Cień Saganami

Tekst
Z serii: Saganami #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

David Weber

HONOR HARRINGTON

Cień Saganami

Przełożył Jarosław Kotarski

Dom Wydawniczy REBIS

Tytuł oryginału: The Shadow of Saganami Copyright © 2004 by David Weber All rights reserved Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2006, 2014, 2020 Informacja o zabezpieczeniach W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa. Redaktor: Anna Poniedziałek Opracowanie graficzne serii i projekt okładki: Jacek Pietrzyński Ilustracja na okładce: David Mattingly Wydanie II e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Cień Saganami, wyd. I, dodruk, Poznań 2014) ISBN 978-83-8062-889-2 Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o. ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08 e-mail: rebis@rebis.com.pl www.rebis.com.pl Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Spis treści

1  Okładka

2  Strona tytułowa

3  Strona redakcyjna

4  Dedykacja

5  Gromada Talbott

6  WSTĘP

7  ROZDZIAŁ I

8  ROZDZIAŁ II

9  ROZDZIAŁ III

10  ROZDZIAŁ IV

11  ROZDZIAŁ V

12  ROZDZIAŁ VI

13  ROZDZIAŁ VII

14  ROZDZIAŁ VIII

15  ROZDZIAŁ IX

16  ROZDZIAŁ X

17  ROZDZIAŁ XI

18  ROZDZIAŁ XII

19  ROZDZIAŁ XIII

20  ROZDZIAŁ XIV

21  ROZDZIAŁ XV

22  ROZDZIAŁ XVI

23  ROZDZIAŁ XVII

24  ROZDZIAŁ XVIII

25  ROZDZIAŁ XIX

26  ROZDZIAŁ XX

27  ROZDZIAŁ XXI

28  ROZDZIAŁ XXII

29  ROZDZIAŁ XXIII

30  ROZDZIAŁ XXIV

31  ROZDZIAŁ XXV

32  ROZDZIAŁ XXVI

33  ROZDZIAŁ XXVII

34  ROZDZIAŁ XXVIII

35  ROZDZIAŁ XXIX

36  ROZDZIAŁ XXX

37  ROZDZIAŁ XXXI

38  ROZDZIAŁ XXXII

39  ROZDZIAŁ XXXIII

40  ROZDZIAŁ XXXIV

41  ROZDZIAŁ XXXV

42  ROZDZIAŁ XXXVI

43  ROZDZIAŁ XXXVII

44  ROZDZIAŁ XXXVIII

45  ROZDZIAŁ XXXIX

46  ROZDZIAŁ XL

47  ROZDZIAŁ XLI

48  ROZDZIAŁ XLII

49  ROZDZIAŁ XLIII

50  ROZDZIAŁ XLIV

51  ROZDZIAŁ XLV

52  ROZDZIAŁ XLVI

53  ROZDZIAŁ XLVII

54  ROZDZIAŁ XLVIII

55  ROZDZIAŁ XLIX

56  ROZDZIAŁ L

57  ROZDZIAŁ LI

58  ROZDZIAŁ LII

59  ROZDZIAŁ LIII

60  ROZDZIAŁ LIV

61  ROZDZIAŁ LV

62  ROZDZIAŁ LVI

63  ROZDZIAŁ LVII

64  ROZDZIAŁ LVIII

65  ZAKOŃCZENIE

66  LISTA POSTACI

67  Cykl Honor Harrington

Ponie­waż pomy­sły, podob­nie jak smoki,

Są lotne,

A ty pomo­głaś moim roz­wi­nąć skrzy­dła.

ANNE McCAF­FREY


WSTĘP


Salwa rakiet nad­le­ciała od strony rufy.

Anty­ra­kiety uniesz­ko­dli­wiły jede­na­ście. Uszko­dzony wabik holo­wany z pra­wej burty ścią­gnął na sie­bie dwie kolejne. Lewo­bur­towy nie ścią­gnął żad­nej, bo został znisz­czony przez rakiety przed­ostat­niej salwy… albo poprzed­niej… Nie pamię­tał, a nie miał głowy, by się nad tym zasta­na­wiać.

– Ster­nik, zwrot o dzie­więć­dzie­siąt stopni na prawą burtę i ostro w górę! – pole­cił. – Sta­wiamy go na rufie.

– Aye, aye, sir… Jest dzie­więć­dzie­siąt stopni na prawo i ostro w górę, sir! – odrzekł bos­man­mat Man­grum.

HMS Defiant sta­nął dęba, kła­dąc się rów­no­cze­śnie w ostry zwrot, by chro­nić słab­szą lewą burtę, a jego manewr powtó­rzyły nad­la­tu­jące rakiety. Lasery obrony prze­ciw­ra­kie­to­wej lek­kiego krą­żow­nika roz­po­częły ostrzał i pierw­sza z nad­la­tu­ją­cych rakiet prze­stała ist­nieć. Potem druga i trze­cia… pozo­stałe jed­nakże leciały dalej.

