Budynek Q

Tekst
Z serii: Seria John Puller #4
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Zapraszamy na www.publicat.pl

Tytuł oryginału

No Man’s Land

Projekt okładki

MARIUSZ BANACHOWICZ

Fotografie na okładce

© Svetlana Savitskaya/Shutterstock

Koordynacja projektu

NATALIA STECKA

Redakcja

ANNA JACKOWSKA

Korekta

BOGUSŁAWA OTFINOWSKA

Redakcja techniczna

KRZYSZTOF CHODOROWSKI

Copyright © 2016 by Columbus Rose, Ltd.

Polish edition © Publicat S.A. MMXX (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved.

ISBN 978-83-271-6042-3

Konwersja: eLitera s.c.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Rozdział 57

Rozdział 58

Rozdział 59

Rozdział 60

Rozdział 61

Rozdział 62

Rozdział 63

Rozdział 64

Rozdział 65

Rozdział 66

Rozdział 67

Rozdział 68

Rozdział 69

Rozdział 70

Rozdział 71

Rozdział 72

Rozdział 73

Rozdział 74

Rozdział 75

Rozdział 76

Podziękowania

Przypisy

Pamięci Lynette Collin,

naszego anioła

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

Paul Rogers czekał, aż przyjdą i go zabiją.

Czekał tak od dziesięciu lat.

Zostały mu jeszcze dwadzieścia cztery godziny czekania.

Albo życia.

Rogers mierzył metr osiemdziesiąt trzy, a gdy stawał na wadze, wskaźnik zatrzymywał się na osiemdziesięciu dwóch kilogramach. W których prawie nie było tłuszczu. Patrząc na jego wyrzeźbione ciało, większość osób z niedowierzaniem zareagowałaby na fakt, że przekroczył pięćdziesiątkę. Od szyi w dół wyglądał jak tablica anatomiczna, z wyraźnie zarysowanym każdym mięśniem płynnie splatającym się z sąsiednimi.

Od szyi w górę było inaczej. Czas wyraźnie odcisnął piętno na jego twarzy, a dawanie mu na oko pięćdziesięciu lat byłoby w gruncie rzeczy wyrazem uprzejmości. Włosy gęste, choć w większości już posiwiałe, cera mocno zniszczona i ogorzała pomimo dziesięciu lat spędzonych za kratami, z dala od promieni słońca. Głębokie zmarszczki wokół oczu i ust, bruzdy wyryte na szerokim czole.

Niesforna broda w kolorze włosów. Zarost na twarzy był w tym miejscu właściwie niedozwolony, Rogers wiedział jednak, że nikomu nie wystarczy odwagi, żeby kazać mu go zgolić.

Przypominał grzechotnika, tyle że niewydającego ostrzegawczego dźwięku, gotowego kąsać, jeśli ktoś zanadto się zbliży.

Oczy czające się pod krzaczastymi brwiami stanowiły chyba jego najbardziej charakterystyczną cechę: miały barwę jasnego, wodnistego błękitu, przez co wydawały się pozbawione głębi, a zarazem życia.

Wyprostował się, usłyszawszy kroki.

Pozostały jeszcze dwadzieścia cztery godziny. To nie był dobry znak.

Dwie pary obcasów stukały unisono.

Rozsunęły się drzwi, stanęło w nich dwóch strażników.

– No, Rogers – powiedział ten starszy. – Idziemy.

Rogers wstał i ze skonsternowaną miną popatrzył na mężczyzn.

– Wiem, miało być jutro, ale sekretarz sądowy wpisał błędną datę na rozkazie, a jej zmiana wymagałaby dużo zachodu. A więc voilà, dziś jest twój wielki dzień.

 

Rogers zrobił krok naprzód i wyciągnął ręce, żeby mogli mu nałożyć kajdanki.

Starszy ze strażników pokręcił głową.

– Dostałeś zwolnienie warunkowe, Rogers. Wychodzisz jako wolny człowiek. Koniec ze skuwaniem łapsk. – Wypowiadając te słowa, mocniej zacisnął dłoń na rękojeści pałki, a na jego skroni dało się zauważyć pulsującą żyłę.

Strażnicy prowadzili Rogersa długim korytarzem. Po obu stronach ciągnęły się zakratowane drzwi cel. Za nimi toczyły się rozmowy, ale na widok Rogersa nagle milkły. Więźniowie obserwowali w ciszy, jak przechodzi obok, a potem wracali do przerwanych szeptów.

