Europa o świcieTekst

Z serii: s-f
Z serii: Pęknięta Europa #4
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Alice.

– Zostaw to, Sel. Dobra? Chcę po prostu zapomnieć, że on istnieje.

Selina westchnęła.

– Jeśli mnie złapie za cycki, nakarmię go jego małymi jajkami.

– Zuch dziewczyna – powiedziała Alice.

Od festiwalu dzieliły je miesiące. Miała trochę niewykorzystanego urlopu; może powinna się postarać, żeby nie było jej w mieście podczas pobytu Coxa? Tallin liczył nieco poniżej trzech czwartych miliona mieszkańców; zadziwiające, jak często wpadało się tu na ludzi, których nie chciało się spotkać.

– Co jeszcze się dzieje?

Selina spojrzała na swój tablet.

– Dziś wieczorem prywatny pokaz prac Jima Ryana w tej nowej galerii w Piricie. Będzie wyżerka, Tim to sobie zaklepał. Jutro przyjeżdżają folkowcy. Wiesz, to twoje niewychylanie się i unikanie zamieszania wpędzi cię pewnego dnia w spore tarapaty. On cię zaatakował.

– Dosyć, Sel. Temat zamknięty, dobra? Co jeszcze?

Selina odłożyła tablet na biurko.

– To wszystko.

Alice spojrzała na nią.

– Co my tutaj robimy?

– Nie wiem. Lunch?

Alice sprawdziła godzinę w telefonie.

– Jest dopiero dwadzieścia po dziewiątej.

– Ach, pierdolić to. – Selina wstała i wzięła torebkę. – Bierz płaszcz. Rozpoznanie.

„Rozpoznanie” było eufemizmem Seliny na „poznawanie kulturalnego dziedzictwa Tallina, z jednoczesnym wyszukiwaniem i testowaniem nowych restauracji”. Jedyne zasady polegały na tym, że docierały wszędzie pieszo, żeby spalić kalorie, oraz że dziedzictwo kulturalne stało na drugim miejscu po dobrym posiłku. W ciągu trzech lat, odkąd Alice objęła swoje stanowisko, zdołały zrobić imponującą liczbę kilometrów i zaliczyć mnóstwo restauracji, a cudowne było to, że zawsze znajdowały nowe knajpy.

Dzisiaj był to niedawno otwarty wegański bar tuż obok Raekoja plats. Znajdował się dwie bramy od pracowni bursztynu, co kwalifikowało się jako kultura. W lokalu było bardzo spokojnie. Estończycy – a zwłaszcza tallińczycy – byli całkiem hipsterscy, ale weganizm musiał dopiero zapuścić w kraju głębsze korzenie.

W każdym razie Alice nie sądziła, żeby bar przetrwał tutaj długo. Właściciele obrali niedbały kurs i zasadniczo serwowano w nim wegetariańskie curry. Dania były obfite i smaczne, ale bez polotu.

– Cóż, to jest kurewsko dziadowskie – zauważyła Selina, dziobiąc swoje curry z cieciorką.

Zdecydowana nie jeść curry na brunch, Alice zdołała znaleźć potrawkę z pieczarkami i soczewicą, przyczajoną u dołu menu.

– Hm.

– Widziałaś już nowego szpiega?

– Słucham? Szpiega?

– Zmiennika Malcolma. Przyjechał w zeszłym tygodniu.

– Malcolm odszedł? – Kontakt Alice z jedynym przedstawicielem Szkockiej Służby Wywiadowczej był ograniczony. Nie mogła sobie przypomnieć, pomyślała teraz, kiedy ostatni raz widziała w ambasadzie ponurego, bocianiego Malcolma Smitha.

Selina oparła się na krześle i obdarzyła ją anielsko cierpliwym spojrzeniem.

– Było przyjęcie pożegnalne.

– Nie dostałam info. – Alice wzięła kęs potrawki. – Kto jest zmiennikiem?

– Ma na imię Harry. Wygląda na czternastolatka. Meg robi się mokra na jego widok.

Nie pierwszy raz Alice zastanowiła się, jak te plotki mogły ją ominąć. Być może wszystkie utknęły w tym samym miejscu, do którego trafiła wiadomość o wyjeździe Malcolma. Przypominała sobie jednak mgliście, że kilka dni temu widziała w towarzystwie Meg młodego człowieka.

– To on? Sądziłam, że to nowy goniec.

Selina prychnęła.

– Staż zawodowy.

– Malcolm dał dupy?