Valiant stra­cił dzio­bowy pier­ścień napędu, sir! I…

Odwró­cił się ku głów­nemu ekra­nowi wizu­al­nemu aku­rat w momen­cie, w któ­rym w sio­strzany okręt Defianta tra­fiła pełna salwa rakiet wystrze­lo­nych przez krą­żow­nik liniowy Ludo­wej Mary­narki. Poci­ski deto­no­wały rów­no­cze­śnie w odle­gło­ści nie­ca­łych pię­ciu tysięcy kilo­me­trów od lewej burty Valianta i wiązki spo­la­ry­zo­wa­nej ener­gii i ich impul­so­wych gło­wic lase­ro­wych prze­szły przez osłonę bur­tową niczym roz­grzane igły przez masło. Pan­cerz lek­kiego krą­żow­nika w miej­scach tra­fie­nia wypa­ro­wał, węzły napędu eks­plo­do­wały niczym zabyt­kowe żarówki, a z roz­pru­tych prze­dzia­łów bojo­wych zaczęła wycie­kać atmos­fera. A potem jedna trze­cia okrętu, licząc od dziobu, prze­stała ist­nieć. Nie eks­plo­do­wała, ale po pro­stu prze­stała ist­nieć. Wrak zaczął wyczy­niać jakieś dziwne manewry, a zaraz potem eks­plo­do­wał.

 

Han­dley i Pla­sma Stream weszły w nad­prze­strzeń, sir! – zamel­do­wał Fran­klin i przez moment poczuł coś na kształt try­umfu.

Ale tylko przez moment.

Dwa statki z kon­woju ucie­kły… resz­cie się nie udało… Reso­lute i Valiant były znisz­czone… a teraz nade­szła kolej na Defianta

Sześć rakiet prze­biło się przez ostrzał sprzę­żo­nych dzia­łek lase­ro­wych obrony i deto­no­wało rów­no­cze­śnie.

Okrę­tem tar­gnęła seria eks­plo­zji, a zaraz potem zawyły alarmy uszko­dze­niowe, któ­rym towa­rzy­szyły wtórne wybu­chy roz­ma­itych ele­men­tów wypo­sa­że­nia okrętu oraz lita­nia mel­dun­ków.

– Wyrzut­nie 17, 19 i 20 znisz­czone!… Węzły alfa 14, beta 29 i 30 znisz­czone!… Poważne uszko­dze­nia od gro­dzi 697 ku rufie!… Sta­no­wi­ska dzia­łek lase­ro­wych od 25 do 30 nie ist­nieją!… Maga­zyn arty­le­ryj­ski numer 4 roz­her­me­ty­zo­wany!… Działa lase­rowe 17 i 19 znisz­czone!… Cięż­kie straty w obsa­dzie maszy­nowni…

Lista znisz­czeń i ofiar cią­gnęła się, a on nie miał czasu jej słu­chać – od tego były dru­żyny awa­ryjne i ich koor­dy­na­tor. Jego wszech­świat zawę­ził się do ekranu tak­tycz­nego i sta­no­wi­ska ster­nika.

– Wystrze­lić wabiki Mike-Lima ze wszyst­kich dzio­bo­wych wyrzutni! – pole­cił. – Obrót na lewą burtę i plan uni­ków Uni­form-X!

Man­grum był dosko­na­łym ster­ni­kiem, a Defiant wręcz per­fek­cyj­nie słu­chał steru, dzięki czemu zawró­cił nie­malże w miej­scu, kie­ru­jąc się dzio­bem ku nad­la­tu­ją­cym nowym rakie­tom. Wabiki, nie te nale­żące do sys­temu Ghost Rider, bo one zostały już zużyte do ostat­niego, wypry­snęły przed okręt. Choć słab­sze, zro­biły co mogły, by odcią­gnąć od Defianta jak naj­wię­cej rakiet. Na mostku czuć było dym i zapach sma­żą­cej się elek­tro­niki… oraz spa­lo­nych ciał… Sły­szał gdzieś w tle czyjś ago­nalny krzyk… ale to wła­śnie było tło, któ­rym nie miał moż­li­wo­ści się zająć…

– Obrona anty­ra­kie­towa, plan ogniowy Hora­tius! – wark­nął.

Z dzio­bo­wych wyrzutni prze­ciw­ra­kie­to­wych wystrze­lono kar­ta­cze. Była to amu­ni­cja rzadko uży­wana, zwłasz­cza przez okręty tak małe jak lekki krą­żow­nik, ale opra­co­wano ją z myślą o takiej wła­śnie sytu­acji. Defiant stra­cił pra­wie połowę wyrzutni prze­ciw­ra­kie­to­wych, a kar­ta­cze były poci­skami wystrze­li­wa­nymi z nor­mal­nych wyrzutni rakiet, tyle że każdy zawie­rał kil­ka­na­ście poci­sków anty­ra­kie­to­wych i natych­miast pękał, uwal­nia­jąc je. A mimo poważ­nych uszko­dzeń okręt zacho­wał pra­wie trzy czwarte łączy obrony prze­ciw­ra­kie­to­wej, które pozwa­lały na zdalne ste­ro­wa­nie wszyst­kimi odpa­lo­nymi anty­ra­kie­tami.

