Jeden dzieńTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Z angielskiego przełożyła

Małgorzata Miłosz


Tytuł oryginału

ONE DAY

Redaktor prowadzący

Monika Koch

Redakcja

Maria Wirchanowska

Redakcja techniczna

Lidia Lamparska

Korekta

Maciej Korbasiński

Jadwiga Przeczek

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych czy martwych – jest całkowicie przypadkowe.

Copyright © David Nicholls 2009

ALL rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Świat Książki Sp. z o. o., Warszawa 2011

Copyright © for the e-book edition by Świat Książki Sp. z o.o., Warszawa 2011

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Świat Książki

Warszawa 2011

Świat Książki Sp. z o. o.

02-786 Warszawa, ul. Rosoła 10

ISBN 978-83-247-2591-5

Nr 45088

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

virtualo.eu

Spis treści

  Dedykacja

  Cytat

  Część pierwsza

  Rozdział pierwszy

  Rozdział drugi

  Rozdział trzeci

  Rozdział czwarty

  Rozdział piąty

  Część druga

  Rozdział szósty

  Rozdział siódmy

  Rozdział ósmy

  Rozdział dziewiąty

  Część trzecia

  Rozdział dziesiąty

  Rozdział jedenasty

  Rozdział dwunasty

  Rozdział trzynasty

  Rozdział czternasty

  Rozdział piętnasty

  Część czwarta

  Rozdział szesnasty

  Rozdział siedemnasty

  Rozdział osiemnasty

  Część piąta

  Rozdział dziewiętnasty

  Rozdział dwudziesty

  Rozdział dwudziesty pierwszy

  Rozdział dwudziesty drugi

  Rozdział dwudziesty trzeci

  Podziękowania

Dedykacja

Dla Maxa i Romy, gdy będziecie starsi.

I dla Hannah, jak zawsze.

Cytat

Po co są dni?

To w dniach mieści się nasze życie.

Jeden po drugim nastają

I budzą nas ze snu.

To w nich ma nam być dobrze:

Gdzie żyć, jeśli nie w dniach?

Ach, znaleźć na to odpowiedź,

A zaraz zjawia się ksiądz

I lekarz – obaj pędzą

W długich płaszczach przez pola.

Philip Larkin, Dni

przeł. Stanisław Barańczak

Część pierwsza

1988-1992

Po dwudziestce

Ten dzień wprowadził do mojego życia wielkie zmiany. Ale tak dzieje się w życiu każdego człowieka. Przypomnijcie sobie taki jeden dzień, który zaważył na waszym życiu. Przerwij na chwilę ty, który to czytasz, i pomyśl o długim łańcuchu złotych czy żelaznych ogniw, cierni czy kwiatów, które by nigdy ciebie nie oplątały, gdyby nie było jakiegoś jednego ważnego i pamiętnego dnia w twoim życiu.

Charles Dickens, Wielkie nadzieje

przeł. Karolina Beylin

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział pierwszy

Przyszłość

Piątek, 15 lipca 1988

Rankeillor Street, Edynburg

– Ważne, żeby mieć jakiś wpływ na losy świata – powiedziała. – No wiesz, coś zmienić.

– Co? Chcesz „zmienić świat”?

– No, nie od razu cały świat. Ale ten kawałek wokół siebie. Przez chwilę leżeli w ciszy, przytuleni w zbyt wąskim łóżku, potem oboje wybuchnęli śmiechem.

– Nie wierzę, że powiedziałam to głośno – jęknęła. – To takie banalne.

– Tak, trochę oklepane.

– Chcę cię natchnąć. Zainspirować twoją zblazowaną duszę do tej wielkiej przygody, którą mamy przed sobą. – Spojrzała na niego. – Nie żebyś tego potrzebował. Twoja przyszłość jest już pewnie dokładnie zaplanowana. Masz już rozrysowany grafik?

– Niezupełnie.

– Więc co zamierzasz robić?

– Rodzice przyjadą zabrać moje rzeczy. Zostanę parę dni u nich w Londynie, spotkam się ze znajomymi. Potem Francja…

– Brzmi nieźle.

– Później może Chiny, żeby zobaczyć, o co ten cały szum. Może Indie. Trochę pokręcę się po świecie.

– Podróże – westchnęła. – Tak myślałam.