Pod powierzchnią codziennych życiowych problemów w ambasadzie czaił się zawsze strach przed umoczeniem. Szkocka służba dyplomatyczna wciąż raczkowała i możliwości kompromitacji były nieograniczone. Cały personel ambasady w Paryżu został wymieniony po dokonaniu odkrycia, że Rosjanie zdołali, bardziej w ramach eksperymentu myślowego niż z jakiegokolwiek innego powodu, skaptować wszystkich jej pracowników. Angielska prasa, najwierniejsza nemezis Szkocji, nadal publikowała komentarze na temat tego wyjątkowego blamażu.

Selina wzruszyła ramionami.

– Nie, żebym o tym słyszała. Po prostu przeniesiony gdzieś indziej. Ktoś wspominał o Madrycie.

– Musi być zachwycony. – Z kilku bardzo nielicznych kontaktów z Malcolmem odniosła wrażenie, że jest człowiekiem Północy. Wyglądał, jakby jego skóra miała ulec poparzeniu i się złuszczyć, gdyby postał dwadzieścia minut pod stuwatową żarówką.

– Tak, wiem, co masz na myśli – powiedziała Selina. – Jak twój weekend?

– Dobrze. Dlaczego pytasz?

– Tak sobie. Masz to spojrzenie.

– Jakie?

– Takie.

– Nie mam pojęcia, o czym mówisz, Sel. Jakie spojrzenie?

Patrząc na nią, Selina uniosła brew.

Alice westchnęła.

– Było w porządku. Naprawdę.

Selina pokręciła głową.

– Mówię ci, że to twoje niewychylanie się i unikanie zamieszania wpędzą cię kiedyś w kłopoty.

– Możliwe. Ale nie dzisiaj.

– Dopiero dziesięć po jedenastej – zauważyła Selina. – Nadal mnóstwo czasu.

Alice zrezygnowała z reszty potrawki i odsunęła ją na bok.

– A jak twój weekend?

– Pojechałyśmy do Helsinek.

– O, ekscytujące.

– Trochę się pokłóciłyśmy. Parę tygodni temu dostałam info z personalnego. W Holyrood chcą, żebyśmy się pobrały.

– Och, Sel.

Selina wzruszyła ramionami.

– Sue się nie pali. Ani ja, prawdę mówiąc, ale jest o to kurewsko wściekła.

– To Holyrood chce, żebyście się pobrały, czy Nicky?

– To nie ma znaczenia. Oczywiście nie mogą powiedzieć, że uważają, iż para chodzących w tweedach starych lesb żyjących w grzechu rzuca na nich złe światło. Zacytowali artykuł 237, paragraf 5.

Alice pokręciła głową. Warunki jej umowy ze Szkocką Służbą Dyplomatyczną liczyły dobrze ponad tysiąc stron; nigdy nie zdobyła się na to, żeby je wszystkie dokładnie przeczytać.

– To ten, który głosi, że cały personel musi pozostawać w związkach małżeńskich.

– Bzdura. Nicky nie jest zamężna. Cóż, jest, ale…

– Taa. – Uważano, że pan Nicky mieszka w Nassau z modelką prezentującą kostiumy kąpielowe, co Alice uważała za tak egzotyczne, że trudne do połączenia z kimś, kogo znała. – Tak czy inaczej Sue chce, żebyśmy wybyły.

– Co, z Estonii?

– Ze Służby.

Alice oparła się na krześle.

– Och, Sel. Przykro mi.

– Nie zamierzam tego, kurwa, zrobić. Stąd kłótnia. Trochę zepsuła weekend.

– Dlaczego nic nie mówiłaś?

Selina zachowała kamienną twarz i powoli mrugnęła.

Dobra. W porządku.

– Co zrobisz?

– Na razie się z tym prześpię. Zobaczę, ile czasu zajmie działowi personalnemu podjęcie decyzji, żeby ponownie mnie zaczepić.

– To głupie. Dlaczego wszyscy musimy żyć w małżeństwach?

Selina parsknęła.

– Publiczny wizerunek. Jesteśmy jedną wielką szczęśliwą rodziną, nie?

Alice, której rodzina była zdecydowanie liczna, ale daleko jej było do szczęśliwości, westchnęła.

– Nie masz się komu na to poskarżyć?

– Och, pewnie. Zawsze są chętni wystąpić w cudzej obronie. Ale Sue nie będzie tego chciała. Nie jest tak skonstruowana. Pod wieloma względami przypomina ciebie. Nie wychylać się.