Przy­naj­mniej dwie trze­cie nad­la­tu­ją­cych rakiet stra­ciło namiar dzięki wabi­kom, a anty­ra­kiety wybiły tunel w pozo­sta­łych. Oca­lałe sprzę­żone działka lase­rowe dokoń­czyły dzieła znisz­cze­nia i te rakiety, które dotarły w zapro­gra­mo­wany zasięg i deto­no­wały, zro­biły to nad lub pod okrę­tem, czyli tam, gdzie znaj­do­wały się nie­prze­ni­kalne dla broni ener­ge­tycz­nej ekrany. Połą­cze­nie nie­spo­dzie­wa­nego manewru i cel­no­ści ognia zasko­czyło tak kom­pu­tery celow­ni­cze, jak i arty­le­rzy­stów wro­gich okrę­tów, co było cał­ko­wi­cie zro­zu­miałe, jako że cią­gnący za sobą smugę atmos­fery i szcząt­ków Defiant leciał pro­sto ku wro­gim okrę­tom.

A zaraz potem jego pości­gowe gra­sery umiesz­czone na dzio­bie otwo­rzyły ogień do cięż­kiego krą­żow­nika klasy Mars.

Odle­głość była duża, ale wrogi okręt wysfo­ro­wał się znacz­nie przed pozo­stałe, a arty­le­rzy­ści Defianta od dawna sły­nęli z cel­no­ści. Gdy wiązka ener­gii gra­se­rów tra­fiła, a każda była wie­lo­krot­nie sil­niej­sza od impul­so­wych gło­wic rakiet odpa­la­nych przez okręty liniowe, wyglą­dało to tak, jakby ciężki krą­żow­nik tra­fił na nie­wi­dzialną zaporę. Gra­sery prze­szły na ogień cią­gły i do alar­mów uszko­dze­nio­wych oraz roz­mów ekip awa­ryj­nych dołą­czyły alarmy sygna­li­zu­jące prze­grza­nie uzbro­je­nia pości­go­wego, ale to w tej chwili było bez zna­cze­nia. Wie­dział o tym i dla­tego je zigno­ro­wał.

Podob­nie jak obsady pości­go­wych gra­se­rów.

Pro­wa­dziły ogień tak długo, aż ciężki krą­żow­nik zmie­nił się naj­pierw w roz­pa­da­jący się wrak sie­jący na wszyst­kie strony szcząt­kami i kap­su­łami ratun­ko­wymi, a potem w super­nową… dwie sekundy wcze­śniej niż oprzy­rzą­do­wa­nie gra­sera numer dwa.

Suk­ces był nie­wąt­pliwy, ale spra­wił mu jedy­nie prze­lotną satys­fak­cję.

Dowódcy pozo­sta­łych okrę­tów Ludo­wej Mary­narki ock­nęli się i sko­rzy­stali z tych kil­ku­na­stu sekund, by wyko­nać zwrot. Teraz krą­żow­niki liniowe były zwró­cone bur­tami do nad­la­tu­ją­cego Defianta i otwo­rzyły doń hura­ga­nowy ogień, wspie­ra­jąc ostrzał pozo­sta­łych okrę­tów klasy Mars. Rakiety nad­la­ty­wały ze wszyst­kich stron i nie było spo­sobu, by unik­nąć więk­szo­ści z nich. Nie pozo­stała mu już żadna sprytna sztuczka czy zaska­ku­jące manewry…

Mógł tylko spoj­rzeć na główny ekran tak­tyczny uka­zu­jący zbli­ża­jącą się śmierć, tak jego, jak i całej załogi. I prze­kląć swą decy­zję o pod­ję­ciu walki. A potem…

– Aivars, obudź się!

Pra­wie natych­miast otwo­rzył oczy.

Pra­wie – i Sinead nie dała się oszu­kać.

Odwró­cił głowę, sta­ra­jąc się oddy­chać nor­mal­nie. Czuł jej ciało przez deli­katny jedwab koszuli noc­nej i jej krótko ścięte włosy na swoim pra­wym ramie­niu.

– To się już skoń­czyło – powie­działa miękko, przy­glą­da­jąc mu się zie­lo­nymi, błysz­czą­cymi w bla­sku noc­nej lampki oczyma.

Musiała ją włą­czyć, gdy zorien­to­wała się, że męczy go kosz­mar.

– Wiem – odparł rów­nie miękko.

– Kłamca! – Uśmiech­nęła się czule i pogła­dziła go deli­kat­nie po krótko przy­cię­tej bro­dzie.

– Nie – zaprze­czył, dobrze pamię­ta­jąc, co prze­ży­wał we śnie. – Może nie skoń­czyło się to tak, jak byś tego chciała, ale się skoń­czyło.

– Och, Aivars! – Objęła go i poło­żyła głowę na jego piersi.

Wsłu­chi­wała się w równe bicie jego serca i usil­nie sta­rała się nie roz­pła­kać. I nie oka­zać roz­ża­le­nia i zło­ści na Admi­ra­li­cję, która ponow­nie dała mu dowódz­two okrętu. I zło­ści na niego za to, że je przy­jął.

– Bar­dzo cię kocham – powie­działa cicho i bez śladu gniewu czy żalu w gło­sie.

– Wiem – szep­nął, przy­tu­la­jąc ją. – Wierz mi, że wiem.

– I nie chcę, żebyś tam leciał. Zro­bi­łeś już dość… pra­wie cię stra­ci­łam… myśla­łam, że cię stra­ci­łam, i per­spek­tywa, że mogła­bym cię stra­cić, tym razem naprawdę, prze­raża mnie.

– Wiem – szep­nął, przy­tu­la­jąc ją moc­niej.

