Europa o świcie

Tekst
Z serii: s-f
Z serii: Pęknięta Europa #4
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

NAGŁA
PAŃSTWOWOŚĆ EGEI
1

W tym miesiącu był Grekiem. Bycie Grekiem nie przedstawiało większej wartości, ale lepsze to niż nic. Bycie Grekiem uprawniało przynajmniej do talonów na jedzenie i ubranie, a jeśli miałeś ich dość, mogłeś sprzedać innym.

W ciągu minionych ośmiu lat bywał Turkiem, Albańczykiem, Włochem, Libijczykiem – ale tylko raz, nikt nie chciał być Libijczykiem – Chorwatem i Macedończykiem. Obywatelstwa krajów Północy były dla niego oraz dla wszystkich innych znajdujących się po drugiej stronie wielkiego, bezpaństwowego basenu Morza Śródziemnego tak daleko poza zasięgiem jak spiralna mgławica M31.

Zmiana państwowości stanowiła zwykłą formalność. Ludzie w letnich ubraniach, strzeżeni przez żołnierzy ONZ-etu, przybywali okresowo na wyspę i ustawiali szeregi turystycznych stolików na niszczejącym nabrzeżu. Ci na wyspie stawali w kolejkach, okazywali swoje ostatnie dokumenty i w zamian dostawali nowe, otrzymując nagle nową ojczyznę. To było aż takie łatwe.

Z początku cała ta sprawa deprymowała Benna, ale Stav, jego przyjaciel, wyjaśnił mu to jako przekazywanie odpowiedzialności.

– Nikogo nie stać na karmienie nas – powiedział. – W każdym razie nie przez dłuższy czas. Robią to więc na zmianę. Jeśli jesteśmy Grekami, karmią nas Grecy; jeśli Albańczykami, karmią nas Albańczycy, niech ich bogowie wspierają. I tak w kółko.

Stav miał dwa lata więcej od Benna; był wysokim, chudym jak patyk szesnastolatkiem o poważnej twarzy abisyńskiego króla i wstrząsającym afro, z którego wystawały trzonki dwóch stalowych grzebieni. Zwyczajowo nosił wytarty i poplamiony czarny kombinezon UNHCR, a kiedy robiło się chłodno i nadciągała burzliwa pogoda, wkładał mocno spękaną skórzaną lotniczą kurtkę pozszywaną kalejdoskopową rozmaitością ściegów i kolorów nici.

Żaden z nich nie potrafił powiedzieć z wielką pewnością, skąd pochodzą ich rodziny, a poza tym kraje, z których wyruszyły, już nie istniały, podzielone, wchłonięte, podzielone ponownie i zaabsorbowane przez chaos państw, państewek, kalifatów, tyranii, utopii, królestw i emiratów, które w wyniku katastrofy klimatycznej w Sahelu pokryły pół Afryki i Bliski Wschód. To nie miało znaczenia. Teraz wszyscy byli obywatelami śródziemnomorskimi, zmieniając cyklicznie państwowości w celu otrzymania pomocy i czekając cierpliwie na pojawienie się wyłomu w murze oddzielającym ich od Północy.

Rodzice Benna nie dotarli tak daleko. Umarli w wyniku epidemii gdzieś na północnoafrykańskim wybrzeżu, kiedy miał cztery lata. Prawie ich nie pamiętał. Stav miał większe szczęście; o ile było wiadomo, jego rodzina – matka, ojciec, siostra i babcia – nadal gdzieś żyli, na jednej z wysp, na łodzi, albo przez chwilę rozpaczliwie czepiali się stałego lądu, zanim zostali z powrotem rzuceni na morze. To było wszystko, co niektórzy w ogóle robili: dryfowali w tę i z powrotem po Morzu Śródziemnym w postaci wielkiej powolnej fali. Niektórzy żyli tak przez dziesięciolecia.

Warunki każdego obywatelstwa były nieco inne. Grecy rozprowadzali co tydzień książeczki z kuponami, które można było realizować u kupców odwiedzających wyspę niewielką flotyllą łodzi wypełnionych rozmaitymi użytecznymi towarami, takimi jak produkty spożywcze. Włosi i Turcy wystawiali kuchnie i wręczali opaski na nadgarstki, które skanowano, żeby dopilnować, iż nikt nie dostanie więcej, niż mu się należy. Albańczycy… cóż, Albańczycy robili, co mogli. Tym, na co te czasowe i warunkowe obywatelstwa nie pozwalały, było prawo do wydostania się stąd.