– Co w tym złego?

– Bo ja wiem? Unikanie rzeczywistości.

– Rzeczywistość jest przereklamowana. – Miał nadzieję, że zabrzmiało to tajemniczo i charyzmatycznie.

Pociągnęła nosem.

– Podróże są w porządku, jeśli cię na to stać. Ale dlaczego po prostu nie powiesz, że jedziesz na dwuletnie wakacje? Na to samo by wyszło.

– Bo podróżowanie poszerza horyzonty – odrzekł i pocałował ją, unosząc się na łokciu.

– Wydaje mi się, że twoje horyzonty są już i tak za szerokie – powiedziała, na chwilę odwracając głowę. Ułożyli się na poduszce. – Zresztą, nie chodziło mi o to, co zamierzasz robić za miesiąc. Miałam na myśli przyszłość, kiedy będziesz miał, no nie wiem… czterdziestkę czy coś w tym stylu. Właśnie, kim chcesz być, mając czterdzieści lat?

– Czterdzieści?… Nie wiem. Mogę powiedzieć: „Chcę być bogaty”?

– Banalne.

– No dobra, to sławny. – Wtulił twarz w jej szyję. – Trochę za poważne pytanie jak na mój gust.

– Poważne, ale ekscytujące.

– Ekscytujące! – zawołał, naśladując jej głos, miękki akcent z Yorkshire, w taki sposób, żeby słowa zabrzmiały śmiesznie.

Często ją to spotykało – chłopaki z wyższych sfer wyśmiewający jej sposób mówienia. Tak jakby było coś osobliwego i niezwykłego w moim akcencie, pomyślała, czując jednocześnie przenikliwy dreszcz niechęci.

Odsunęła się, aż jej plecy dotknęły zimnej ściany.

– Tak, ekscytujące. Przecież powinniśmy być podekscytowani. Mamy tak wiele możliwości. Jak powiedział rektor: „Drzwi do przyszłości szeroko otwarte…”.

 

– „Wasze nazwiska wypełnią gazety jutra”.

– Nie sądzę.

– To co, jednak nie jesteś podekscytowana?

– Ja? Nie. Umieram ze strachu.

– Ja też. Chryste… – Odwrócił się gwałtownie i sięgnął po leżące na podłodze przy łóżku papierosy, jakby chciał ukoić nerwy. – Czterdzieści lat. Czterdzieści. Ja pierdolę.

Rozbawiona jego nerwowością postanowiła drążyć temat.

– No więc co będziesz robić, mając czterdziestkę?

W zamyśleniu zapalił papierosa.

– Widzisz, Em…

– Em? Kto to jest Em?

– Ludzie nazywają cię Em. Słyszałem.

– Tak, przyjaciele.

– To mogę nazywać cię Em?

– W porządku, Dex.

– A więc wiele myślałem o tym całym starzeniu się i postanowiłem, że pozostanę dokładnie taki jak teraz.

Dexter Mayhew. Spojrzała na niego przez włosy. Leżał oparty o tani, zniszczony zagłówek ze skaju i nawet bez okularów widziała dokładnie, dlaczego chciałby pozostać taki, jaki jest. Blade światło poranka rozświetlało jego twarz przez czerwone zasłony. Z przymkniętymi oczyma i niedbale przyklejonym do dolnej wargi papierosem wyglądał, jakby pozował do zdjęcia. Przystojny, pomyślała Emma Morley. Głupie, przestarzałe słowo, ale nie potrafiła znaleźć lepszego. Może „piękny”. Mocno zarysowane kości twarzy. Kształtny, lekko błyszczący nos i cienie pod oczami, ciemne jak siniaki – efekt papierosów i nocy, które spędził, specjalnie przegrywając w rozbieranego pokera z dziewczynami z Bedales. Miał w sobie coś z kota: cienkie brwi, wydatne, ciemne usta, teraz suche, popękane i brunatne od bułgarskiego czerwonego wina. Przynajmniej włosy miał okropne. Krótkie z tyłu i z boków, z potwornym jeżykiem na czubku, który straciwszy resztki żelu, wyglądał jak głupkowaty beret.