Alice wyczuła, że jeden z weekendowych argumentów jest powtarzany na jej użytek.

– Jeśli mogę coś zrobić…

– Dzięki. – Selina spojrzała na swoje curry i westchnęła. – Chodźmy na burgery, co?

Po powrocie do ambasady przekonały się, że w czasie ich nieobecności pojawił się Tim, zostawił po sobie papierkową robotę i ponownie zniknął. Bardzo niewiele dokumentów było zdecydowanie pilnych, ale Alice poczuła taką ulgę, że ma coś do roboty, iż z radością się do niej zabrała.

Minęła szósta, kiedy wreszcie wyszła do domu. Mieszkanie dzieliła od ambasady jazda tramwajem z dwiema przesiadkami, a potem autobusem, ale było służbowe, więc skarżyć się na to byłoby lekką nieuprzejmością. To było miłe lokum, niezła okolica i dogadywała się z sąsiadami. Mogło być gorzej.

Idąc z przystanku autobusowego, minęła swój budynek i weszła do sklepu na rogu, gdzie spędziła dziesięć minut na kupowaniu artykułów spożywczych i pogawędce z dziewczyną za kasą. Potem poszła za róg, wzdłuż przecznicy, skręciła w lewo i ruszyła ulicą równoległą do swojej. W połowie drogi wyjęła z kieszeni sklepowy paragon, zmięła i wyrzuciła do kosza. Na kolejnym rogu skręciła ponownie w lewo, i jeszcze raz, aż znowu minęła swój budynek. Obeszła kwartał domów jeszcze trzykrotnie, za każdym razem coraz bardziej powłócząc nogami, aż wreszcie zbliżyła się do drzwi wejściowych, przesunęła telefon nad sensorem zamka i weszła do środka.

Na czwartym piętrze drzwi mieszkania otworzyły się na krótki przedpokój z szafami i wieszakami na płaszcze. Zdjęła buty i płaszcz, powiesiła go, włożyła pantofle i weszła do salonu.

A tam drzwi do pokoju gościnnego – gabinetu Roba – właśnie się otwierały, on sam zaś wychodził stamtąd w sportowej bluzie i dresowych spodniach, krocząc boso po parkiecie i szczerząc się jak pirat.

– Witaj, kochanie – powiedział i objął ją, na co odpowiedziała niemrawo. – Kupiłaś coś dobrego?

Alice wyciągnęła ku niemu torbę, a Rob zajrzał do środka. Zaczął wyjmować zakupy, oglądał je i ustawiał na kuchennym blacie z boku salonu.

– Chyba mamy słoik masła orzechowego, nie? – zapytał, patrząc na jeden z produktów.

 

– Nie pamiętałam, czy mamy, czy nie. – Wzruszyła ramionami. – Byłam w sklepie, pomyślałam, że równie dobrze mogę je kupić.

– Nie sądzę, żeby w ogóle został otwarty – powiedział Rob. Podszedł do jednej z szafek kuchennych, zajrzał do niej i wyjął słoik. Odkręcił wieczko i wyciągnął w jej stronę, pokazując nienaruszoną zaklejkę. – Widzisz?

– Tak – potwierdziła. Złożyła torbę na zakupy i odłożyła ją na blat. – Jak ci minął dzień?

– Dobrze – odparł. – Odwaliłem kupę roboty. A tobie?

Robota Roba polegała głównie na siedzeniu przy gównianym starym laptopie i zasypywaniu ludzi mailami i postami na temat własnych książek. Od czasu do czasu – zwykle kiedy Alice potrzebowała jego pomocy, co zdarzało się coraz rzadziej – zamykał się w swoim gabinecie, twierdząc, że pisze wiersz.

Zaczęła wyliczać najistotniejsze fragmenty dnia, podczas gdy on nadal przyglądał się przyniesionym przez nią zakupom. Podniósł torbę, rozłożył ją od niechcenia i złożył ponownie, a ona wiedziała, że szuka paragonu z wydrukiem czasu, który zdradziłby jej pół godziny spokoju, jaki sobie zafundowała między wyjściem ze sklepu a dotarciem do domu.

Odłożył torbę z powrotem na blat – w istocie nie słuchał jej relacji z dnia pracy; rzecz w tym, że musiała ją zdać – i powiedział:

– Pomyślałem, że na kolację moglibyśmy zjeść kotlety schabowe.

– Dobra – odparła. – Daj mi umyć ręce.

Wyszczerzył się ponownie.