Ale nie powie­dział, że nie poleci. Rozu­miała to mimo zło­ści i żalu. Nie mógł postą­pić ina­czej i na­dal być tym, kogo kochała. Bitwa w sys­te­mie Hyacinth pozo­sta­wiła w nim głę­bo­kie rany, ale czło­wiek, któ­rego znała i darzyła uczu­ciem, żył i pozo­stał sobą, i tylko to się liczyło.

– Nie chcę, żebyś tam leciał – powtó­rzyła, wtu­la­jąc twarz w jego pierś. – Ale wiem, że musisz. Zapa­mię­taj tylko, że masz do mnie wró­cić!

– Wrócę – obie­cał, a po jego policzku spły­nęła samotna łza.

Przy­tu­lił ją moc­niej i przez długi czas żadne z nich się nie ode­zwało.

W ciągu trwa­ją­cego czter­dzie­ści trzy lata stan­dar­dowe mał­żeń­stwa Aivars Tere­khov ni­gdy nie zła­mał danego żonie słowa. Nie zła­mie więc i tym razem… jeśli tylko będzie mógł.

ROZ­DZIAŁ I


Admi­rał Eska­dry Czer­wo­nej lady dama Honor Har­ring­ton, patronka i księżna Har­ring­ton, sie­działa obok wiceadmi­rał Eska­dry Czer­wo­nej damy Beatrice McDer­mott, baro­no­wej Alb, komen­dant aka­de­mii Kró­lew­skiej Mary­narki, obser­wu­jąc amfi­te­atralną widow­nię olbrzy­miego symu­la­tora holo­gra­ficz­nego. Widow­nia wypeł­niona była po brzegi. Wśród obec­nych prze­wa­żały czarne, lamo­wane zło­tem mun­dury Royal Man­ti­co­ran Navy, a spo­śród cudzo­ziem­ców przy­tła­cza­jącą więk­szość sta­no­wili ludzie w gra­na­towo-nie­bie­skich uni­for­mach Mary­narki Gray­sona. Więk­szość flot nale­żą­cych do Soju­szu znacz­nie ogra­ni­czyła liczbę stu­den­tów wysy­ła­nych do aka­de­mii. Nie było nikogo w mun­du­rze Floty Ere­whonu. Honor dosko­nale pamię­tała mid­szyp­me­nów o ścią­gnię­tych niczym maski twa­rzach, rezy­gnu­ją­cych z dal­szej nauki, gdy ich rząd ogło­sił, że wypo­wie­dział wie­lo­letni układ sojusz­ni­czy z Gwiezd­nym Kró­le­stwem Man­ti­core.

Nie winiła ich – więk­szość nale­żała do jej stu­den­tów, gdy wykła­dała na wyspie Saga­nami. I choć czuła się zdra­dzona, tak naprawdę nie winiła też rządu pla­nety Ere­whon, choć bar­dzo by tego chciała. Uczci­wość naka­zy­wała jej przy­znać, że to nie Ere­whon zawiódł zaufa­nie Gwiezd­nego Kró­le­stwa, ale odwrot­nie – wyłączną i cał­ko­witą winę pono­sił poprzedni rząd Kró­le­stwa Man­ti­core.

Dal­sze roz­my­śla­nia prze­rwał jej roz­wój wyda­rzeń na sali. Ostatni mid­szyp­men zajął miej­sce z pre­cy­zją godną placu ape­lo­wego Royal Man­ti­co­ran Marine Corps, a dama Beatrice wstała i pode­szła ener­gicz­nie do podium.

– Baaacz­ność! – Głos sier­żanta majora Sul­li­vana zabrzmiał tak czy­sto i dono­śnie, że mógłby mu go pozaz­dro­ścić naj­lep­szy śpie­wak ope­rowy.

Odpo­wie­dział mu ide­al­nie zsyn­chro­ni­zo­wany łoskot jede­na­stu tysięcy wyglan­so­wa­nych do poły­sku butów, gdy pięć i pół tysiąca mid­szyp­me­nów rów­no­cze­śnie wyprę­żyło się w posta­wie zasad­ni­czej i tak zamarło.

Dama Beatrice przyj­rzała się im, sta­ran­nie panu­jąc nad mię­śniami twa­rzy, by jej obli­cze wyra­żało tylko to, co chciała. Szko­le­nie tego rocz­nika trwało kró­cej niż zwy­kle. Nie aż tak krótko, jak tego przed roz­po­czę­ciem ope­ra­cji But­ter­cup, ale znacz­nie kró­cej niż rocz­ni­ków następ­nych. Powód był pro­sty: try­um­falny atak Ósmej Floty w ope­ra­cji But­ter­cup został zaprze­pasz­czony, a tych mło­dych ludzi nie cze­kały spo­kojne, poko­jowe przy­działy na pokła­dach okrę­tów zwy­cię­skiej floty, lecz służba na jed­nost­kach toczą­cych wojnę.

I to wojnę nie roku­jącą szans na zwy­cię­stwo, a przy­naj­mniej nie na szyb­kie zwy­cię­stwo.