Z zamkniętymi oczami Dexter wypuścił dym przez nos. Zdawał sobie sprawę, że Emma go obserwuje, bo włożył rękę pod pachę, tak aby uwydatnić biceps i mięśnie klatki. Skąd te mięśnie? Na pewno nie uprawiał sportu, no chyba żeby uznać za sport pływanie nago i grę w bilard. Po prostu dobre geny, przekazywane z pokolenia na pokolenie jak akcje i antyki. Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności w dniu wieńczącym jej czteroletnią karierę studentki ten przystojny, a nawet piękny mężczyzna w lekko opuszczonych na biodra wzorzystych bokserkach leżał teraz w jej wąskim łóżku, w jej maleńkim pokoju. Przystojny! Za kogo ty się uważasz, Jane Eyre? Dorośnij. Nie podniecaj się.

Wyjęła papierosa z jego ust.

– A ja sobie ciebie wyobrażam jako czterdziestolatka – powiedziała z nutką złośliwości w głosie. – Widzę to bardzo dokładnie.

Uśmiechnął się, nie otwierając oczu.

– Mów więc.

– Okej. – Poprawiła się na łóżku i upchnęła kołdrę pod pachy. – Jedziesz sportowym kabrioletem gdzieś w Chelsea lub Kensington albo w jakimś podobnym miejscu, a twój samochód jest absolutnie cichy. Wszystkie samochody będą bezgłośne w… który to będzie… dwa tysiące szósty?

Zmarszczył czoło, usiłując policzyć.

– Dwa tysiące czwarty.

– Samochód szybuje dziesięć centymetrów nad ziemią w stronę King's Road. Twój brzuch prawie dotyka kierownicy, niczym okrągła poduszka, masz skórzane rękawiczki z odsłoniętymi grzbietami dłoni, rzadkie włosy i drugi podbródek. Duży facet w małym samochodzie, opalony jak pieczony indyk.

– Hm. Może zmienimy temat?

– Obok ciebie siedzi kobieta w okularach przeciwsłonecznych. Twoja trzecia, nie, czwarta żona. Bardzo ładna. Modelka, nie, była modelka, dwadzieścia trzy lata. Poznaliście się, gdy siedziała na masce samochodu, który reklamowała na targach motoryzacyjnych w Nicei czy coś w tym stylu. Zjawiskowo piękna i głupia jak but.

– Mmm. Miłe. Dzieci?

– Żadnych dzieci. Tylko trzy rozwody. Jest lipcowy piątek i jedziecie do waszego domku na wsi. W maleńkim bagażniku macie rakiety tenisowe, młotki do krokieta, dobre wino, południowoafrykańskie winogrona, biedne małe przepiórki i szparagi. Wiatr rozwiewa resztki twoich włosów, jesteś z siebie bardzo zadowolony. Żona numer trzy, nie, cztery, uśmiecha się do ciebie, pokazując ze dwie setki nieskazitelnie białych zębów. Ty też się uśmiechasz, z całej siły próbując nie myśleć o tym, że nie macie sobie absolutnie nic do powiedzenia.

Urwała nagle. Idiotka, pomyślała. Może byś tak spróbowała powiedzieć coś mniej głupiego.

– Zresztą do tego czasu i tak wszyscy zginiemy w wojnie nuklearnej – dodała radośnie.

– To ja już chyba powinienem się zbierać. Skoro jestem taki banalny i zepsuty.

– Nie, nie idź – zaprotestowała, trochę zbyt szybko. – Jest czwarta rano.

Podciągnął się na łóżku, aż jego twarz znalazła się na wysokości jej twarzy.

– Naprawdę nie wiem, dlaczego tak źle o mnie myślisz. Przecież prawie mnie nie znasz.

– Znam ten typ.

– Typ?

– Widziałam, jak kręcicie się wokół wydziału filologii, porykując jeden do drugiego. Te wasze imprezy, na które nie można wejść bez wieczorowego garnituru.

– Co? Ja nawet nie mam garnituru. A już na pewno do nikogo nie porykuję.

– Żeglowanie po Morzu Śródziemnym przez całe wakacje, itepe, itede…

– Hm. Skoro jestem taki okropny – powiedział, kładąc rękę na jej biodrze.

– Jesteś.

– To dlaczego ze mną śpisz? – Przesunął dłoń po jej miękkim udzie.

– Właściwie to nie spaliśmy ze sobą.