– Jasne, jasne. Kiedy tylko będziesz gotowa. – I kolejny raz lekko ją uścisnął, wrócił do swojego pokoju i zamknął za sobą drzwi.

Alice poszła do kuchni. Kubki i talerze ze śniadania nadal piętrzyły się w zlewie, wraz ze wszystkimi naczyniami kuchennymi i stołowymi, których Rob użył, żeby przygotować sobie lunch. Na płycie kuchenki była nowa zaskorupiała plama, a na blacie parę pustych kartonów po mleku. Spojrzała na to wszystko i policzyła do dziesięciu, nie będąc nawet świadoma, że to robi.

2

Kiedy spojrzała w lustro, ujrzała nieco przysadzistą kobietę pod czterdziestkę, o nijakiej, niewartej zapamiętania twarzy, długich brązowych włosach i zmęczonych oczach. Preferowała trochę niemodne sukienki – Rob je lubił – i buty na płaskim obcasie. Czasami nakładała makijaż, ale niezbyt często. „Cielęcina” było słowem, które przyszło jej na myśl. Dryfowała przez życie z całym tym szalonym entuzjazmem zwierzęcia hodowlanego i nic nie mogła z tym zrobić.

Ciężko pracowała, żeby zajść tam, gdzie się znajdowała, co brzmiało dość zabawnie, póki się nad tym nie zastanowiła. Mocno starała się pozbyć swojego szkockiego akcentu – teraz mówiła nieco podobnie jak Maggie Smith w Pełni życia panny Brodie – uczyła się pilnie w szkole, studiowała pracowicie politykę europejską w Nottingham, dochrapała się stopnia magistra nauk humanistycznych na Wydziale Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu w Tallinie. Była na ostatnim roku, kiedy niepodległość w końcu, i dosyć niespodziewanie, wywołała w Szkocji neurotyczne konwulsje niepokojów społecznych, które tylko się pogłębiły, gdy Westminster usiłował przywrócić porządek. Jej ojciec był aż do mitochondrialnego DNA ulicznym bojownikiem Szkockiej Partii Narodowej, który twierdził, że to najlepszy czas w jego życiu; reszta rodziny radziła jej siedzieć cicho, póki sprawy się nie uspokoją.

To w końcu stało się samo. Spotykała się już z Robem, który mniej czy bardziej się do niej wprowadził, i wspólnie – tak się wtedy wydawało – postanowili pobrać się w Tallinie. Potem pozostała jedynie kwestia znalezienia pracy.

Nigdy naprawdę nie opuściła Estonii. Dwa dni w tygodniu pracowała dla małej grupy analityków stosunków międzynarodowych w Tartu, gdy nowo powstałe państwo otworzyło ambasadę w Estonii, a parę lat później tekst, który zaprezentowała na konferencji w Edynburgu, zwrócił czyjąś uwagę i została wezwana do Holyrood na rozmowę o pracę.

– Nie zamierzasz pracować dla tych piździelców, co? – zapytał ojciec, który z powodu swojej państwowej renty doświadczał w tamtym czasie czegoś w rodzaju ideologicznej schizmy z nowym rządem.

– Jasne – odparła. – Dlaczego nie?

Cóż, „dlaczego nie” okazało się trzema latami niańczenia rozmaitych szkockich artystów odwiedzających Estonię. Z początku Rob był całym sercem za, wyobrażając sobie mnóstwo pożytecznych nowych znajomości, ale po tym, gdy upierał się przy spotkaniach z kilkoma pierwszymi gośćmi, zrezygnował i uzewnętrznił swoje rozczarowanie w wierszu o żonie, która nienawidzi swojego męża.

Dla Alice wszystko to było całkiem dobrą zabawą. Co kilka dni nowe twarze, nowe doświadczenia – nadal pozostawała w kontakcie z niektórymi z tych ludzi – ale jeśli chodziło o rozwój kariery, była to raczej ślepa uliczka. Zastanawiała się nad poszukaniem innego stanowiska, gdy pewnego ranka Tim wszedł do biura i poważnym tonem poinformował Selinę i ją, że w Estonii będzie kręcony film. W jego ustach zabrzmiało to tak niezwykle, że skłoniło Alice do wygłoszenia uwagi, iż nakręcono już tutaj kilka filmów. Prawdę mówiąc, Tallinn pimeduses był jednym z powodów, dla których w ogóle chciała tutaj studiować. Tim mrugnął, gdyż w ogóle nie zrozumiał komentarza.

– Będzie zatytułowany Bałtycka apokalipsa – powiedział. – Z wykrzyknikiem.