W ciasnym pokoiku dostał zestaw nowych ubrań, błyszczące sznurowane buty, swój sygnet, zegarek oraz trzysta dolarów w gotówce. Trzydzieści za każdy rok spędzony w murach więzienia. Ot, taka wielkoduszność władz stanowych.

A co najważniejsze, dano mu też bilet na autobus do najbliższego miasta.

Zdjął więzienny kombinezon, włożył nową bieliznę i pozostałe rzeczy. Musiał mocno zacisnąć pasek wokół szczupłej talii, żeby nie opadały mu spodnie, za to marynarka ciasno opinała barczyste ramiona. Wsadził stopy w nowe buty. Były o rozmiar za małe, piły w długie palce. Zapiął zegarek na przegubie. Sprawdziwszy czas na ściennym zegarze, ustawił właściwą godzinę, wsunął gotówkę do kieszeni kurtki i z trudem wcisnął sygnet na sękaty palec.

Odprowadzono go do wyjścia, wręczono pakiet materiałów informacyjnych, przedstawiających zasady zwolnienia warunkowego oraz jego obowiązki na wolności. Obejmowały one regularne spotkania z kuratorem sądowym oraz ścisłe ograniczenia swobody poruszania się, jak również kontaktów z ludźmi. Nie mógł opuszczać okolicy ani świadomie zbliżać się do jakiejkolwiek karanej w przeszłości osoby na odległość mniejszą niż trzydzieści metrów. Nie wolno mu było zażywać narkotyków ani posiadać czy nosić broni.

Ożyły hydrauliczne siłowniki bramy, otworzyły się metalowe wrota, po raz pierwszy od dekady ukazując Rogersowi zewnętrzny świat.

Przestąpił próg, a starszy ze strażników rzucił mu na odchodne:

– Powodzenia. I żebym cię tu już nigdy nie widział.

System hydrauliczny zadziałał ponownie, masywne wrota zamknęły się z cichym szumem zasilanego płynem mechanizmu.

Starszy strażnik pokręcił głową, młodszy zaś nadal wpatrywał się w zamkniętą bramę.

– Gdybym miał się zakładać, obstawiałbym, że niedługo wróci za kratki – powiedział starszy.

– Niby dlaczego?

– Podczas całego swojego pobytu w celi Paul Rogers wypowiedział na głos może z pięć słów. A ten wyraz jego twarzy od czasu do czasu… – Mężczyzna się wzdrygnął. – Jak sam wiesz, mamy tu trochę niezłych sukinsynów. Ale żaden z nich nie napędził mi takiego stracha jak Rogers. W jego oczach była jakaś pustka, otchłań. Dwukrotnie starał się o zwolnienie warunkowe i dwukrotnie dostał odmowę. Podobno rada do spraw zwolnień robiła w gacie ze strachu. Wystarczyło, że na nich spojrzał. Pewnie uznali, że do trzech razy sztuka.

– Za co siedział?

– Kogoś zabił.

– I wsadzili go tylko na dziesięć lat?

– Okoliczności łagodzące, jak sądzę.

– A inni więźniowie dawali mu popalić?

– Jemu? Widziałeś kiedyś, jak ten facet ćwiczy na dziedzińcu? Jest starszy ode mnie, a silniejszy od największego skurwiela, jakiego tu trzymamy. W dodatku mam wrażenie, że w nocy przesypiał najwyżej godzinę. Ile razy robiłem obchód o drugiej, on siedział w swojej celi z otwartymi oczami albo szeptał do siebie, drapiąc się w tył głowy. Jak jakiś czub. – Umilkł. – Choć na początku, zaraz po tym, jak się tu zjawił, kilku osiłków rzeczywiście próbowało mu pokazać, kto tu rządzi.

– No i co?

– Powiedzmy, że już nie rządzą. Jeden jest sparaliżowany, drugi jeździ na wózku inwalidzkim i ciągle się ślini, bo Rogers trwale uszkodził mu mózg. Roztrzaskał czaszkę. Widziałem to na własne oczy.

– Skąd wziął broń?

– Broń? On to zrobił gołymi rękami.

– Ja pierdolę.

