Podróże na drugi kraniec świataTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

JOURNEYS TO THE OTHER SIDE OF THE WORLD

Further Adventures of a Young Naturalist

Copyright © David Attenborough 1960, 1961, 1963

This abridged combined volume © David Attenborough 1981

All rights reserved

Opracowanie graficzne okładki

Ewa Wójcik

Zdjęcie na okładce

© David Attenborough

Zdjęcie autora

© Ruth Peacey

Zdjęcia

© David Attenborough

Redaktor prowadzący

Magdalena Gołdanowska

Redakcja

Małgorzata Grudnik-Zwolińska

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978–83–8234-547-6

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02–697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


WSTĘP



Przez całą dekadę 1954–1964 co roku miałem wielkie szczęście – jeździłem w tropiki i kręciłem filmy poświęcone historii przyrody. Początkowo nasze wyprawy organizowała telewizja BBC wspólnie z londyńskim zoo, a naszym celem było nie tylko filmowanie zwierząt, lecz i łapanie niektórych z nich. W rezultacie naszym programom telewizyjnym nadano ogólną nazwę Zoo Quest (Zoologiczne poszukiwania). Jednak wskutek bardzo smutnego zrządzenia losu, mianowicie złego stanu zdrowia, przedstawiciel zoo Jack Lester nie mógł wyruszyć z nami w trzecią podróż. Później udział ogrodu zoologicznego ograniczał się do odbioru tych stworzeń, które my, filmowcy, zdołaliśmy przywieźć. Wobec tego naszym priorytetem stało się raczej filmowanie dziko żyjących zwierząt, nie ich chwytanie. W miarę upływu czasu nasze zainteresowania poszerzały się i coraz większą rolę w filmach zaczęli odgrywać przedstawiciele ludów napotykanych przez nas w podróżach, zatem nazwa Zoologiczne poszukiwania wydała się nam nieodpowiednim tytułem dla tej serii. Pierwsze trzy moje książki o tych wyprawach zostały wydane w nieco bardziej zwartej formie w 1980 roku, a następnie poddane pewnym dodatkowym zabiegom redakcyjnym i opublikowane ponownie w 2017 roku pod tytułem Przygody młodego przyrodnika. Oto drugi zestaw trzech książek, podobnie jak poprzednie nieco zredagowanych.


Łapanie węża boa na Madagaskarze

Od naszego powrotu z ostatniej z tych podróży upłynęło przeszło sześćdziesiąt lat. Trudno się zatem dziwić, że bardzo wiele się zmieniło. Wschodnia połowa Nowej Gwinei, wówczas pozostająca pod zarządem Australii, stała się niepodległym państwem jako Papua-Nowa Gwinea, a dolina Jimi, którą wtedy dopiero zaczynano badać, dorobiła się nie tylko dróg, lecz również własnego członka parlamentu. Królowa Sālote, władająca w czasach naszej wizyty królestwem Tonga, w 1965 roku zmarła, a następca tronu objął po niej rządy jako król Tāufa’āhau Tupou IV, po nim zaś na tron wstąpił Jerzy Tupou V. Nowe Hebrydy, niegdyś zarządzane przez dziwną i jedyną w swoim rodzaju formę kolonialnej administracji jako kondominium angielsko-francuskie, stały się niepodległym państwem Vanuatu. Australijskie miasteczko Darwin przeobraziło się w miasto, a tereny wokół góry Nourlangie – w Park Narodowy Kakadu z odpowiednimi do tej roli hotelami i drogami. Azjatyckie bawoły wodne, w czasach naszej wizyty nadal licznie cwałujące po dzikich terenach, zostały wybite, co umożliwiło powrót tego cudownego, lecz kruchego ekosystemu do stanu przypominającego pierwotny. Malowidła naskalne na Nourlangie, które sfotografowaliśmy jako pierwsi, zasłynęły w całym świecie i znalazły się na australijskich znaczkach pocztowych. Eukaliptusy namalowane przez Maganiego – artystę, który tyle nam opowiedział o swojej pracy – weszły w skład zbiorów Australian National Gallery, a ludzi malujących na skałach nieopodal Yuendumu zastąpili artyści używający w istocie nowoczesnych farb, ich płótna zaś sprzedają się obecnie za setki tysięcy, jeśli nie za miliony, dolarów. Niektóre szczegóły obrzędów Aborygenów, zamieszczone w pierwotnym wydaniu, zostały teraz przedstawione w skrócie, żeby nie urazić uczuć współczesnych przedstawicieli tego ludu.

