Od takich ludzi trzymaj się z dalekaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  List do czytelników

2  Wstęp

3  Część I. LUDZKA NATURA

4  Rozdział 1. Uwolnij swoją psychikę

5  Rozdział 2. Błędy diagnostyczne: Jak działa system diagnozowania

6  Rozdział 3. Jak funkcjonuje system: Przygotowanie gruntu

7  Część II. CZTERY ASPEKTY ZDROWIA EMOCJONALNEGO

8  Rozdział 4. Aspekt 1: Poczucie własnej wartości

9  Rozdział 5. Aspekt 2: Odpowiedzialność

10  Rozdział 6. Aspekt 3: Perspektywa

11  Rozdział 7. Aspekt 4: Relacje i granice

12  Część III. TWORZENIE PROFILU EMOCJONALNEGO

13  Rozdział 8. Pięciominutowe skanowanie emocji

14  Rozdział 9. Analiza konwersacyjna

15  Rozdział 10. Sygnały ostrzegawcze

16  Rozdział 11. Statystycznie rzecz biorąc

17  Rozdział 12. Czynnik odporności

18  Rozdział 13. Więzy rodzinne: Czy wszystko zależy od genów?

19  Posłowie

20  Bibliografia

21  O autorze

List do czy­tel­ni­ków

Ta książka nie ma być narzę­dziem dia­gno­stycz­nym ani sub­sty­tu­tem psy­cho­te­ra­pii czy też innego rodzaju lecze­nia. Służy raczej jako prze­wod­nik poma­ga­jący oce­nić ogólny stan emo­cjo­nalny roz­mówcy. Jeśli oba­wiasz się, że możesz skrzyw­dzić sie­bie lub innego czło­wieka, albo wiesz, że ktoś, kogo znasz, może być do tego zdolny, poszu­kaj natych­mia­sto­wej pomocy u psy­cho­loga lub innego spe­cja­li­sty zaj­mu­ją­cego się zdro­wiem psy­chicz­nym.

Wstęp

Wszy­scy pew­nie mie­li­śmy kie­dyś do czy­nie­nia ze względ­nie nie­szko­dli­wym sąsia­dem, który trak­to­wał swój traw­nik jak pole bitwy i bro­nił gra­nic ogrodu przed hała­śli­wymi dziećmi z sąsiedz­twa, usta­wia­jąc wszę­dzie – niczym miny lądowe – znaki „Nie dep­tać traw­ników” i „Wstęp wzbro­niony”. Czy taka osoba może kogoś skrzyw­dzić? Wąt­pliwe. Ale czy zapro­si­li­by­śmy takiego sąsiada na obiad? Na pewno nie­zbyt szybko. I praw­do­po­dob­nie nie zaofe­ro­wa­li­by­śmy pracy w ochro­nie nie­chluj­nie ubra­nemu czło­wie­kowi, który codzien­nie stoi na rogu ulicy z trans­pa­ren­tem „Jutro będzie koniec świata”.

A co z hydrau­li­kiem, który po trzy­dzie­stu minu­tach pracy otwiera twoją lodówkę i czę­stuje się piwem? Albo na przy­kład sprze­dawca z lokal­nego sklepu, któ­rego pra­wie nie znasz, ma tupet, by wkła­dać zakupy wprost do two­jej otwar­tej torebki? Spo­gląda na cie­bie wyzy­wa­jąco i komen­tuje… czy jest nie­bez­pieczny? A jeśli tak, to w jakim stop­niu? Prze­strzeń zwią­zana z emo­cjami to czę­sto szara i dość mętna strefa. Nie­które zacho­wa­nia na pierw­szy rzut oka wydają się nie­winne lub nawet uprzejme, ale tak naprawdę sygna­li­zują coś nie­do­brego.

Ludzie przez cały czas przy­glą­dają się z ukry­cia naszemu życiu, a nawet się­gają w jego głąb, a ich sta­bil­ność emo­cjo­nalna może wpły­wać – i czę­sto wpływa – także na nas. Wpraw­dzie nie poja­wiają się w szkole z bro­nią i pasem amu­ni­cji, ale to nie zna­czy, że chcemy, by opie­ko­wali się naszymi dziećmi, uma­wiali się z naszymi cór­kami lub zarzą­dzali naszymi pie­niędzmi.