Starszy strażnik w zamyśleniu pokiwał głową.

– W ten sposób zasłużył sobie na szacunek. Później już nikt mu nie podskoczył. Więźniowie liczą się z samcami alfa. Widziałeś, jak ich wszystkich zamurowało, gdy defilował przed ich celami. Zyskał tu status legendy, z czasem coraz groźniejszej, chociaż później nie kiwnął nawet palcem. Muszę przyznać, że nigdy nie spotkałem takiego samca jak Rogers. A to jeszcze nie wszystko…

– To znaczy?

Strażnik chwilę się zastanawiał.

– Kiedy go tu przywieźli, przeprowadziliśmy standardową rewizję osobistą, nie pominęliśmy żadnego otworu.

– No i?

– Rogers miał blizny.

– Cholera, mnóstwo więźniów ma blizny. I tatuaże!

– Nie takie. On miał je na całej długości obu ramion i obu nóg, na głowie, na torsie, z tyłu i z przodu. Nawet na palcach. Ohyda. Nie mogliśmy pobrać jego odcisków palców. Bo nie miał linii papilarnych! W życiu czegoś takiego nie widziałem. I mam nadzieję, że już nigdy nie zobaczę.

– Skąd te blizny?

– Już ci mówiłem: koleś powiedział tu wszystkiego może z pięć słów. Nie dało się go zmusić do wyznania, jak się ich nabawił. Zawsze podejrzewałem, że Rogers należał do jakiejś popieprzonej sekty albo był torturowany. Do diabła, potrzeba by całego batalionu wojska, żeby zrobić coś takiego człowiekowi. Zresztą prawda jest taka, że wcale nie chciałem wiedzieć. Rogers jest świrem. Kompletnym świrem. I bardzo się cieszę, że wreszcie pokazał nam plecy.

– Dziwię się, że go wypuścili.

W drodze powrotnej do więziennych bloków starszy strażnik mruknął:

– Boże, dopomóż każdemu, kto natknie się na tego skurwiela.

2

Za bramą więzienia Rogers odetchnął pełną piersią. Obserwował, jak na zimnie natychmiast tworzy się obłoczek pary i równie szybko znika. Stał przez kilka sekund, by zorientować się w terenie. Czuł się tak, jakby właśnie się narodził, opuścił matczyne łono i ujrzał świat, o którego istnieniu jeszcze przed chwilą nie miał pojęcia.

Powiódł wzrokiem z lewa na prawo i z prawa na lewo. Spojrzał w niebo. Śmigłowce nie wchodzą w rachubę, pomyślał. Nie w tym wypadku.

Nie w jego wypadku.

Jednak nikt na niego nie czekał.

Może dlatego, że upłynęło wiele czasu. Trzy dekady. Ludzie umierają, wspomnienia blakną.

Albo dlatego, że naprawdę myślą, że nie żyje.

Ich błąd.

Po chwili uznał, że przyczyną jest pomylona data na zwolnieniu warunkowym.

Jeśli mieliby się zjawić, to nazajutrz.

Dzięki Bogu za głupich sekretarzy sądowych.

Kierując się wskazówkami podanymi na dokumentach wręczonych mu przy wyjściu, pomaszerował na przystanek autobusowy. Cztery zardzewiałe słupy podpierające daszek oraz drewniana ławka zdezelowana przez pasażerów czekających na autobus, który zabierze ich w inne miejsce. Wyjął z kieszeni marynarki pakiet instrukcji z więzienia i cisnął je do kosza stojącego obok wiaty. Nie miał najmniejszego zamiaru zgłaszać się na jakieś spotkania z kuratorem. Musiał odwiedzić miejsca, które znajdowały się daleko stąd.

Dotknął punktu po lewej stronie głowy, w połowie drogi między kością potyliczną a szwem węgłowym. Przesunął palec do kości ciemieniowej i dalej, do szwu strzałkowego. To istotne części czaszki chroniące ważne elementy mózgu.

Kiedyś myślał, że rzecz, którą tam dodano, jest tykającą bombą zegarową.

Teraz po prostu uznał ją za część siebie.

Opuścił rękę wzdłuż tułowia, patrząc, jak do krawężnika podjeżdża autobus. Otworzyły się drzwi, wsiadł, podał kierowcy bilet i poszedł na tył pojazdu.

