Stąpając po linieTekst

Z serii: Amos Decker #6
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Zapraszamy na www.publicat.pl

Tytuł oryginału

Walk the Wire

Projekt okładki

MARIUSZ BANACHOWICZ

Fotografie na okładce

© Zeljko Radojko/Shutterstock

Koordynacja projektu

NATALIA STECKA

Redakcja

JACEK RING

Korekta

ANNA JACKOWSKA

Redakcja techniczna

KRZYSZTOF CHODOROWSKI

Copyright © 2020 by Columbus Rose, Ltd.

Polish edition © Publicat S.A. MMXX (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved.

ISBN 978-83-271-6061-4

Konwersja: eLitera s.c.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Rozdział 57

Rozdział 58

Rozdział 59

Rozdział 60

Rozdział 61

Rozdział 62

Rozdział 63

Rozdział 64

Rozdział 65

Rozdział 66

Rozdział 67

Rozdział 68

Rozdział 69

Rozdział 70

Rozdział 71

Rozdział 72

Rozdział 73

Rozdział 74

Rozdział 75

Rozdział 76

Rozdział 77

Rozdział 78

Rozdział 79

Rozdział 80

Rozdział 81

Rozdział 82

Rozdział 83

Rozdział 84

Rozdział 85

Rozdział 86

Rozdział 87

Od autora

Podziękowania

Przypisy

Mike’owi i Monice Rao –

za wszystko, co zrobili dla VCU[1]

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

Hal Parker z determinacją osaczał swoją ofiarę i czuł, jak z każdym pewnie stawianym krokiem podnosi mu się ciśnienie. Szacując po częstotliwości oraz wielkości plam krwi przypominających zmatowiałe rubiny rozsypane na żyznej glebie, wiedział, że zbliża się do celu. Najwyraźniej, zamiast zabić, tylko ranił swoją zdobycz.

Jeśli ma otrzymać zapłatę, musi dostarczyć zwłoki, taka była umowa. Duża ilość krwi dodawała mu otuchy. Świadczyła bowiem o nieuchronnym, zwłaszcza w tak bezlitosnym klimacie.

Powoli i metodycznie posuwał się naprzód. Nadchodziła jesień, choć lato ociągało się z odejściem, wlokąc swe wilgotne i buchające gorącem macki przez surową tundrę. W tej chwili czuł się jak jajko skwierczące na patelni. Gdyby była zima, opatuliłby się specjalnym ubraniem i z pewnością nie pognał za swoim łupem. Bieg w prawie minus pięćdziesięciu stopniach kończy się krwotokiem płucnym i utonięciem we własnej krwi.

Z kolei w takim upale i przy tak dużej wilgotności powietrza równie szybko może cię zabić odwodnienie, a poczujesz je dopiero wtedy, gdy będzie za późno.

Parker miał na głowie świecącą mocnym światłem taktyczną czołówkę, która dosłownie zamieniała noc w dzień, przynajmniej na wąskiej ścieżce. Pomyślał, że jest być może jedyną żywą osobą w promieniu wielu kilometrów. Po niespokojnym niebie mknęły chmury rozdęte od wilgoci. Miał nadzieję, że nie spadnie deszcz, dopóki nie upora się ze swoją robotą.

 

Spojrzał w lewo, gdzie w niedużej odległości przycupnęła Kanada. Ponad godzinę drogi na południe stąd znajdowało się miasteczko Williston, które stanowiło samo centrum naftowego wszechświata. Tu, w Dakocie Północnej. Region Bakken ze złożami łupków bitumicznych był tak rozległy, że ziemia pod stopami Parkera kryła setki milionów baryłek ropy, jak również setki miliardów metrów sześciennych gazu łupkowego. Może i więcej, pomyślał, no bo kto, do cholery, tak naprawdę zna wielkość zasobów?

Parker kucnął, rozważając następny krok.

Czujnie patrzył przed siebie, obracał głowę, by objąć wzrokiem zakres stu osiemdziesięciu stopni, obliczał czas i odległość na podstawie wielkości plam krwi. Wstał, ruszył naprzód, nieznacznie przyspieszył kroku. Miał na plecach zestaw nawadniający z sakwą i rurką tuż przy ustach. Lekkie, ale wytrzymałe ubranie uszyte z odprowadzającej wilgoć tkaniny. A i tak było mu gorąco i pocił się pomimo późnej nocnej pory. Każde zaczerpnięcie powietrza przypominało łykanie ostrej papryczki. Matka Natura zawsze ma przewagę nad człowiekiem, bez względu na to, jak bardzo wyrafinowanym sprzętem ten dysponuje.