Świat, w któ­rym żyjemy, różni się znacz­nie od świata naszych dziad­ków; powoli, lecz kon­se­kwent­nie staje się świa­tem bez gra­nic. Roz­wój tech­no­lo­giczny wpływa na zmianę spo­so­bów komu­ni­ka­cji mię­dzy ludźmi, na nowo defi­niu­jąc lub nawet likwi­du­jąc dawne gra­nice. Nie­ustan­nie pozna­jemy nowych ludzi – czy to wir­tu­al­nie, czy bez­po­śred­nio. W obec­nych cza­sach możemy tak spraw­nie pro­wa­dzić z nimi inte­resy po dru­giej stro­nie pla­nety, jakby sie­dzieli z nami w jed­nym pokoju.

Czę­sto nie mamy czasu – albo wręcz go nie znaj­du­jemy – by dowie­dzieć się cze­goś o ludziach, z któ­rymi prze­by­wamy. Nie­mniej ocena zdro­wia psy­chicz­nego osób, które poja­wiają się w naszym życiu (choćby na chwilę), ni­gdy nie była tak ważna. Wiele naszych rela­cji ma prze­lotny i nie­zo­bo­wią­zu­jący cha­rak­ter – na przy­kład spo­tka­nie z kel­ne­rem lub dostawcą – ale są też takie, które prze­ra­dzają się w dłu­go­trwałe przy­jaź­nie lub nawet rela­cje trwa­jące całe życie.

I nie każdy jest tak zdrowy psy­chicz­nie i sta­bilny emo­cjo­nal­nie, jak nam się wydaje. Nie możemy igno­ro­wać tej smut­nej rze­czy­wi­sto­ści. Z pew­no­ścią nawią­za­łeś kie­dyś zna­jo­mość z kimś, kto szybko oka­zał się nie­zrów­no­wa­żony. To, co na początku wyda­wało się nie­szko­dli­wym dzi­wac­twem, w rze­czy­wi­sto­ści oka­zuje się o wiele bar­dziej nie­po­ko­jące. Towa­rzy­szy ci wów­czas prze­czu­cie, że gdy­byś od samego początku dostrzegł znaki ostrze­gaw­cze, ni­gdy nie zaan­ga­żo­wał­byś się w zna­jo­mość z tak zabu­rzoną osobą.

Gdy pozwa­lamy komuś zago­ścić w naszym życiu – pry­wat­nie bądź zawo­dowo – auto­ma­tycz­nie obda­rzamy tę osobę zaufa­niem, co poten­cjal­nie ma dogłębne i dale­ko­siężne kon­se­kwen­cje.

Jeśli nie­po­koi cię nowa zna­jo­mość, a może nawet i dawna, nie musisz już pole­gać na prze­czu­ciach, instynk­cie czy horo­sko­pach. Dzięki tej książce zdo­bę­dziesz narzę­dzia, które pomogą ci wyko­nać por­tret psy­cho­lo­giczny nie­mal każ­dego czło­wieka, począw­szy od pierw­szego dnia zna­jo­mo­ści.

Nasz porad­nik pomoże ci uchro­nić sie­bie i bli­skich – emo­cjo­nal­nie, finan­sowo i psy­chicz­nie – przed nie­sta­bil­nymi oso­bami, które z pew­no­ścią i nie­uchron­nie poja­wią się w twoim życiu. Jed­no­cze­śnie miej na uwa­dze rów­nież to, że obser­wo­wany może być w isto­cie bar­dziej zrów­no­wa­żony niż obser­wa­tor.

UWAGA

W książce uży­wam naprze­mien­nie zaim­ków „on” i „ona”, co oczy­wi­ście nie ozna­cza, że jedna czy druga płeć jest bar­dziej nara­żona na pewne zabu­rze­nia lub wpływy.

Część I

ROZ­DZIAŁ 1
Uwol­nij swoją psy­chikę

Jeśli ktoś jesz­cze nie zdaje sobie z tego sprawy, koniecz­nie musi się dowie­dzieć i odkryć dzięki doświad­cze­niu, że spo­kojne sumie­nie czyni nas sil­nymi. Anna Frank

Aby być szczę­śli­wym, mieć dobre sto­sunki z ludźmi i osią­gnąć stan emo­cjo­nal­nej sta­bil­no­ści, musisz naj­pierw czuć się dobrze ze sobą (Cheng i Furn­ham, 2004). Dosłow­nie ozna­cza to, że musimy poko­chać samych sie­bie; miłość do sie­bie nazy­wamy poczu­ciem wła­snej war­to­ści.