Technika telewizyjna oczywiście zmieniła się nie do poznania. Urządzenia do rejestrowania dźwięku nie zapisują go już na taśmie i nie odmawiają posłuszeństwa w tropikalnym słońcu. Kamery telewizyjne są elektroniczne i niewielkie w porównaniu z używanymi przez nas potworami, nie trzeba ich również spowijać w specjalne ochraniacze, by zapewnić im spokój. Co więcej, mogą teraz natychmiast odtwarzać zapisany obraz, dzięki czemu nie musimy już czekać całymi miesiącami, aby się dowiedzieć, czy dysponujemy zdjęciami, na które mieliśmy nadzieję, czy nie.

Mimo to pozostawiłem relacje o tamtych miejscach i zdarzeniach w zasadzie w takiej formie, w jakiej je napisałem.

David Attenborough, maj 2018 roku

KSIĘGA PIERWSZA


Poszukiwania w raju



1.

Dolina Wahgi


Kiedy statek Victoria dotarł 6 września 1522 roku do Hiszpanii, ukończywszy pierwszy rejs dookoła świata, wśród cudów zniesionych z pokładu na ląd było pięć wypchanych ptaków. Ich upierzenie, a zwłaszcza wyrastające z boków powiewne pióra ozdobne, odznaczało się niezrównaną wspaniałością i majestatem, które całkowicie odróżniały je od wszystkiego, co oglądano kiedykolwiek przedtem. Dwa z nich Magellan, dowódca ekspedycji, otrzymał od króla wyspy Bacan w archipelagu Moluków w darze dla króla Hiszpanii. Pigafetta, kronikarz wyprawy, odnotował przyjęcie upominku i zapisał: „Te ptaki są wielkości drozdów; mają nieduże głowy, długie dzioby, łapy smukłe niczym pióro do pisania, ciała zaś długie na piędź. Są pozbawione skrzydeł, a zamiast nich mają długie pióra o różnych barwach, przypominające pióropusze, ogony zaś takie jak u drozdów. Nigdy nie latają, chyba że dmie wiatr. Powiedzieli nam, że te ptaki pochodzą z ziemskiego Raju, a zwą je bolon dinata, czyli boskie ptaki”.

Tak oto te cudowne stworzenia stały się znane pod nazwą rajskich ptaków. Był to pierwszy udokumentowany przypadek sprowadzenia okazów tego gatunku do Europy. Spisana przez Pigafettę relacja o nich była stosunkowo mało sensacyjna. Ptaki zostały bez wątpienia pozbawione skrzydeł przez miejscowych preparatorów dla uwydatnienia wspaniałości ich piór ozdobnych. Jednak ich zapierające dech w piersiach piękno, ich nadzwyczajna rzadkość oraz skojarzenia z „ziemskim Rajem” nadały ptakom aurę tajemnicy i magii, toteż wkrótce powstały o nich historie równie fantastyczne jak ich piękno. Jan Huygen van Linschoten, który siedemdziesiąt lat później opisał swoją podróż do archipelagu Moluków, wspominał: „Tylko na tych wyspach znaleźć można ptaki, które Portugalczycy zwą passeros de sol, czyli ptactwo słoneczne, mieszkańcy Italii nazywają je manu codiatas, ludzie władający łaciną – Paradisea, a my zwiemy je rajskimi ptakami za piękno ich piór, którym przewyższają wszystkie inne. Ptaków tych nigdy nie widziano żywych, trafiają bowiem na wyspy tylko martwe; mówi się, że wzlatują zawsze ku słońcu i ciągle utrzymują się w powietrzu, nie widuje się ich na ziemi, gdyż nie mają łap ani skrzydeł, a tylko głowę i ciało, a w większości również ogon”.

Opisany przez van Linschotena brak łap można łatwo wyjaśnić, gdyż nawet dzisiaj miejscowi zwykle odcinają je ptakom, żeby ułatwić sobie zdejmowanie skóry. O tym, że Pigafetta twierdził, iż rajskie ptaki mają łapy, późniejsi autorzy dla własnej wygody zapominali lub energicznie temu zaprzeczali, usilnie dążąc do podtrzymywania romantyzmu opowieści osnutych wokół ptaków. Jednak opisy ich trybu życia autorstwa van Linschotena stawiają wnikliwego przyrodnika przed wieloma problemami. Skoro ptaki ciągle latają, to jak budują gniazda i wysiadują jaja, czym się odżywiają? Wkrótce wymyślono odpowiedzi równie irracjonalne jak wymysły, które miały racjonalizować.