Nie miała poję­cia, ilu z obec­nych zgi­nie w ciągu kilku naj­bliż­szych despe­rac­kich walk ani też ilu z nich zdaje sobie sprawę, jak naprawdę wygląda sytu­acja stra­te­giczna. Przy­glą­dała im się jak mistrz mie­cza nowej broni, szu­ka­jąc skaz i ukry­tych wad i zasta­na­wia­jąc się, czy jest gotowa do osta­tecz­nego szlifu, który wła­śnie miał nastą­pić.

– Spo­cznij! – roz­ka­zała.

Pocze­kała, aż umilk­nie szum spo­wo­do­wany jego wyko­na­niem, a potem zaczęła mówić jak zwy­kle melo­dyj­nym kontr­al­tem, który dosko­nale wypeł­nił pełną ocze­ki­wa­nia ciszę.

– Zebra­li­ście się tu po raz ostatni przed pierw­szym patro­lem. Taka jest tra­dy­cja. Na tych spo­tka­niach jesz­cze raz mówi się o tym, czym jest w isto­cie służba kró­lew­skiego ofi­cera i ile może ona kosz­to­wać. Zwy­czaj ten ist­nieje w aka­de­mii od ponad dwu­stu lat stan­dar­do­wych. Zwy­kle mówcą jest komen­dant aka­de­mii. Zda­rzały się jed­nak wyjątki od tej reguły: należą do nich wystą­pie­nia admi­rał Ellen D’Orville czy admi­rała Quen­tina Saint-Jamesa. W tym roku także zro­bimy wyją­tek, gdyż mamy zaszczyt gościć admi­rał lady damę Honor Har­ring­ton. Pozo­sta­nie ona na Man­ti­core jesz­cze tylko przez trzy dni, potem wróci do Ósmej Floty, by dokoń­czyć jej reak­ty­wa­cję i objąć nad nią dowódz­two. Wielu z was miało zaszczyt ucze­nia się na pro­wa­dzo­nych przez nią zaję­ciach, a wszy­scy, roz­po­czy­na­jąc kariery, powin­ni­ście brać z niej przy­kład. Jeśli bowiem jaka­kol­wiek kobieta nosząca mun­dur Kró­lew­skiej Mary­narki w pełni rozu­mie, czym jest tra­dy­cja spa­ja­jąca Royal Man­ti­co­ran Navy, to jest nią wła­śnie ona.

Na sali pano­wała ide­alna wręcz cisza.

Honor zaś, wsta­jąc z fotela, czuła, jak płoną jej policzki. Na Nimitzu natu­ral­nie te emo­cje, które były udzia­łem ich obojga, wywarły zgoła odmienny wpływ – wypro­sto­wał się dum­nie na jej ramie­niu. Honor zresztą szybko nad sobą zapa­no­wała, być może dla­tego, iż zda­wała sobie sprawę, że emo­cje prze­peł­nia­jące zebra­nych wywo­łane są czymś więk­szym niż jej wła­sne osią­gnię­cia. Mogli sobie jesz­cze tego w pełni nie uświa­da­miać, ale ona miała nie­po­rów­na­nie więk­sze doświad­cze­nie i wie­działa, że tak wła­śnie jest.

 

Dama Beatrice obró­ciła się ku niej i zasa­lu­to­wała. Honor odsa­lu­to­wała rów­nie pre­cy­zyj­nie jak w dniu, gdy sama koń­czyła aka­de­mię, i na moment obie znie­ru­cho­miały naprze­ciwko sie­bie.

– Księżno – powie­działa po pro­stu komen­dant aka­de­mii i ode­szła od mów­nicy.

Honor ode­tchnęła głę­boko i zajęła jej miej­sce. Pamię­tała chwilę, gdy brała udział w takim spo­tka­niu jako mid­szyp­men. Na jej ramie­niu także sie­dział wtedy Nimitz i oboje patrzyli pała­ją­cymi oczyma na komen­danta Har­tleya. Czuła jakąś mistyczną więź z nim, z innymi mid­szyp­menami i ze wszyst­kimi ofi­ce­rami, któ­rzy wcze­śniej wło­żyli zdo­biony zło­tem czarny uni­form Kró­lew­skiej Mary­narki. Teraz, patrząc na te rzędy tak samo pała­ją­cych oczu, wie­działa, że słu­cha­cze czują to samo, co ona wtedy – prze­ży­wają zjed­no­cze­nie, jakiego nie zaznali ni­gdy dotąd.