Skąd się bie­rze poczu­cie wła­snej war­to­ści?

W każ­dym z nas drze­mią trzy siły: ciało, ego i dusza, które czę­sto pozo­stają ze sobą w sprzecz­no­ści. Krótko mówiąc, ciało chce robić wszystko, żeby czuć się dobrze, ego chce wyglą­dać dobrze, a dusza robi to, co po pro­stu jest dobre.

Wysiłki ciała są skie­ro­wane ku temu, co łatwe i wygodne. Nasze ciało lubi sobie doga­dzać, speł­niać różne zachcianki i zaspo­ka­jać swoje pra­gnie­nia (na przy­kład się obja­dać lub wysy­piać ponad miarę). Pozwa­lamy sobie na zaspo­ka­ja­nie swo­ich cie­le­snych żądz, mimo że dobrze znamy ryzyko z tym zwią­zane.

Z kolei ego obej­muje cały wachlarz zacho­wań, począw­szy od stro­je­nia sobie żar­tów z osoby, która kupiła eks­klu­zywny samo­chód, na jaki my nie możemy sobie pozwo­lić. Gdy kie­ru­jemy się ego, robimy rze­czy, które w naszym mnie­ma­niu odzwier­cie­dlają pożą­dany obraz nas samych. Takie wybory nie są oparte na tym, co jest dobre, lecz na tym, co nam się takie wydaje. Gdy w grę wcho­dzi ego, zwo­dzą nas cztery pod­sta­wowe zasady: 1) ego wybiera to, na czym się kon­cen­tru­jemy; 2) decy­duje o tym, jak się postrze­gamy; 3) dopro­wa­dza nas do wnio­sku, że wszel­kie nega­tywne doświad­cze­nia są zwią­zane z naszymi uchy­bie­niami – acz­kol­wiek czę­sto nie­świa­do­mymi; 4) umac­nia w nas prze­ko­na­nie, że nie potra­fimy spra­wo­wać kon­troli nad wła­snym życiem.

 

Jeśli nie potra­fimy kon­tro­lo­wać wła­snych zacho­wań, poszu­ki­wa­nie natych­mia­sto­wej gra­ty­fi­ka­cji lub dąże­nie do utrzy­ma­nia wize­runku dopro­wa­dza nas do zło­ści, a w kon­se­kwen­cji do poczu­cia wewnętrz­nej pustki. Nasza samo­ocena i god­ność ule­gają znisz­cze­niu. By zre­kom­pen­so­wać poczu­cie winy i nie­do­war­to­ścio­wa­nie, wkra­cza do akcji nasze ego – sku­piamy się na sobie, a nawet sta­jemy się ego­cen­try­kami.

Poczu­cie wła­snej war­to­ści zdo­by­wamy wtedy, gdy jeste­śmy w sta­nie doko­ny­wać odpo­wie­dzial­nych wybo­rów i postę­po­wać wła­ści­wie, bez względu na to, na co mamy ochotę lub co inni uwa­żają za słuszne. To wybór naszej duszy (podyk­to­wany moral­no­ścią lub sumie­niem), który wznosi nas na wyż­szy poziom zdro­wego postrze­ga­nia rze­czy­wi­sto­ści. Poczu­cie wła­snej war­to­ści i ego są odwrot­nie pro­por­cjo­nalne; można je przy­rów­nać do ruchu huś­tawki – gdy jedno idzie w górę, dru­gie opada.

W każ­dej sytu­acji wyko­rzy­stu­jemy zarówno swój stan emo­cjo­nalny, jak i inte­lek­tu­alny. Gdy postrze­gamy świat z per­spek­tywy emo­cji, prze­ina­czamy nasze myśle­nie i znaj­du­jemy uza­sad­nie­nie, by uspra­wie­dli­wić nasze emo­cjo­nalne prze­ko­na­nia i dzia­ła­nia. W rezul­ta­cie sta­wiamy w dzia­ła­niach na prze­świad­cze­nie, które jest oparte na nie­lo­gicz­nych wnio­skach. Im mniej­sze mamy poczu­cie wła­snej war­to­ści, tym mniej jeste­śmy obiek­tywni. Postrze­gamy świat z ogra­ni­czo­nej per­spek­tywy dziecka, co w rezul­ta­cie skut­kuje nad­mierną kon­cen­tra­cją na teraź­niej­szo­ści, a nie na szer­szej per­spek­ty­wie.