Pewien autor twierdził, że „samiec ma na grzbiecie pewną jamę, gdzie samica, która również ma zagłębienie na brzuchu, składa jaja i tak oto, za pomocą obu jam, jaja są wysiadywane i wykluwają się z nich młode”. Inny pisarz, wyjaśniwszy, że ptaki w stałym locie żywią się wyłącznie rosą i powietrzem, dodał, iż zamiast żołądka i jelit – które byłyby nieprzydatne istocie odżywiającej się w tak niezwykły sposób – ich jamę brzuszną wypełnia wyłącznie tłuszcz. Trzeci, w nadziei dodania odrobiny wiarygodności historii o braku łap, zauważywszy między piórami ozdobnymi niektórych gatunków poskręcane stosiny, sztywne niczym druty, pisał, że „Nie siadają one na ziemi, lecz zwisają z konarów na strunach lub piórach, które mają, i tak odpoczywają niby muchy lub inne żyjące w powietrzu istoty”.

 

Rajski ptak na ilustracji autorstwa Aldrovandusa, 1599 rok

Nawet po dwustu latach od sprowadzenia pierwszych wypchanych ptaków do Europy nadal nie znano dokładnej nazwy ich ojczyzny, owego „ziemskiego Raju”. Dopiero w XVIII wieku odkryto, że żyją one na Nowej Gwinei i wyspach u jej wybrzeży. Kiedy europejscy przyrodnicy po raz pierwszy ujrzeli żywe ptaki w ich naturalnym otoczeniu, większość obrastających je mitów się rozwiała. Niemniej romantyczna aura otaczająca te ptaki od czasów Pigafetty nadal trwała i kiedy wielki szwedzki przyrodnik Karol Linneusz chciał nadać naukową nazwę gatunkowi, który prawdopodobnie Pigafetta opisał, nazwał go Paradisaea apoda, czyli „beznogi rajski ptak”.

Jednak odkrycia naukowe ostatnich dwustu lat ujawniły, że fakty dotyczące rajskich ptaków są niemal równie fantastyczne jak wcześniejsze legendy, gdyż ptaki te posiadają pewne najwspanialsze, najbardziej nieprawdopodobne pierzaste ozdoby, jakie można znaleźć w całym ptasim świecie. Obecnie wyróżnia się przeszło pięćdziesiąt rozmaitych gatunków, ogromnie różniących się od siebie kształtem i wielkością ciała. Niektóre, jak cudo­wronka wielka (Paradisaea apoda), mają filigranowe pióra ozdobne, tworzące kaskady wyrastające im spod skrzydeł. Inne noszą na piersiach olbrzymie, opalizujące tarcze z piór. Część z nich ma długie, połyskliwe, czarne ogony mieniące się odcieniami purpury. U innych zaś pióra ogona ograniczają się do samych stosin. Latawiec krasnogrzbiety ma łysą głowę pokrytą jaskrawoniebieską skórą, wstęgogłów zaś nosi na głowie dwa pióra ozdobne dwukrotnie dłuższe od jego ciała, ozdobione przypominającymi emalię płytkami błękitnoperłowej, bladej barwy. Największe gatunki dorównują wielkością krukom; najmniejszy z nich, czerwony latawiec królewski, jest tylko trochę większy od drozda. Faktycznie rajskie ptaki łączy jedno podobieństwo – ich upierzenie cechuje prawie niewiarygodna ekstrawagancja, a gdy podczas zalotów oddają się ekstatycznym tańcom, prezentują swoje wspaniałe pióra ozdobne buro upierzonym samicom.

Z pewnością warto przebyć tysiące kilometrów, żeby ujrzeć takie piękne i romantyczne stworzenia, toteż przez całe lata nawiedzała mnie obsesyjna myśl, żeby to zrobić. Londyńskie zoo od kilku lat nie pokazywało widzom przedstawicieli tych gatunków, a w okresie, kiedy rozważałem wyprawę, by ich szukać, w ogóle nie miało ich w kolekcji. Co więcej, nigdy nie wyświetlano żadnego filmu (przynajmniej w Wielkiej Brytanii) z dziko żyjącymi ptakami wykonującymi swoje popisowe tańce. Postanowiłem zatem, że pojadę na Nową Gwineę, spróbuję je sfilmować i przywiozę kilka żywych okazów do Londynu.

