawał się zasmucony utratą usług kogoś, kto w opinii wtajemniczonych, w tym i samego Wilhelma, uchodził za najzdolniejszego agenta Haven. Gdy prezydent Pritchart oznajmiła mu swą decyzję o przeniesieniu Cachata, zareagował westchnieniem ulgi i stwierdził bez żenady, że wreszcie… wreszcie będzie mógł wrócić do prawdziwego szpiegowania, miast bawić się dłużej w pogromcę lwów.

Usher usiadł w pewnej odległości od niego.

– Awans jak cholera, Victorze. Oczywiście jeśli przedstawić to w odpowiednim świetle.

Victor zerknął na niego ponuro.

– Chyba po ciemku – warknął.

– Na miłość boską, Victorze! – żachnął się Kevin. – To przecież jasne jak słońce! Dni, kiedy przemykałeś ukradkiem po chaszczach, dobiegły końca. Przeminęły z mocą tajfunu. Bum, bęc i łubudu. Koniec z tym sportem!

– Spójrz na to realistycznie, Victorze – odezwał się bardziej pojednawczym tonem Trajan. – Robota przy Torch niemal całkowicie cię zdekonspirowała. Niewiele zostało z twojej dawnej przykrywki. A teraz, po Mesie? Razem z Antonem i Yaną – tu skinął głową w kierunku tamtych dwojga – jesteście autorami najbardziej spektakularnej akcji wywiadu od… kto wie, ilu stuleci, i byłoby naiwnością oczekiwać, że po niej będziesz mógł dalej spokojnie robić swoje. Nawet nanotechnologia tu nie pomoże, bo nowa twarz czy nowa sylwetka to jeszcze nie wszystko. Zostaje DNA. W przypadku kogoś świeżego w naszym fachu może nie byłby to problem, ale jeśli chodzi o ciebie… Każdy, kto ma podstawy obawiać się twojej wizyty, bez dwóch zdań robi obecnie testy wszystkim, którzy chociaż z grubsza mogą cię przypominać!

– Urząd Bezpieczeństwa zniszczył wszystkie próbki mojego DNA w dniu, gdy skończyłem Akademię – odparł Victor z lekką irytacją w głosie. – Wszystkie, poza tymi, które sam przechowuje, a te są dobrze strzeżone. Ja zaś zawsze uważałem, by nie siać moim DNA po galaktyce.

– Nie wątpię – przyznał Anton. – Nie sądzę, by agent do zadań specjalnych Victor Cachat odstawił kiedykolwiek beztrosko szklaneczkę po wychyleniu drinka. Ale znasz realia. Jak długo pozostawałeś w cieniu i nikt naprawdę nie szukał twojego DNA, to mogło działać. Ale teraz?

– Właśnie – odezwał się Trajan i skinął w stronę okna wychodzącego na Nouveau Paris. – Sprawa przeciekła już do mediów. W ciągu paru dni, góra tygodnia, twoje nazwisko będzie znane wszystkim na Haven. No, może poza tymi, którzy nie skończyli jeszcze pięciu lat albo w ogóle nie czytają serwisów. Co więcej, wszystkie wywiady pójdą tym tropem i zrobią, co w ich mocy, by dostać w swoje łapy próbkę twojego DNA. Prędzej czy później któremuś się to uda. Tak więc nie próbuj walczyć. I nie kombinuj, jak by tu przekonać mnie czy Kevina do swoich racji. Prezydent Pritchart zdecydowała i kropka. Jeśli marzy ci się, by cokolwiek zmienić, musiałbyś najpierw odwołać ją z urzędu.

Usher przetarł twarz wielką dłonią.

– Wilhelmie, on i tak ma dość pomysłów. Nie musisz mu podsuwać nowych.

Trajan spojrzał ze zdumieniem na Kevina.

– Co? Ja nie… – Nagle zrozumiał. – Agencie Cachat…

– Nie myślałem organizować coup d’état – rzucił sarkastycznie Victor. – Jakoś tak wyszło, że jestem patriotą. Poza tym nie mogę mieć pani prezydent za złe, że tak właśnie zdecydowała. – Zachmurzył się. – Po prostu została wprowadzona w błąd przez doradców.

Anton zaśmiał się cicho.

