Szpieg za miliard dolarówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Mapa

Prolog

Rozdział 1. Z dzikich gąszczy

Rozdział 2. Placówka moskiewska

Rozdział 3. Kryptonim CKSPHERE

Rozdział 4. „W końcu udało mi się cię złapać”

Rozdział 5. „W głębi serca dysydent”

Rozdział 6. Sześć cyfr

Rozdział 7. Aparat szpiegowski

Rozdział 8. Wodospady i zagrożenia

Rozdział 9. Szpieg za miliard dolarów

Rozdział 10. Ucieczka UTOPII

Rozdział 11. „Na czarno”

Rozdział 12. Urządzenie i pragnienia

Rozdział 13. Nękany przeszłością

Rozdział 14. „Wszystko jest niebezpieczne”

Rozdział 15. „Nie dać się wziąć żywcem”

Rozdział 16. Ziarna zdrady

Rozdział 17. CKVANQUISH

Rozdział 18. Sprzedawczyk

Rozdział 19. Bez ostrzeżenia

Rozdział 20. Ucieczka

Rozdział 21. „Za wolność”

Epilog

Informacja o materiałach wywiadowczych dostarczonych przez Tołkaczowa

Podziękowania

Informacja o źródłach

Indeks osób

Okładka


Tytuł oryginału:

The Billion Dollar Spy. A True Story of Cold War Espionage and Betrayal

Redaktor prowadzący

Bogusław Kubisz

Redaktor merytoryczny

Dorota Szatańska

Korekta

Bogusława Jędrasik

Skład i łamanie

Plus 2 Witold Kuśmierczyk

Projekt okładki i stron tytułowych

Panczakiewicz Art.Design

Copyright © for this edition and translation by Dressler Dublin sp. z o.o.,

Ożarów Mazowiecki 2020

Copyright © 1015 by David E. Hoffman

Wydawca:

Bellona

ul. Hankiewicza 2

02–103 Warszawa

tel. +48 22 620 42 91

www.bellona.pl

Dołącz do nas na Facebooku:

www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona

Księgarnia internetowa:

www.swiatksiazki.pl

Dystrybucja:

Dressler Dublin sp. z o.o.

ul. Poznańska 91,

05-850 Ożarów Mazowiecki

tel. (+48 22) 733 50 31/32

e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl

www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-11-15844-3

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Dla Carole

Wszystko, czym się zajmujemy, jest niebezpieczne.


Adolf Tołkaczow w rozmowie z agentem prowadzącym w CIA, 11 października 1984 roku


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Prolog

Szpieg zniknął.

Przez dwa dziesięciolecia był najskuteczniejszym i najcenniejszym agentem amerykańskim działającym na terytorium Związku Radzieckiego. Zgromadzone przez niego dokumenty i szkice ujawniły sekrety radarów radzieckich oraz tajnych planów badawczych wybiegających w przyszłość o dekadę. Podejmował makabryczne ryzyko, wynosząc z instytutu wojskowego, w którym pracował, drukowane płytki oraz plany nowych urządzeń, by przekazać je CIA. Jego wysiłki zagwarantowały Stanom Zjednoczonym pozycję mocarstwa powietrznego, odsłaniając jednocześnie słabości radzieckiego systemu obrony przeciwpowietrznej – amerykańskie pociski manewrujące i bombowce przemieszczały się poza zasięgiem radarów radzieckich.

Na przełomie jesieni i zimy 1982 roku CIA utraciła z nim kontakt. Nie pojawił się na pięciu zaplanowanych spotkaniach. Mijały kolejne miesiące. W październiku przerwano próbę skontaktowania się z nim na ulicy z powodu bliskiej obecności kilku agentów KGB. Do szpiega nie potrafili dotrzeć nawet „utajnieni” oficerowie prowadzący z komórki moskiewskiej CIA, o działaniach których nie wiedzieli Rosjanie. Jeden z nich 24 listopada zatelefonował z budki do mieszkania agenta. Gdy w telefonie rozległ się głos nieznanej osoby, oficer pospiesznie odwiesił słuchawkę.

Wieczorem 7 grudnia, czyli w dzień kolejnego planowanego spotkania, przyszłość operacji spoczęła w rękach Billa Plunkerta. Po krótkiej służbie w lotnictwie marynarki wojennej Plunkert przeniósł się do CIA, przeszedł specjalistyczne szkolenie i został tajnym agentem. Miał trzydzieści kilka lat i około metra dziewięćdziesięciu centymetrów wzrostu. Do Moskwy przyleciał latem z misją przejęcia opieki nad kluczowym szpiegiem. Rosjanin wydawał mu się bratnią duszą, choć nigdy nie spotkał się z nim twarzą w twarz. Plunkert otrzymał zadanie przechytrzenia agentów KGB i nawiązania kontaktu z Tołkaczowem.