Zachodził w głowę, jak jego ofiara – wilk, który zagryzł już dwie krowy ze stada pracodawcy Parkera – w ogóle zdołała uciec. Przecież miał ją na muszce, dość dobrze widoczną z odległości niespełna czterystu metrów. Stała nieruchomo jak jeleń wietrzący niebezpieczeństwo. Kula trafiła w górną część tułowia, był tego pewien. Jak również tego, że strzał był zabójczy, ponieważ zwierzę prawie się nie poruszyło po tak potężnym uderzeniu. Kiedy jednak Parker dotarł na miejsce, zamiast ofiary zobaczył krwawy trop, którym teraz podążał.

Pokonał lekkie wzniesienie terenu. Obszar, na którym się znajdował, nosił nazwę Wielkie Równiny – termin dość nietrafiony, ponieważ grunt bywał tu dość mocno pofałdowany. Wdzierały się tu chyłkiem krańce pagórkowatych północnych Badlands[2], niczym rozlewające się strużki wody tworzące odnogi. Bure strome wzgórza o ściętych wierzchołkach oraz płaskie trawiaste przestrzenie na ogół współistniały tu w zgodzie. Nocna mgła powoli zasnuwała okolicę, ograniczając pole widzenia. Zmarszczył czoło i choć był doświadczonym weteranem, poczuł nagły skok adrenaliny.

Usłyszał odległe dudnienie, a potem gwizd pociągu wiozącego prawdopodobnie kolumnę cystern zatankowanych ropą, a także gazem łupkowym, który po wydobyciu z ziemi był skraplany do transportu. Świst brzmiał w jego uszach smutno i obiecująco zarazem.

Po chwili kolejny huk. Tym razem z góry. Gwałtownie nadciągała burza, częste zjawisko w tych okolicach. Trzeba się pospieszyć.

Pewnie ściskał w rękach winchestera, gotów błyskawicznie podnieść do oka wyposażony w noktowizor karabin i oddać tym razem naprawdę śmiercionośny – miał nadzieję – strzał. Nagle coś przykuło jego uwagę. Piętnaście metrów dalej, na lewo. Jakiś cień, coś odrobinę odróżniającego się od otoczenia. Spojrzał w dół, oświetlając ziemię przed sobą. Zdziwił się, a po chwili jego konsternacja jeszcze się nasiliła. Krwawy trop wyraźnie skręcał w prawo. Jak to możliwe? Przecież ofiara nie rozwinęła nagle umiejętności latania. Mogła jednak gwałtownie zmienić kierunek, chwiejąc się na osłabionych nogach, zanim ostatecznie padła.

Brnął naprzód, mając się na baczności przed zasadzką. Zbliżył się na odległość pięciu metrów i stanął. Znów kucnął i w jasnym snopie światła taktycznej latarki uważnie omiótł wzrokiem rozległy teren przed sobą. Obejrzał się także za siebie, na wypadek gdyby postrzelone zwierzę przeszło bokiem i zakradało się od tyłu. Parker walczył w pierwszej wojnie w Zatoce Perskiej. Widział okropieństwa, do których czasem dochodzi, gdy żywe istoty próbują pozabijać się nawzajem. Zastanawiał się, czy to nie jest właśnie jeden z takich momentów.

Podszedł na czworakach na odległość trzech metrów. Potem półtora.

Poczuł, jak ściska mu się żołądek. Chyba ma halucynacje. Pociągnął haust wody z rurki, by nawodnić organizm. Ale to nadal tam było. To nie iluzja. Tylko…

Ostrożnie się podniósł, bezszelestnie przebył ostatni odcinek drogi i spojrzał w dół. Mocne światło latarki wydobyło z mroku każdy szczegół koszmaru, który przed chwilą zauważył.

Kobieta. Przynajmniej tak mu się wydawało. Tak, gdy pochylił się bliżej, dostrzegł pełne piersi. Była naga. I zmasakrowana. Lecz ani jedna kropla krwi nie szpeciła nieskazitelnej ziemi wokół ciała.