Wyspa nie miała nazwy; to była zwykła skała na Morzu Egejskim, zastawiona starymi kontenerami okrętowymi i otoczona przez pomarańczowe halo podskakujących na falach kamizelek ratunkowych. Można ją było obejść w parę godzin, a w czterdzieści minut wspiąć się na szczyt niewielkiego centralnego wzniesienia. Od trzech lat był to dom Benna.

Jak wszystkiego innego tutaj, kontenerów okrętowych, nabytych tanio przez Greków wykorzystujących dotację ONZ-etu i ustawionych w nierównych szeregach w dole zboczy było w nadmiarze w stosunku do potrzeb. Zostały przewidziane jako środek prowizoryczny, schronienie dla fali uchodźców na czas, gdy rząd usiłował wymyślić, co dalej, ale po dekadach rząd nadal myślał, co począć, a kontenery wciąż tu stały; szereg za szeregiem rdzewiejących metalowych skrzyń pełnych ludzi, a ich farbę złuszczyły śródziemnomorskie lata i zimy. Większość z nich była tym, co ludzie w jasnych ubraniach nazywali „jednostkami mieszkalnymi”, chociaż określenie kryło w sobie wiele grzechów, ale inne zostały zaadaptowane na szkoły, meczety, pracownie krawieckie, warsztaty ślusarskie, kilka piekarni oraz kościół malutkiej społeczności Koptów, którzy, sami tym zdeprymowani, przebywali tutaj dłużej niż niemal wszyscy inni. Populacja wyspy rosła i malała, uniemożliwiając ONZ-etowi prowadzenie dokładnego spisu ludności, zgodzono się więc na stwierdzenie, że żyje tam „kilka tysięcy” ludzi. „Kilka” dobrze wypadało w mediach, gdyż mieszkańcom kontynentalnej Europy pozwalało się oszukiwać, że być może to raczej dwa czy trzy tysiące, a nie ponad dziesięć tysięcy ludzi, co przypuszczalnie było bliższe prawdzie. Dwa czy trzy tysiące dawały się kontrolować. To prawie w ogóle nie był problem.

Stav generalnie pogardzał ONZ-etem, Europą i Ludzkością.

– To trwa, kurwa, od lat – powiedział. – Gdyby poważnie myśleli o zrobieniu z tym czegoś, to nie uważasz, że już by to zrobili?

Benno wzruszył ramionami.

– Bez nich umarlibyśmy z głodu – odparł. – Przypuszczalnie.

– Taa, jasne. A to by źle wyglądało w wiadomościach. – Minęło już jednak sporo czasu od chwili, gdy jakieś ekipy dziennikarskie odwiedziły wyspę, a Kryzys ustąpił miejsca Bieżącej Sytuacji, która nawet w przybliżeniu nie była tak ekscytująca. – Nie wpuszczą nas do Europy, nie możemy wrócić i nie mogą pozwolić, żebyśmy umarli z głodu. Robią więc tylko tyle, żeby utrzymać nas przy życiu. – Prychnął. – Homeopatia.

Benno nie miał pojęcia, co to znaczy. Stav zawsze używał podobnych słów, co sprawiało, że wydawał się mądrzejszy niż na swój wiek.

W południe siedzieli obok portu na dwóch odwróconych do góry dnem skrzynkach, patrząc zmrużonymi oczami na lśnienie morza. W oddali, tak daleko, że sprawiały wrażenie halucynacji, przepływały wielkie białe statki przemierzające morza Egejskie i Śródziemne z ładunkami starych, siwych, bogatych ludzi. Benno widział kiedyś z bliska taki ogromny wycieczkowiec, który przepływał z jednej wyspy na drugą. Mniej więcej z setką innych uchodźców znajdował się na starej łodzi hybrydowej napędzanej dwoma pyrkającymi silnikami zaburtowymi, które były szmelcem, zanim jeszcze zaczął się Kryzys, kiedy liniowiec ich dogonił. Obserwowali go przez pół dnia, jak powoli robi się coraz większy i większy, niechętni zmienić kurs, bo mieli niebezpiecznie mało paliwa. Ale przekonani, że pasażerski statek zauważy ich i ominie.