– Ganny cię ostrzegała. Teraz tobie przyjdzie uciekać przed kamerami. Współczułbym ci, nawet gdybyś kiedyś okazał choć trochę zrozumienia dla moich rozterek po utracie przykrywki. – Zilwicki spojrzał na Trietiakowną. – Jak sądzisz, Yano? Ganny prorokowała, że media okrzykną Cachata „Czarnym mścicielem”. Ewentualnie nawiążą do jego imienia i zostanie „Mrocznym zwycięzcą”.

– Obstawiam „Mrocznego zwycięzcę”. Zemsta do Victora nie pasuje, natomiast mrok i owszem, jak najbardziej. Zresztą spójrz na niego…

Cachat zaiste zrobił się dziwnie ciemny na twarzy.

– Mroczny zwycięzca jak żywy – stwierdził Zilwicki. – Musisz sobie sprawić nowe wdzianko, Victorze. Takie skórzane, skórzane od stóp do głów. I oczywiście czarne, tego nie muszę chyba dodawać.

Przez chwilę wydawało się, że Cachat eksploduje, rażąc wokół odłamkami, albo dopuści się chociaż jakiegoś czynu karalnego. Ostatecznie jednak się opanował, co wcale nie zdziwiło Antona. To, że Victor zyskał aż taką sławę, wynikało również z faktu, że nigdy za sławą nie tęsknił. W sumie był człowiekiem wręcz skromnym, o niesamowitej samokontroli.

Gdy wreszcie się odezwał, jego głos brzmiał tak spokojnie, jakby Cachat pytał o pogodę za oknem.

– Gdzie więc zostałem przypisany? Ostrzegam was tylko, że jeśli praktykuje się tam aktywne życie towarzyskie, to jestem osobą mało pijącą i nie zamierzam tego zmieniać.

– To prawda – przytaknęła Yana. – To straszny nudziarz. Nie obala, chyba że reżimy. – Anton pierwszy raz słyszał, by chichotała w ten sposób. – Życie towarzyskie i gadka-szmatka przy kominku! Już to widzę!

Na twarzy Victora pojawił się grymas sugerujący cierpienie, a Usher zrobił urażoną minę.

– Aż takimi idiotami nie jesteśmy – powiedział. – Ty, jak i wy dwoje – wskazał palcem kolejno na Antona i Yanę, obracając się przy tym jak wieżyczka strzelnicza – wszyscy lecicie na Manticore. I to już jutro, więc lepiej się spakujcie.

Anton i tak planował wybrać się na Manticore, i to możliwie jak najszybciej. Minął już ponad rok, odkąd ostatni raz widział swoją ukochaną Cathy Montaigne. Nie wiedział tylko, jak uzyskać zgodę na podróż od tych wszystkich instancji, które obecnie się nim interesowały. A tu proszę, otrzymał niespodziewany prezent.

Zauważył, że Victor patrzy na niego z uśmiechem. Prawdziwie ciepłym, co rzadko się mu zdarzało. Nie po raz pierwszy Anton zastanowił się nad tą niezwykłą przyjaźnią, która narodziła się między nim a agentem Haven. Mimo wszystkich przeciwieństw, które paradoksalnie czyniły ją jakby jeszcze mocniejszą.

Byli we wszechświecie ludzie, których Anton lubił bardziej niż Victora, ale mało komu był skłonny w podobnym stopniu zaufać.

– A ja w jakim charakterze? – spytał Ushera. – Mimo tego nagłego rozkwitu przyjaźni między naszymi państwami wątpię, by Ministerstwo Spraw Zagranicznych Haven planowało mnie zatrudnić.

Usher pokazał zęby w uśmiechu.

– Po tym, co stało się na Starej Ziemi, gdy rozprawiliście się tam z Manpower, żadna służba dyplomatyczna galaktyki nie będzie skłonna się do ciebie przyznać.

– Zdaję sobie z tego sprawę.

To było coś, czego nie potrafił zapomnieć. Oficjalnie nikt nie wspomniał o tym ani słowem i nawet Victor wciąż odmawiał wyjawienia jakichkolwiek szczegółów, Anton był jednak pewien, że Usher został we wszystko wprowadzony. Sam Anton trzymał się wtedy z boku, pozwalając Cachatowi i Baletowi załatwić najważniejsze, ale to on był inicjatorem akcji.

Jego córka Helen, a właściwie trójka jego dzieci, bo przecież adoptował później Berry i Larsa, żyła tylko dzięki Victorowi i Kevinowi. To był widomy dowód tego, że chociaż sporo różniło ich ideologicznie, potrafili traktować się poważnie. Anton nie podzielał podejścia Haven do wielu spraw, niemniej to właśnie Haven, z takimi czy innymi oficjalnie głoszonymi ideałami, ochroniło jego rodzinę.