Nowa Gwinea jest ogromna. To największa na świecie wyspa nienależąca do kontynentów, rozciągająca się na dystansie przeszło półtora tysiąca kilometrów. Jej powierzchnię fałdują łańcuchy górskie, dorównujące wysokością Alpom, tyle że ich górne zbocza okrywają nie pola śnieżne i lodowce, lecz lasy składające się z gigantycznych drzew obwieszonych wilgotnym mchem. Pomiędzy tymi pasmami górskimi biegną ogromne doliny szczelnie wypełnione dżunglą, z których wiele było wówczas praktycznie niezbadanych. Przy wybrzeżach rozciągają się obszerne, rojące się od komarów mokradła o powierzchni liczonej w setkach kilometrów kwadratowych.

Pod względem politycznym wyspa dzieli się na dwie niemal równe części. W czasach naszej podróży połową zachodnią zarządzała Holandia, a wschodnią Australia. W górzystej części wschodniego terytorium, w pobliżu środka wyspy, znajduje się wysoko położona dolina, gdzie w niewielkiej osadzie Nondugl australijski milioner-filantrop, sir Edward Hallstrom, założył Stację Eksperymentalnych Upraw i Hodowli Fauny. Wybudował tam olbrzymie ptaszarnie z większą liczbą rajskich ptaków niż we wszystkich ogrodach zoologicznych świata razem wziętych; mieszkał tam jeden z największych kolekcjonerów zwierząt i ekspertów od ptaków z rodzaju Paradisaea – Fred Shaw Mayer. Zatem Nondugl było dla nas idealnym miejscem do odwiedzenia, gdybyśmy tylko mogli otrzymać na to zezwolenie.

Sir Edward był wieloletnim przyjacielem i dobroczyńcą londyńskiego zoo. Kiedy napisałem do niego, informując go o naszych ambitnych planach, w odpowiedzi zasugerował, że powinniśmy wykorzystać stację jako bazę naszej czteromiesięcznej wyprawy.


Charles Lagus i ja odbyliśmy trzy podróże mające na celu chwytanie zwierząt oraz ich filmowanie. Kiedy usiedliśmy w kabinie pasażerskiego samolotu mknącego na wschód w kierunku celu naszej czwartej wyprawy, obaj pogrążyliśmy się w troskach nieustająco trapiących nas na początku nowej podróży – on sprawdzał w myślach sprzęt fotograficzny w obawie, że zostawił jakiś kluczowy element wyposażenia, ja starałem się przewidzieć wszystkie biurokratyczne przeszkody, z którymi powinniśmy się zmierzyć przed dotarciem do Nondugl, i próbowałem sam siebie zapewnić, iż przewidzieliśmy większość z nich i się na nie przygotowaliśmy.

W ciągu trzech dni dotarliśmy do Australii. Z Sydney lecieliśmy na północ, na Nową Gwineę. W Lae, mieście na północno-wschodnim wybrzeżu wyspy, wysiedliśmy z wygodnego czterosilnikowca i weszliśmy na pokład mniej luksusowej maszyny latającej co tydzień z zaopatrzeniem do doliny Wahgi w górach leżących w centrum wyspy.

Rozsiedliśmy się na aluminiowych, przypominających półki siedzeniach rozmieszczonych wzdłuż połowy długości jednej z burt samolotu. Przed nami przez całą długość kabiny ciągnęła się sterta ładunków przymocowanych linami do pierścieni tkwiących w pokładzie. Sterta zawierała worki z listami, fotele, masywne, żeliwne części dieslowskiego silnika, kartonowe pudła pełne jednodniowych kurcząt, ogromną liczbę bochenków chleba, a gdzieś między tym wszystkim szesnaście sztuk naszego bagażu i wyposażenia.

Nasi współpasażerowie – siedmiu półnagich Papuasów – siedzieli sztywni i spięci z zaciśniętymi ustami i kamiennym wyrazem twarzy, wpatrzeni niewidzącym wzrokiem w stertę ładunków, piętrzącą się o kilkanaście centymetrów od nich. Przynajmniej dla kilku z nich był to pierwszy lot samolotem – zanim wystartowaliśmy, musiałem im pokazać, jak zapiąć pasy – a na ich skórze połyskiwały drobne kropelki potu.

W nieduże okienka bębnił deszcz, ale dźwięk ginął w ryku silników. Na zewnątrz nie widziałem nic poza szarością. Samolot kołysał się i drgał, gdy wznosiliśmy się coraz wyżej nad niewidocznymi górami. Poczułem lekki dreszcz, gdyż zrobiło się zimno, a skóra jeszcze lepiła mi się od potu, który lał się ze mnie w dusznym upale panującym w Lae.