W dniach poprzedzających właściwą operację grupa dyplomatów amerykańskich zorganizowała przyjęcie urodzinowe, celowo korzystając z aparatów telefonicznych podsłuchiwanych przez KGB. W czwartkowy wieczór do auta stojącego na parkingu przy ambasadzie amerykańskiej wsiadło czworo ludzi bacznie obserwowanych przez umundurowanych milicjantów zabezpieczających budynek. Jeden z dyplomatów trzymał w dłoniach tort urodzinowy. Gdy samochód ruszył, ciasto spoczęło na kolanach siedzącej z tyłu kobiety.

Za kierownicą siedział szef komórki moskiewskiej CIA. Sąsiedni fotel pasażera zajmował Plunkert. Za plecami mężczyzn siedziały ich małżonki. Przed wyjazdem cała czwórka przećwiczyła w gmachu ambasady plan działania, posługując się w tym celu krzesłami. Nadeszła pora rozpoczęcia operacji[1].

Szpiegostwo to sztuka iluzji. Tego wieczoru rolę prestidigitatora odgrywał Plunkert. Pod wierzchnim ubraniem miał na sobie strój typowy dla moskwiczanina. Tort był rekwizytem – słodka, zewnętrzna warstwa ukrywała urządzenie skonstruowane przez techników z CIA. Plunkert liczył na to, że pozwoli mu ono wyprowadzić w pole śledzących przejazd samochodu agentów KGB.

Wspomniane urządzenie nazywano „diabełkiem z pudełka”, w skrócie DzP. Lata spędzone w Moskwie pozwoliły agentom CIA poznać sposób działania radzieckich służb wywiadowczych – ogon prawie zawsze trzymał się z tyłu i rzadko skracał dystans. Śledzone auto, wykonując jeden bądź dwa zakręty, znikało na moment z oczu. W tej sposobnej chwili oficer prowadzący mógł wyskoczyć na chodnik i wmieszać się w tłum. Jego rolę przejmował wówczas „diabełek z pudełka” – manekin wyglądem i gabarytami przypominający pasażera.

Urządzenie skonstruowali dwaj młodzi inżynierowie z Wydziału Serwisu Technicznego, którzy najpierw wybrali się do podejrzanej dzielnicy Waszyngtonu i w pozbawionym okien sex-shopie nabyli trzy dmuchane lalki. Początkowo problem nastręczało szybkie ich nadmuchiwanie i spuszczanie powietrza – nie były dość szczelne. Młodzi inżynierowie ponownie udali się do sklepu, by zakupić inne manekiny, lecz mimo dalszych prób nie znaleźli zadowalającego rozwiązania. Olśnienie przyszło nagle. Odległość, jaką agenci KGB utrzymywali za śledzonymi samochodami, sprawiała, że manekin nie musiał być trójwymiarowy – wystarczała dwuwymiarowa wycinanka o ludzkich wymiarach. Liczyła się iluzja. I tak narodził się „diabełek z pudełka”[2].

 

Prototypowego urządzenia nie użyto do tej pory w Moskwie, lecz pozbawieni kontaktu ze szpiegiem oficerowie prowadzący chwytali się brzytwy. Do ambasady amerykańskiej wysłano z kwatery głównej doświadczonego charakteryzatora, który miał pomóc w dostosowaniu urządzenia, a dodatkowo zaopatrzyć Plunkerta w „sterylne” – nowe, pozbawione zapachów ubrania, których wytropienie nastręczyłoby trudności wyszkolonym psom wykorzystywanym przez KGB.

Gdy samochód pokonywał kolejne ulice, Plunkert zdjął ubranie i wsunął je do małego worka podobnego do tych, których używali moskwiczanie. Jego ucharakteryzowana, przesłonięta okularami twarz nie różniła się od twarzy mijanych przechodniów. W stosowanej odległości za autem podążał ogon. Minęła dziewiętnasta, słońce dawno już zaszło.

Samochód skręcił ponownie, znikając z oczu agentom KGB. Kierowca wyhamował, zaciągając ręczny hamulec, by nie włączać tylnych świateł. Plunkert otworzył drzwi i wyskoczył na chodnik. W tej samej chwili żona kierownika zdjęła z kolan tort urodzinowy i przełożyła go na zwolnione siedzenia pasażera. Małżonka Plunkerta wychyliła się do przodu, by pociągnąć za drążek urządzenia.

