Europa o świcieTekst

Z serii: s-f
Z serii: Pęknięta Europa #4
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

Benno miewał niewielu gości, a żadnych, którzy by pytali o niego po imieniu czy według opisu – gdyby szukał go Stav, postałby chwilę, rozmawiając z najstarszą córką Marokańczyków – zatem pojawienie się kogoś, najwyraźniej z ONZ-etu, kto pytał o niego, budziło wątpliwości. Generalnie oenzetowcy woleli zajmować się na wyspie raczej grupami niż pojedynczymi osobami. Kiedy przychodził czas na wydanie ludziom nowych opasek na nadgarstki, żeby mieli dostęp do artykułów pomocowych, uchodźców wzywano w stuosobowych grupach do portu i kazano im paradować wzdłuż szeregu składanych stolików, przy których siedzieli urzędnicy z tabletami i pudełkami opasek. Miały one zwykłe kody kreskowe pozwalające władzom kontrolować, kto otrzymał żywność lub ubrania – wydając je, posługiwali się wysłużonymi ręcznymi skanerami – a małe chipy RFID sygnalizowały, czy opaska została zdjęta i oddana komuś innemu. W zeszłym roku jakiś przedsiębiorczy młody koleś ukradł jeden z urzędowych tabletów i zhakował rejestr opasek, dzięki czemu wszyscy mieli nielimitowany przydział żywności. Przez to skończyła się ona dwa razy szybciej niż zwykle i doszło do niewielkich rozruchów, a później do użycia gazu łzawiącego i gumowych pocisków, za którymi poszły repatriacje – eufemizm ONZ-etu na załadowanie około setki przypadkowych osób na łódź straży przybrzeżnej i wywiezienie ich z powrotem do Afryki Północnej.

Opaska nie zawierała danych personalnych, jedynie numer seryjny w kodzie kreskowym. Nie „należała” do danej osoby i kiedy Włosi czy Turcy przekazywali obowiązek żywieniowy kolejnemu państwu, wszyscy je po prostu przecinali i wyrzucali.

Dokumenty państwowe to zupełnie coś innego – były to małe laminowane identyfikatory z nazwiskiem i zdjęciem oraz bieżącym obywatelstwem. Kiedyś zawierały także datę i miejsce urodzenia, ale dla ludzi na wyspie, jak i dla wszystkich innych przemierzających morza Śródziemne i Egejskie, kwestie te stały się niejasne i mgliste. Zmiana obywatelstwa odbywała się w taki sam sposób, jak odbiór opaski – uchodźcy stali w długich kolejkach, zjawiając się w porcie w nieregularnych odstępach czasu. Nie słyszało się, żeby oenzetowcy składali wizyty domowe.

Więc co? Ktoś wyglądający na pracownika ONZ-etu chodził po okolicy i pytał o niego. I nie po imieniu, tylko podając rysopis, co było znaczące. Nie. Chodziło o broń.

– Dlaczego? – zapytał Stav.

– Bo zrobiłeś coś głupiego, ktoś widział mnie z tobą tamtego dnia, a teraz tamci mnie szukają.

– Nie bądź śmieszny – odpowiedział Stav. – Nikt nie szuka mnie, a to ja wziąłem tę rzecz.

– Nie wiedzą, który z nas – odparł Benno. – I skąd wiesz, że nikt cię nie szuka?

– Nic nie słyszałem. – Jednak w głosie Stava zabrzmiała wątpliwość. – Poza tym nie zrobiłem nic głupiego. Tylko to ukryłem. Jesteś jedynym, który wie, że to mam.

– Jesteś pewny, że nie zrobiłeś nic głupiego? – Dzisiejszego ranka Benno widział przyjaciela rozmawiającego z jednym z zabijaków Ringa i poczuł w sercu wielki strach.

– Nie zaczynaj znowu. – Stav westchnął. – Nie mam nastroju.