Skóra twarzy została nacięta od tyłu i ściągnięta w dół, tak że cały jej fałd spoczywał na obnażonej kości brody. Czaszka rozpiłowana, otwarta, górna część czerepu zdjęta i odłożona na bok. Odsłonięta jama czaszki była pusta.

Gdzie jest mózg, do jasnej cholery?

I klatka piersiowa. Rozcięta, a potem zszyta.

Spojrzał na ubity grunt wokół ciała. Skrzywił się na widok charakterystycznych śladów na ziemi. Wyglądały znajomo. Po chwili o nich zapomniał i pomału opadł na kolana, przypomniał sobie bowiem, gdzie wcześniej widział takie szwy na ludzkim tułowiu.

Cięcie kołnierzowe przedłużone do spojenia łonowego. Widywał je w serialach policyjnych i na filmach. Klasyczny sposób rozcinania zwłok na stole w prosektorium, tyle że wcale nie znajdował się w prosektorium. Tylko w środku nieskalanego bezkresu Dakoty Północnej. Bez koronera i bez telewizora z odcinkiem serialu.

Tę nieszczęsną kobietę wprawnie rozcięto.

Hal Parker odwrócił głowę i zwymiotował. Prawie samą żółcią.

Ziemia nie była już bez skazy, a niebo otworzyło się i lunęło jak z cebra.

2

– Dakota Północna – mruknął Amos Decker.

Siedział obok Alex Jamison na pokładzie małego embraera regionalnych linii lotniczych. Przylecieli najpierw do Denver boeingiem 787, tam mieli godzinną przerwę i przesiedli się do mniejszego samolotu. Jakby zamienili przedłużoną limuzynę na meleks.

Decker – metr dziewięćdziesiąt pięć wzrostu i prawie sto czterdzieści kilogramów wagi – jęknął na widok odrzutowca ustawiającego się przy ich bramce, a potem jęknął drugi raz, głośniej, bo mignęły mu przez szybę mikroskopijne siedzenia w kabinie. Ledwo wcisnął się na przeznaczone mu miejsce i wypełniał je tak ciasno, że nie musiał zapinać pasa, który miał go zabezpieczyć na wypadek turbulencji.

– Byłeś tu kiedyś? – zapytała Jamison. Po trzydziestce, wysoka, doskonale wysportowana, o długich brązowych włosach, na tyle atrakcyjna, że nieustannie przyciągała męskie spojrzenia. Dawniej dziennikarka, obecnie agentka specjalna FBI. Przydzielono ją wraz z Deckerem do jednostki do zadań specjalnych.

– Nie, ale grałem mecz z drużyną stanową Dakoty Północnej, kiedy studiowałem na uniwersytecie stanowym Ohio. Gościliśmy ich u nas w Columbus.

Decker grał na początku w Buckeyes, później był zawodowym graczem w Cleveland Browns, a następnie jego krótką karierę przerwał koszmarny wypadek na boisku, który pozostawił po sobie dwie pamiątki: hipermnezję, czyli pamięć absolutną autobiograficzną, oraz synestezję, czyli przemieszanie ścieżek sensorycznych. W rezultacie nie potrafił zapomnieć niczego, co z nim związane, i widział niektóre rzeczy, na przykład cyfry, w określonych kolorach. Natomiast zwłoki, co zdecydowanie bardziej dramatyczne, zawsze przybierały niepokojącą barwę jaskrawego błękitu.

– Kto wygrał?

Decker spojrzał na nią spod przymrużonych powiek.

– Starasz się być zabawna?

– Nie.

Przesunął się na siedzeniu o milimetr.

– Za moich czasów nazywało się to D I i D II. Teraz FBS i FCS. – Ponieważ Jamison patrzyła na niego zdezorientowana, dodał: – Dywizja I i II, a teraz Football Bowl Subdivision i Football Championship Subdivision. Ohio State, Alabama, Clemson, Michigan, LSU – to wszystko szkoły FBS, najwyższa klasa, wielcy gracze. Szkoły takie jak North Dakota State, James Madison, Grambling, Florida A&M – to szkoły FCS, czyli druga klasa. North Dakota State bardzo się ostatnio poprawili. Ale zwykle gdy grają ze sobą te dwie szkoły, FBS urządza pogrom.