Ale nie zauważył. Nawet nie włączył syren. Płynął po prostu przed siebie i staranował ich łódź, wrzucając do morza ludzi i dobytek. Benno, który wraz z kilkoma innymi zdołał odpłynąć od gigantycznej fali dziobowej i kilwateru okrętu, podskakiwał na wodzie i obserwował, jak statek odpływa spokojnie w dal, jakby nic się nie stało. Pamiętał starszego grubego mężczyznę w T-shircie i bermudach, który opierał się o reling na jednym z pokładów, paląc fajkę i patrząc na horyzont. Ani razu nie spojrzał w dół na zrozpaczonych rozbitków. Ponad połowa ludzi utonęła; ocalali przywierali do szczątków, aż zjawiła się łódź patrolowa i zaholowała ich do najbliższego miniaturowego lądu, a potem ratownicy odpłynęli, nie zawracając sobie głowy dalszą pomocą.

– Ringo dał mi pracę – powiedział Stav.

Benno się nachmurzył. Ringo był nieoficjalnym szefem wysepki. Wyżej na zboczu wzgórza miał prowizoryczny obóz złożony z kilkunastu kontenerów i patrolowany przez członków gangu uzbrojonych w pałki i maczety. Oficjalnie władzę na wyspie sprawowali Grecy, ale nikt nie pamiętał, kiedy grecki policjant ostatni raz postawił tu nogę.

– Chcesz w tym uczestniczyć? – zapytał Stav.

– Nie i ty też nie powinieneś, jeśli chcesz mojej rady.

Stav nie chciał.

– Nie byłoby źle, gdybyś z nim pogadał.

Benno starał się wymyślić coś gorszego od zadawania się z Ringiem.

– Nie zrobił z ciebie ochroniarza, co?

– Nie. To coś innego. Specjalnego.

Cóż, jasne. Dzięki połączeniu uroku i terroru Ringo dostawał to, czego chciał; Benno poświęcił sporo czasu i wysiłku na uczynienie się tak nieistotnym, żeby dla władcy wyspy stać się niewidzialnym w taki sam sposób, w jaki on i pozostali rozbitkowie byli niewidzialni dla załogi pasażerskiego liniowca. Skoro nie miał nic, na czym zależałoby Ringowi, to Ringo nie mógłby niczego od niego chcieć.

– Myślałem, że jesteś mądrzejszy – mruknął.

– Naprawdę chcesz spędzić na tej skale resztę życia?

– Oczywiście, że nie. Ale nie chcę też spędzić reszty życia na osłanianiu Ringa i zabieraniu wszystkim innym talonów i żywności.

– Takie jest życie. Wygrywasz albo giniesz.

To w tak oczywisty sposób było jednym z powiedzeń Ringa, że Benno wybuchnął śmiechem.

– To cytat z Gry o tron, idioto.

– Co? – Stav udawał, że zna kulturę popularną, ale nie miał czasu oglądać ciągnących się dziesiątki lat seriali telewizyjnych. – Pierdol się, Benno – powiedział, wstał i posłał kopniakiem skrzynkę po murszejących kamieniach nabrzeża. – Nie mogę ci pomóc, jeśli tego nie chcesz.

I odszedł.

Benno siedział przez chwilę na swoim miejscu. Wielkie, puste, błękitne sklepienie nieba przecinały smugi kondensacyjne samolotów wiozących ludzi, którzy – jeśli chodzi o związek, jaki z nim mieli – mogli równie dobrze być Obcymi w drodze ku miejscom rodem z powieści fantastycznych. Zastanawiał się, czy przemierzając przestrzeń nad Morzem Egejskim, w drodze do Hiszpanii, Francji czy na Węgry lub nawet jeszcze dalej, patrzą w dół i widzą tę malutką wysepkę? Uznał, że trudno byłoby dostrzec z takiej wysokości ludzi. Jeśli leciało się wystarczająco wysoko, cały basen śródziemnomorski musiał się wydawać spokojny i czysty.

 

W końcu wstał i ruszył w górę zbocza. Koncentryczne kręgi kontenerów tworzyły ponumerowane ulice. Biegnące między nimi promieniście przejścia były oznaczonymi literami „alejami” prowadzącymi ze szczytu na brzeg. Mała grupa kontenerów tworzących dzielnicę Benna znajdowała się na rogu Alei K i Dwunastej Ulicy. Na kontenerach widniały napisy w rozmaitych językach, odmalowywane za każdym razem, gdy spłowiały, żeby pomóc nowo przybyłym poruszać się po okolicy, ale Benno już dawno temu przestał ich potrzebować.