Siedzieli w porcie, jedli grillowaną rybę z jednego z pojawiających się znikąd stoisk, które istniały mniej więcej tak długo, jak trwał dzień. Stav usunął spomiędzy zębów ość i odrzucił ją pstryknięciem. Dzień był pochmurny, ale powietrze między rzędami kontenerów gorące i nieruchome; tutaj, na dole, przynajmniej wiała bryza.

– Co chce, żebyś robił? – zapytał Benno.

– Co?

– Powiedziałeś, że ma dla ciebie pracę. Ringo.

Stav pokręcił głową.

– Nie mogę ci powiedzieć, jeśli nie chcesz w tym uczestniczyć.

– Dupek.

– Poważnie. Jeśli się na to piszesz, powiem ci wszystko, co chcesz wiedzieć. W przeciwnym razie zapomnij o tym.

– Dobra. Wchodzę w to.

– Naprawdę? – Stav spojrzał mu w oczy. – Nie. Kutas.

Warto było spróbować. Benno spytał:

– Słyszałeś coś o trupie?

Stav pokręcił głową.

– Jednak zniknął. Poszedłem tam i sprawdziłem.

– Ja też.

– I tak nikogo nie obchodzi jeszcze jeden martwy facet.

– Biały martwy facet – przypomniał mu Benno.

– Trudno powiedzieć, jakiej barwy miał skórę. Zielonkawoczarną.

– Miał broń. To czyni go białym bez względu na kolor skóry.

Stav uznał rację machnięciem dłoni.

– Tak czy inaczej nikt o nim nie mówi, nawet oenzetowcy. Przypuszczam, że zmyło go do morza przy następnym przypływie. Mieliśmy szczęście, że go wtedy znaleźliśmy.

Benno nie był o tym przekonany, ale się nie odezwał. Zjadł ostatni kęs ryby, a resztki rzucił na nabrzeże, gdzie rozporządziło nimi kilkanaście mew. Uchodźcy próbowali jeść ptaki, ale nawet skrajny głód nie uczyniłby ich smacznymi.

– Co zamierzasz zrobić w tej sprawie? – zapytał Stav.

Cóż, to było pytanie. Dzisiaj rano Benno wcześnie opuścił kontener na wypadek, gdyby zjawił się oenzetowiec, po czym spędził kilka godzin, siedząc przy wejściu do jaskini w pobliżu szczytu góry i obserwując liniowce pasażerskie rysujące na morzu białe linie. Miał niejasne wrażenie, że jeśli zachowa czujność i będzie się przemieszczał, to oenzetowiec w końcu zrezygnuje i odpłynie. Wyobrażał sobie, że facetowi trudno będzie go znaleźć w tłumie; na wyspie brakowało może odpowiednich pomieszczeń, warunków sanitarnych, jedzenia, opieki medycznej i instytucji edukacyjnych, ale nie zbywało na osieroconych chłopcach, ogólnie odpowiadających jego opisowi.

Stav podniósł się i strzepał z kombinezonu resztki ryby.

– Muszę iść – powiedział.

Benno nadal siedział i patrzył na niego.

– Idziesz się bawić z nowymi kolegami?

– Myślę, że tobie też przydaliby się nowi przyjaciele – odpowiedział Stav i odszedł.

Przez resztę dnia Benno włóczył się po wyspie, starając się wtopić w tłum i wyglądać niepozornie. To było coś, co robiłby normalnie, nawet o tym nie myśląc; zasadniczo żył w środowisku, w którym rzucanie się w oczy prowadziło do zwrócenia na siebie niepożądanej uwagi, a niepożądana uwaga zawsze była czymś niedobrym. Uznał, że należy nie myśleć o oenzetowcu i przestać oglądać się cały czas przez ramię. To tylko ściągnie podejrzenia. Najlepiej zachowywać się jak wszyscy inni, starając się przeżyć dzień bez poddawania się rozpaczy.