– To po co organizuje się takie mecze?

– Bo to łatwe zwycięstwo dla pierwszej klasy, a dla drużyny przeciwnika spory zarobek i telewizyjny rozgłos.

– Ale widowisko średnio ciekawe?

– Każdy mecz jest dobry, kiedy wygrywasz. A jeśli przewaga jest olbrzymia, starterzy są odsyłani na ławkę po trzeciej kwarcie albo nawet po pierwszej połowie. Kiedy byłem pierwszoroczniakiem, właśnie tak zaczynałem. A jako starter doceniałem ten dodatkowy odpoczynek, który umożliwiała łatwa wygrana.

– Nie widzę w tym sensu. Jedna drużyna dla pieniędzy robi z przeciwnika miazgę.

– W gruncie rzeczy miało to sens tylko dla kibiców danej szkoły i dla księgowych NCAA.

Jamison z dezaprobatą pokręciła głową i patrzyła przez okno samolotu na gęste ciemne chmury.

– Pogoda wygląda na burzową.

– Jeszcze przez parę dni ma być upalnie, wilgotno nie do wytrzymania, do tego intensywne burze, nagłe spadki temperatury, co wieczór paskudny wiatr: to w zasadzie pewne jak w banku. Ale już niedługo nadejdzie pora zamieci śnieżnych i to miejsce zacznie przypominać Antarktydę.

– Super – skwitowała sarkastycznie Jamison.

– Popatrz na plusy tej sytuacji.

– Jakie?

– Na kilka dni odpuścisz sobie codzienne treningi. Wypocisz litr wody w drodze do samochodu. Ale później będziesz musiała podtuczyć się na zimę.

Samolot obniżał pułap. Zmagał się z silnym przeciwnym wiatrem i miejscowymi zakłóceniami ruchu mas powietrza, przez co przypominał podskakujący na falach kamyk. Jamison kurczowo chwyciła się poręczy fotela i starała się głęboko oddychać, choć żołądek raz podjeżdżał jej do gardła, raz opadał. Gdy koła maszyny uderzyły wreszcie o asfalt i kilkakrotnie się od niego odbiły, powoli rozluźniła zaciśnięte palce i przyłożyła dłoń do brzucha. W oddali przecięła niebo postrzępiona włócznia błyskawicy.

– No, zabawa była przednia! – wyrzuciła z siebie jednym tchem, po czym zmierzyła wzrokiem Deckera, który sprawiał wrażenie co najwyżej sennego. – Nie przeszkadzały ci?

– Co?

– Turbulencje!

– Wielkie mi halo – odparł bezceremonialnie.

– A więc w czym tkwi twoja tajemnica? Bo wydawało mi się, że wszyscy pozostali się modlili, z załogą włącznie.

– Przeżyłem katastrofę lotniczą w czasie studiów. Po starcie wysiadł silnik. Pilot zawrócił, zrzucił część paliwa, a wtedy zgasł drugi silnik i trzeba było natychmiast lądować. Dowiedziałem się później, że doszło do podwójnego zderzenia z ptakami. Uderzyliśmy z taką siłą, że rozłupał się kadłub i nie można było wysunąć podwozia. Wszyscy zdążyli wysiąść, zanim doszło do zapłonu paliwa. Samolot spłonął. Straciłem torbę z ciuchami – dodał od niechcenia.

– Mój Boże – rzekła blada jak płótno Jamison. – Tym bardziej się dziwię, że nie denerwowałeś się co najmniej tak jak ja.

– Sprawdziłem prawdopodobieństwo. Szansa, że przytrafi mi się druga katastrofa, wynosi jeden do miliarda. Uważam się więc za szczęściarza.

Opuścili samolot, podpisali umowę wypożyczenia samochodu i wyszli z Międzynarodowego Portu Lotniczego Williston Basin.

– Oho – rzuciła Jamison, gdy znaleźli się na zewnątrz i uderzył w nich silny podmuch wiatru. Zachwiał się nawet olbrzymi Decker. – Coś mi się zdaje, że źle się spakowałam – zauważyła żałosnym tonem. – Powinnam była wziąć więcej ubrań, żeby wkładać je na cebulkę.

– Czego ci potrzeba poza spodniami, koszulą, odznaką i spluwą?