Nastrój nagle mu się poprawił. Na Manticore nikt nie miał jeszcze prawa wiedzieć, ile zmienią przywiezione przez nich informacje. Jeśli słusznie domyślał się zamiarów Eloise Pritchart, mogło dojść nie tylko do zakończenia najdłuższej i najbardziej krwawej wojny, jaką znała ich galaktyka, ale także do przemiany dotychczasowych zagorzałych wrogów w sojuszników. Na razie zapewne nieufnych wobec siebie, ale sojuszników. Co więcej, obecna sytuacja miała też wpływ na jego przyjaźń z Victorem Cachatem. Praktycznie z dnia na dzień pozbył się wszystkich wątpliwości co do jego osoby. Przeszły jak ręką odjął.

Postawa Victora sugerowała, że on przeżywał to podobnie, chociaż nie wyrażał tego głośno.

– To prawda – powiedział. – O ile ja jestem dla dyplomatów personą kłopotliwą, to Anton musi przyprawiać ich o koszmary nocne.

– Nadal nie odpowiedziałeś na moje pytanie, Kevinie – rzekł Anton.

Usher wzruszył ramionami.

– Bo nie znam odpowiedzi. Skąd miałbym? Eloise powiedziała mi tylko, że mam wyprawić całą waszą trójkę, oczywiście wraz z Hernalderem Simõesem, na Manticore. Ty zaś, Victorze, nie przechodzisz wcale do korpusu Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Wilhelm trochę przesadził. – Rzucił Trajanowi karcące spojrzenie. – Wyszło tak, że Leslie Montreau i Tom Theisman byli akurat obok, gdy Eloise oznajmiła, że zabiera cię z FIS. A gdy Tom skomentował, że niepotrzebny jej pewnie, jak to określił, „słoń w składzie porcelany”, zaraz energicznie przytaknęła.

 

– Jakim składzie porcelany? – spytała Yana.

– To takie dawne powiedzenie – odezwał się Anton.

– A konkretniej? Co to jest porcelana?

– Coś, co Victor mógłby łatwo potłuc.

– To niewiele wyjaśnia. Victor wszystko rozwala w drobny mak.

– Komu więc teraz podlegam? – przerwał im zniecierpliwiony Victor.

Usher podrapał się po głowie.

– W sumie… jakby nikomu. Eloise uważa po prostu, że posłanie cię na Manticore może wzmocnić nowy sojusz.

– Naprawdę? Anton wie o wszystkim tyle samo co ja, a na dodatek jest obywatelem Manticore.

Tym razem Usher nie wiedział już chyba, co odpowiedzieć. Zilwicki uznał, że pora włączyć się do rozmowy.

– I właśnie o to chodzi, Victorze. Ja jestem tam już kimś w miarę znanym. Zostałem nawet przyjęty przez Królową. Za to ty pozostajesz zagadką. Chyba jedna księżna Harrington naprawdę cię kojarzy, ale poza tym… najpewniej nikt.

Cachat spojrzał na niego ze skrajnym zdumieniem, jakby nic podobnego nie przyszło mu wcześniej do głowy. I mogło tak być. Anton już dawno zauważył, jak słabym głosem przemawia „ego” Victora, i miał to za zaletę przyjaciela, chociaż cecha ta mogła też trochę przerażać. W szczególnych okolicznościach ludzie tak mało zwracający uwagę na odbiór własnej osoby bywali zdolni do naprawdę niezwykłych czynów…

– Po prostu uwierz mi na słowo, dobrze? – powiedział Zilwicki. – Chcą cię poznać i trochę z tobą pogadać, jeszcze zanim zajmą się wszystkimi dostarczonymi przez ciebie informacjami.

– Właśnie – mruknął Usher i podniósł się z fotela. – Ruszacie jutro rano. O siódmej macie być na dole, w holu hotelowym, gotowi i spakowani.

Trajan też wstał i podszedł do drzwi.

– Miłej podróży – powiedział, co miało oczywiście znaczyć „przetrwajcie jakoś tę długą podróż”, po czym wyszedł lekkim krokiem, jakby z ramion spadł mu właśnie wielki ciężar.