Na wyspie znajdował się obóz ONZ-etu, ale większość urzędników mieszkała na okręcie zakotwiczonym z dala od brzegu. Jak wiele współczesnych jednostek egejskich i śródziemnomorskich statek miał działka elektromagnetyczne zamontowane na dziobie, rufie i śródokręciu, żeby załatwić wszelkie zbliżające się motorówki. Jakieś półtora roku temu ludzka zbieranina stylizująca się na „piratów” zajęła jeden z mniejszych liniowców pasażerskich, podpłynąwszy pod osłoną nocy w łodziach niemal zbyt małych do wychwycenia przez radar, i użyła lin z kotwiczkami, żeby dostać się na okręt. A wtedy ich plan zwyczajnie wyparował. Zasadniczo sprowadzał się do tego, żeby dostać się na pokład wycieczkowca; nie mieli jasnego pomysłu, co zrobić po osiągnięciu celu, więc zgromadzili całą załogę i wszystkich pasażerów w jednej z sal kinowych i zaczęli przekazywać coraz bardziej absurdalne żądania okupu. Kiedy nie zostały spełnione – należały do nich: bezpieczna podróż do Stanów Zjednoczonych, miliard dolarów w nieoszlifowanych diamentach oraz przywrócenie do władzy kilku obalonych afrykańskich satrapów – zastrzelili kilku pasażerów i umieścili w sieci wideo. Wtedy pewnej nocy na statku wylądowały na spadochronach włoskie siły specjalne i odbiły go, zabijając wszystkich piratów, a przy okazji sporą liczbę pasażerów. Od tamtej pory linie okrętowe uzbrajały wycieczkowce.

Poza tym piractwo w obecnych czasach było głupim zajęciem. Większość statków miała nadajniki sygnału naprowadzającego, więc w istocie jednostek nie można było donikąd „zabrać” w taki sposób, żeby ich właściciel czy władze nie wiedziały, gdzie się znajdują. Kradzież ładunku nie wchodziła w grę; większości towarów nie dało się wyładować bez portowych urządzeń rozładunkowych. Najlepsze, co można było zrobić, to zaatakować liniowiec szybko i zdecydowanie, obrabować pasażerów, splądrować kuchnie i odpłynąć przed zjawieniem się straży. Co było wysoce ryzykowną i mało opłacalną operacją. Owe działka elektromagnetyczne przechylały szanse na korzyść pasażerów liniowców.

Statek ONZ-etu był wycofanym ze służby niszczycielem Hiszpańskiej Marynarki Wojennej, z którego usunięto większość uzbrojenia, wymalowano na burtach białe litery UNHCR i przemianowano na Angelicę Newbon. Nikt na wyspie nie wiedział, co oznacza ta nazwa; okręt był po prostu zawsze obecnym przypomnieniem ich niedoli. Miał niewielkie lądowisko na rufie, z którego mogły korzystać małe pionowzloty; zawsze wiedziano, kiedy przybywają ważne szychy, gdyż wycie silników było słychać na dziesiątki kilometrów wokół. Benno nie mógł sobie przypomnieć, żeby słyszał ostatnio samolot, co kazało mu się zastanowić nad przekazanymi przez Marokankę słowami oenzetowca, który miał zeszłej nocy wrócić na stały ląd. Stały ląd – grecki stały ląd w każdym razie – leżał zbyt daleko, żeby w jeden wieczór dotrzeć tam łodzią. Sprawiało to wrażenie tak piramidalnego kłamstwa, że Benno się zastanowił, dlaczego w ogóle oenzetowiec zadał sobie trud jego wypowiedzenia; wydawało się obraźliwe. Jesteś uchodźcą, więc nieważne, co ci powiem.