Wieko ciasta otworzyło się z głośnym dźwiękiem, uwalniając imitację ludzkiej głowy i korpusu. Samochód przyspieszył.

Plunkert zrobił cztery kroki. Gdy stawiał piąty, minął go ogon KGB.

Światła reflektorów przemknęły pospiesznie po człapiącym chodnikiem mężczyźnie. Agenci KGB skupili całą uwagę na śledzonym samochodzie, w którym siedziały, jak im się wydawało, cztery osoby. Pociągając za małą wajchę, szef placówki poruszał nieznacznie głową manekina, jakby toczył z nim rozmowę.

„Diabełek z pudełka” celująco zdał egzamin.

Pozostawiony na chodniku Plunkert poczuł ogromną ulgę, która jednak szybko się ulotniła. Wiedział, że kolejne godziny wystawią go na próbę. Zagrożony agent był niezwykle cenny nie tylko dla komórki moskiewskiej, lecz dla całej CIA, a nawet dla Stanów Zjednoczonych. Plunkert dźwigał na barkach wielki ciężar. Jeden fałszywy krok prowadził do niepowodzenia całej operacji. Pojmanych szpiegów sądzono za zdradę i bezzwłocznie likwidowano.

Nikt nie wiedział, dlaczego agent zapadł się pod ziemię. Czy ktoś niepożądany zwrócił na niego uwagę? Nie był oficerem wywiadu, lecz inżynierem. Popełnił niefrasobliwy błąd? Aresztowano go i przesłuchano, wydobywając wszystkie informacje?

Osamotniony Plunkert podążał mroźnymi, oszronionymi, zacienionymi ulicami Moskwy. Sceneria wydawała się wprost idealna do filmu szpiegowskiego. Jako praktykujący katolik Plunkert odmawiał pod nosem krótkie modlitwy. Gdy wydychał powietrze, okulary zachodziły mgiełką. Po pewnym czasie przystanął na chodniku, zdjął maskę, raz jeszcze zmieniając swój wygląd. Przesiadał się do miejskich trolejbusów i autobusów, wybierając na miejsce spotkania okrężną, wydłużoną drogę. Bezustannie wypatrywał agentów KGB, lecz nikt nie zwrócił jego uwagi.

Musiał odnaleźć szpiega. Nie mógł zawieść.

1 William Plunkert, korespondencja z autorem z 28 marca 2014 r.; depesza z placówki moskiewskiej do kwatery głównej CIA z 8 grudnia 1982 r., 081335Z.

2 Barry G. Royden, Tolkachev, A Worthy Successor to Penkovsky (Tołkaczow, godny następca Pieńkowskiego), w: „Studies in Intelligence” 47, nr 3 (2003), s. 22; a także Robert Wallace i H. Keith Melton, Spycraft: The Secret History of the CIA’s Spytechs from Communism to al-Quada, Nowy Jork 2008, s. 130–131.

Rozdział 1
Z dzikich gąszczy

1

W pierwszych latach zimnej wojny, toczonej przez Stany Zjednoczone i Związek Radziecki, CIA utrzymywała w tajemnicy niewygodny dla siebie fakt. Agencja nie zdołała zdobyć w Moskwie choćby jednego przyczółka. CIA nie rekrutowała agentów w stolicy wrogiego państwa z powodu ryzyka – „ogromnego niebezpieczeństwa”, jak wyjaśnił pewien oficer prowadzący – z jakim się to wiązało. Proces werbunku na każdym etapie, od pierwszej chwili identyfikacji potencjalnego szpiega, aż po próbę nawiązania z nim kontaktu, toczył się na oczach wszędobylskich funkcjonariuszy KGB. Schwytanemu na gorącym uczynku wrogowi ludu groziła natychmiastowa śmierć. CIA otrzymywała zaszyfrowane informacje jedynie od agentów zrekrutowanych poza granicami ZSRR, którzy później powrócili do ojczyzny. Przez długi okres Amerykanie nie umieszczali szpiegów w „sercu ciemności”.