Szedł przez targ na Czternastej Ulicy, między dwoma rzędami starych składanych stolików turystycznych, desek opartych na skrzynkach i rozłożonych na ziemi koców, przy których ludzie wymieniali swój skromny dobytek na jedzenie, wodę, ubrania lub talony. Nie było tego wiele – Ringo i jego zabijacy opodatkowywali nowo przybyłych i wszystko, co było w jakikolwiek sposób użyteczne lub miało wartość, trafiało do jego kontenerów na rogu Pierwszej i B – ale targ i tak był zatłoczony. Nigdy nie wiadomo, kiedy nadarzy się okazja.

Dalej znajdowały się stoliki z wyłożonymi na nich rybami. Wyspa była niemal pozbawiona roślinności i rolnictwa – chociaż to nie powstrzymywało ludzi przed próbami uprawiania czegoś – a tych kilka wegetujących tutaj kóz nie przeżyło pierwszej fali uchodźców, ale okoliczne wody obfitowały w ryby, z których wiele wydawało się Bennowi tak brzydkich i obcych, jak stworzenia z innej galaktyki. Ringo usiłował opanować handel rybami, ale nie dało się powstrzymać ludzi, którzy w celu wykarmienia rodzin zarzucali ze skał do morza prowizoryczne sieci, a jego jedyna próba wyparcia ich z rynku spotkała się z niecodziennym podskórnym pomrukiem, na który mądrze zwrócił uwagę.

Prawdę mówiąc, istniały gorsze miejsca. Międzynarodowe wysiłki pomocowe były chaotyczne i kiepsko finansowane, a wyspa rządzona przez despotę, ale przynajmniej nie była to Afryka ani Bliski Wschód. Nikt nie chciał być w tamtych rejonach. A jeśli bywało się przygnębionym, to można było wspiąć się na szczyt góry, spojrzeć na północny zachód, ujrzeć na horyzoncie ciemną kreskę i przypomnieć sobie, dlaczego się to robi, dlaczego raz za razem ryzykuje się życie w łodziach, w których nikt zdrowy na umyśle nie zapuściłby się na spokojne jezioro, gdyż ciemna kreska była kontynentalną Grecją, a za nią leżała Europa, bajkowa kraina.

Benno mieszkał wraz z trzema rodzinami w kontenerze, którego wnętrze przedzielały koce wiszące na sznurkach przeciągniętych od ściany do ściany. Ponieważ był sam, miał dla siebie jeden z rogów na samym końcu, gniazdo ze starych łachów, poduszek i szmat, gdzie było całkiem przytulnie i mógł się zwinąć w kłębek. Rodzina z tyłu kontenera, para w średnim wieku, która podawała się za Somalijczyków, mimo że Somalia jako jednostka geopolityczna przestała istnieć niemal dwadzieścia lat temu, w pewien sposób go adoptowała. Uważali za grzech, że osierocony chłopiec przebywa w podobnym miejscu sam, chociaż Benno znakomicie potrafił o siebie zadbać – lepiej niż oni, prawdę mówiąc; przekonał się, że ostatnio znosi dla nich resztki jedzenia oraz ubrania, i powoli zbierał się w sobie, żeby się wyprowadzić, zanim staną się od niego zależni. To było jedynie kwestią czasu. Stav powiedział, że w jego kontenerze jest miejsce, ale po dzisiejszej rozmowie Benno nie był pewny, czy chce mieszkać ze Stavem.

Kiedy wrócił, pary Somalijczyków – nawet nie znał ich imion – nie było. Rodzina zajmująca frontową jedną trzecią kontenera to byli Marokańczycy, jak sądził – matka i kilkoro dzieci, których nigdy nie policzył. Pośrodku mieszkali bardzo cisi małżonkowie z synem w wieku pięciu czy sześciu lat. Utrzymywali swoją część mieszkalną w czystości i porządku i rzadko odzywali się do kogokolwiek. Benno sądził, że być może uciekli z Damaszku; widywał już wcześniej taki wyraz konsternacji na twarzach.

– Ktoś o ciebie pytał – powiedziała Marokanka, kiedy wszedł do kontenera.

– Tak?

– Facet z ONZ-etu.

To mógł być każdy, kto choć w przybliżeniu przypominał Europejczyka i był porządnie ubrany.

– Wiedział, jak się nazywam?

– Nie, ale cię opisał.

To wydawało się nieprawdopodobne; wyspa pełna była chłopców w wieku i o wyglądzie Benna.

– Powiedział, że ma wiadomości o twojej rodzinie – wtrącił mąż kobiety.

– W takim razie to nie mnie szukał – zapewnił ich Benno. – Nie mam rodziny.