Wracał do swojego kontenera, ale kiedy zbliżył się do skrzyżowania, ujrzał, że na zewnątrz stoi ktoś i rozmawia z Somalijczykiem. Z oddali obcy rzeczywiście wyglądał na oenzetowca tak jak każdy, kto nie nosił niemal łachmanów. Przede wszystkim był dobrze odżywiony, miał białą koszulę, drelichowe spodnie, panamę i skórzaną torbę przewieszoną przez ramię. Stał plecami do ulicy, więc Benno nie widział jego twarzy, ale mowa ciała sugerowała, że czuje się absolutnie swobodnie w miejscu, do którego część pracowników ONZ-etu nie zgadzała się przyjść bez zbrojnej eskorty. Prawdę mówiąc, mowa jego ciała była zupełnie nietypowa; nie było w niej oficjalnej szorstkości, oziębłości przeciętnych urzędników pomocowych, a gdy Benno obserwował scenę, ujrzał, że Somalijczyk rozpromienia się w serdecznym uśmiechu, co samo w sobie zakrawało na cud. Jeśli dobrze pamiętał, przez całe miesiące zamieszkiwania kontenera przez Somalijczyków nigdy nie widział, żeby ktoś z nich się uśmiechnął.

 

A potem mężczyzna w panamie zrobił coś jeszcze bardziej zdumiewającego. Wyciągnął dłoń, a Somalijczyk ją uścisnął, wciąż się szczerząc. Zwykle oenzetowcy dotykali wyspiarzy jedynie w trakcie badań medycznych lub aresztowań.

W tej scenie było coś tak niezwykle dziwnego, że Benno wycofał się w tłum uchodźców i szedł, aż stracił z oczu oenzetowca oraz Somalijczyka, a potem odwrócił się i uciekł.

Nie było mowy, żeby ktoś przy zdrowych zmysłach opisał ich życie na wyspie jako „normalne”, ale wytworzyło ono swoje własne rytmy, zwyczaje i hierarchie – sprawy, które trudno było wytłumaczyć, ale łatwo wyczuć, jeśli spędziło się tutaj dość czasu, a dzisiaj… dzisiaj wszystko było na opak.

Nie dotyczyło to jedynie obecności oenzetowca, uznał. Chodziło o coś więcej, o wielki potężny podskórny prąd. Widać to było na twarzach mieszkańców wyspy, w tym, jak ze sobą rozmawiali, jak poruszali się wąskimi uliczkami w małym kontenerowym miasteczku stojącym niepewnie tuż powyżej poziomu morza. Ujawniało się w kłótniach wybuchających między grupkami ludzi, w unikaniu przez sprzedawców kontaktu wzrokowego, w tym, w jaki sposób Ringo wkroczył do swoich włości na czele licznej grupy zabijaków.

Legenda głosiła, że Ringo wcale nie był uchodźcą, że po ojcu miał włoskie obywatelstwo i przebywał na wyspie wyłącznie dlatego, że wszędzie indziej byłby nikim, tutaj zaś był królem. Z pewnością skórę miał jaśniejszą od wielu wyspiarzy, ale Benno rozmawiał z pewnym starcem, będącym jednym z pierwszych mieszkańców wyspy, a ten powiedział, że Ringo przybył tutaj z Trypolisu wraz z niewielu ocalałymi, którzy dotarli na brzeg po tym, gdy dron z nadwyżek armii amerykańskiej kupiony przez grecki rząd zatopił rakietą ich łódź.

Zbirów było ze trzydziestu, ubranych w zwyczajową pstrokaciznę szortów, wytartych T-shirtów, dżinsów i bandan; część boso, część w klapkach zrobionych z fragmentów starych kamizelek ratunkowych. Wielu miało maczety, pozostali pałki. Sam Ringo był nieuzbrojony. Miał na sobie nieskazitelnie białą koszulę i obcięte dżinsy, a na głowie słomkowy kapelusz o oklapłym szerokim rondzie, które ocieniało mu twarz, ale nie ukrywało szerokiego, białego uśmiechu.

– Co się dzieje? – zapytał ktoś za plecami Benna.

– Chce, żebyśmy zgromadzili się w porcie – odparł inny mężczyzna.