Niniejsza książka jest relacją z operacji szpiegowskiej, która odwróciła dotychczasowy bieg wydarzeń. Główną rolę odgrywa w niej inżynier pracujący w tajnym laboratorium, specjalista w dziedzinie radarów lotniczych, członek wojskowego establishmentu. Powodowany gniewem i chęcią zemsty agent przekazał CIA tysiące stron tajnych dokumentów, choć nigdy nie postawił stopy na amerykańskiej ziemi i, gwoli prawdy, wiedział bardzo mało na temat USA. W ciągu sześciu lat spotkał się na ulicach Moskwy z oficerami CIA dwadzieścia jeden razy, i choć w stolicy państwa radzieckiego roiło się od agentów KGB, ani razu nie popełnił błędu. Inżynier, o którym tu mowa, należał do grona najskuteczniejszych agentów CIA czasów zimnej wojny. Dostarczał Stanom Zjednoczonym informacji, do których nie miał dostępu żaden z amerykańskich szpiegów.

Operacja ta stała się dla CIA dowodem na osiągnięcie przez agencję „pełnoletności”. Przez długi czas uważano ją za niemożliwą do zrealizowania. Na myśl o rekrutacji szpiega pod samym nosem KGB wielu decydentów dostawało gęsiej skórki.

Nie jest to jednakże opowieść z radosnym zakończeniem, gdyż operacja zakończyła się fiaskiem. Nie z powodu przeciwdziałań radzieckich służb wywiadowczych, lecz zdrady.

2

Aby w pełni zrozumieć wagę operacji, należy najpierw rzucić światło na długi, żmudny i trudny proces rekrutacji szpiegów w Związku Radzieckim.

CIA zrodziła się w następstwie klęski poniesionej w Pearl Harbor. Pomimo sygnałów ostrzegawczych Japonia przeprowadziła 7 grudnia 1941 roku zaskakujący i zakończony sukcesem atak na amerykańską bazę wojskową, który kosztował życie ponad dwóch tysięcy czterystu Amerykanów. Samoloty japońskie zatopiły bądź uszkodziły dwadzieścia jeden okrętów wchodzących w skład Floty Pacyfiku, wpychając Stany Zjednoczone w objęcia wojny. Operacje wywiadowcze prowadziło kilka odrębnych agencji i nikt nie myślał o koordynacji działań – przeprowadzone na polecenie Kongresu USA śledztwo ustaliło, że „rozczłonkowany proces ponosił dużą odpowiedzialność” za poniesioną klęskę. Powołanie do życia CIA – w 1947 roku – odzwierciedlało determinację kongresmanów i prezydenta Trumana, którzy poprzysięgli sobie, że nie dopuszczą do drugiego Pearl Harbor. Truman chciał, aby CIA dostarczała waszyngtońskim decydentom obiektywne analizy bieżącej sytuacji[3]. Miała być pierwszą scentralizowaną cywilną agencją wywiadowczą w historii Stanów Zjednoczonych[4].

Jednak początkowe plany dotyczące CIA szybko zweryfikowano z powodu rosnącego zagrożenia ze strony Związku Radzieckiego – blokady Berlina, zaciskającej się na Europie Wschodniej pięści Stalina, budowy bomby atomowej. Poszerzono zakres obowiązków agencji, a analizę materiałów wywiadowczych uzupełniono prowadzeniem tajnych operacji. Realizując politykę powstrzymywania, której zasady nakreślił po raz pierwszy George Kennan w telegramie wysłanym z Moskwy w 1946 roku, Stany Zjednoczone starały się przeciwdziałać próbom przenikania agentów radzieckich do rządów i instytucji państwowych na całym świecie. Zimna wojna była w początkowym stadium rywalizacją dwóch mocarstw o wyniszczoną Europę, lecz bardzo szybko rozlała się na pozostałe kontynenty. USA i ZSRR rywalizowały na wielu polach – ideologicznych, politycznych, kulturowych, ekonomicznych, geograficznych, militarnych. A CIA znajdowała się na pierwszym froncie toczonych walk. Na szczęście ta rywalizacja nigdy nie doprowadziła do otwartego starcia – mocarstwa zmagały się w tajemnicy, w świecie cieni leżącym pomiędzy pokojem a wojną. W „zaułkach i bocznych uliczkach świata”, jak określił to sekretarz stanu Dean Rusk[5].