Wyobraź sobie małą dziew­czynkę bawiącą się lalką oraz jej brata, który nagle zabiera jej ulu­bioną zabawkę; dziew­czynka czuje się, jakby cały jej świat sta­nął na gło­wie. W taki sam spo­sób mani­fe­stuje się niskie poczu­cie wła­snej war­to­ści u doro­słych – tra­cimy z oczu szer­szą per­spek­tywę.

Jeśli jed­nak podej­dziemy do kon­kret­nej sytu­acji obiek­tyw­nie i bez uprze­dzeń, możemy wyko­rzy­stać nasze emo­cje, ale nie pozwo­lić, by nami zawład­nęły. Wpraw­dzie ogar­nie nas pasja, ale możemy prze­nieść ją na racjo­nalne myśle­nie i pro­duk­tywny entu­zjazm.

Co jest źró­dłem kon­fliktu?

Jeste­śmy skon­stru­owani w taki spo­sób, by lubić sie­bie, ale gdy nie potra­fimy pie­lę­gno­wać swo­jego dobrego samo­po­czu­cia za pomocą wła­ści­wych wybo­rów ani obda­rzać się sza­cun­kiem, żądamy od świata, by zaspo­ka­jał nasze potrzeby.

Poczu­cie wła­snej war­to­ści i ego zależą od tego, czy czu­jemy się sza­no­wani. Musimy gdzieś zdo­być ten sza­cu­nek, a jeśli nie znaj­du­jemy go u sie­bie, żądamy go od innych. Sta­jemy się emo­cjo­nal­nymi ter­ro­ry­stami, mani­pu­lan­tami i oso­bami żąd­nymi cią­głej uwagi. Nie­któ­rzy z nas dostają to, czego pra­gną, dzięki pochleb­stwom, a inni dzięki rosz­cze­niom. Bez względu na metodę w grun­cie rze­czy trak­tu­jemy ludzi jak zakład­ni­ków, dopóki nie dadzą nam emo­cjo­nal­nej strawy, któ­rej od nich żądamy. (W tym momen­cie trzeba jed­no­znacz­nie stwier­dzić, że rzadko zacho­wu­jemy się w ten spo­sób z pre­me­dy­ta­cją i świa­do­mie. W końcu nie­wiele osób budzi się rano z myślą, jak mogłoby uprzy­krzyć komuś życie. Jeste­śmy prze­cież odpo­wie­dzialni za swoje postę­po­wa­nie i nie chcemy z góry żywić wro­gich zamia­rów. Gdy cier­pimy z powodu niskiej samo­oceny, po pro­stu kie­ruje nami potrzeba miło­ści i akcep­ta­cji).

Osoby z niskim poczu­ciem wła­snej war­to­ści są prze­ko­nane, że gdyby tylko innym wystar­cza­jąco na nich zale­żało, zdo­ła­łyby zmie­nić ich uwiel­bie­nie i pochwały w miłość dla samych sie­bie. Ale w prze­ci­wień­stwie do ener­gii, którą nasze ciało otrzy­muje dzięki poży­wie­niu, ten wer­balny prze­kaz jest tylko emo­cjo­nal­nym „śmie­cio­wym jedze­niem”. Ta pusta, bezwar­to­ściowa i nie­za­do­wa­la­jąca „strawa” nie dostar­cza nam „war­to­ści odżyw­czych”, któ­rych tak pra­gniemy.

Ni­gdy nie jeste­śmy więc naprawdę zado­wo­leni ani usa­tys­fak­cjo­no­wani, nawet gdy otrzy­mu­jemy wspar­cie; jeśli nie kochamy samych sie­bie, nie możemy praw­dzi­wie kochać innych. W kon­se­kwen­cji sabo­tu­jemy rela­cje z innymi ludźmi.