– Niech się odpierdoli.

– Uważaj, co mówisz, przyjacielu – powiedziała czwarta osoba.

– A chuj z nim – upierał się trzeci osobnik. – Moje życie jest wystarczająco złe bez tego, żeby temu kutasowi wydawało się, że nim rządzi.

– Nie możemy wszyscy zejść do portu – zauważył rozsądnie pierwszy człowiek. – Nie ma tam dość miejsca.

Obserwując przemarsz ochroniarzy, Benno zauważył wysokie bujne afro z dwoma stalowymi grzebieniami migającymi w słońcu i zaczął iść.

Port został zbudowany w niewielkim naturalnym amfiteatrze cierpliwie wypłukanym przez morze w ciągu tysięcy lat. Benno nie miał pojęcia, po co tutaj istniał port; nigdy nie widział żadnych śladów wcześniejszego zamieszkiwania wyspy. Nawet w czasach Homera ten skrawek lądu musiał być bezwartościowy. Stav uważał, że port mógł być pierwotnie rzymski, może pełnił funkcję placówki tranzytowej dla żeglugi przez morza Egejskie i Śródziemne, stanowił miejsce odpoczynku i schronienia w drodze do wybrzeży Azji i z powrotem. Benno nie był o tym przekonany; uważał, że mógł być pamiątką po niemieckiej okupacji z czasu drugiej wojny światowej.

Bez względu na pochodzenie teraz był ruiną. Potrzaskane kamienne nabrzeża osunęły się, a basen portowy był pełen mułu i piasku naniesionego przez burze i prądy morskie. ONZ pogłębił wąski kanał, którym mniejsze łodzie mogły przepłynąć w celu wyładowania żywności i materiałów pomocowych, ale dla innych celów przystań była mniej czy bardziej bezużyteczna.

Kiedy Benno tam dotarł, naturalna krzywizna zbocza, które niemal zamykało port, była zatłoczona, chociaż trudno powiedzieć, czy wszyscy ci ludzie zjawili się w odpowiedzi na wezwanie Ringa, gdyż chcieli zobaczyć, co się, kurwa, dzieje, czy też z nudów. W dole na nabrzeżu ochroniarze – Stav wśród nich – wznosili kamienny stos, podczas gdy nieco z boku przyglądali się temu w milczeniu uzbrojeni strażnicy wynajęci przez ONZ. Benno przepchnął się przez tłum, wspiął się na zbocze, aż miał widok na całą scenerię; na pewnym poziomie zdumiewało go, że Stav wykonuje pracę fizyczną.

Po ułożeniu stosu kamieni zabijacy wycofali się, a Ringo wystąpił naprzód, wspiął się ostrożnie na szczyt i zdjął kapelusz. Spojrzał na morze głów i uśmiechnął się.

– Przyjaciele! – odezwał się głośno. Portowi wiele brakowało do idealnej akustyki, ale Ringo miał donośny głos. – To wielki dzień dla naszej ojczyzny!

Językowo to była wyspa Babel, ale większość mieszkańców mówiła wystarczająco dobrze po angielsku, żeby rozumieć Ringa. Mimo to w tłumie rozległy się pomruki, gdy znający język przekładali jego słowa dla nierozumiejących, a wszyscy inni zareagowali z pewnym cynizmem na stwierdzenie „nasza ojczyzna”.

Ringo odczekał, aż harmider ucichnie, a potem powiedział:

– Przez lata byliśmy niewidzialni. Przez lata żyliśmy na wyspie, która leży nigdzie. Ale dzisiaj wszystko się zmienia. Dzisiaj ponownie bierzemy los w swoje ręce. Minęły czasy, kiedy Północ kierowała naszym życiem.

Kolejne tłumaczenia, więcej mruczenia, więcej kręcenia głowami ze zdumienia.