Maszyna stale się wznosiła, aż szara chmura na zewnątrz zaczęła się rozwiewać i przeradzać w umykające widziadła z mgły. Nagle w kabinie pojaśniało, jakby ktoś włączył światło elektryczne. Wyjrzałem przez okno. Słońce skrzyło się na wypolerowanych, drgających skrzydłach samolotu. Kilka kilometrów dalej ciemne szczyty wystawały niczym wyspy z nieruchomych kłębów chmur. Wkrótce w białej zasłonie pod nami zaczęły pojawiać się rozdarcia, a każde z nich tworzyło dziwacznie nierealny obrazek odsłaniający widok czasem na wijącą się serpentynę srebrnej rzeki, czasem na kilka małych chat, ale najczęściej na nijaką powierzchnię przypominającą zielony sztruks. Te przebłyski ziemi pod nami robiły się coraz większe i liczniejsze, aż wreszcie połączyły się w ciągły obraz przedstawiający biegnące jedno za drugim pasma wzgórz o grzbietach ostrych jak brzytwa, kolejno wznoszących się pod nami – niektóre porośnięte gęstym lasem, inne nagie pod jednolitą brązową trawą. Ich grzebienie przepływały pod nami jeden po drugim, aż znienacka uciekły w dół i nie lecieliśmy już nad opadającymi gwałtownie zboczami, tylko wzdłuż szerokiej, zielonej doliny. Była to dolina Wahgi.

Gdzieniegdzie grunt był oczyszczony z roślinności na lądowiska. Jedno z nich należało do eksperymentalnej farmy w Nondugl. Nasz samolot przeleciał nisko nad budynkami stacji. Z jednej z szop wyłoniła się mała ciężarówka i jechała powoli wzdłuż cienkiej czerwonej linii, przecinającej pejzaż i łączącej budynki z lądowiskiem. Wylądowaliśmy, podskakując na nierównościach, a kiedy Charles i ja sztywno wygramoliliśmy się na zewnątrz, ciężarówka minęła pędem zakręt, wjechała na trawiasty pas startowy i z piskiem zahamowała pod skrzydłem samolotu. Z kabiny wyskoczyło dwóch mężczyzn. Jeden z nich, przysadzisty i krzepki facet w szerokoskrzydłym, poznaczonym plamami od potu kapeluszu i ogrodniczkach barwy khaki, przedstawił się jako Frank Pemble-Smith, kierownik stacji. Drugi, starszy i szczuplejszy, to był Fred Shaw Mayer.

Razem wyładowaliśmy z samolotu nasz bagaż. Frank rzucił umiarkowane przekleństwo, gdy zobaczył, że ładunek nie zawiera jakichś części zapasowych do maszyn rolniczych, i przez kilka minut wymieniał plotki z pilotem. Po czym silniki samolotu znów zagrały, maszyna pomknęła z rykiem wzdłuż pasa, uniosła się w powietrze i skierowała się ku następnej stacji odległej zaledwie o cztery minuty lotu. Frank uzgodnił z papuaskimi robotnikami stacji, że załadują nasz sprzęt na przyczepę czekającego nieopodal ciągnika, następnie porwał nas do ciężarówki, chcąc nas przedstawić swojej żonie i poczęstować w domu herbatą.

Kiedy siedzieliśmy w schludnym salonie, pałaszując babeczki, dostrzegłem na zewnątrz dziwną sylwetkę stojącego bez ruchu wysokiego, półnagiego mężczyzny o mocno zarośniętej twarzy. Jego brązowe ramiona i owłosiona klatka piersiowa były poczernione sadzą, a oblicze pomalowane w czerwone, żółte i zielone kropki i pasy. Jego biodra okalał szeroki, sztywny, pleciony z włókien pas, z którego zwieszał się wąski odcinek wełnianej tkaniny, sięgający mu aż do goleni. Z tyłu miał wetkniętą za pas niczym turniura gęstą wiązkę liści. Zdobiła go obfitość ozdób z muszli perłopławów: pas z małych kawałków zwisających ze sznurka wokół bioder; ogromny, perłowy napierśnik zwieszał mu się ze sznurka zawiązanego wokół szyi; szeroki półksiężyc okalał podbródek, częściowo przykrywając brodę; długi, wąski sierp, wycięty z krawędzi muszli perłopława, miał wetknięty w przebitą przegrodę nosa. Jednak najbardziej oszałamiająco i olśniewająco wyglądała inna ozdoba, która nie była sporządzoną z muszli perłopławów biżuterią ani malowidłem – gigantyczny pióropusz. Zawierał on pióra co najmniej trzydziestu osobników należących do pięciu różnych gatunków rajskich ptaków. Rubinowe, szmaragdowe, czarne jak aksamit i błękitne niczym emalia te cudowne pióra tworzyły koronę o niewiarygodnym przepychu.