Spadła na niego kaskada zapachów, w której dominowały nuty niedomytych ciał i smażonego tłuszczu. Wszyscy w autobusie go obserwowali. Kobiety mocniej ściskały torebki, mężczyźni przybierali obronne pozy i zwijali dłonie w pięści. Dzieci patrzyły szeroko otwartymi oczami.

Chyba po prostu działał tak na ludzi.

Usiadł na samym końcu, gdzie smród z jedynej w autobusie toalety mógłby powalić kogoś, kto aż tak nie cuchnął.

Rogers cuchnął znacznie gorzej.

Miejsca po przekątnej zajmowała para: dwudziestokilkuletni mężczyzna oraz dziewczyna w podobnym wieku. Ona siedziała od strony przejścia. Jej chłopak był potężny, miał ze dwa metry wzrostu i składał się wyłącznie z mięśni. Nie przyglądali się przemarszowi Rogersa między siedzeniami – głównie dlatego, że byli zbyt pochłonięci badaniem wnętrza swoich ust językiem.

Gdy autobus ruszył, oderwali od siebie wargi, a mężczyzna obejrzał się na Rogersa i obrzucił go wrogim spojrzeniem. Rogers patrzył na niego tak długo, aż tamten odwrócił wzrok. Kobieta także spojrzała przez ramię i się uśmiechnęła.

– Właśnie pan wyszedł? – zapytała.

Rogers zerknął na swoje ubranie. Uzmysłowił sobie, że jest to zapewne standardowy strój wydawany ludziom opuszczającym zakład karny. Musieli zamawiać te ubrania hurtowo, razem z za ciasnymi butami, żeby byli więźniowie nie zdołali przed nikim uciec. I być może ten przystanek autobusowy był znany w okolicy jako „przystanek skazańców”. To wyjaśniałoby spojrzenia, które rzucali mu współpasażerowie.

Rogers nie zamierzał odwzajemniać uśmiechu dziewczyny, ale w odpowiedzi kiwnął głową.

– Jak długo pan siedział?

Rogers podniósł dziesięć palców.

Spojrzała ze współczuciem.

– Kawał czasu.

Założyła nogę na nogę, wystawiając szczupłą i nagą kończynę w przejście między rzędami foteli i prezentując atrakcyjną jasną skórę.

Do najbliższej miejscowości jechali prawie godzinę. Przez cały ten czas but na wysokim obcasie kusząco zwisał ze stopy młodej kobiety.

Rogers nie odwrócił wzroku ani na chwilę.

Gdy dotarli na dworzec autobusowy, było już ciemno. Prawie wszyscy wysiedli. Rogers na końcu, bo tak chciał.

Dotknął stopami chodnika i zlustrował okolicę. Część pasażerów witała się ze znajomymi albo rodziną. Inni wyjmowali torby i walizki z bagażnika na tyłach autobusu. Rogers stał w miejscu i się rozglądał, tak samo jak za bramą więzienia. Nikt nie wyszedł mu na spotkanie – ani przyjaciele, ani rodzina – a bagażu nie miał.

Czekał jednak, aż coś się wydarzy.

Młody mężczyzna, który wcześniej spiorunował go wzrokiem, poszedł odebrać torby. Dziewczyna w tym czasie zagadnęła Rogersa.

– Przydałoby się panu trochę rozrywki.

Nie zareagował.

Popatrzyła w kierunku swojego partnera.

– Teraz każde z nas pójdzie w swoją stronę. Ale może później trochę się zabawimy? Tylko pan i ja? Znam pewne miejsce.

Gdy jej chłopak wyłonił się z długą torbą i mniejszą walizką, wzięła go pod ramię i oboje zaczęli się oddalać. Obejrzała się jeszcze na Rogersa i puściła do niego oko.

Odprowadzał wzrokiem tę parę młodych ludzi. Poszli przed siebie ulicą, skręcili w lewo i zniknęli mu z pola widzenia.

Rogers ruszył z miejsca. Skręcił w tę samą uliczkę, co oni. Widział ich daleko przed sobą. Prawie stracił ich z oczu. Prawie.

Rogers dotknął głowy w tym samym miejscu, co poprzednio, a następnie powiódł palcem po czaszce, kreśląc tę samą linię, tak jakby śledził bieg meandrującej rzeki.