– Był całkiem pewny, że trafił we właściwe miejsce – stwierdziła Marokanka. – Powiedział, że dzisiaj wieczorem musi wracać na ląd, ale zjawi się jutro.

– No to jutro dowiemy się, czego chce – odpowiedział Benno i przeszedł między wiszącymi prześcieradłami na tył kontenera. Obwiesił nimi swoją małą przestrzeń mieszkalną, żeby mieć trochę prywatności, i zanim usadowił się w swoim gnieździe, sprawdził, czy są porządnie przywiązane. Odczekał chwilę, żeby się upewnić, że nikt nie będzie mu przeszkadzał, a potem zanurzył rękę w kłąb ubrań i poduszek i wyjął małą paczkę zawiniętą w folię bąbelkową. Oderwał paznokciami taśmę zabezpieczającą, rozwinął folię, a wtedy na jego uda wypadł telefon. Przyglądał mu się chwilę, potem zawinął go i ukrył ponownie, myśląc o jedynym esemesie, który wysłał w dniu, kiedy znalazł komórkę.

2

Jak niemal wszystko i wszyscy trup przybył na wyspę morzem.

Jedno z głównych zajęć jej mieszkańców polegało na przeczesywaniu brzegu w poszukiwaniu rozmaitych użytecznych szczątków. Morze Egejskie było śmietnikiem; przedmioty wyrzucone za burtę albo zmyte z pokładów statków podczas sztormów pływały, zbijały się w ławice i dryfowały pod wpływem prądów i fal. Większość tego stanowił porzucony sprzęt rybacki, sieci i bojki, ale część była bardziej ezoteryczna. Ktoś znalazł kiedyś całą skrzynkę wekowanych brzoskwiń, wbitą między skały po południowej stronie wyspy – Ringo pobrał haracz od znaleziska, kiedy się o nim dowiedział – a raz niemal wszyscy zeszli na zachodnią plażę i obserwowali kontener okrętowy dryfujący drażniąco blisko, tuż poza ich zasięgiem. Nie było mowy o zdobyciu go – nie wolno im było posiadać łodzi, żeby nie postanowili samodzielnie popłynąć na stały ląd – a nawet gdyby je mieli, to przyholowanie go na wiosłach do małej zrujnowanej przystani byłoby niemal niemożliwe. Mimo to kilku bardziej szalonych młodych mężczyzn stawiło czoło silnym prądom wokół wyspy i próbowało dotrzeć do niego wpław. Niemal wszyscy zawrócili, ale jeden dopłynął do kontenera i zdołał wspiąć się na jego skorodowany stalowy dach. Gdzie stał i machał głupio, w kompletnej rozterce, podczas gdy kobiety na brzegu wykrzykiwały nieprzyzwoite propozycje, a starsi mężczyźni tylko się przyglądali i ze smutkiem kiwali głowami. W końcu tamten wskoczył do wody i zdołał dopłynąć do plaży, ledwie żywy z wyczerpania.

Kontener się oddalał, godzina za godziną, kołysząc się na falach, a jego zawartość pozostała nieznana i niepoznawalna, jak w przypadku przelatującej obcej sondy kosmicznej. Tego wieczoru, gdy Benno siedział na skale nieco wyżej na zboczu góry, zdawało mu się, że go dostrzega, jak dryfuje spokojnie ku horyzontowi, na samej granicy widoczności, ale zniknął, gdy chłopak mrugnął.

I zawsze były kamizelki ratunkowe porzucone przez przybyłych na wyspę, przyniesione tutaj przez wiatry i prądy morskie z miejsc innych lądowań lub jako smutni bezimienni ocaleńcy z przewróconych łodzi daleko na morzu. Wyspa była nimi otoczona; z powietrza przypominało to pokryty twardym strupem szary pryszcz wzbierający z pierścienia rozognionej skóry. Władze okresowo wyławiały je i zwalały na brzegu w postaci wielkich pomarańczowo-czerwonych hałd, gdzie płowiały w słońcu.

Sprzęt rybacki stanowił lepszą okazję. Sieci dawało się naprawić, a często były w nie zaplątane żyłki i haczyki, które stały się nieoficjalną walutą mieszkańców wyspy. Czasami, kiedy Benno i Stav się nudzili, odwiedzali mniej uczęszczane zatoczki i przesmyki wodne, żeby sprawdzić, co im przyniosło morze.