Wspaniały wygląd tego człowieka wydawał się jeszcze bardziej zdumiewający dzięki scenerii, mężczyzna stał bowiem na świeżo skoszonym trawniku na tle ogrodzenia z siatki drucianej, biegnącego wokół kortu do tenisa. U jego boku parkował jaskrawoczerwony ciągnik. Złapałem się na tym, że przypatruję się temu człowiekowi, jak gdybym oglądał jakiś pokaz cyrkowy lub atrakcję turystyczną. Jednak kiedy przeniosłem wzrok wyżej, na widniejące za jego plecami dzikie góry, to kort tenisowy, traktor i porcelanowa filiżanka, z której piłem, zabrzmiały natrętną, fałszywą nutą. To ja byłem tu cyrkowcem, a mężczyzna na zewnątrz wraz z tysiącami ziomków w okolicznych lasach – widownią.

Frank dostrzegł, w kogo się wpatruję.

– To jest – rzekł – luluai, wódz miejscowego plemienia. Nazywa się Garai i jest jednym z najzamożniejszych i najbardziej życzliwych tutejszych ludzi. Powiedziałem mu, że przyjeżdżacie, koledzy, na poszukiwania rajskich ptaków, więc się spodziewałem, że będzie czekał pod domem, żeby jako pierwszy mieć z wami do czynienia na wypadek, gdyby trzeba było dobić jakiegoś targu.

Kiedy skończyliśmy herbatę, wyszliśmy, żeby się zapoznać. Garai entuzjastycznie potrząsał naszymi dłońmi, lecz czynił to z nieokreśloną niezręcznością osoby, dla której taki gest nie jest czymś naturalnym; uśmiechał się szeroko, odsłaniając doskonały komplet białych zębów.

– Zień dobry – odezwał się.

– Zień dobry – odpowiedziałem, ciesząc się, że mogę użyć bez mała jedynych znanych mi słów z angielskiego pidżynu. Niestety, nie mogłem dodać nic więcej, gdyż nie da się mówić pidżynem, dołączając tylko głoski „am” lub „i” na końcu wyrazów angielskich. To bowiem pełnoprawny język z własną składnią, gramatyką i słownictwem. Został stworzony stosunkowo niedawno, w dużej mierze przez ludzi z Nowej Gwinei, w celu komunikowania się, a zatem handlowania nie tylko z białymi cudzoziemcami przybyłymi do ich kraju, lecz także ze sobą nawzajem, gdyż na Nowej Gwinei używa się kilkuset różnych języków rodzimych.

 

Pidżyn czerpał słownictwo z wielu źródeł. Niektóre słowa pochodzą z malajskiego: susu oznaczające mleko oraz binatang, wyraz poznany przeze mnie rok wcześniej w Indonezji i określający zwierzę, a tutaj mający węższe znaczenie – owad. Są też wyrazy niemieckie, gdyż ta część Nowej Gwinei była niegdyś kolonią niemiecką: raus, czyli „wynoś się”; mark, słowo nadal często używane i znaczące obecnie „szyling”; wyraz kiap, prawdo­podobnie przekręcone słowo kapitän, obecnie oznaczające rządowego urzędnika. Są też oczywiście liczne słowa pochodzenia melanezyjskiego. Jednak trzon słownictwa pochodzi z angielszczyzny. W procesie przejścia z jednego języka do drugiego wiele tych wyrazów zlało się ze sobą, a ich spółgłoski uległy zmiękczeniu dla lepszego dopasowania do rodzimej mowy, więc zapisane zgodnie z oficjalną pisownią wymagają odrobiny wyobraźni pozwalającej odgadnąć ich pochodzenie, na przykład: kisim, czyli give him, a więc „daj mu”; pluwa, czyli the floor, „podłoga”; solwara, czyli the sea znaczy „morze”; motaka, czyli a car, „samochód”. Ta pisownia potrafi być tak myląca, że dla przedstawienia w tej książce rozmów w pidżynie przyjąłem wersję mniej dokładną, lecz bardziej zrozumiałą. Niektóre wyrazy przyjęły nowe znaczenie: stop oznacza „być obecnym”, a nie „kończyć”, a fella to znaczy „facet”, dodaje się do wielu słów jako oznaczenie jednostki. Niektóre zwroty tak zmieniły swoje znaczenie, że lekkomyślnie podejmowane próby improwizowania rozmowy są nierozsądne, gdyż pewne uwagi mogą przyjąć nader nieuprzejmy i całkowicie niezamierzony wydźwięk1.