– Za kilka dni – ode­zwała się – zamel­du­je­cie się na pierw­sze w życiu przy­działy bojowe. Mam nadzieję, że instruk­to­rzy przy­go­to­wali was do tego odpo­wied­nio, bo jeste­ście naj­lep­szymi, jakich mamy. Macie sta­no­wić naj­now­sze ogniwo w łań­cu­chu dowo­dze­nia i odpo­wie­dzial­no­ści, jaki powstał w ciągu tych pię­ciu­set lat stan­dar­do­wych ist­nie­nia Royal Man­ti­co­ran Navy. Jest to cięż­kie zada­nie i dla czę­ści z was będzie ozna­czać duże ofiary. A dla nie­któ­rych śmierć. Wasi instruk­to­rzy zro­bili, co mogli, by was do tego przy­go­to­wać, ale prawda jest taka, że żadna teo­ria i żadne ćwi­cze­nia nie wystar­czą. Możemy i was uczyć, szko­lić i dzie­lić się z wami doświad­cze­niem, ale kiedy znaj­dzie­cie się w ogniu walki, będzie­cie sami. Nie samotni, bo będą z wami prze­ło­żeni, kole­dzy i pod­ko­mendni, ale przyj­dzie taki moment, w któ­rym każdy z was zda sobie sprawę, że jest zupeł­nie sam… sta­nie się to wtedy, gdy uświa­domi sobie, że jest śmier­telny i ma do speł­nie­nia obo­wią­zek. Na taki moment żaden nauczy­ciel i żadne ćwi­cze­nia nie są w sta­nie tak naprawdę przy­go­to­wać. Będzie­cie wów­czas mieli tylko cztery atuty. Wyszko­le­nie, tak kom­pletne i zaawan­so­wane, jakie byli­śmy w sta­nie wam zapew­nić. Odwagę, zależną tylko od was samych. Lojal­ność wobec współ­to­wa­rzy­szy broni. I tra­dy­cje Saga­nami. Więk­szość z was spro­sta temu wyzwa­niu, część zaś odkryje, że mimo całej odwagi i wyszko­le­nia nie jest nie­śmier­telna. A część, oby jak naj­mniej­sza, zała­mie się.

Zro­biła prze­rwę, wsłu­chu­jąc się w ciszę, która na­dal była abso­lutna, i czu­jąc na sobie wzrok wszyst­kich obec­nych. A potem mówiła dalej:

– Zada­nie, które będzie­cie wyko­ny­wać, i obo­wią­zek, który wzię­li­ście na sie­bie dla Kró­lo­wej i Kró­le­stwa, Pro­tek­tora i Gray­sona czy też dla innych, któ­rych będzie­cie bro­nić, to naj­bar­dziej prze­ra­ża­jące, nie­bez­pieczne i zaszczytne zaję­cie we wszech­świe­cie. Zde­cy­do­wa­li­ście się dobro­wol­nie sta­nąć mię­dzy pań­stwami i ludźmi, któ­rych kocha­cie, a zagra­ża­ją­cymi im wro­gami, by ich bro­nić, nawet za cenę życia, jeśli zaj­dzie taka koniecz­ność. Obo­wią­zek ten brali już na sie­bie inni przed wami i choć żadna teo­ria nie zdoła w pełni przy­go­to­wać was na to doświad­cze­nie, wiele może­cie się nauczyć z prze­żyć poprzed­ni­ków. I to wła­śnie jest powo­dem waszej tu obec­no­ści, podob­nie jak każ­dego koń­czą­cego naukę rocz­nika aka­de­mii od dwu­stu czter­dzie­stu trzech lat stan­dar­do­wych.

Naci­snęła przy­cisk na wbu­do­wa­nej w mów­nicę kla­wia­tu­rze i świa­tła przy­ga­sły. W sali zapa­dła pra­wie kom­pletna ciem­ność prze­ry­wana jedy­nie bla­skiem kon­tro­lek panelu ste­row­ni­czego przed nią.

A potem uak­tyw­niła się holo­pro­jek­cja, uka­zu­jąc postać męż­czy­zny w mun­du­rze. W jego wyglą­dzie nie było niczego nad­zwy­czaj­nego – był mniej niż śred­niego wzro­stu, o śnia­dej cerze, wyra­zi­stym nosie i kasz­ta­no­wa­tych, z lekka rzed­ną­cych wło­sach oraz wyra­zi­stych ciem­nych oczach. Jego czarny i lamo­wany zło­tem mun­dur uszyto według sta­rego, nie­uży­wa­nego już wzoru, a pod lewą pachą trzy­mał czapkę z dasz­kiem, któ­rej w Royal Man­ti­co­ran Navy nie noszono od 170 lat stan­dar­do­wych.

„Wasza Wyso­kość, pra­gnę zamel­do­wać, że siły pod moim dowódz­twem nawią­zały kon­takt bojowy z wro­giem” – powie­dział wyraź­nym, ale nieco archa­icz­nym języ­kiem sprzed ponad dwóch wie­ków stan­dar­do­wych.

Był elek­tro­nicz­nie zacho­wa­nym duchem, ale nie było w nim nic antycz­nego. Było za to coś, co choć trudne do spre­cy­zo­wa­nia, robiło wra­że­nie nawet teraz. Coś, co na­dal pło­nęło i przy­cią­gało.