– Cóż. To zależy. – Pochylił się i pocałował ją. – Zależy, co masz na myśli.

Powędrował ręką ku jej talii i wsunął nogę między jej nogi.

– Chwileczkę – wymamrotała ustami przyciśniętymi do jego ust.

– Co? – Poczuł, jak oplatała nogę wokół jego nogi, przyciągając go do siebie.

– Musisz umyć zęby.

– Mnie nie przeszkadza, że ty nie myłaś.

– Okropność – zaśmiała się. – Smakujesz jak wino z papierosami.

– No to w porządku. Ty też.

Odwróciła głowę, przerywając pocałunek.

– Naprawdę?

– Nic nie szkodzi. Lubię wino i papierosy.

– Zaraz wracam. – Odrzuciła kołdrę i wspięła się na niego.

– Gdzie idziesz? – Położył rękę na jej nagich plecach.

– Do wychodka – odparła i wzięła okulary ze sterty książek koło łóżka. Standardowe, duże czarne oprawki, jakie dostaje się na receptę.

– Wychodek? Co to za słowo?

Wstała z rękami skrzyżowanymi na piersiach, pilnując się, żeby być tyłem do niego.

– Zostań – powiedziała, wychodząc z pokoju i poprawiając majtki. – I żadnego dogadzania sobie, kiedy mnie nie będzie.

Westchnął, poprawił się na łóżku i rozejrzał po obskurnym wynajętym pokoju. Był absolutnie pewny, że gdzieś pośród pocztówek z dziełami sztuki i fotokopiami plakatów do gniewnych dramatów jest fotografia Nelsona Mandeli – niczym zdjęcie wymarzonego kochanka. Przez ostatnie cztery lata widział wiele takich pokoi porozrzucanych po mieście niczym sceny przestępstw. Pokoi, w których zawsze znajdziesz album Niny Simon. Mimo że większość z nich odwiedził tylko raz, wiedział, że wszystkie były łudząco podobne. Ohydne nocne lampki, smutne roślinki w doniczkach, zapach taniego proszku do prania, niedopasowane prześcieradła. Emma miała też iście artystyczną skłonność do fotomontażu – źle naświetlone zdjęcia znajomych i rodziny pozatykane pomiędzy reprodukcjami Chagalla, Vermeera, Kandinsky'ego i fotografii Che Guevary, Woody'ego Allena i Becketta. Nic nie było tu neutralne, wszystko wskazywało na jej przekonania, określało światopogląd. Cały pokój był jak manifest. Emma była jedną z tych dziewczyn, które używają słowa „burżuazja” jako obelgi. Mógł zrozumieć, dlaczego „faszysta” ma negatywne konotacje, ale lubił słowo „burżuazja” i wszystko, co się za nim kryje. Bezpieczeństwo, podróże, dobre jedzenie, dobre maniery, ambicja. Za co ma niby przepraszać?

Wypuścił z ust smugę dymu. Macając ręką podłogę pod łóżkiem, natrafił na książkę. Nieznośna lekkość bytu,strony wyraźnie zagięte na erotycznych kawałkach. Paradoks tych kreujących się na indywidualizm dziewczyn polega na tym, że one wszystkie są dokładnie takie same. Kolejna książka: Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem. Kompletny idiota, pomyślał Dexter, pewny, że sam nigdy nie popełniłby takiego błędu.

Podobnie jak Emma Morley dwudziestotrzyletni Dexter Mayhew nie miał jasnej wizji przyszłości. Chciał odnieść sukces, żeby rodzice byli z niego dumni. Chciał sypiać z więcej niż jedną kobietą w tym samym czasie.

Ale jak to wszystko pogodzić? Pragnął być bohaterem artykułów opisujących jego życiowe dokonania, ale nie miał pojęcia, w jakiej dziedzinie. Chciał życia pełnego wrażeń, ale bez problemów i komplikacji.