Z powodu ogromnego niebezpieczeństwa jedną ze wspomnianych uliczek Amerykanie omijali szerokim łukiem – Związek Radziecki. Zwycięstwo odniesione w trakcie II wojny światowej nad hitlerowskimi Niemcami utwierdziło Stalina w przekonaniu o sile i trwałości państwa radzieckiego. Brutalny system represji zapoczątkowany przez aparat władzy w latach trzydziestych udoskonalono, roztaczając go na wszystkie aspekty życia i wprowadzając do świadomości zwykłych ludzi pojęcia o negatywnym wydźwięku, takie jak: „wrogowie ludu”, „szpiedzy”, „degeneraci”, „imperialiści”, „kosmopolici”. Rosjanom nie wolno było czytać literatury obcej ani słuchać zagranicznych rozgłośni radiowych. Większość ludzi mogła jedynie pomarzyć o zamorskich wojażach, a władza nie pozwalała na kontakty z obcokrajowcami, surowo za nie karząc. W telefonach montowano podsłuchy, otwierano listowną korespondencję, zachęcano do donoszenia na sąsiadów. Tajne służby wchodziły z butami do każdej fabryki i każdego biura. Rozmawiając szczerze, nawet w gronie bliskich osób i przyjaciół, można było narazić się na niebezpieczeństwo[6].

Nie były to warunki sprzyjające szpiegowaniu. W pierwszych latach zimnej wojny CIA nie utrzymywała placówki w Moskwie i nie wysyłała oficerów na ulice stolicy tego największego i najbardziej zamkniętego z państw komunistycznych. Amerykanie nie rekrutowali agentów w Związku Radzieckim, choć robili to w innych częściach globu. Radzieckie tajne służby, które w 1954 roku przemianowano na KGB – Komitet Gosudarstwiennoj Biezopasnosti, czyli Komitet Bezpieczeństwa Państwowego – były doświadczone, skuteczne, wszechwładne i bezlitosne. Uczyniły je takimi trzy dekady czystek przeprowadzanych na rozkazy Stalina zarówno przed, jak i po zakończeniu wojny. Wdający się w rozmowę z moskwiczaninem obcokrajowiec natychmiast budził podejrzenia, przyciągając uwagę.

Dla kontrastu CIA nadal stawiała w latach pięćdziesiątych pierwsze kroki. Stosunkowo młoda agencja wiernie odzwierciedlała powojenny amerykański charakter – była naiwna, optymistycznie nastawiona do świata i nakierowana na osiągnięcie założonych celów[7]. Już w 1954 roku emerytowany generał lotnictwa James Doolittle dostrzegł konieczność wprowadzenia znaczących zmian. „Musimy stworzyć skuteczne służby wywiadowcze i kontrwywiadowcze. Musimy nauczyć się, jak szkodzić, osłabiać i niszczyć naszych wrogów metodami bardziej wyrafinowanymi i skuteczniejszymi niż te, których użyto przeciwko nam”, napisał w tajnym raporcie sporządzonym na prośbę prezydenta Eisenhowera[8].

Waszyngtońscy decydenci wywierali na CIA stałą presję, domagając się aktualnych i rzetelnych raportów na temat Związku Radzieckiego i pozostałych państw bloku komunistycznego. Wielu obawiało się wybuchu kolejnej wojny w Europie i wolało dmuchać na zimne. Znacząca część informacji była ogólnie dostępna, lecz dla wywiadu miały one małą wartość. „Presja na osiągnięcie wyników była tak duża, że stale słyszeliśmy polecenia, by coś zrobić, albo żądania, aby spróbować czegokolwiek, wspominał Richard Helms, który w latach pięćdziesiątych odpowiadał za prowadzenie tajnych operacji[9].

Poza granicami ZSRR agencja sumiennie gromadziła dane od uchodźców, zbiegów politycznych i emigrantów. Amerykanie podejmowali próby werbunku radzieckich dyplomatów, żołnierzy i oficerów wywiadu na całym świecie. W rozsianych po Europie obozach uchodźców CIA utworzyła tajną armię szpiegów. Około pięciu tysięcy ochotników przeszkolono pod kątem prowadzenia „postnuklearnej wojny partyzanckiej”, zamierzając wykorzystać ich do ataku na Związek Radziecki po ewentualnym zdetonowaniu bomb atomowych. Jednocześnie na terytorium państw Układu Warszawskiego zrzucano agentów – większość z nich została zatrzymana i stracona, zanim zdołała nawiązać kontakt z grupami oporu. Szef wydziału tajnych operacji, Frank G. Wisner, chciał „wysadzić” blok komunistyczny od środka. Wisner liczył na to, że wojna psychologiczna i wsparcie udzielane dysydentom – sprzęt radiowy, broń, materiały propagandowe – przekonają mieszkańców Europy Wschodniej do konieczności obalenia władz komunistycznych. Prawie wszystkie z podjętych przez amerykański wywiad akcji zakończyły się jednak sromotną porażką. Działania agentów przynosiły skromne efekty, a Związek Radziecki trwał niewzruszenie dalej[10].