„Z przy­kro­ścią muszę Waszą Wyso­kość poin­for­mo­wać o utra­cie HMS Triumph i HMS Defiant w star­ciu z pira­tami bazu­ją­cymi w sys­te­mie Traut­man’s Star” – dodał ofi­cer. „Ale chciał­bym także zamel­do­wać o zwy­cię­stwie. Znisz­czy­li­śmy trzy­na­ście krą­żow­ni­ków oraz lek­kich krą­żow­ni­ków i nisz­czy­cieli, a także całą infra­struk­turę mili­tarną sys­temu. Poza tym zdo­by­li­śmy nisz­czy­ciel, lekki krą­żow­nik, dwa cięż­kie krą­żow­niki i dwa krą­żow­niki liniowe. Kilka z tych okrę­tów wygląda na nowe kon­struk­cje pocho­dzące ze stoczni Ligi Solar­nej o znacz­nie sil­niej­szym uzbro­je­niu niż prze­ciętne jed­nostki pirac­kie. W wyniku uszko­dzeń zosta­łem zmu­szony do ode­sła­nia Vic­to­rio­usa, Swi­ft­sure, Marsa i Aga­mem­nona. Na pozo­stałe okręty prze­nio­słem nie­zbędną liczbę per­so­nelu z uszko­dzo­nych jed­no­stek, a kapi­ta­nowi Tim­mer­ma­nowi, dowódcy Swi­ft­sure, jako naj­star­szemu rangą ofi­ce­rowi, pole­ci­łem natych­mia­stowy powrót do Gwiezd­nego Kró­le­stwa wraz ze zdo­by­tymi pry­zami. W związku z ponie­sio­nymi stra­tami zosta­łem zmu­szony do cza­so­wego zawie­sze­nia dal­szych dzia­łań ofen­syw­nych prze­ciwko ziden­ty­fi­ko­wa­nym bazom pira­tów. Zmu­szony też jestem poin­for­mo­wać Waszą Wyso­kość o zdo­by­ciu kolej­nych dowo­dów wska­zu­ją­cych na powią­za­nia z tak zwa­nymi „pira­tami” tak Man­po­wer Incor­po­ra­ted, jak i osob­ni­ków z naj­wyż­szych władz Kon­fe­de­ra­cji Sile­siań­skiej. W świe­tle tych dowo­dów aktyw­nego popar­cia nie wie­rzę też, byśmy mogli pole­gać na Mary­narce Kon­fe­de­ra­cji w kwe­stii ochrony naszego han­dlu. Zary­zy­ko­wał­bym nawet stwier­dze­nie, że współ­praca, na którą mamy dowody, wyja­śnia nie­sku­tecz­ność okrę­tów do niej nale­żą­cych w roli eskorty naszych kon­wo­jów. W świe­tle tych nowych dowo­dów i ponie­sio­nych strat nie widzę innej moż­li­wo­ści, jak roz­pro­szyć siły, by zapew­nić ochronę naszym stat­kom han­dlo­wym w naj­groź­niej­szych rejo­nach Kon­fe­de­ra­cji. Zamie­rzam wzno­wić dzia­ła­nia ofen­sywne, gdy tylko dotrą do mnie jed­nostki już wysłane przez Admi­ra­li­cję. Dla Ich Lor­dow­skich Mości przy­go­to­wa­łem szcze­gó­łowy raport, któ­rego kopię wysy­łam także Waszej Wyso­ko­ści. Pozo­sta­jący lojal­nym i posłusz­nym pod­da­nym Saga­nami. Bez odbioru”.

Ofi­cer skło­nił się lekko, ale z sza­cun­kiem. Holo­pro­jek­cja znik­nęła.

Na moment w sali ponow­nie zapa­dły ciem­no­ści, pod­sta­wia­jąc widzów ze wspo­mnie­niem ostat­niego mel­dunku zło­żo­nego przez ofi­cera kró­lo­wej Adrienne, która wysłała go na obszar Kon­fe­de­ra­cji z zada­niem zwal­cza­nia pirac­twa.

Potem zaś poja­wiła się druga holo­pro­jek­cja, a raczej dwie holo­pro­jek­cje obok sie­bie, uka­zu­jące podobne miej­sca: mostek frach­towca i mostek okrętu wojen­nego. Dyżurna obsada frach­towca sie­działa sztywno w fote­lach, wyraź­nie prze­ra­żona, poza kapi­ta­nem, który wpa­try­wał się z napię­ciem w główny ekran wizu­alny łączący go z most­kiem okrętu.

Ten drugi jak na obecne stan­dardy był mały i cia­sny, czemu trudno było się dzi­wić, jako że współ­cze­sne cięż­kie krą­żow­niki były więk­sze od ówcze­snych krą­żow­ni­ków linio­wych. Sprzęt, który było widać, wyda­wał się nie­wia­ry­god­nie prze­sta­rzały, a ska­fan­der próż­niowy, który miał na sobie ten sam co w pierw­szym nagra­niu ofi­cer, nie­po­ręczny i masywny w porów­na­niu do obec­nie uży­wa­nych. W tle sły­chać było typowy dla alarmu bojo­wego szum infor­ma­cyjny, ale głos ofi­cera brzmiał czy­sto i spo­koj­nie.

„Moje roz­kazy nie pod­le­gają dys­ku­sji, kapi­ta­nie Har­good. Kon­wój ulega natych­mia­sto­wemu roz­pro­sze­niu i każdy ma lecieć do gra­nicy wej­ścia w nad­prze­strzeń indy­wi­du­al­nie i z mak­sy­malną pręd­ko­ścią. Wyko­nać natych­miast!”

„Nie odma­wiam wyko­na­nia pań­skich roz­ka­zów, do dia­bła!” – wark­nął chra­pli­wie kapi­tan Har­good. „Pró­buję tylko powstrzy­mać pana przed utratą okrętu wraz z całą załogą!”

„Doce­niam pań­ski wysi­łek” – Komo­dor Saga­nami uśmiech­nął się lekko. „Oba­wiam się jed­nak, że jest on próżny – Teraz pro­szę zawró­cić i wyno­sić się stąd”.