– Z kobietami jest inaczej, Decker.

Jamison kierowała autem, a Decker wprowadzał dane do nawigacji w telefonie. Potem usadowił się wygodnie i patrzył na szybko przesuwającą się za oknem drogę. Była szósta po południu. Wjeżdżali prosto w nadciągającą burzę. Paskudne czarne cumulusy piętrzyły się przed nimi niczym unosząca wysoko głowę kobra i szykowały się do poważnego ataku na ten skrawek północnej części Środkowego Zachodu.

– Irene Cramer – powiedział cicho Decker.

Jamison kiwnęła głową i sposępniała.

– Znaleziona martwa w środku głuszy przez faceta tropiącego wilka.

– I co szczególnie godne uwagi: zwłoki poddano autopsji – dodał Decker.

– Dla mnie to będzie pierwszy taki przypadek, a dla ciebie?

– Widziałem w życiu rozkrojone ciała, ale nie wyglądały tak, jak te na pokazanych nam fotografiach. W tym wypadku miejsce zbrodni było czyste, jeśli nie liczyć wymiocin tropiciela.

– Seryjny morderca? Czy dlatego zwrócili się z tym do nas? Bogart w sumie niczego nam nie wyjaśnił.

Ross Bogart był szefem ich skromnej jednostki do zadań specjalnych. To on wysłał ich do Dakoty Północnej po briefingu najkrótszym z możliwych.

 

– Być może.

– Czy Ross jakoś dziwnie z tobą rozmawiał? – zapytała. – Bo ze mną tak.

Decker potwierdził.

– Chciał nam powiedzieć coś, czego powiedzieć nie mógł.

– Skąd wiesz?

– Bo to uczciwy, bezpośredni człowiek, który musi odpowiadać przed politykami.

– Nie lubię tajemnic na żadnym z obu końców sprawy.

– Nie wydaje mi się, że koniecznie musi chodzić o seryjnego mordercę.

– Dlaczego?

– Nie znalazłem w bazach danych żadnego podobnego wypadku. Sprawdziłem przed wylotem.

– Może mamy do czynienia z nowym graczem.

– Nowi nie są zwykle tak wyrafinowani.

– A jeśli próbuje od razu wyrobić sobie reputację? – zauważyła Jamison.

– Im wszystkim zależy na sławie – odparł Decker.

– Tylko że do lokalnego zabójstwa nie wzywa się FBI.

– Dlatego powinniśmy przyjrzeć się ofierze, a nie zabójcy.

– Uważasz, że Irene Cramer była z jakiegoś powodu ważna dla FBI?

– To wyjaśniałoby przy okazji powściągliwość Bogarta.

– Tak czy owak, szukamy zabójcy znającego się na medycynie sądowej, to jasne.

– Takie umiejętności ma spora liczba osób, łącznie z tymi po naszej stronie barykady.

– Lekarz sądowy, który zszedł na złą drogę? – podsunęła Jamison.

Decker wydawał się nieprzekonany.

– Prawdopodobnie znajdziesz na YouTube wideo z instruktażem krojenia manekina. Jednak w protokole zaznaczono, że cięcia wykonano profesjonalnie.

– Myślisz, że zabójca… co? Miał wprawę?

– Nic nie myślę, przynajmniej na razie.

– Zauważyłeś, że cała autostrada jest tutaj z betonu? – zapytała, spoglądając na nawierzchnię drogi.

– Asfalt zapewne słabo sprawdza się w tutejszych ekstremalnych warunkach – zauważył Decker. – Choć w sumie nie wiem, jaką wytrzymałość ma beton.

– Ho, ho, ależ z ciebie krynica wiedzy.

– Korzystam z Google, jak wszyscy.

– Daleko jeszcze?

Decker zerknął na wyświetlacz.

– Czterdzieści pięć minut jazdy. Prawie na granicy z Kanadą.

– Czyli wylądowaliśmy na najbliższym lotnisku.

– Powiedziałbym, że na jedynym.

– I bez tego mamy za sobą długi, wyczerpujący dzień.

– A zapowiada się równie długa noc.

– Zamierzasz rozpocząć śledztwo jeszcze dziś? – zapytała z lekkim niedowierzaniem.

Decker posłał jej surowe spojrzenie.