Szli długo, mijając przecznicę za przecznicą. Para była cały czas w zasięgu jego wzroku. Cały czas.

Zdążyło się już zupełnie ściemnić, gdy młodzi zniknęli nagle za rogiem.

Rogers przyspieszył kroku i też skręcił.

Na jego ramię spadł cios zadany kijem bejsbolowym. Drewno pękło, górna połowa kija poszybowała w górę i trzasnęła w ścianę.

– Cholera! – ryknął młody mężczyzna.

Obok leżała na ziemi otwarta torba podróżna. Kobieta stała parę metrów za swoim chłopakiem. Zrobiła unik, gdy kij leciał w jej stronę. Upuściła przy tym swoją torebkę.

Mężczyzna cisnął nieprzydatną broń, wyjął z kieszeni nóż sprężynowy i go otworzył.

– Dawaj te trzysta dolców, panie kryminalisto, dorzuć sygnet i zegarek, a nie wypruję ci flaków.

Trzysta dolców? A więc wiedzieli, ile się dostaje po dziesięcioletnim pobycie w pace.

Rogers wykręcił szyję w prawo i poczuł, jak strzelają mu kręgi.

Rozejrzał się. Wysokie ceglane ściany bez okien, czyli żadnych świadków. Ciemna uliczka. Nigdzie żywej duszy. Dokonał tych obserwacji po drodze.

– Słyszałeś? – zapytał mężczyzna. Górował nad Rogersem wzrostem.

Rogers kiwnął głową, bo owszem, słyszał.

– No to wyskakuj z forsy i gadżetów. Przytępawy jesteś czy co?

Rogers pokręcił głową. Nie był bowiem tępakiem. Jak również nie zamierzał z niczego wyskakiwać.

– Jak wolisz – warknął tamten i rzucił się na Rogersa z nożem.

Rogers częściowo zablokował cios, lecz mimo to ostrze wbiło mu się w ramię. Nie powstrzymało go to ani trochę, ponieważ nic nie poczuł. Podczas gdy jego ubranie nasiąkało krwią, on złapał rękę trzymającą nóż i mocno ścisnął.

Mężczyzna wypuścił ostrze z dłoni.

– Niech cię szlag! – wrzasnął. – Puszczaj! Puszczaj, kurwa!

 

Rogers nie puścił. Napastnik upadł na kolana, na próżno próbując odgiąć palce Rogersa.

Kobieta przyglądała się tej scenie z całkowitym niedowierzaniem.

Rogers wolną ręką powoli sięgnął w dół, złapał rękojeść złamanego kija bejsbolowego i go podniósł.

Młody mężczyzna spojrzał w górę.

– Nie, chłopie, proszę.

Rogers wziął zamach. Siła ciosu roztrzaskała bok czaszki. Odłamki kości zmieszane z szarą substancją wypłynęły na zewnątrz.

Rogers puścił rękę nieboszczyka. Ciało osunęło się na chodnik.

Kobieta wycofywała się z krzykiem. Rzuciła okiem na torebkę, ale nie wykonała żadnego ruchu w jej stronę.

– Ratunku! Pomocy!

Rogers odrzucił kij i się jej przyglądał.

Ta część miasta była o tej porze opustoszała, dlatego wybrali ją na miejsce zasadzki.

Nie było tu nikogo, kto mógłby pospieszyć z pomocą. Myśleli, że ta okoliczność zadziała na ich korzyść. Gdy tylko Rogers wszedł w tę uliczkę, wiedział, że skorzysta na tym on.

Zrozumiał, że to pułapka, w chwili gdy kobieta zaczepiła go w autobusie. Jej chłopak był przystojny, w jej wieku. Rogers nie miał żadnej z tych zalet. Jedyne, co miał i czego ona pożądała, spoczywało w jego kieszeni, na nadgarstku oraz na palcu.

Pewnie żerują na ludziach wychodzących po odsiadce.

Cóż, tym razem obrali niewłaściwy obiekt.

Dziewczyna przywarła plecami do ceglanej ściany. Z płynącymi po twarzy łzami jęczała:

– Błagam, nie rób mi krzywdy. Przysięgam, nie powiem nikomu, co się stało. Przysięgam na Boga. Proszę.

Rogers schylił się po nóż sprężynowy.

Zaczęła szlochać.