Frank poinformował Garaiego o celu naszego przybycia do Nondugl.

– Ty słucha – powiedział. – Te dwa białe być Nondugl. Chcieć znaleźć wszystkie ptak i wszystkie binatang. Garai, ty znać miejsce całe ptak, ty pokazać to miejsce, białe dać Garai mnóstwo mark.

Garai uśmiechnął się szeroko i z entuzjazmem kiwnął głową. Wspomniałem Frankowi, że mamy też nadzieję sfilmować miejscowych ludzi i ich cere­monie.

– Ty chyba chcieć robić wielkie święto – ciągnął Frank. – Te dwa białe zrobić obraz to święto2.

Garai odpowiedział potokiem pidżynu, lecz mówił tak szybko i z tak nieznaną mi intonacją, że nie zrozumiałem. Frank przetłumaczył.

– Jutrzejszej nocy – powiedział – w osadzie Garaiego odbędzie się ceremonia zalotów o nazwie kanana. Chcecie tam pójść?

Tym razem to na nas przyszła kolej, by entuzjastycznie kiwnąć głową.

– Te dwa białe chcieć mówić „wielkie dzięki” – rzekł Frank. – Jutro po zmrok oni przyjść, chcieć iść twoje miejsce i widzieć kanana.

Następnej nocy Garai zgodnie z obietnicą przyszedł pod bungalow Franka, żeby zaprowadzić nas na uroczystość kanana. Szliśmy za nim przez zagajniki bananowców i gęstwiny poskrzypujących na wietrze bambusów. Powietrze było chłodne, tętniło odgłosami owadów. Zbliżała się północ, ale nie potrzebowaliśmy latarek, księżyc stał bowiem w pełni, a niebo było bezchmurne.

Po kwadransie dotarliśmy do wioski Garaiego, otoczonej bananowcami i rzewniami. Wódz poprowadził nas obok kilku niskich, okrągłych, krytych strzechą chat. Przez szczeliny pomiędzy tworzącymi ich ściany palikami przedostawały się błyski ognisk i stłumiony szmer rozmów. Zatrzymaliśmy się przed chatą większą od pozostałych i różniącą się od nich kształtem. Miała około dwunastu metrów długości, a na każdym jej końcu poprzez strzechę wystawała para słupków. Na jednym słupku w każdej parze był wyrzeźbiony symbol kobiecości, a na drugim – męskości. Nad domem wisiały czarne cienie sylwetek bananowców, odcinające się od rozgwieżdżonego nieba.

Garai wskazał niskie wejście.

– Teraz wy, dwa białe, iść patrzeć, w środku coś być – powiedział.


Ceremonia kanana

Na czworakach wpełzliśmy do wnętrza chaty. Natychmiast zaatakowały mnie duszące gorąco oraz dławiący, drażniący dym. Nic nie widziałem, bo oczy piekły mnie tak, że nie mogłem ich otworzyć. Kiedy po kilku sekundach zmusiłem się do tego, nadal niewiele byłem w stanie dojrzeć przez sączące się z oczu łzy, które mnie oślepiały.

Przygarbiony, z dłonią na piekących oczach, niezgrabnie wybierałem sobie drogę przez kłębowisko przykucniętych ludzkich sylwetek, aż w najdalszym końcu chaty znalazłem wolne miejsce, gdzie mogłem usiąść. Kiedy tylko usiadłem, z ulgą i zaskoczeniem stwierdziłem, że oczy przestały mi łzawić, ponieważ dym wisiał tylko wokół krokwi, a poniżej powietrze było czyste. Rozejrzałem się dookoła.

Dym dobywał się z rozpalonego w centralnym punkcie klepiska ognia, w którym tliły się drewniane szczapy, dostarczając jedynego oświetlenia wnętrza. Przy ognisku, wsparty plecami o jeden z poczerniałych od sadzy środkowych słupów, siedział starszy, brodaty mężczyzna. Poza nami był w chacie jedynym mężczyzną, bowiem ludźmi, między którymi przeciskałem się chwiejnie po wejściu, były same młode i dorodne dziewczęta. Siedziały w dwóch długich szeregach, zwrócone twarzami do środka, i ciekawie mi się przypatrywały, chichocząc do siebie.