By zilu­stro­wać sobie ten punkt widze­nia, pomyśl, że wle­wasz wodę do szklanki, która nie ma dna. Gdy nie­ustan­nie wle­wamy wodę do takiej szklanki, wydaje się ona cały czas pełna. A dopóki jest pełna, czu­jemy się usa­tys­fak­cjo­no­wani. Ale gdy w pew­nej chwili prze­sta­niemy ją napeł­niać (nie­po­dzielną uwagą, sza­cun­kiem czy podzi­wem), szklanka szybko się opróż­nia, a my jeste­śmy spra­gnieni jak ni­gdy wcze­śniej. Tak jak naczy­nie bez dna ni­gdy nie będzie pełne, tak nasze pra­gnie­nie ni­gdy nie zosta­nie zaspo­ko­jone – bez względu na to, ile otrzy­mamy. Doświad­czymy wpraw­dzie ulot­nego zado­wo­le­nia, ale będzie nam bra­ko­wało solid­nego naczy­nia, by zatrzy­mać tę przy­jem­ność na stałe. Nasze zado­wo­le­nie znik­nie tak szybko, jak się poja­wiło. I osta­tecz­nie pozosta­niemy z wewnętrzną pustką.

Sły­nący z wiel­kiej mądro­ści król Salo­mon powie­dział, że wewnętrz­nej pustki nie da się zapeł­nić niczym, co pocho­dzi z zewnątrz. Ludzie, któ­rzy poszu­kują poczu­cia wła­snej war­to­ści w zewnętrz­nych źró­dłach, ni­gdy nie będą praw­dzi­wie zado­wo­leni. Są typo­wym przy­kła­dem „szklanki bez dna”.

Kiedy bra­kuje nam poczu­cia wła­snej war­to­ści, zaczy­namy szu­kać uzna­nia u innych ludzi i czu­jemy się od nich gorsi, cho­ciaż nie wiemy, czy są wia­ry­godni. Szu­kamy wspar­cia nawet u cał­ko­wi­cie obcych osób. Co cie­kawe, cho­ciaż poten­cjal­nie może nas obra­zić każdy czło­wiek, naj­bar­dziej ranią nas ci, któ­rzy są mądrzy, zamożni bądź atrak­cyjni. Nie­świa­do­mie wyżej oce­niamy ludzi z tymi wła­śnie atry­bu­tami, a ich słowa i uczynki mają szcze­gól­nie destruk­cyjny wpływ na nasze deli­katne i kru­che poczu­cie wła­snej war­to­ści.

Gdy jeste­śmy na łasce ludzi, któ­rzy – według naszego prze­ko­na­nia – są w sta­nie udo­wod­nić, że jeste­śmy coś warci, sta­jemy się ner­wowi, nie­spo­kojni, bez­bronni i nie­pewni sie­bie. Mamy skłon­no­ści do prze­sad­nego ana­li­zo­wa­nia każ­dego prze­lot­nego spoj­rze­nia czy nie­istot­nego zda­rze­nia i reagu­jemy zbyt impul­syw­nie.

Gdy zaś cie­szymy się wysoką samo­oceną, nie roz­kła­damy na czyn­niki pierw­sze nie­wiele zna­czą­cych komen­ta­rzy, które padają w trak­cie swo­bod­nej roz­mowy; co wię­cej, nawet nie przy­cho­dzi nam do głowy, żeby się z ich powodu obra­żać. Dzięki doj­rza­łej, doro­słej oce­nie sytu­acji potra­fimy okre­ślić, czy osoba, która nam uchy­bia, cierpi z powodu kom­plek­sów i poczu­cia niskiej war­to­ści. Nie zakła­damy auto­ma­tycz­nie, że jej słowa czy dzia­ła­nia ozna­czają brak sza­cunku. A nawet jeśli osta­tecz­nie doj­dziemy do wnio­sku, że roz­mówca nas nie sza­nuje, nie wpa­damy z tego powodu w gniew. Wysoka samo­ocena ozna­cza, że nie potrze­bu­jemy czy­je­goś sza­cunku, aby sza­no­wać samych sie­bie.

Prze­stra­szeni ludzie mają skłon­no­ści do nie­od­po­wied­nich zacho­wań

Kiedy wpa­damy w złość, w pew­nym stop­niu winę za to ponosi strach. Jeste­śmy prze­ra­żeni, ponie­waż tra­cimy kon­trolę nad pew­nymi aspek­tami naszego życia – nie panu­jemy nad nie­któ­rymi oko­licz­no­ściami, prze­sta­jemy rozu­mieć świat lub pozna­wać samych sie­bie. Reak­cją na strach – próbą ego, by zre­kom­pen­so­wać tę dostrze­galną utratę kon­troli – jest gniew. Strach sta­nowi przy­czynę wszyst­kich nega­tyw­nych emo­cji – zawi­ści, pożą­dli­wo­ści, zazdro­ści, a zwłasz­cza gniewu. Kiedy coś nam zagraża, przyj­mu­jemy postawę obronną. Gniew wzmac­nia ego i pozwala nam zacho­wać fał­szywe prze­ko­na­nie, że kon­tro­lu­jemy sytu­ację.