„Do kurwy nędzy, Eddy!” – wybuch­nął Har­good, igno­ru­jąc wszel­kie kon­we­nanse. „Ich jest sze­ściu, w tym dwa krą­żow­niki liniowe! Jak ci się, kurwa, wydaje, co zwo­ju­jesz?! W prze­ci­wień­stwie do nas dys­po­nu­jesz wystar­cza­jącą szyb­ko­ścią, by im uciec, więc zrób to, do cięż­kiej cho­lery!”

„Kiedy z nimi skoń­czę, nie będzie ich sześć” – oce­nił ponuro Saga­nami. „A każdy, któ­rego znisz­czę albo oku­la­wię, to jeden wię­cej sta­tek kon­woju, który zdoła uciec. Mam dość kłótni z tobą, James. Bierz swój sta­tek i ludzi i zabie­raj dupę do domu, do żony i dzieci. Saga­nami, bez odbioru”.

Ekran wizu­alny ściem­niał, a kapi­tan Har­good przy­gar­bił się. Przez kilka sekund patrzył jesz­cze w mar­twy ekran, a potem wziął się w garść i odwró­cił do ofi­cera astro­na­wi­ga­cyj­nego.

„Sły­sza­łeś go” – powie­dział, nagle posta­rzały o całe lata. „Zabierz nas stąd”.

„Tak, sir” – odrzekł cicho ofi­cer i pochy­lił się nad kla­wia­turą.

Pro­jek­cja zga­sła ponow­nie, ale natych­miast została zastą­piona przez nową, tym razem uka­zu­jącą główny ekran astro­na­wi­ga­cyjny. Widoczne na nim sym­bole posia­dały nowo­cze­sne opisy, tak by mogli się w sytu­acji roze­znać współ­cze­śni ofi­ce­ro­wie. Na dole, na pod­świe­tlo­nym pasku, widać było napis „RMMS Prince Harold” ozna­cza­jący, że zapis pocho­dził ze statku kapi­tana Jamesa Har­go­oda.

Nie był zbyt szcze­gó­łowy mimo kom­pu­te­ro­wego wzmoc­nie­nia, bo raz, że odle­głość była duża, a dwa, pocho­dził z sen­so­rów cywil­nych o nader ogra­ni­czo­nych moż­li­wo­ściach jak na obecne stan­dardy. Był jed­nak wystar­cza­jąco czy­telny, by móc prze­śle­dzić roz­wój wyda­rzeń.

Samotny zie­lony sym­bol opi­sany jako „Nike” mknął na spo­tka­nie sze­ściu innych, krwi­sto­czer­wo­nych, czyli wro­gich. Dwa z nich były krą­żow­ni­kami linio­wymi, jeden cięż­kim krą­żow­ni­kiem, pozo­stałe jedy­nie nisz­czy­cie­lami. Odle­głość mię­dzy dwoma okrę­tami była absur­dal­nie mała, a nikt jesz­cze nie strze­lał, gdyż ówcze­sne rakiety miały bar­dzo nie­wielki zasięg.

Ponie­waż jed­nostki zbli­żały się do sie­bie szybko, ta sytu­acja bły­ska­wicz­nie ule­gła zmia­nie i na ekra­nie poja­wiły się pierw­sze skutki elek­tro­nicz­nego zagłu­sza­nia towa­rzy­szą­cego rakie­tom. Sym­bole znik­nęły na moment, po czym fil­try odsiały elek­tro­niczny hałas i powró­ciły z więk­szą niż dotąd wyra­zi­sto­ścią. Sen­sory Prince’a Harolda nie zdo­ła­łyby tego osią­gnąć, ale współ­cze­sna tech­nika wycią­gnęła z ich zapisu wszystko, co się tylko dało.

Zapis bitwy trwał ponad czter­dzie­ści minut. Obra­zowi nie towa­rzy­szył żaden dźwięk. I żaden też nie roz­legł się wśród widowni. W tym cza­sie jeden okręt Kró­lew­skiej Mary­narki wal­czył z wro­giem dys­po­nu­ją­cym ponad czte­ro­krotną prze­wagą siły ognia i to wal­czył rakie­tami o kla­sycz­nych ter­mo­nu­kle­ar­nych gło­wi­cach. Potem, gdy odle­głość zma­lała, ogniem pokła­do­wych dział lase­ro­wych.

Wszy­scy patrzący wie­dzieli, dla­czego tak wła­śnie postą­pił – nie wal­czył, by wygrać, bo było to nie­moż­liwe. I nie wal­czył, by prze­żyć, bo to osła­bi­łoby jego sku­tecz­ność. Wal­czył, by znisz­czyć lub poważ­nie uszko­dzić napęd tylu pirac­kich jed­no­stek, ilu był w sta­nie. Dla statku han­dlo­wego, bowiem było bez zna­cze­nia, czy doga­nia go wrogi nisz­czy­ciel, czy super­dre­ad­no­ught – każda jed­nostka piracka mogła znisz­czyć każdy sta­tek han­dlowy. A pira­tów było dokład­nie tylu, ile stat­ków liczył ochra­niany przez Nike kon­wój. Każdy, więc znisz­czony lub „oku­la­wiony”, jak to ujął Saga­nami, pirat ozna­czał oca­le­nie dla jed­nego frach­towca.

A nisz­czy­ciele były znacz­nie wraż­liw­szymi celami niż krą­żow­niki liniowe.