ROZDZIAŁ II


Byłoby miło, gdyby dali nam jeszcze z tydzień na dokończenie przygotowań, ale chyba nie powinnam oczekiwać zbyt wiele od handlarzy niewolników. – Pułkownik Nancy Anderson postukała kciukiem w żuchwę. Jej podwładni dobrze znali ten bezwiedny gest, który z reguły oznaczał niezadowolenie z czyichś poczynań.

Niemniej tym razem nie chodziło o załogę, nie musieli się więc niepokoić. Anderson uchodziła za surowego oficera, ale cały Korpus Zwiadu Biologicznego słynął z dyscypliny, nawet jeśli w porównaniu z innymi służbami mundurowymi nie demonstrowano jej tu nadmiernie. Korpus był organizacją militarną i cieszył się sławą jednej z najlepszych służb specjalnych galaktyki, jednak niewiele uwagi poświęcano w nim formalnościom i ceremoniałom, tak drogim sercu przeciętnego oficera dowolnych sił zbrojnych. Owszem, w razie potrzeby Korpus potrafił odegrać cały ten wojskowy teatrzyk, najważniejsze było tu jednak skuteczne działanie, do którego zwykle nie trzeba było nikogo specjalnie nakłaniać.

– Jak chcesz to załatwić? – spytał pierwszy oficer, komandor Loren Damewood. Siedział akurat przy stanowisku łączności i mimo pozornie beztroskiej pozy uważnie studiował napływające dane. – Sygnał transpondera identyfikuje ich jako statek należący do Jessyk Line. Korzystali już z tej przykrywki, gdy tu zaglądali. Chociaż trudno powiedzieć, czy chodzi o tę samą jednostkę.

Pułkownik Anderson rozumiała, w czym rzecz. Handlarze niewolników zawsze zachowywali ostrożność, podchodząc do stacji, gdy nie byli pewni nastawienia personelu. Nie wiedząc, czy coś nie zmieniło się w tej czy innej okolicy od czasu, gdy jakaś ich jednostka ostatnio zjawiła się w pobliżu, przedstawiali się w pozornie niewinny, ale z góry ustalony sposób. Było to tak, jakby pukali do drzwi w charakterystycznym rytmie.

– To by oznaczało, że mają na pokładzie ładunek.

Damewood przytaknął.

– I to spory, skoro według naszych sensorów ten statek waży dwa miliony ton.

To wykluczało najprostsze rozwiązane, czyli zniszczenie nadciągającej jednostki za pomocą zamaskowanych, wyjątkowo potężnych graserów stacji Parmley. W tym przypadku „ładunek” oznaczał żywych ludzi, i chociaż jakość owego życia pozostawiała bez wątpienia wiele do życzenia, póki co dalecy byli od śmierci.

– Zatem plan C? – spytała trzeci oficer Ayibongwinkosi Kabweza, dowódca oddziału abordażowego Królestwa Torch przydzielonego do stacji Parmley.

Pułkownik zastanawiała się przez chwilę. Nie pracowała dotąd z jednostkami z Torch i nie była do końca pewna, czy można na nich polegać.

Korpus Zwiadu Biologicznego poprosił rząd Królestwa Torch o użyczenie batalionu w chwili, gdy stało się już oczywiste, że obsadzenie stacji będzie wymagało sił większych niż te, którymi aktualnie dysponował Beowulf. Jakkolwiek bogaty i potężny, obejmował on tylko jeden układ planetarny i pozostawał wciąż członkiem Ligi Solarnej. Wprawdzie z racji bliskości terminalu łączącego z Manticoran Wormhole Junction w skład Sił Obrony Beowulfa wchodziła imponująca flota (imponująca zwłaszcza jak na członka Ligi), ale nigdy nie pojawiła się potrzeba stworzenia licznej armii. Tradycyjnie skupiano się na jak najlepszym wyszkoleniu i wyposażeniu relatywnie skromnych sił, do których rekrutowano tylko najbardziej przydatnych ludzi. W obliczu napięcia politycznego panującego w ostatnich latach Beowulf zwiększył wprawdzie znacząco nakłady na obronę, jednak lwią część tego pochłaniała modernizacja floty. Siły lądowe czy piechota morska nie były jak dotąd rozbudowywane.

Decyzję o zwróceniu się do Królestwa Torch o pomoc w tej materii podjęto bez większego entuzjazmu. Metody szkolenia i taktyka przyjęte przez Thandi Palane były wzorowane na podejściu solarnym, które różniło się pod wieloma względami od tego, co praktykowano na Beowulfie, zwłaszcza w Korpusie Zwiadu Biologicznego. Co więcej, Królewska Armia Torch znajdowała się wciąż w fazie organizacji i nie dorobiła się jeszcze własnych tradycji czy prawdziwego poczucia tożsamości.