To żaden plan, a i tak zdążył już popełnić błędy. Choćby dzisiejsza noc. Będzie miała nieprzyjemne reperkusje – łzy, kłopotliwe telefony, pretensje. Jak najszybciej powinien się stąd ulotnić. Spojrzał na swoje porozrzucane ubrania, jakby planował ucieczkę. Z łazienki dobiegł go ostrzegawczy odgłos starej spłuczki, więc szybko odłożył książkę pod łóżko, natrafiając przy okazji na małą żółtą puszkę po musztardzie. Otworzył ją i zobaczył prezerwatywy oraz drobne, szare pozostałości skręta. Perspektywa seksu i jointa ukryta w małej żółtej puszce polepszyła mu humor i zdecydował, że może jeszcze trochę zostanie.

W łazience Emma Morley wytarła z kącików ust pastę do zębów, zastanawiając się, czy ta noc nie jest jednym wielkim błędem. Wreszcie po czterech latach romantycznej posuchy znalazła się w łóżku z kimś, kogo naprawdę lubi, kogo polubiła od dnia spotkania na imprezie w 1984, z kim za parę godzin się rozstanie, prawdopodobnie na zawsze. Przecież on nie zaprosi jej na wspólną podróż do Chin, zresztą ona i tak bojkotuje Chiny. Dexter Mayhew. Całkiem w porządku. Może nie jest superinteligentny i bywa zdecydowanie zbyt zadowolony z siebie, ale za to jest zabawny, lubiany i nie da się ukryć, bardzo przystojny. Dlaczego więc musi być taka zrzędliwa i sarkastyczna? Dlaczego nie może być po prostu zabawna i pewna siebie, jak te odstawione, roześmiane panienki, które zwykle się koło niego kręcą? Przez maleńkie okno zobaczyła, że zaczyna świtać. Otrzeźwiała. Przygładziła swoje okropne włosy, przybrała odpowiednią minę, pociągnęła za sznurek starej spłuczki i poszła do pokoju.

Leżąc na łóżku, Dexter obserwował, jak pojawia się w drzwiach, ubrana w togę i biret, które musieli wypożyczyć na wczorajszą ceremonię wręczenia dyplomów. Owinęła uwodzicielsko nogę wokół framugi, a w ręku trzymała zrolowany dyplom. Spojrzała znad okularów i przekrzywiła biret, tak że zakrył jej oko.

– No i jak? – rzuciła.

– Do twarzy ci. Szczególnie jak przekrzywisz biret. Ale zdejmij to już i wracaj do łóżka.

– O nie. Dałam za to trzy dychy. Zapłacone, trzeba nosić.

Zakręciła się, a jej toga zawirowała niczym peleryna wampira. Dexter złapał za róg materiału, ale odpędziła go zrolowanym dyplomem. Usiadła na łóżku, zdjęła okulary i pozwoliła todze ześlizgnąć się z ramion. Rzucił ostatnie spojrzenie na jej nagie plecy i zarys piersi, zanim zniknęły pod czarną koszulką z napisem wzywającym do rozbrojenia broni nuklearnej. Nic bardziej nie zabijało pożądania, niż długa czarna polityczna koszulka, no może z wyjątkiem płyty Tracy Chapman.

Zrezygnowany podniósł z podłogi dyplom Emmy, zdjął opasającą go elastyczną taśmę i przeczytał: „Filologia angielska i historia. Podwójny dyplom z wyróżnieniem”.

– Czytaj i płacz. Tylko nie zniszcz.

– Oprawisz go w ramki?

– Moi rodzice zrobią z niego tapetę. – Zwinęła dyplom w równy rulonik. – I laminowane podkładki na stół. A mama zamierza wytatuować go sobie na plecach.

– A właściwie to gdzie są twoi rodzice?

– W pokoju obok.

– Co? Naprawdę?

Zaśmiała się.

– Nie. Pojechali z powrotem do Leeds. Tata uważa, że hotele są dla snobów. – Wepchnęła dyplom pod łóżko. – Posuń się – powiedziała, popychając go na zimną stronę materaca.

Zrobił dla niej miejsce, niezgrabnie obejmując ją w talii, i niepewnie pocałował w szyję. Spojrzała na niego.

– Dex?

– Hm.

– Tylko się przytulimy, co?

– Jasne. Jak chcesz – odpowiedział dzielnie, chociaż nigdy nie widział sensu w przytulaniu. Przytulić można babcię albo pluszowego miśka. Przytulanie przyprawiało go o skurcze. Już lepiej byłoby przyznać się do porażki i jak najszybciej spadać do domu, ale Emma zdążyła ułożyć głowę na jego ramieniu. Leżeli więc tak sztywni i onieśmieleni, aż przerwała niezręczną ciszę:

 

– Nie wierzę, że właśnie użyłam słowa „przytulimy się”. Przytulić się, do jasnej cholery!