Żadna z dziewczyn nie popisywała się wspaniałym pióropuszem, jak ten Garaiego, który widzieliśmy pierwszego dnia po przyjeździe, ponieważ nisko wiszący dach chaty uniemożliwiałby noszenie takiego nakrycia głowy. Zamiast tego nosiły małe mycki zrobione szydełkiem z wełny kangurów nadrzewnych lub oposów, przytrzymywane na głowach przez opaski z błyszczących, zielonych chrząszczy, zamkniętych w konstrukcji z rozszczepionej trzciny. Twarze pomalowały w wielobarwne kropki i pasy, każda według własnego wzoru, którego nie wymuszał żaden rytualny nakaz, tylko osobista fantazja. Większość nosiła naszyjniki z paciorków lub półksiężyce z muszli perłopławów – te ostatnie albo na szyi, albo w przebitej przegrodzie nosa – wszystkie miały też wokół talii szerokie pasy plecione z włókien storczyków, oznaczające niezamężną dziewczynę. Ich ciała, pokryte smarowidłem ze świńskiego tłuszczu i sadzy, połyskiwały w przyćmionym, migoczącym blasku ognia.

Kiedy tylko znaleźliśmy sobie miejsca do siedzenia, do środka wpełznął rząd mężczyzn ze szczerzącym zęby w uśmiechu Garaim na czele. Rozsiedli się pomiędzy dziewczętami, lecz twarzami byli zwróceni do ścian chaty. Podobnie jak dziewczyny, nosili wspaniałe ozdoby i desenie na ciele, lecz większość z nich dodatkowo miała wetknięte w mycki liście i inne fragmenty paproci. Nie wszyscy jednak byli młodzi. Część z nich nosiła krzaczaste brody; niektórzy, w tym sam Garai, byli już – jak wiedzieliśmy – żonaci, lecz choć kanana to rytuał miłosny, nie było w tym nic niewłaściwego, gdyż społeczność zamieszkująca dolinę Wahgi praktykuje poligamię. Mężczyźni otrzymali specjalne, osobiste zaproszenia na tę ceremonię, a wielu przybyło tu z wiosek oddalonych o wiele kilometrów.

Przez kilka minut wypełnionych rozsiadaniem się rozbrzmiewały plotki i śmiechy. Wtem pojedynczy, niepewny głos rozpoczął śpiew. Jeden po drugim dołączały doń pozostałe głosy, aż wreszcie wszyscy śpiewali razem powolną pieśń. Kiedy utwór nabrał tempa, mężczyźni i dziewczęta zaczęli się kołysać z boku na bok, kręcąc przy tym głowami. Kadencje pieśni powtarzały się hipnotyzująco, a kołyszące się ciała zbliżały się do siebie, każdy mężczyzna pochylał się tułowiem nad siedzącą twarzą do niego po jego prawej stronie dziewczyną. Przybliżali się do siebie coraz bardziej, a monotonna pieśń narastała aż do momentu kulminacyjnego, w którym partnerzy z zamkniętymi oczami zetknęli się twarzami, nos w nos, czoło przy czole. Każda para ekstatycznie obracała głowami od jednej kości policzkowej do drugiej w szaleństwie zmysłowej przyjemności.

Kilkoro tancerzy dość szybko oderwało się od siebie i z roztargnieniem rozglądało się po chacie, ignorując swoich partnerów. Większość nadal się kołysała, zetknięta twarzami, zatracając się w przyjemności.

Wreszcie pieśń ucichła, a wszyscy rozdzielili się i rozpoczęli pogawędkę. Jedna z dziewcząt zapaliła długiego papierosa skręconego w papierze gazetowym i leniwie, aż do dna płuc zaciągała się dymem. Każdy mężczyzna przepełznął wokół partnerki, z którą tańczył, i zasiadł u boku następnej dziewczyny w rzędzie, zatem wszyscy – jak w tańcu „Paul Jones” – zmienili partnerki. Ponownie rozpoczęła się pieśń, tancerze zaczęli się kołysać i znowu w momencie kulminacyjnym ich twarze zetknęły się i zaczęły przetaczać od jednego policzka do drugiego.

Siedzieliśmy, obserwując to godzinami. Zrobiło się tak gorąco, że zdjąłem koszulę. Ogień przygasał, aż wreszcie jedynym, co dostrzegałem z postaci tancerzy, był błysk nasmarowanych tłuszczem ciał albo poruszający się kształt skrzydła białej sowy, które jeden z mężczyzn nosił na mycce.

Jedna z ledwie widocznych postaci obok mnie zachichotała niskim głosem. Był to Garai.

– Ech, patrzy – szepnął, wskazując parę, która wyłamała się z głównego tańca i siedziała w cieniu, obejmując się; nogi dziewczyny spoczywały na jednym udzie mężczyzny.