– Błagam, nie… Proszę… To on mi kazał. Groził, że inaczej pożałuję.

Rogers zbliżył się do niej i przyglądał się jej drżącemu podbródkowi. Błagania nie robiły na nim żadnego wrażenia, podobnie jak wcześniej nóż rozcinający skórę ramienia.

Nic sobie z tego nie robił, ponieważ był niczym.

Niczego nie czuł.

Wyraźnie chciała wzbudzić w nim litość. Wiedział. Rozumiał. Ale między rozumieniem a rzeczywistym odczuwaniem jest duża różnica.

W pewnym sensie największa z możliwych.

Nie czuł nic. Ani wobec niej, ani wobec niego. Rozmasował głowę, obmacując palcami to samo miejsce, co poprzednio, tak jakby chciał przeniknąć przez kość, tkanki, obie istoty mózgu i wyrwać stamtąd to, co tam tkwiło. Skóra piekła, jak za każdym razem, kiedy to robił.

Rogers nie zawsze taki był. Czasem, gdy długo i intensywnie rozmyślał, przypominał sobie jak przez mgłę innego człowieka.

Spojrzał na nóż, na ostrze z nierdzewnej stali będące przedłużeniem jego ręki. Rozluźnił uścisk.

– Puścisz mnie? – wydyszała. – Ty… naprawdę mi się podobasz.

Cofnął się o krok.

Dziewczyna z wysiłkiem przywołała uśmiech.

– Obiecuję, że nikomu nie powiem.

Rogers zrobił kolejny krok w tył. Mógłby po prostu odejść, pomyślał.

Spojrzała ponad jego ramieniem.

– On chyba się poruszył – powiedziała, ciężko dysząc. – Na pewno nie żyje?

Rogers odwrócił się w stronę mężczyzny.

Kątem oka dostrzegł błyskawiczny ruch. Dziewczyna złapała torebkę i wyjęła z niej broń. Widział, jak wylot lufy niklowanego rewolweru wędruje w górę i mierzy prosto w jego pierś.

Zaatakował ze zdumiewającą szybkością. Odsunął się w bok, gdy z przeciętej tętnicy szyjnej trysnęła krew. Ledwie zdążył odskoczyć.

Upadła do przodu, roztrzaskując o chodnik ładną twarz, choć nie miało to już dla niej większego znaczenia. Wyjęty z torebki rewolwer uderzył o twardą nawierzchnię i z klekotem potoczył się dalej.

Naglony czasem Rogers wyczyścił z pieniędzy portfel młodego mężczyzny oraz damską torebkę. Starannie złożył banknoty i wsunął je sobie do kieszeni.

Włożył kobiecie do ręki roztrzaskany kij bejsbolowy, rewolwer schował do torebki. Nóż sprężynowy umieścił w dłoni mężczyzny.

Niech lokalna policja się głowi, co tu zaszło.

Zdoławszy zatamować krwotok, opatrzył ramię najlepiej jak potrafił.

Przeliczył złożone banknoty. Zasób gotówki się podwoił.

Miał przed sobą długą, trudną podróż.

Po tylu latach najwyższy czas wyruszyć w drogę.

3

John Puller patrzył na ojca śpiącego w pokoju, który stał się jego domem.

Zastanawiał się, na jak długo jeszcze.

Puller senior przechodził ostatnio przemianę. Nie tylko z powodu podupadającego zdrowia.

Jego starszy syn Robert, osadzony lata temu w więzieniu wojskowym w Leavenworth w stanie Kansas, został oficjalnie oczyszczony z zarzutów zdrady państwa, a jego nazwisko wymazano z kartoteki. Przywrócono mu rangę oficera Wojsk Lotniczych Stanów Zjednoczonych. Puller senior pojednał się ze swoim pierworodnym, wyciskając tym łzy z oczu Johna Pullera, co było nader rzadkim widokiem.

Niestety, po euforii wywołanej wyjściem syna na wolność nastąpił okres gwałtownego pogorszenia się stanu zdrowia, przynajmniej psychicznego. Pod względem fizycznym trzygwiazdkowy generał odznaczał się dużo większą sprawnością niż mężczyźni w jego wieku, ale krzepkie ciało nie szło w parze z bystrym umysłem. Starszy mężczyzna trzymał się jakoś do czasu uniewinnienia Roberta. Gdy cel został osiągnięty, ojciec zwyczajnie się poddał, a wraz z energią znikła wola życia.