– Przez ostatnie pół roku negocjowałem w waszym imieniu z ONZ-etem – ciągnął Ringo ku widocznej konsternacji tłumu, w którym nikt nie mógł sobie przypomnieć, żeby go do tego upoważnił. – Dzisiaj osiągnęliśmy porozumienie, że ta wyspa, nasz dom, stanie się niezależnym, suwerennym państwem.

Kolejne tłumaczenia. Potem kompletna cisza.

– Od dzisiaj wyspa ma być znana jako Niepodległa Republika Egejska, a my wszyscy jesteśmy jej obywatelami! – krzyknął Ringo.

Benno, który do tej pory przyglądał się raczej tłumowi niż Ringowi, widział, że ludzie odwracają się do siebie z wyrazem skrajnej konsternacji na twarzach.

To w oczywisty sposób nie spodobało się Ringowi, który najwyraźniej spodziewał się nieco większego entuzjazmu na wieść, że wyspa wspięła się na geopolitycznej drabinie, stając się krajem Trzeciego Świata. Powiedział:

– Nasz status oznacza, że Egeja kwalifikuje się teraz do otrzymywania pomocy ONZ-etu.

– Której większość trafi do twojej kieszeni, ty pizdo – rozległ się cichy pomruk za plecami Benna. – Dokładnie tak jak teraz.

– Oznacza to także, że będziemy mieli własne paszporty i przepisy wizowe – ciągnął Ringo.

Niektórzy ludzie – niezbyt wielu – powitało to aplauzem, ale większość wyspiarzy miała wiedzę o paszportach i przepisach wizowych, która wprawiłaby w osłupienie urzędników konsularnych, i wiedziała, że to bezwartościowe dary. Wizy dokąd? Jeżeli Ringo nagle nie odkrył pod wyspą wielkich złóż ropy naftowej albo rudy uranu, to nikt nie będzie chciał ich znać.

Nie było ropy ani uranu, za to wyspa obfitowała w apatię. Wszyscy byli po prostu zbyt zmęczeni, głodni i było im za gorąco, żeby podniecać się wieściami Ringa, które pod każdym praktycznym względem, mówiąc szczerze, mogły dotyczyć jakiejś bardzo odległej rzeczywistości. Tłum zaczął się rozpraszać, z początku pojedynczo, dwójkami, a potem w liczniejszych grupach. Benno przyłączył się do jednej z nich i odszedł z tymi ludźmi, ze schyloną głową. Kiedy ostatni raz widział Ringa, tamten nadal stał na kupie kamieni, z zaciętym wyrazem twarzy i w otoczeniu zabijaków, którzy wyglądali na skonfundowanych.

4

Nowy status wyspy – zakładając, że Ringo mówił prawdę, a nie była to jakaś okrutna sztuczka, żeby jeszcze bardziej opodatkować skromne ruchomości wyspiarzy – miał niewielki albo niedostrzegalny skutek. Nadal było gorąco, nadal nie było dosyć pożywienia. Rada, zebrana ad hoc grupa starszych ludzi, którym wszyscy skarżyli się na wszystko, spotkała się z przedstawicielami ONZ-etu i wróciła z informacją, że owszem, chociaż jawnie absurdalne, rzeczywiście istniało nowe państwo o nazwie Egeja, a oni w nim mieszkali. Wszystko inne wymagało czasu; według oenzetowców podobne sprawy toczyły się powoli, a na razie sytuacja będzie taka jak dotychczas.

Jeśli ludzie na wyspie byli do czegoś przyzwyczajeni, to do postępowania jak dotychczas oraz do tego, że wszelkie bezpośrednie zmiany są kosmetyczne. Rozeszła się wiadomość, że ochroniarze stanowią teraz armię Egei, ale nadal odmawiano im prawa posiadania broni palnej, a ich mundury przypuszczalnie nadal się szyły, więc łatwo było o tym zapomnieć.