 

CIA spoglądało na Związek Radziecki przez zamknięte okna. „Jedynym sposobem na wypełnienie powierzonej nam misji była rekrutacja wewnętrznych źródeł informacji – szpiegów, którzy mieli dostęp do polityków, przysłuchiwali się prowadzonym debatom, czytali poufną korespondencję”, wspominał Helms. Powstały w 1953 roku raport dotyczący materiałów wywiadowczych, zebranych na temat państw bloku komunistycznego, nie pozostawiał żadnych złudzeń co do ich jakości. „Nie wiemy zupełnie, jak wygląda proces decyzyjny na Kremlu”, przyznawali w podsumowaniu autorzy. „Nie dysponujemy właściwie żadnymi wiarygodnymi informacjami na temat dalekosiężnych planów i zamiarów Związku Radzieckiego”, stwierdzali w części poświęconej armii. „W przypadku niezapowiedzianego ataku nie zdołamy uzyskać żadnych wiarygodnych danych dotyczących działań wojsk radzieckich”[11]. W swoim „niemowlęcym” okresie CIA nie potrafiła „umieścić agentów w paranoicznym państwie policyjnym Stalina”[12]. „W tamtych latach nasze informacje na temat Związku Radzieckiego były naprawdę szczątkowe”, przyznał Helms[13].

Pomimo napotykanych trudności CIA odniosła w latach pięćdziesiątych i na początku sześćdziesiątych dwa sukcesy. Agencja pozyskała dwóch agentów – oficerów radzieckiego wywiadu wojskowego – Piotra Popowa i Olega Pieńkowskiego. Nie byli oni rekrutowani, lecz zgłosili się dobrowolnie i niezależnie od siebie, natychmiast dowodząc korzyści, jakie płynęły z posiadania tajnych źródeł informacji na terytorium nieprzyjaciela.

Pierwszego stycznia 1953 roku niski i krępy Rosjanin wręczył przebywającemu w Wiedniu dyplomacie amerykańskiemu tajemniczą kopertę. We wspomnianym okresie Wiedeń podzielony był na strefy okupacyjne – amerykańską, brytyjską, francuską i radziecką. Koperta zawierała list napisany cyrylicą. Widniała na nim data 28 grudnia 1952 roku. „Jestem oficerem radzieckim. Chcę się spotkać z oficerem amerykańskim w celu zaoferowania pewnych usług”, zapowiadały pierwsze zdania. W dalszych akapitach autor podawał miejsce oraz czas ewentualnego spotkania. Podobne oferty składano nader często – po wojnie roiło się w Wiedniu od naciągaczy próbujących zarobić na sprzedaży wyssanych z palca raportów wywiadowczych. Tym razem jednak propozycja wydała się agentom CIA szczera. Następnego sobotniego wieczoru Rosjanin czekał we wspomnianym w liście miejscu, kryjąc się w zacienionej bramie i zasłaniając oczy czapką. Nazywał się Piotr Popow, miał dwadzieścia dziewięć lat i był majorem GRU – skrót od Gławnoje Razwiedywatielnoje Uprawlenije – Głównego Zarządu Wywiadowczego, czyli radzieckiego wywiadu wojskowego, mniejszego kuzyna KGB. Popow został pierwszym i w tamtym okresie najcenniejszym źródłem informacji na temat Armii Czerwonej i radzieckich służb specjalnych. Pomiędzy styczniem 1953 a sierpniem 1955 roku spotkał się w Wiedniu z agentami CIA sześćdziesiąt sześć razy. Masywny, przypominający sylwetką niedźwiedzia George Kisevalter, który był oficerem prowadzącym Popowa, urodził się w Sankt Petersburgu i w młodym wieku wyemigrował wraz z rodziną do Stanów Zjednoczonych. W trakcie prowadzonych rozmów Popow wyjawił mu, że przyszedł na świat w rodzinie ubogich rolników i pierwszą parę skórzanych butów dostał, dopiero gdy miał trzynaście lat. Popow nienawidził Stalina za wymuszoną kolektywizację i plagę głodu, która była jej pokłosiem. Do zdrady motywowały go chęć zemsty oraz wewnętrzna potrzeba zadośćuczynienia krzywdom wyrządzonym przez władze radzieckie rodzicom mieszkającym w małej wiosce nad brzegiem Wołgi. W jednej z wiedeńskich kryjówek Kiselvater zgromadził czasopisma amerykańskie, głównie egzemplarze magazynów „Life” i „Look”. Uwaga Popowa skupiała się zawsze i wyłącznie na „American Farm Journal”[14].