Pewnego dnia, wspinając się na skały, Benno znalazł plastikową skrzynkę kołyszącą się w morskiej kałuży. Ruszył ku niej, brnąc po pas w wodzie, zanim pojemnik mógłby zostać przeniesiony przez falę ponad krawędzią zbiornika i zmieciony z powrotem do morza. Posterował skrzynką w bok, wepchnął ją barkiem na skałę i badał jej zamknięcie, kiedy padł na niego cień. Podniósł wzrok i ujrzał stojącego nad nim Stava, który patrzył ponuro.

– Znalazłem coś, co powinieneś zobaczyć – rzekł cicho.

– Ja też – powiedział Benno, wskazując skrzynkę.

– Nie – rzekł Stav. – Naprawdę musisz to zobaczyć.

Benno nagle pojął, że coś jest nie tak w mowie ciała przyjaciela. Większość jego pozy zniknęła i wyglądał jak przestraszony szesnastolatek, co było dość przerażające.

– Co się stało? Co to jest?

– Po prostu chodź i popatrz, Benno – polecił cicho Stav.

Benno upewnił się, że skrzynka nie wpadnie z powrotem do wody, wygramolił się ze zbiornika i ruszył po kamieniach za Stavem, aż jakieś dwadzieścia metrów dalej dotarli do małej zatoczki, gdzie kołysany wzbierającą falą unosił się trup.

Nie był pierwszym martwym człowiekiem, którego widzieli. Nie był pierwszym, którego widzieli w tym tygodniu. W innym czasie, w innym miejscu mogliby się przestraszyć, ale śmierć była w takim samym stopniu częścią ich życia jak oddychanie. Jednak ten trup był inny.

– Ma broń – powiedział cicho Stav.

Przebywał w wodzie od dłuższego czasu; zwłoki się rozkładały, były groteskowo nabrzmiałe i czarne. Żerowały na nich ryby. Twarz była krajobrazem odsłoniętych kości i zębów, trupowi brakowało prawej nogi poniżej uda, gdzie odgryzło ją coś większego. Na zwłokach były nadal wytarte dżinsy, napięte skutkiem spuchnięcia ciała, ale koszula, którą mógł nosić, zgniła i przepadła, ujawniając wzdęty brzuch. Martwy mężczyzna miał jednak na sobie jakąś uprząż z bardziej odpornego materiału, a pod pachą znajdowała się kabura, z której wyraźnie wystawała kolba pistoletu.

Z oczywistych powodów broń palna była na wyspie zakazana. Był to wymóg stosunkowo łatwy do wyegzekwowania; pasażerowie każdej nowo przybyłej łodzi byli przeszukiwani przez władze i wszelką broń – a czasem i materiały wybuchowe – konfiskowano, a jej właścicieli poddawano drobiazgowemu przesłuchaniu; w większości wypadków nigdy więcej ich nie widziano i powszechnie przyjmowano, że w szybkim trybie zostali deportowani do miejsca pochodzenia. Jeśli miejsca pochodzenia nie dało się ustalić, to odbywał się rejs łodzią do wybrzeża północnoafrykańskiego i przymusowa wysiadka na najbliższej dostępnej plaży, bez względu na to, do jakiego tymczasowego państwa należała. Maczety, co było pomyślne dla Ringa i jego ekipy, uznawano za narzędzia.

Benno i Stav stali dłuższy czas i patrzyli na zwłoki. Zostały wepchnięte między skały w pozycji niemal siedzącej, a przy każdym wezbraniu fal z zatoczki dryfował nieprawdopodobny smród.

– Jak myślisz, co mu się stało? – zapytał Stav.

Benno wzruszył ramionami. Zważywszy na stan ciała, nie było prawdopodobne, żeby kiedykolwiek się tego dowiedzieli.

Stali jeszcze jakąś minutę. Stav rozejrzał się, czy nikt ich nie widzi, a potem zaczął zdejmować kombinezon.

– Żartujesz – odezwał się Benno.

– Chcesz, żeby dostał ją Ringo? – zapytał Stav.

No cóż, nie, ale równie mocno nie chciał, żeby miał ją Stav.

– Jeśli ktokolwiek się dowie, że masz broń, odeślą cię z powrotem – stwierdził.

Stav złożył kombinezon i umieścił go na kamieniu. Kiedy się wyprostował, Benno widział jego żebra i wystające kości bioder. Wszyscy na wyspie – z wyjątkiem pracowników ONZ-etu, Ringa oraz jego zbirów – znajdowali się na skraju niedożywienia.

– Dokąd? – spytał.

Benno wskazał na południe, ku przeciwległemu brzegowi morza. Stav spojrzał tam, a potem rzucił:

– Nie. – I wskoczył do zatoczki.