Uśmiechnął się.

– Przynajmniej nie powiedziałaś tulić się.

– Tulić się. Okropne.

– Albo pieścić.

– Fatalne. Musimy sobie obiecać, że nigdy nie będziemy się pieścić – rzekła i natychmiast pożałowała swoich słów. To raczej mało prawdopodobne. Znów zapanowała cisza. Rozmawiali i całowali się przez ostatnie osiem godzin i oboje czuli to wszechogarniające zmęczenie, które zwykle przychodzi nad ranem, po nieprzespanej nocy. Kosy zaczęły gwizdać w zarośniętym ogródku.

– Uwielbiam ten dźwięk – wymamrotał wtulony w jej włosy. – Kosy śpiewające o świcie.

– A ja go nienawidzę. Sprawia, że czuję się, jakbym zrobiła coś, czego będę żałować.

– Właśnie dlatego go lubię – wyszeptał, ponownie starając się, by zabrzmiało to tajemniczo i charyzmatycznie. Potem dodał: – A zrobiłaś?

– Co?

– Coś, czego żałujesz?

– Masz na myśli to? – zapytała, ściskając jego dłoń. – Pewnie tak, jeszcze nie wiem. Zapytaj mnie rano. A ty?

Przycisnął usta do czubka jej głowy.

– Oczywiście, że nie – powiedział i pomyślał: to nigdy nie może się powtórzyć.

Zadowolona z jego odpowiedzi przytuliła się do niego mocniej.

– Powinniśmy się trochę przespać – mruknęła.

– Po co? Nic jutro nie musimy. Żadnych terminów, zaliczeń…

– Tylko całe życie przed nami – odparła sennie, wdychając jego cudownie ciepły, nieświeży zapach.

W tej samej chwili zalała ją fala strachu na myśl o niezależnym, dorosłym życiu. Nie czuła się dorosła. Nie była przygotowana. Czuła się tak, jakby w środku nocy zadzwonił alarm przeciwpożarowy, a ona znalazła się na ulicy ze zwiniętym pod pachą ubraniem. Jeśli nie będzie się już uczyć, to co ma robić? Czym wypełni dni? Nie miała bladego pojęcia.

Cała sztuka – pomyślała – to mieć odwagę i energię, żeby coś zmienić. Może nie od razu cały świat, ale ten kawałek wokół siebie. Wykorzystać swój znakomity dyplom, pasję i nową elektryczną maszynę do pisania i ciężko pracować nad… czymś. Wpływać na życie ludzi poprzez sztukę. Pięknie pisać. Dbać o przyjaciół, pozostać wierną swoim przekonaniom, żyć pełnią życia, z pasją, mądrze. Poszukiwać nowych doświadczeń. Kochać i być kochaną. Zdrowo się odżywiać. I tym podobne.

Żadna wyszukana filozofia życiowa. A już na pewno nie taka, którą mogłaby się podzielić z tym mężczyzną. Ale tak właśnie myślała. I jak na razie jej pierwsze godziny niezależnego, dorosłego życia były w porządku. Być może rano, gdy wypije herbatę i weźmie aspirynę, odważy się zaprosić go z powrotem do łóżka. Oboje będą wtedy trzeźwi, co z pewnością nie ułatwi sprawy, ale może będzie miło. Jej nieliczne doświadczenia z facetami zawsze kończyły się śmiechem albo płaczem. Byłoby miło zaznać czegoś normalnego. Zaczęła się zastanawiać, czy w puszce po musztardzie zostały jeszcze jakieś prezerwatywy. Muszą być. W każdym razie były, kiedy ostatni raz tam zaglądała: luty 1987, Vince, inżynier chemii, z owłosionymi plecami, który wytarł nos w poszewkę jej poduszki. Pełnia szczęścia.

Robiło się coraz widniej. Dzienne światło przedzierało się przez grube, ciężkie zasłony. Dexter ostrożnie wyciągnął rękę i wrzucił niedopałek do kubka z resztką wina, a potem leżał, wpatrując się w sufit. Już nie zaśnie. Poleży trochę, poczeka, aż Emma zapadnie w głęboki sen, i się ulotni.