Trudniej było zapomnieć o niezadowoleniu Ringa, tlącym się w nim z powodu chłodnego przyjęcia jego deklaracji niepodległości. W następnych dniach nasiliły się akcje podatkowe. Zabijacy gremialnie schodzili na niższe zbocza wyspy i kroczyli między rzędami kontenerów, zabierając wszystko, co chcieli. Jedzenie, ubrania, przedmioty osobiste, wszystko wędrowało na górę, gdzie król rozpamiętywał niewdzięczność swoich poddanych.

Benno pozostawał w ruchu. Na wyspie nie było miejsca, w którym na ponad dwa dni można by bezpiecznie ukryć telefon; ludzie nieustannie wędrowali, grzebiąc, sprawdzając wnęki i szczeliny w poszukiwaniu schowanych przedmiotów. W zasadzie nie uważano tego za kradzież; jeżeli nie nosiłeś czegoś przy sobie, to nie należało do ciebie. Wyspiarze od tak dawna żyli dzięki zbieractwu, że wszystko stanowiło zdobycz.

Parę razy widział z oddali Stava. Zdawało się, że dobrze mu się powodzi w armii Ringa; przynajmniej wyglądał na odżywionego. Benno zastanawiał się, co Stav zrobił z pistoletem; trzymanie go przy sobie byłoby straszliwie niebezpieczne, musiał więc co jakiś czas przenosić go z miejsca na miejsce, tak samo jak Benno przenosił telefon.

Wyspa była może niesłychanie zatłoczona, ale w końcu stanowiła tylko mały spłacheć lądu. Od czasu do czasu widywał z oddali człowieka w panamie poruszającego się swobodnie w tłumie uchodźców, uśmiechającego się i pogadującego z nimi. Strategia Benna polegała na schodzeniu mu z drogi, póki tamten nie zrezygnuje i wróci tam, skąd przybył, ale nie zanosiło się, żeby tamten szybko się poddał. Wyglądało na to, że w przewidywanej przyszłości będą idiotycznie bawić się w chowanego.

Jedyną rzeczą przemawiającą na korzyść mężczyzny w panamie było to, że nie wspierał się pomocą władz, co Benno uznał za interesujące samo w sobie. Zwykle jeśli oenzetowcy chcieli kogoś znaleźć, robili to brutalnie, przeczesując wyspę licznymi siłami i wypytując wszystkich, póki nie znaleźli swojego celu. Zdarzało się tak co parę miesięcy. Ale nie teraz. Człowiek w panamie robił swoje spokojnie i metodycznie, przy minimalnym zamieszaniu i najwyraźniej ze sporą dozą pogody ducha.

Pewnego popołudnia Benno zauważył wśród tłumu na targu przy Siódmej Ulicy znajomą panamę obok jeszcze bardziej znajomego afro i tego wieczoru poszedł spotkać się ze Stavem.

– Chciał wiedzieć, czy cię widziałem – powiedział mu przyjaciel. – A nie widziałem, więc nawet nie musiałem kłamać. Gdzie się podziewałeś?

– Mówił, czego ode mnie chce? – zapytał Benno.

Stav pokręcił głową.

– Nie sprawiał wrażenia zagniewanego ani nic takiego, jak to oni mają w zwyczaju. Zapytał tylko, czy cię widziałem.

– Zna moje imię?

– Oczywiście. Powiedział, że nie masz żadnych kłopotów, jeśli to cokolwiek znaczy.

Cóż, ludzie na wyspie bardzo szybko nauczyli się na to nie nabierać. Każdy miał jakieś problemy, a uchodźcy większe od innych.

– Jednak Ringo to zauważył – dodał Stav. – Oenzetowiec łazi po wyspie i wypytuje o konkretną osobę. W końcu wiadomość zawsze do niego dotrze. Jest ciekawy, co czyni cię tak interesującym.

To było wszystko, czego Benno potrzebował. Jeśli przedstawiał jakąś wartość dla ONZ-etu, to był cenny także dla Ringa, a to w żaden sposób nie mogło być dobre.