Smród w pobliżu trupa musiał być jeszcze gorszy, gdyż Stav zrobił dwa kroki w sięgającej do pasa wodzie i zwymiotował. Potem zwymiotował jeszcze raz, ale brnął przed siebie, aż dotarł do zwłok. Pistolet w kaburze zabezpieczało jakieś zapięcie, a czas spędzony przez nią w wodzie i chęć Stava jak najszybszego wydostania się stamtąd sprawiały, że trudno mu było je rozpiąć. Miał odruch wymiotny, palce mu się ślizgały i mruczał coś, a wpływające do zatoczki fale wpychały go na trupa. Wszystko to było dosyć absurdalne i obrzydliwe. Nagle stracił grunt pod nogami, jego głowa zniknęła pod wodą i nie wynurzyła się.

 

Benno patrzył dłuższą chwilę. Rozejrzał się uważnie po okolicy, ale w pobliżu nie było nikogo, więc w końcu, klnąc głośno, zdjął T-shirt i szorty i wskoczył za przyjacielem.

Smród na dole był okropny, ale zdołał utrzymać zawartość żołądka, gdy się zginał, zanurzając głowę i szukając Stava rozpostartymi ramionami. Palce musnęły plecy przyjaciela, więc zrobił krok naprzód, złapał Stava pod pachy i pociągnął w górę. Wynurzyli się obaj, parskając i wypluwając wodę.

– Idiota! – wrzasnął Benno. – Powinienem pozwolić ci utonąć!

– To dlaczego tego nie zrobiłeś? – zapytał Stav, wycierając twarz i wysuwając się naprzód, żeby znowu gmerać przy paskach na piersi trupa.

– Bo w tej sadzawce jest już za dużo zwłok, ty kutasie. – Gdy wpłynęła kolejna fala, Benno się poruszył i poczuł pod palcami stóp coś gładkiego. Schylił się, poszukał krótko i wynurzył się, trzymając cud nad cudy: telefon komórkowy.

Wiedziało się bez słów, że ludzie na wyspie nie mieli komórek. Ringo zabierał wszystkie, które się pojawiały, a i tak nie było tutaj zasięgu. Poza tym słona woda uczyniłaby go bezużytecznym. Jednak nawet niedziałający telefon miał wartość; części mogły zostać użyte do wyrobu biżuterii. Gdyby udało mu się go zatrzymać, mógłby go wymienić na… No cóż, było bardzo wiele rzeczy, na które mógłby wymienić urządzenie, musiałby się nad tym zastanowić. Najpierw jednak trzeba było przenieść komórkę w bezpieczne miejsce.

Stav nadal był odwrócony do niego plecami, zmagając się z paskiem zabezpieczającym pistolet. Benno powiedział:

– Jeśli nie ma potrzeby, żeby znowu cię ratować, to pójdę. Nie chcę uczestniczyć w tej głupocie.

– Dobra – odparł Stav, nie odwracając się. – Idź, dzieciaku. Niech dorośli zajmą się sprawami.

Benno prychnął.

– Dorośli.

Po czym wspiął się na skały, gdzie zostawił ubranie. Smród gnijących zwłok przylgnął do jego ciała i włosów, więc przeszedł nago kilkaset metrów brzegiem wyspy, aż dotarł do osłoniętej zatoczki. Położył telefon zawinięty w ubranie, upewniwszy się najpierw, że w pobliżu nie ma nikogo, kto by go okradł, wszedł do czystej wody i się opłukał. Nadal czuł na sobie woń rozkładu, ale była na tyle słaba, żeby mógł włożyć ciuchy i nie musiał ich później spalić.

Z telefonem w kieszeni oddalił się od brzegu, aż dotarł do linii klifów kilkumetrowej wysokości. Sprawdziwszy ponownie, czy nie jest obserwowany, wspiął się po stromym zboczu, znalazł szczelinę, do której włożył komórkę, po czym zatkał otwór kamieniem. Zszedł i udał się na poszukiwanie mydła. Kiedy wrócił, żeby zabrać skrzynkę, którą znalazł wcześniej, przekonał się, że oczywiście zagarnął ją ktoś inny.

Nie widział Stava przez cały ten dzień ani następnego dnia, ani jeszcze kolejnego. Pewnego wieczoru, gdy światło właśnie zaczęło blednąć, poszedł ponownie ku klifom, wdrapał się na górę i wyjął telefon. Wsunął go do torby pełnej znalezionych sieci, przerzucił ją przez ramię, wrócił do kontenera i schował komórkę głęboko w swoim gnieździe.