Oczywiście takie wyjście będzie oznaczać, że już nigdy więcej jej nie zobaczy. Ciekawe, czy miałaby o to do niego żal. Pewnie tak, one zazwyczaj mają. Czy on będzie żałował? Całe cztery lata świetnie sobie bez niej radził. Aż do wczoraj był przekonany, że ma na imię Anna, a jednak z jakiegoś powodu cały wieczór nie mógł oderwać od niej wzroku. Dlaczego wcześniej jej nie zauważył? Przyglądał się jej uśpionej twarzy.

Była ładna, ale ten fakt wydawał się jej przeszkadzać. Rudawe, źle obcięte włosy, zapewne robota Tilly czy jak jej tam, głośnej, grubej współlokatorki. Blada cera świadczyła o godzinach spędzonych w bibliotece lub pubie. Okropne okulary sprawiały, że wyglądała jak sowa. Miękka, pulchna broda – pozostałość po dziecięcym tłuszczyku. (Trzeba się pilnować, żeby nie używać słów „pulchny” ani „tłuszczyk” w dzisiejszych czasach. Podobnie zresztą jak nie można jej powiedzieć, że ma wspaniałe piersi, bez wywołania wielkiej obrazy, chociaż to absolutna prawda). Skóra na czubku jej małego, zgrabnego nosa błyszczała, a czoło pokrywały drobne czerwone krostki, ale pomijając te małe niedoskonałości, jej twarz była zjawiskowa. Nie mógł przypomnieć sobie dokładnie koloru jej oczu, ale wiedział, że były duże, jasne i radosne, podobnie jak dwie zmarszczki w kącikach ust, widoczne, kiedy się śmiała, co zdarzało się bardzo często. Gładkie, zaróżowione policzki, jak miękkie poduszeczki, aż prosiły, żeby je pogłaskać. Malinowe, pozbawione szminki delikatne usta, których nie otwierała, śmiejąc się, jakby chciała ukryć zbyt duże zęby.

Jeśli teraz pójdzie, pewnie już nigdy nie zobaczy tej twarzy, no chyba że za dziesięć lat na jakimś koszmarnym zjeździe absolwentów. Będzie miała nadwagę i pretensję, że uciekł bez pożegnania. Najlepiej ulotnić się po cichu. I żadnych zjazdów. Skoncentrować się na przyszłości. Na nowych twarzach.

W chwili gdy podejmował tę decyzję, Emma uśmiechnęła się szeroko i nie otwierając oczu, powiedziała:

– No więc co o tym myślisz, Dex?

– O czym, Em?

– O nas. Myślisz, że to miłość? – Zaśmiała się.

– Idź spać, dobra?

– To przestań się gapić na mój nos. – Otworzyła oczy, zielononiebieskie, przenikliwe, błyszczące. – Jaki jutro jest dzień?

– Masz na myśli dzisiaj?

– Tak, dzisiaj. Ten nowy, wspaniały dzień przed nami.

– Piątek. Dzień Świętego Swithina.

– To znaczy?

– Tradycja mówi, że jak dzisiaj będzie padać, to będzie padać przez następne czterdzieści dni albo całe lato czy coś w tym stylu.

Zmarszczyła czoło.

– Bez sensu.

– Taki przesąd.

– Gdzie ma niby padać? Zawsze gdzieś pada.

– Na grobie Świętego Swithina. Jest pochowany na terenie katedry w Winchester.

– Skąd to wszystko wiesz?

– Chodziłem tam do szkoły.

– Aha – wymamrotała w poduszkę.

– „Święty Swithin w strugach deszczu. Coś tam, coś tam będzie jeszcze”.

– Piękny wierszyk.

– To parafraza.

Zaśmiała się i uniosła sennie głowę.

– Dex?

– Em?

– A jeśli nie będzie dziś padać?

– Aha?

– Co robisz później?

Powiedz jej, że jesteś zajęty.

– Nic szczególnego.

– To może zrobimy coś razem?

Poczekaj, aż zaśnie, i uciekaj.

– Okej. Zróbmy coś. Ułożyła głowę na poduszce.

– Nowy dzień – wymamrotała.

– Nowy dzień.