 

– Jest zajęty sprawą państwowości – dorzucił Stav – ale powiedział chłopakom, żeby mieli na ciebie oko. Wiesz, jaki jest. Nie lubi stać z boku.

To było niedopowiedzenie.

– Nie mów nikomu, że mnie widziałeś – poprosił Benno.

Stav obdarzył przyjaciela długim, stanowczym spojrzeniem.

– W co się wpakowałeś?

– Nie wiem. Naprawdę.

Stav zastanowił się nad tym.

– Chcesz broń?

– Co? Nie. – Bez względu na to, w jakich był tarapatach, pistolet mógł je tylko pogłębić, a nie zmniejszyć. – Zwariowałeś?

Stav wzruszył ramionami.

– Odrobina ochrony nigdy nie zaszkodzi.

Benno uderzył go w ramię.

– Idiota. Jestem na tej wyspie poszukiwany przez ONZ i Ringa, a ty chcesz, żebym jeszcze nosił pistolet?

– Wiesz, to tylko kwestia czasu, zanim ktoś cię wyda.

To brzmiało dosyć prawdopodobnie. Być może Ringo nie był jednakowo popularny wśród wszystkich na wyspie, ale było dosyć ludzi chętnych oddać mu przysługę w zamian za ochłap luksusu. Benno uważał, że przez dłuższy czas może wyprzedzać o krok mężczyznę w panamie, ale nie zabijaków i resztę wyspiarzy. W pewnym momencie, w najbliższych dniach albo nawet godzinach, wpadnie na niewłaściwego człowieka i będzie po wszystkim.

– Muszę się stąd wydostać – powiedział. – Z wyspy.

Stav mrugnął.

– I iść dokąd?

Dokądkolwiek.

– Nie wiem.

– Są tylko cztery sposoby wydostania się stąd – stwierdził Stav. – I wszystkie sprawią, że zostaniesz złapany.

Jedyne łodzie na wyspie należały do ONZ-etu albo agencji pomocowych. Były pilnie strzeżone i wyposażone w lokalizatory. Ukradzenie którejś nie wchodziło w grę. Pomysł dostania się w jakiś sposób na Angelicę Newbon i odlecenie w roli pasażera na gapę jednym z samolotów, które tam lądowały i startowały, był tak niepoważny, że w ogóle niewart rozważenia. Rozmyślne doprowadzenie do deportacji do Afryki także się nie uda; jedynie wpakowałby się w łapy ONZ-etu. Istniała też ostatnia, mglista, mityczna droga z wyspy – krewny, który w jakiś sposób zdołał dotrzeć do Europy, znaleźć ci pracę, załatwić wizę pobytową i ci ją wysłać. Za pamięci Benna to nie przydarzyło się nikomu.

Spojrzał na morze. Siedzieli w ustronnej zatoczce niezbyt daleko miejsca, w którym znaleźli trupa. Dalej na plaży rodzina brnęła w piasku, szukając wyrzuconych na brzeg przedmiotów. Od czasu do czasu ludzie próbowali opuścić wyspę, budując tratwy ze szczątków i porzuconych kamizelek ratunkowych. Prądy wokół wyspy były silne, ale gdyby udało ci się przedostać poza fale przyboju, wyniosłyby cię na morze. Jedyna wada tego rozwiązania polegała na tym, że to była niemal pewna śmierć z pragnienia, głodu lub na skutek utonięcia. Nawet gdyby zauważyła cię i podjęła łódź patrolowa, istniała spora szansa, że zostałbyś przywieziony z powrotem. Było to przedsięwzięcie tak beznadziejne, że próbowali go jedynie najwięksi desperaci.

– Który dzisiaj? – zapytał.

Stav mu powiedział.

– Po co ci to?

Benno się zastanowił. Wszystko, czego potrzebował, to wytrwać jeszcze cztery dni.

– Mam pomysł – powiedział.