Puller siedział i obserwował staruszka, zastanawiając się, co zobaczy pod tymi wyrazistymi, jakby wyciosanymi w granicie rysami twarzy, kiedy tato się obudzi. Senior był urodzonym dowódcą, prowadził żołnierzy do boju. Czynił to przez kilka ładnych dekad z niemałymi sukcesami, zdobywając po drodze wszystkie medale, baretki, odznaczenia i awanse, jakie wojsko miało do zaoferowania. Kiedy jednak czas walki dobiegł końca, ktoś jakby nacisnął wyłącznik, błyskawicznie przenosząc ojca… do obecnego stanu.

Lekarze określali ów stan mianem demencji przechodzącej w coś innego. Gorszego.

Puller opisywał go jako utratę ojca.

Brat przebywał za oceanem, oddelegowany do nowego zadania, które miało go tam zatrzymać na kilka miesięcy. John Puller wrócił właśnie ze śledztwa w Niemczech, a gdy tylko koła samolotu dotknęły płyty lotniska, pojechał odwiedzić ojca.

Pora była późna, ale dawno się nie widzieli.

Siedział więc i dumał, która wersja ojca go przywita.

Wrzeszczący twardziel?

Puller senior w wersji stoickiej?

Puller senior z pustką w oczach?

Wolałby któryś z dwóch pierwszych wariantów zamiast tego ostatniego.

Ktoś zapukał do drzwi. Puller wstał i otworzył. Ujrzał przed sobą dwóch mężczyzn. Jeden w mundurze pułkownika. Drugi w ubraniu cywilnym.

– Tak? – odezwał się Puller.

– John Puller junior? – spytał ten w cywilu.

– Zgadza się. Z kim mam przyjemność?

– Ted Hull. – Wylegitymował się. – CID. Dwunasty Pułk Żandarmerii, Fort Lee.

– Pułkownik David Shorr – przedstawił się ten w mundurze.

Puller go nie znał. W końcu w wojsku było mnóstwo pułkowników.

Wyszedł z pokoju ojca, zamykając za sobą drzwi.

– Ojciec śpi. Czym mogę służyć? Czy chodzi o przydział kolejnego zadania? Przysługuje mi urlop przez dwa kolejne dni. Można to sprawdzić u mojego dowódcy, Dona White’a.

– Już z nim rozmawialiśmy – wyjaśnił Shorr. – Powiedział nam, gdzie pana szukać.

– A więc co to za sprawa?

– Chodzi o pańskiego ojca, agencie Puller. A także, jak sądzę, o pana.

Ponieważ Puller formalnie był starszym chorążym w CID, czyli w Wojskowym Wydziale Śledczym Armii Stanów Zjednoczonych, ci w mundurach zwracali się do niego per „agencie”. Nie był oficerem mianowanym, tak jak absolwenci West Point. Karierę w wojsku rozpoczął jako zwykły szeregowy, dlatego był niższy rangą od Shorra.

– Nie rozumiem, sir – powiedział.

Przy swoim metrze dziewięćdziesięciu pięciu górował nad oboma mężczyznami. Wzrost odziedziczył po ojcu. Opanowanie po matce. Ojciec miał tylko dwa tryby emocjonalne: bojowy i najwyższej gotowości bojowej.

– W głębi korytarza jest sala odwiedzin – oznajmił Shorr. – Tam porozmawiajmy.

Wskazał drogę do pomieszczenia, które okazało się puste, i zamknął za sobą drzwi. Usiedli, Puller naprzeciwko tamtych dwóch.

Shorr spojrzał na Hulla i skinął głową. Cywil wyjął z kieszeni kopertę, postukał nią w otwartą dłoń.

– Ta wiadomość przyszła do Fort Eustis. Przekazano ją mnie. Trochę węszyliśmy w tej sprawie. A potem dowiedzieliśmy się, że ma pan dzisiaj wrócić, więc postanowiliśmy się z panem zobaczyć.

– Stacjonuję w JBLE – dodał Shorr. – Stąd te powiązania.

Puller pokiwał głową. Wiedział, że baza znajduje się w regionie Tidewater, obejmującym Norfolk, Hampton oraz Newport News w Wirginii. W roku dwa tysiące dziesiątym połączono bazę wojsk lądowych Fort Eustis w Newport News z bazą sił powietrznych Langley w pobliskim Hampton i stworzono nową jednostkę zwaną przez wojskowych JBLE.