Kilka dni później – nadal ani śladu Stava; Benno wrócił do zatoczki, tak na wszelki wypadek, ale było tam pusto, zwłoki zniknęły, usunięte w celu pogrzebania albo po prostu zabrane przez przypływ. Wszyscy mieszkańcy jego kontenera byli nieobecni, mógł więc wyjąć telefon, usiąść przy drzwiach, gdzie było trochę światła, i dokładnie go obejrzeć.

Być może Benno był dzieckiem migracji, sierotą dryfującym z wyspy na wyspę, ale także dzieckiem swoich czasów i nie dzikusem. To był jeden z wielu błędów popełnianych przez ludzi z Północy, kiedy myśleli o nadciągającej z Południa fali uchodźców. Widzieli jedynie pogrążony w nędzy tłum, ledwo ludzki, z pewnością nieinteligentny, chyba że w chytry, zwierzęcy sposób. Z początku poczuliby się zaskoczeni, a potem by nie dowierzali, gdyby im powiedzieć, że Marokanka z kontenera Benna wykładała niegdyś ekonomię, a Somalijczycy byli – a przynajmniej tak twierdzili – ministrami w ostatnim somalijskim rządzie wartym tej nazwy. Sam Benno umiał czytać, pisać i w różnym stopniu płynności mówił czterema językami. Zatem komórka nie stanowiła dla niego wielkiej tajemnicy.

Komuś siedzącemu w kafejce w Hamburgu albo w pociągu między Amsterdamem a Paryżem ten telefon mógłby się wydać rozczarowująco zwykłym, tanim, masowym produktem, egzemplarzem przestarzałym i dosyć zniszczonym – chociaż tego można było się spodziewać, zważywszy na to, przez co przeszedł. Benno bez końca obracał go w dłoniach. Wyświetlacz miał rysy, ale był cały, co było pomyślne; szybkę ekranu można ostrożnie połamać na ostrza chirurgiczne, a on wiedział o lekarzu po drugiej stronie wyspy, który zawsze się skarżył, że dostawy medyczne są niewystarczające. Podważył tylną obudowę telefonu i zajrzał do środka. Bateria będzie oczywiście bezużyteczna; zawiera cenne metale i chemikalia, ale w zbyt małej ilości, żeby ich odzyskanie się opłacało. Jednak kryjące się wewnątrz telefonu płytki obwodów mogły zostać podzielone i przerobione na ładne kolczyki i bransoletki, a Benno znał kogoś, kto to potrafił. Wszystko, co teraz musiał zrobić, to wymyślić, o co poprosić w zamian.

Zatrzasnął wieczko i przesunął kciukiem po małych przyciskach z boku urządzenia. Nadal myśląc o tym, jaką cenę wyznaczyć na elementy komórki, nacisnął leniwie włącznik i niemal upuścił telefon, gdy jego ekran się rozświetlił.

Pośpiesznie przedarł się przez wiszące zasłony na tył kontenera, owinął się prześcieradłem, żeby nie było widać blasku wyświetlacza, i przyglądał się, jak telefon budzi się do życia. To było nadzwyczajne, tani aparat na tyle odporny, żeby znieść długi pobyt w słonej wodzie i uruchomić się od kopa. Co jeszcze bardziej niezwykłe, zorientował się Benno, to że użytkownik – przypuszczalnie komórka wypadła z kieszeni trupa znalezionego przez Stava – nie wyłączył prawidłowo telefonu, jakby mu w tym przeszkodzono. Oczywiście urągało to zasadom bezpieczeństwa, ale ciągłe wstukiwanie kodu albo posługiwanie się odciskiem palca jest upierdliwe, jeśli komórka ma wyłączyć się tylko na chwilę, gdy człowiek jest zajętym czymś innym. Cokolwiek robił zmarły z zatoczki, spodziewał się do tego wrócić i zostawił telefon odblokowany na użytek każdego, kto by się zjawił i go włączył.

Jednak trudno było stwierdzić, co tamten człowiek robił. Przeglądając pamięć urządzenia, Benno przekonał się, że jest kompletnie pusta. W książce telefonicznej nie było kontaktów, żadnych ściągniętych materiałów ani rozmów. Poza fabrycznymi aplikacjami w komórce znajdowały się tylko dwa elementy. Esemes wysłany przez anonimowego nadawcę i apka banku, według której na koncie było siedemnaście i pół tysiąca franków szwajcarskich.