– Zawsze warto kuć żelazo, póki gorące. Zwłaszcza gdy ginie osoba, która powinna mieć przed sobą jeszcze długie życie.

3

– Co to? – zapytała Jamison, gdy zbliżali się do celu podróży.

Wskazała złociste pióropusze ognia, które migotały w ciemności jak upiorne lampki choinkowe.

– Płonący gaz – wyjaśnił. – Z odwiertów naftowych. W złożach ropy występuje gaz. Wydobywają tu jedno i drugie. Ale czasem wypuszczają gaz i go podpalają. Przypuszczam, że w pewnych sytuacjach inne działania wiązałyby się ze zbyt wysokimi kosztami, a niekoniecznie mają tu infrastrukturę niezbędną do przesyłania gazu rurociągami.

Jamison była zszokowana.

– Orientujesz się, o jakich ilościach gazu mowa?

– Z danych statystycznych, które czytałem, wynikało, że spalany gaz mógłby ogrzać cztery miliony domów.

– Cztery miliony domów? Mówisz serio?

– Tak przeczytałem.

– Przecież to musi szkodzić środowisku! Spalają czysty metan, zgadza się?

– Na tym się nie znam. Ale prawdopodobnie szkodzi.

– Te płomienie wyglądają upiornie. Kojarzą mi się z armią zombie maszerujących z pochodniami.

– Zacznij się przyzwyczajać. Wszędzie ich tu pełno.

I rzeczywiście, po drodze widzieli ich mnóstwo. Krajobraz przywodził na myśl gigantyczny tort z setkami świeczek.

Mijali całe osiedla domów na kółkach, z brukowanymi ulicami, znakami drogowymi, placami zabaw. Przed przyczepami mieszkalnymi pod metalowymi wiatami stały pojazdy – w większości podparte lewarkami, ubłocone. Pikapy albo solidne SUV-y.

Przejeżdżali też obok dużych działek otoczonych imponującymi ogrodzeniami, gdzie znajdowały się zwieńczone płomieniami szyby naftowe i gazowe, metalowe zbiorniki oraz osprzęt. Mężczyźni w kaskach i ognioodpornych pomarańczowych kamizelkach przemykali tu i tam, pieszo lub samochodami, krzątali się, uwijali, wykonując milion zadań. Z oddali wyglądali jak gigantyczne mrówki wysłane na decydującą misję.

– Miasto szczelinowania – rzekł Decker. – Przetrwało tylko dzięki tej technologii. Tysiące robotników przesiedliło się do tej części Dakoty Północnej, żeby wydobywać w tym rejonie ropę i gaz łupkowy. Podobno tutejsze złoża zawierają tyle paliw kopalnych, że wystarczy ich na sto lat.

– No dobrze, a nie słyszeli o zmianach klimatu?

– Ej, to ich zawód.

– Jasne, dzisiaj mają pracę, za to jutro nie mają gdzie żyć, bo zniszczyli planetę.

– Nawracanie nawróconego. A jak masz rodzinę do wyżywienia? A tu zarabia się sześciocyfrowe kwoty. Przeżywali już okresy boomu i zapaści, ale teraz wiedzie im się lepiej.

– Znowu Google?

Wzruszył ramionami.

– Jestem dociekliwy. Poza tym obaj moi szwagrowie pracują w branży naftowej. Podłapałem trochę wiedzy także od nich.

Minęli stację paliw dla ciężarówek – z piętnastoma dystrybutorami, restauracją, prysznicami, pralnią samoobsługową oraz sklepem oblepionym licznymi reklamami informującymi o możliwości nabycia gorącej pizzy, propanu, płynu AdBlue, dzienników kierowców ciężarówek, wentylatorów, płynów chłodniczych oraz wielu innych towarów. Na jednej z reklam ponętne kelnerki w kusych szortach i bluzkach z głębokim dekoltem zapraszały do restauracji. Inna zachwalała, że sklep ma najlepszy w całej Dakocie Północnej wybór filmów DVD dla dorosłych. Parking był gęsto zastawiony ciężarówkami z naczepami w każdym rozmiarze, kolorze i stylu, pyszniącymi się przede wszystkim chromowanymi elementami, felgami z kolcami oraz wykonanymi sprejem malowidłami na szoferkach: od wizerunków smoków i broni palnej po flagi amerykańskie i nagie kobiety z bujnym biustem.