Z kolei pod­ło­żem stra­chu jest niskie poczu­cie wła­snej war­to­ści. Wyja­śnia to, dla­czego ludzie wpa­da­jący czę­sto w gniew mają niską samo­ocenę, są kłó­tliwi, uparci, szybko wybu­chają i nie są sko­rzy, by puścić kon­flikt w nie­pa­mięć. Takie zacho­wa­nia to po pro­stu obrona przed stra­chem.

Niska samo­ocena spra­wia, że stale kwe­stio­nu­jemy swoją war­tość i sta­jemy się bar­dzo wraż­liwi na to, jak trak­tują nas inni. Zda­nie, które mamy o sobie, czę­sto ulega zmia­nie, ponie­waż zależy przede wszyst­kim od tego, czy potra­fimy zro­bić wra­że­nie na innych ludziach. A więc jeśli ktoś jest w sto­sunku do nas nie­grzeczny lub nie oka­zuje nam sza­cunku, możemy szybko wpaść w gniew.

Oczy­wi­ście nie każdy pozwala, by gniew przej­mo­wał kon­trolę nad jego życiem albo nim rzą­dził. Ludzie reagują na kon­flikty w jeden z czte­rech nastę­pu­ją­cych spo­so­bów:

 akcep­tują je,

 wyco­fują się,

 pod­dają się,

 wal­czą.

Akcep­ta­cja to naj­zdrow­sza reak­cja. Czło­wiek akcep­tu­jący sytu­ację, w któ­rej się zna­lazł, nie wpada w gniew ani nie pozwala, by emo­cje rzą­dziły jego zacho­wa­niem.

Wyco­fy­wa­nie się to reak­cja pasywno-agre­sywna cha­rak­te­ry­styczna dla osób uni­ka­ją­cych kon­fron­ta­cji. Ludziom prze­ja­wia­ją­cym taki typ zacho­wań bra­kuje poczu­cia wła­snej war­to­ści, więc są zbyt słabi, by bez­po­śred­nio zmie­rzyć się z sytu­acją. Wyco­fują się zatem w danej chwili, ale odgry­wają się na swoim prze­ciw­niku w inny spo­sób i w innym cza­sie. Taki odwet (czy nawet zemsta) może przy­brać na przy­kład formę celo­wego spóź­nie­nia się na spo­tka­nie, „zapo­mnie­nia” o zro­bie­niu cze­goś waż­nego dla tej osoby lub po pro­stu doku­cze­nia jej w jakiś inny spo­sób.

Czło­wiek, który się pod­daje, zwy­czaj­nie rezy­gnuje i nie pró­buje wal­czyć z uczu­ciem gniewu – ta reak­cja spra­wia, że sta­jemy się zależni od innych, ule­gli i nie­za­radni. Taki czło­wiek nie czuje się na tyle war­to­ściowy, by bro­nić swo­ich racji, i/lub czuje, że nie jest zdolny reali­zo­wać swo­ich potrzeb i celów oraz zaspo­ka­jać wła­snych pra­gnień.

Czwarty rodzaj reak­cji – walka – jest źró­dłem bez­po­śred­niego i nie­zdro­wego kon­fliktu. Emo­cjo­nal­nie roze­dr­gany i dopro­wa­dzony do wście­kło­ści czło­wiek staje do walki i mie­rzy się z kon­flik­tową sytu­acją.

A więc niskie poczu­cie wła­snej war­to­ści może pocią­gać za sobą potężne, acz­kol­wiek nie­świa­dome pra­gnie­nie, by źle trak­to­wać ludzi, któ­rym na nas zależy. Im bar­dziej tra­cimy kon­trolę, tym bar­dziej despe­racko pró­bu­jemy mani­pu­lo­wać zda­rze­niami i oso­bami, które nas ota­czają, zwłasz­cza tymi naj­bliż­szymi. Ponie­waż samo­kon­trola roz­wija w nas samo­ocenę, musimy mieć poczu­cie, że kon­tro­lu­jemy kogo­kol­wiek bądź cokol­wiek.