– Transport i logistyka – zauważył Puller.

– Zgadza się.

– Chociaż Dwunasty Pułk Żandarmerii ma siedzibę w Fort Lee, współdziałamy także z JBLE i tworzymy biuro CID dla JBLE – wyjaśnił Hull. – Ciągle przeskakuję z jednego miejsca na drugie. Hrabstwo Prince George nie leży aż tak daleko od Tidewater.

Puller o tym wszystkim wiedział, więc tylko kiwał głową.

– Co zawiera ten list?

Zadał to pytanie ostrożnie, ponieważ ojciec dostał już kiedyś list. Od swojej siostry z Florydy. W rezultacie Puller musiał się wybrać w podróż do tego słonecznego stanu i o mało nie przypłacił tej eskapady życiem.

– Przyszedł na adres biura CID w JBLE. Jego autorką jest… Lynda Demirjian? – Hull zakończył zdanie pytajnikiem, jakby to nazwisko miało coś Pullerowi mówić. – Pamięta ją pan?

– Tak. Z Fort Monroe. Z dzieciństwa.

– Mieszkała w pobliżu, gdy stacjonował tam pański ojciec, zanim zamknięto bazę, a całą działalność przeniesiono do Fort Eustis. Była przyjaciółką rodziny. Przyjaźniła się zwłaszcza z pańską matką.

Puller cofnął się myślami o trzydzieści lat. Odgrzebał wspomnienie niskiej, pulchnej kobiety o ładnej twarzy, która zawsze się uśmiechała i piekła najlepsze ciastka na świecie.

– Dlaczego napisała do CID?

– Niestety, jest poważnie chora. Ostatnie stadium raka trzustki.

– Przykro mi to słyszeć. – Puller zerknął na kopertę.

– Napisała do CID, ponieważ chce dać wyraz czemuś, co czuła od dłuższego czasu. Takie wyznanie na łożu śmierci.

– Rozumiem – odparł coraz bardziej zniecierpliwiony Puller. – Ale jaki ma to związek ze mną? Byłem wtedy dzieckiem.

– Podobnie jak pański brat – dodał Shorr.

– Nie służy pan w żandarmerii – zauważył Puller.

Shorr pokręcił głową.

– Nie, uznano jednak, że to… spotkanie wymaga dodatkowego oficerskiego wsparcia.

– Z jakiego powodu? – zapytał Puller.

– Mąż pani Demirjian, Stan, stacjonował w Fort Monroe z pańskim ojcem. Był wtedy starszym sierżantem. Obecnie jest oczywiście na emeryturze. Pamięta go pan?

– Tak. Walczył z moim ojcem w Wietnamie. Znają się od bardzo dawna. Czy mogę wiedzieć, co zawiera ten list?

– Myślę, że najlepiej będzie, jeśli przeczyta go pan osobiście, agencie Puller. – Podał mu kopertę.

List miał trzy strony i był skreślony męskim pismem.

– Nie napisała go własnoręcznie? – zapytał Puller.

– Nie, jest zbyt słaba. Podyktowała mężowi.

Puller rozłożył kartki na stoliku obok krzesła i zaczął czytać. Mężczyźni obserwowali go w napięciu.

Zdania były długie, chaotyczne. Puller wyobraził sobie śmiertelnie chorą kobietę usiłującą zebrać myśli, żeby przekazać je mężowi. Mimo to treść bardziej przypominała swobodnie płynący strumień świadomości. Dyktując ten list, była prawdopodobnie na silnych lekach. Puller podziwiał jej determinację.

Przebrnąwszy przez wstęp, wgryzł się w esencję listu.

I ze zdumienia rozdziawił usta.

Zadrżała mu ręka.

Żołądek skurczył się jak od silnego ciosu z zaskoczenia.

Czytał dalej, coraz szybciej, w tempie być może odpowiadającym gorączkowemu wyrzucaniu słów przez umierającą kobietę.

Skończył i podniósł wzrok na wpatrujących się w niego mężczyzn.

– Oskarża mojego ojca o zamordowanie matki.

– Zgadza się – przytaknął Hull. – Właśnie tak.