W tej sytuacji trudno było orzec, na ile udana może okazać się współpraca z tymi siłami. Na dodatek należało się też liczyć z pewnymi kompleksami typowymi dla przedstawicieli mało doświadczonego wojska współdziałającymi ze strukturą o bogatej historii, tworzonej przez ludzi pewnych swojej wartości. Każda uwaga czy opinia mogła w tych warunkach zostać odczytana jako próba wywyższania się.

Gdyby pułkownik Anderson zaakceptowała plan C, ciężar jego wykonania spocząłby na barkach pułkownik Kabwezy i jej żołnierzy. W slangu Korpusu plan C określono jako działanie typu „w łeb i w nogi” i rymował się on zapewne z tym, co zawarto w szkoleniu oddziału z Torch. Solarna taktyka przewidywała w takich sytuacjach gwałtowne, potężne uderzenie, i to mogło się nawet sprawdzać. Na Beowulfie, podobnie jak i na Manticore, Marynarka Ligi nie cieszyła się specjalną estymą. W pierwszym rzędzie dotyczyło to Battle Fleet, w której można było przesłużyć wiele lat, ani razu nie mając okazji wziąć udziału w prawdziwej walce. Ale z Solarian Marines sprawa przedstawiała się inaczej. Oni byli prawdziwym wojskiem.

W sumie była to kusząca perspektywa. Nawet najczujniejsi i najlepiej uzbrojeni handlarze niewolników nie mieli szansy w konfrontacji z abordażem przeprowadzonym przez wyszkolony według solarnych standardów oddział z Torch. Ostatecznie nawet najbardziej przebiegła mysz nie mogła marzyć o pokonaniu rysia. Atak byłby na tyle szybki i zaskakujący, że „ładunek” zapewne wyszedłby z tego bez szwanku.

Pewne ryzyko jednak istniało. Niechby ktoś na mostku tamtego statku zdążył uruchomić procedurę ewakuacyjną, „ładunek” zostałby natychmiast wypchnięty z cel strumieniami trującego gazu i wyrzucony w próżnię. Oczywiście w tych okolicznościach załoga nie mogłaby udawać, że na pokładzie nie było żadnych niewolników, zbyt wiele ciał dryfowałoby w pobliżu stacji. Handlarze po prostu doszliby do wniosku, słusznego zresztą, że cokolwiek zrobią, ich los jest już przesądzony, a w takich załogach było mnóstwo sadystów i socjopatów. Żaden inny fach nie przyciągał tylu ludzi z poważnymi dewiacjami.

Inna sprawa, że w przypadku ataku przeprowadzonego przez oddział z Królestwa Torch załoga i tak nie miałaby szans na przeżycie. Podobnie jak solarni Marines, ci z Torch zwykli eliminować każde zagrożenie w sposób ostateczny, co oznaczało, że z zasady nie brali jeńców. Co więcej, większość żołnierzy Torch rekrutowała się spośród byłych niewolników, blisko jedna trzecia zaś należała kiedyś do Baletu. Żywili głęboką nienawiść do handlarzy i nawet wojskowa dyscyplina tego nie zmieniała.

Anderson pokręciła głową.

– Nie, Ayi. Myślę, że jednak nie. To będzie nasza pierwsza operacja od czasu, gdy Parmley została zmieniona w stację bojową. W pierwszym rzędzie chciałabym wykorzystać wszystkie jej możliwości.

Kabweza nie zareagowała na wyczuwalny w podtekście tej wypowiedzi sceptycyzm. Może i poczuła się urażona, ale Thandi Palane wpoiła swoim podwładnym zasadę, by nigdy nie kwestionować rozkazów przełożonych. Z kimś z Beowulfa mogłoby nie pójść tak łatwo.

– Spróbujemy planu F – powiedziała Anderson. – Sprawdzimy, na ile skuteczne są nasze systemy przeciwdziałania elektronicznego. – Popatrzyła w oczy Kabwezy. – No dobrze, Ayi. Skoro tak ci zależy, twoi ludzie znajdą się w odwodzie zamiast drużyn Lorena. O ile pierwszy nie ma nic przeciwko, oczywiście. – Zerknęła kątem oka na Damewooda.