CIA pomogło Popowowi w dorobieniu klucza, dzięki któremu uzyskał dostęp do tajnych akt zamkniętych w szafach wiedeńskiej rezydentury GRU. Szpieg wyjawił ponadto tożsamość wszystkich oficerów wywiadu radzieckiego działających w Wiedniu, dostarczył informacje na temat jednostek sił Układu Warszawskiego, a w 1954 roku przekazał prawdziwą perełkę – zestaw polowych instrukcji na wypadek użycia broni atomowej[15]. Kiedy rok później Popow wrócił do Moskwy, CIA wysłała za nim oficera, powierzając zadanie znalezienia skrytek, w których szpieg mógłby zostawiać zgromadzone informacje. Agent spisał się marnie, dał się złapać w pułapkę zastawioną przez KGB i w konsekwencji stracił pracę[16]. Pierwsza próba założenia placówki w stolicy Związku Radzieckiego zakończyła się porażką.

W 1956 roku Popow wyjechał do NRD. Nie przestał jednak szpiegować na rzecz Amerykanów, spotykając się z Kisevalterem w jednej ze wschodnioberlińskich kryjówek CIA. Przekazywane przez szpiega informacje miały ogromną wartość – jak choćby tekst przemówienia wygłoszonego w marcu 1957 roku przez marszałka Gieorgija Żukowa, w którym ten objaśniał stacjonującym w Niemczech żołnierzom zastosowanie broni nuklearnej podczas konfliktu zbrojnego. W 1958 roku Popowa ściągnięto w trybie natychmiastowym do Moskwy. Po serii przesłuchań wyszło na jaw, że szpiegował na rzecz Stanów Zjednoczonych. KGB postanowił zachować ów fakt w tajemnicy, wykorzystując Popowa do przekazywania Amerykanom fałszywych informacji. Jednak 18 września 1959 roku Popow zdołał przemycić w małym pojemniku wielkości papierosa osiem skrawków papieru, na których spisał ołówkiem przebieg wydarzeń. Był to ostatni, jakże odważny, akt oporu szpiega, którego los został już przesądzony. Gryps przetransportowano pospiesznie do kwatery głównej CIA. Czytając zapisane cyrylicą strzępki, Kisevalter opuścił głowę i zapłakał. Popowa skazano na karę śmierci w styczniu 1960 roku, a w lipcu szpieg stanął przed plutonem egzekucyjnym.

Do drugiego przełomu doszło w Moskwie zaledwie dwa miesiące później, 12 sierpnia 1960 roku, około godziny 23.00.

Dwóch amerykańskich turystów – Eldon Cox i Henry Cobb – spacerowało po śliskim od deszczu bruku placu Czerwonego, wracając do hotelu po przedstawieniu Teatru Bolszoj, gdy za ich plecami wyrósł nieznajomy mężczyzna. Rosjanin pociągnął Cobba za rękaw i, unosząc do twarzy papierosa, poprosił o ogień. Był średniego wzrostu, miał na sobie garnitur i krawat oraz rudawe, siwiejące na skroniach włosy. Spytał, czy są Amerykanami, a gdy przytaknęli, zaczął rozglądać się nerwowo dookoła, mówiąc coraz szybciej. Po chwili wcisnął w dłoń Coxa kopertę, niemalże błagając, aby bezzwłocznie zaniósł ją do ambasady amerykańskiej. Cox, który mówił po rosyjsku, spełnił prośbę jeszcze tej samej nocy. W kopercie znajdował się list o następującej treści: „W chwili obecnej znajduję się w posiadaniu bardzo ważnych materiałów dotyczących kwestii szczególnie istotnych dla waszego rządu”. Autor nie wyjawił swojej tożsamości, lecz pozostawił wskazówkę, zdradzając, że jako agent radzieckiego wywiadu wojskowego stacjonował w Ankarze. W liście umieścił ponadto szczegółowe instrukcje precyzujące sposób przekazywania informacji – miało do tego posłużyć pudełko zapałek ukryte za kaloryferem w jednym z moskiewskich budynków – dołączając do nich nawet szkic skrytki[17].

Tajemniczym mężczyzną był Oleg Pieńkowski, pułkownik GRU – pomysłowy, żwawy, pewny siebie oficer, który podczas II wojny światowej dał się poznać jako wybitny artylerzysta. W tamtym czasie pracował w Państwowym Komitecie do spraw Koordynacji Prac Naukowo-Badawczych – rządowej instytucji nadzorującej wymianę naukową pomiędzy Związkiem Radzieckim a Stanami Zjednoczonymi, Wielką Brytanią i Kanadą, służącą jednocześnie za przykrywkę do prowadzenia szpiegostwa przemysłowego w krajach zachodnich.