To wszystko kwe­stia wyboru

Poziom samo­kon­troli jest baro­me­trem wska­zu­ją­cym na to, w jakim stop­niu dana sytu­acja nas drażni, zło­ści czy przy­spa­rza nam fru­stra­cji. Samo­kon­trola umoż­li­wia doko­ny­wa­nie lep­szych wybo­rów – to z kolei zwięk­sza naszą samo­ocenę, a zmniej­sza ego – oraz daje emo­cjo­nalną per­spek­tywę, dzięki któ­rej postrze­gamy świat obiek­tyw­nie i wyraź­nie.

Gdy prze­ży­wamy jakieś istotne zmiany, nasze reak­cje są bar­dzo silne, ale emo­cje zazwy­czaj szybko opa­dają. Przy­kła­dowo bada­nia dowo­dzą, że ludzie, któ­rzy wygrali duże sumy na lote­rii, czę­sto wiodą póź­niej rów­nie nie­szczę­śliwe życie jak wcze­śniej. Po począt­ko­wym okre­sie zado­wo­le­nia wywo­ła­nego nie­spo­dzie­wa­nym uśmie­chem losu na ogół wcale nie są szczę­śliwsi niż przed wygraną. Niektó­rzy są nawet ewi­dent­nie przy­gnę­bieni, mimo że udało im się zdo­być bogac­two. (Rów­nie inte­re­su­jące jest to – jak wyka­zało to samo bada­nie – że ludzie, któ­rzy nie­dawno ule­gli para­li­żowi, nie są o wiele bar­dziej nie­szczę­śliwi – po upły­wie sze­ściu mie­sięcy przy­sto­so­wy­wa­nia się do nowej sytu­acji – niż grupa kon­tro­lna (Brick­man, Coates, Janoff-Bul­man, 1978).

Sta­ty­stycz­nie nie­współ­mierna liczba samo­bójstw, mor­derstw, zatrzy­mań za jazdę pod wpły­wem alko­holu, roz­wo­dów, a nawet ban­kructw przy­da­rza się wła­śnie zwy­cięz­com lote­rii, dla­tego zja­wi­sko to zyskało nazwę „lote­ryj­nej klą­twy”. Może nas wpra­wić w zakło­po­ta­nie, że takie nie­szczę­ścia przy­tra­fiają się szczę­śliw­com. W końcu więk­szość z nas na pyta­nie: „Czy gdy­byś wygrał w dzi­siej­szej lote­rii sto milio­nów dola­rów, był­byś szczę­śliwy do końca życia?”, odpo­wie­dzia­łaby z wiel­kim prze­ko­na­niem, że tak.

Ale to błędne rozu­mo­wa­nie…

Wysoka samo­ocena w dużym stop­niu bie­rze się bowiem z doko­ny­wa­nia wła­ści­wych wybo­rów, a łatwe pie­nią­dze lub nagła sława – w przy­padku osób, które nie potra­fią się kon­tro­lo­wać – mogą pod­sy­cać destruk­cyjne zacho­wa­nia i nad­mierne fol­go­wa­nie sobie.

 

Oczy­wi­ście wpływ oko­licz­no­ści zewnętrz­nych na nasz nastrój też ma zna­cze­nie, więc może się on zmie­niać. Wszy­scy mie­wamy złe i dobre dni. Jed­nak praw­dziwa sta­bil­ność emo­cjo­nalna utrzy­muje się raczej na sta­łym pozio­mie bez względu na codzienne pro­blemy. To siła wol­nej woli, a w kon­se­kwen­cji wybory, jakich doko­nu­jemy, osta­tecz­nie decy­dują o jako­ści naszego życia emo­cjo­nal­nego.

Z pew­no­ścią wszy­scy znamy ludzi – czy to z mediów, czy z oso­bi­stych doświad­czeń – któ­rzy otrzy­mali wspa­niałe wycho­wa­nie, ale seria zdu­mie­wa­jąco nie­od­po­wie­dzial­nych decy­zji spro­wa­dziła ich na złą drogę. Wiemy rów­nież, że ludzie, któ­rzy musieli zma­gać się z wie­loma trud­nymi wyzwa­niami, zdo­łali prze­zwy­cię­żyć nawet naj­bar­dziej bez­na­dziejne sytu­acje i cier­pie­nia, budu­jąc swoją przy­szłość z pełną opty­mi­zmu deter­mi­na­cją.