– Hm – mruknął oficer, spoglądając na Kabwezę spod uniesionych brwi. – Ale to ma być mały oddział. I żadnych nadgorliwców, co to ich palce świerzbią do strzelania.

– Żaden z moich ludzi nie cierpi na świerzb spustowy – odparła Kabweza. – Zostali zaszczepieni, by nie zarazić się od waszych entuzjastów radosnej strzelaniny.

Nikt z obecnych na mostku nie zdołał opanować uśmiechu. Kabweza machnęła ręką, jakby dystansowała się wobec własnych słów.

– Ale i tak do nich pójdę, żeby ich nerwy nie zżarły.

Kapitan i oficer spojrzeli na nią ze zdumieniem. Do takiego zadania wystarczało zwykle wysłać porucznika.

– Potrzebuję ruchu – rzuciła Kabweza, co także zostało skwitowane śmiechem. Pani oficer była w takiej formie, że polująca na sawannie lwica mogłaby pozazdrościć jej sylwetki. Może nie przypominała posturą Palane, ale przeszła dokładnie takie samo wymagające przeszkolenie. – Naprawdę potrzebuję – dodała.

Damewood wstał z fotela. Czy raczej powstał, bo to określenie bardziej pasowało do manewru kogoś, kto zdawał się mieć więcej kości niż przeciętna istota ludzka. Niektórzy powiadali o nim, że był wytworem tajnych eksperymentów, które naruszyły sztywne zasady etyczne genetyków z Beowulfa. Nikt nie dawał tym plotkom wiary, ale mimo wszystko jakoś nie milkły.

– Przyniosę mój sprzęt. – Spojrzał na ekran, na którym widać było inny statek cumujący aktualnie przy stacji. – Może wykorzystamy Hali Sowle? To byłaby niezła dywersja, oczywiście o ile Ganny zgodzi się postrzępić trochę język.

– Słyszałam, spryciarzu – odezwała się Elfriede Margarete Butry, zwana Ganny, która siedziała w fotelu tuż przy wejściu na mostek. Właściwie nie tyle siedziała, ile rozlewała się niczym ktoś, kto dla odmiany pozbawiony był kości. Inna sprawa, że wyglądając na około trzydzieści pięć lat, była co najmniej dwa razy starsza od pierwszego oficera.

Seniorka klanu, do którego należała kiedyś stacja Parmley, wstała i wzięła się pod boki.

– Możesz rozwinąć swoją światłą myśl, Loren? – Miała góra półtora metra wzrostu, ale wyglądała groźnie. – Drukowanymi literami. Bez wciskania oficerskiego kitu.

– Bez obrazy, Ganny – powiedział z uśmiechem Damewood. – Pomyślałem, że byłoby dobrze, gdybyś w chwili przybycia tamtego statku odcumowała od stacji i puściła trochę bluzgów na otwartym kanale. Mogłabyś nawet ostrzec tamtych, by uważali na złodziei, którzy zarządzają tą stacją, najgorszą meliną po tej stronie Betelgezy. – Przerwał na chwilę i nagle uniósł brwi. – Bo chyba umiesz przeklinać, prawda?

Jej odpowiedź natychmiast rozwiała wszystkie wątpliwości, które mogły powstać po tej czy jakiejkolwiek innej stronie Betelgezy.


– Posłuchaj tylko – rzucił z szerokim uśmiechem Ondøej Montoya, oficer łączności Ramathibodiego. – Jakie to talenty marnują się czasem na podobnym zadupiu…

Przełączył dźwięk ze słuchawek na głośniki. Kapitan zmarszczyła czoło. Nie przepadała za językiem Montoyi. Wystarczyła jednak chwila, by o tym zapomniała. Im dłużej słuchała, tym szerzej się uśmiechała.

– …une vraie salope! Ale co wy, krótkie wacki, możecie o tym wiedzieć? Takie z was żigolaki, że nawet w promocji nikt by was nie chciał. No, może poza moim kuzynem Odomem. Wcześniej nazywał się Sodomem, ale rodzina zmieniła mu imię po trzecim procesie o gwałt. Wstyd nam przynosił. Gdy wyjdzie za jakieś sześćdziesiąt lat, zaraz go tu przyślę. Chociaż do tego czasu pewnie ktoś was wybebeszy za oszukiwanie klientów.

– Co ją tak wzięło? – spytała ze śmiechem kapitan Tsang.