List przekazano CIA, która do jego treści podeszła początkowo z rezerwą. Zdrada Popowa mocno nadszarpnęła wizerunek radzieckich służb wywiadowczych. W agencji obawiano się, że list mógł być pułapką. Ostatecznie podjęto decyzję o skontaktowaniu się z autorem. Niestety, CIA nie dysponowała żadnym agentem działającym w Moskwie. Piastujący wówczas stanowisko ambasadora Lllewellyn Thompson kategorycznie sprzeciwiał się wszelkim próbom umieszczenia w nadzorowanej przez niego placówce dyplomatycznej agentów CIA. Dopiero na jesieni 1960 roku wypracowano porozumienie, dzięki któremu z kwatery głównej wysłano do Moskwy młodego oficera z wydziału radzieckiego, powierzając mu jedynie zadanie nawiązania kontaktu z Pieńkowskim. Oficer ów, któremu nadano kryptonim KOMPAS (ang. COMPASS), nie mówił biegle po rosyjsku. Co więcej, często zaglądał do butelki, co w dużej mierze sprawiło, że operacja zakończyła się fiaskiem[18].

Pieńkowski tracił cierpliwość. Pierwszy list napisał w lipcu 1960 roku i przez kilka tygodni szukał odpowiedniej osoby, która dostarczyłaby go Amerykanom. „Skradałem się pod amerykańską ambasadę niczym wilk, wypatrując obcokrajowca, któremu mogłem zaufać, patrioty”, wspominał później[19]. Po spotkaniu na placu Czerwonym, do którego doszło w sierpniu, cierpliwie czekał na reakcję CIA. Gdy nie uzyskał odpowiedzi, zaczepił na ulicy amerykańskiego przedsiębiorcę, a potem pewnego Kanadyjczyka, podejmując coraz większe ryzyko.

Jedenastego kwietnia 1961 roku Pieńkowski wręczył kolejny list brytyjskiemu biznesmenowi. Greville Wynne, bo tak nazywał się ów mężczyzna, przekazał kopertę zaadresowaną do władz Stanów Zjednoczonych i Zjednoczonego Królestwa agentom Secret Inteligence Service, czyli MI6, którzy następnie udostępnili treść listu władzom CIA. Ostatecznie Amerykanie i Brytyjczycy postanowili, że wspólnie pokierują działaniami Pieńkowskiego.

Dziewięć dni później Pieńkowski przyjechał do Londynu na czele sześcioosobowej delegacji wysłanej po zakup zachodnich technologii – radarów, systemów łączności, nowych technik produkcji betonu oraz stali. Był to napięty okres – przeprowadzona przez CIA tajna operacja w kubańskiej Zatoce Świń zakończyła się właśnie katastrofalnym niepowodzeniem. Wynne spotkał się z Pieńkowskim na lotnisku. Rosjanin bezzwłocznie wręczył Brytyjczykowi kopertę. Znajdowały się w niej szkice oraz opisy najnowszych radzieckich pocisków oraz wyrzutni rakietowych. Wieczorem tego samego dnia Pieńkowski wyszedł ze swojego pokoju w zlokalizowanym przy Oxford Street przepastnym hotelu Mount Royal i skierował kroki do drzwi z numerem 360. Zapukał w umówiony sposób i wszedł do środka. Rosjanina ubranego w garnitur, białą koszulę i krawat powitało dwóch Brytyjczyków i dwóch Amerykanów – wszyscy byli oficerami wywiadu. „Jesteś teraz w dobrych rękach”, zapewnił Pieńkowskiego rozczochrany, przysadzisty mężczyzna. Nazywał się Kisevalter. „Myślałem o tym od bardzo dawna”, odparł Rosjanin.

W rozmowie, którą odbyto później, Pieńkowski wyjawił Amerykanom i Brytyjczykom, że jego kariera oficera wywiadu utknęła w martwym punkcie. Jego ojciec zmarł, gdy miał zaledwie cztery lata. Matka zapewniała go, iż powodem śmierci był tyfus, lecz przed rokiem ktoś natrafił w archiwach na dokument, z którego wynikało, że ojciec Pieńkowskiego był porucznikiem w białej armii, co z kolei rzucało cień podejrzenia na lojalność syna. Olega oskarżono o zatajenie prawdy. Odsunięto go na boczny tor i nakazano zapomnieć o planowanym wyjeździe na placówkę indyjską. Zaczął gardzić KGB.