– No cóż, chyba już wiemy, co cieszy się tu popularnością – skonstatowała Jamison.

– Te rzeczy są popularne nie tylko tutaj – sprostował z przekąsem Decker.

Następnie minęli zatłoczony parking dla kamperów oraz centrum handlowe, które wyglądało na świeżo zbudowane od podstaw. Była tam restauracja BBQ z szyldem obiecującym najlepszą w okolicy wołowinę szarpaną, były Subway, China Express, całodobowa siłownia, bar i grill, a nawet restauracja sushi. Elektroniczna tablica na jednej ze ścian wyświetlała aktualne ceny gazu i ropy. Obok centrum handlowego wznosił się duży ceglany kościół. Przed świątynią stała tablica, na której ktoś ułożył z czarnych liter napis:

BÓG STWORZYŁ NIEBIOSA ORAZ ZIEMIĘ, ROPĘ ORAZ GAZ. DZIELCIE SIĘ TYM BOGACTWEM. OFIARUJCIE DATEK BOGU. U NAS ZAPŁACISZ Z VENMO[3]. STUDIOWANIE BIBLII CODZIENNIE O 19.00.

Jamison spojrzała w lusterko wsteczne.

– Siedzi mi na tyłku kolumna ciężarówek z naczepami i wywrotek. Już od pół godziny. Taka sama armia sunie z naprzeciwka w drugą stronę – dodała, patrząc przez przednią szybę. – I wszędzie śmierdzi olejem napędowym.

– Przywożą sprzęt i inne zaopatrzenie, łącznie z chemikaliami, które wtryskują w ziemię. Pewnie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę.

– A te, co jadą w przeciwną stronę?

– Wywożą ropę i gaz. – Wskazał drogę przed sobą. – Wkrótce musimy zjechać z tej drogi. Zbudowali obwodnicę, żeby wyładowane ciężarówki omijały centrum.

Jamison skręciła w następny zjazd i niedługo ujrzeli w oddali skupisko świateł.

– Rozumiem, że to miasto, do którego zmierzamy.

– Tak. London, Dakota Północna.

– Ciekawe, skąd taka nazwa.

– Może trafił tu jakiś koleś z Anglii i zatknął flagę. W samym środku morza ropy i gazu. Liczba mieszkańców w granicach piętnastu tysięcy, z czego połowa pracuje na polach naftowych, a druga połowa świadczy dla nich usługi. W ciągu trzech lat ta liczba się potroiła. Jeśli obecny trend się utrzyma, potroi się ponownie w czasie krótszym o połowę.

– Kurczę, naprawdę się obkułeś – skomentowała Jamison.

– Lubię wiedzieć, w co się pakuję.

Spojrzała na niego z zaciekawieniem.

– I jak myślisz, w co? Poza śledztwem w sprawie zabójstwa.

– To jest Dziki Zachód, Alex. Jak kalifornijska gorączka złota w tysiąc osiemset czterdziestym dziewiątym, tyle że na sterydach.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

– Że zwykłe reguły cywilizacyjne niekoniecznie tu obowiązują.

– Mówisz serio, prawda?

– Bardzo serio.

Jechali główną ulicą, gdzie pomimo nadciągającej burzy panował ożywiony ruch. Dotarli do miejsca, w którym droga się kończyła. W tym samym momencie spadły pierwsze krople chłodnego deszczu.

– Proszę o wskazówki.

– Teraz w lewo.

Zatrzymali się przed budynkiem, który okazał się zakładem pogrzebowym.

Tym razem Decker posłał Jamison zaintrygowane spojrzenie.

– W Dakocie Północnej kontaktujesz się z koronerem, a nie z lekarzem sądowym. Lokalny koroner prowadzi także dom pogrzebowy z krematorium i kostnicą. Pełny zakres usług – wyjaśniła.

– Też się obkułaś?

Uśmiechnęła się szelmowsko.

– Dociekliwa ze mnie dziewczyna.

– Czy on chociaż ma wyszkolenie z medycyny sądowej?

Jamison wzruszyła ramionami.

– Pozostaje nam mieć nadzieję.

Przedarli się przez ścianę deszczu i dobiegli do drzwi, za którymi mieli obejrzeć zwłoki ofiary zabójstwa.