– O? – mruknęła Selina, kiwając energicznie głową. – Z wykrzyknikiem, co?

Tim spojrzał na swoje podwładne. W korpusie dyplomatycznym jego brak dystansu do siebie był legendarny.

– Reżyser pochodzi z Prestwick – oznajmił. – Mamy więc we wszystkim iść im na rękę. Żadne zadanie nie jest zbyt wielkie, żadne zbyt małe. To polecenie z gabinetu premiera, za pośrednictwem Nicky.

– Z Prestwick, co? – zapytała Selina z namysłem.

Lotnisko leżało w odległości zaledwie dziesięciu minut jazdy od Starego Miasta – z łatwością można tam było dojść w jakąś godzinę, jeśli panowała ładna pogoda i miało się na to ochotę – ale Alice wzięła na koszt biura taksówkę, gdyż: a) było to profesjonalne, i b) Selinie naprawdę udało się kiedyś zgubić w transporcie publicznym odebranego z lotniska poetę, który nazwał się The McGregor z McGregor. Gawędzili w autobusie do miasta, autobus był zatłoczony, Selina na chwilę się rozproszyła, gdy pojazd zatrzymał się na przystanku, a kiedy się odwróciła, McGregora nie było.

Odnalazł się pięć tygodni później w komunie na Saremie, żonaty z kobietą o imieniu Ehaema, która starała się o azyl polityczny w związku z tym, co on przedstawiał jako „faszystowski reżim Holyrood”. Cała sprawa trafiła wyżej – Alice i Selina, a nawet Tim nie zajmowali w siatce płac takiej pozycji, żeby rozwiązywać podobne sytuacje – i w końcu zgodzono się, że mniejszym złem będzie po prostu zostawić The McGregora tam, gdzie jest. Komuna na Saremie czciła meteoryt, który rzekomo spadł na wyspę kilka tysięcy lat temu. Jeśli The McGregor chciał to robić, to spoko.

W końcu małżeństwo The McGregora i Ehaemy – imię oznaczało „Matkę Zmierzchu”, co powinno stanowić dla niego jakąś wskazówkę – okazało się skomplikowane, więc samotnie ulotnił się do Wiednia, gdzie pod własnym nazwiskiem zabrał się do publikowania obszernych politycznych tyrad przeciwko szkockiemu rządowi. Okazało się, że nawet nie był naprawdę McGregorem.

W każdym razie od Nicky przyszedł okólnik i teraz wszyscy goście z lotniska i dużo rzadziej z dworca kolejowego lub portu mieli być odbierani taksówkami, zatem Alice w miły, jasny poranek stała w hali przylotów i trzymała karton, na którym słowo BODFISH było wydrukowane czcionką Comic Sans.

– Pieprzyć ich, jeżeli nie potrafią zrozumieć dowcipu – powiedziała Selina, kiedy pierwszy raz użyła tego konkretnego fontu, który stał się jednym z wielu wewnętrznych drobnych żartów stosowanych przez nie do obrony przed skutkami ogłupiającej pracy.

Z jakiegoś powodu, którego nigdy jej nie wyjaśniono, loty ze Szkocji do Tallina odbywały się zawsze o jakichś absurdalnych porach – albo kurewsko wcześnie rano, albo późno w nocy. Alice nie przeszkadzały zbytnio poranne loty. Były w porządku, pod warunkiem że człowiek wyspał się poprzedniej nocy i nie musiał spędzić paru godzin w lotniskowym barze podczas największego ruchu, czekając na wejście na pokład.

Dwaj rozczochrani osobnicy, którzy obciążeni futerałami gitar i plecakami wyłonili się z drzwi hali przylotów, poświęcili zdecydowanie za mało na to pierwsze, a o wiele za dużo na drugie, sądząc z tego, jak bardzo starali się iść prosto w jej stronę. Jeden był niski i szczupły, drugi wysoki i niemal otyły. Obaj mieli imponujące brody i od stóp do głów okrywał ich dżins. Gdy dotarli do Alice, osiadły na niej miazmaty whisky.

– Jestem Luke – przedstawił się wysoki, gdy uścisnęli sobie ręce. – To Wally.

Wally zdawał się spać na stojąco.

Alice powiedziała:

– Alice May z ambasady. Witajcie w Tallinie.

– Taa – odezwał się Wally, nie do końca skupiając się na niej. – Możemy już iść?

Bodfish byli folkowym duetem z Pitlochry mającym, zrozumiała z wyczytanych informacji, sporą publiczność. Alice nie łapała folku; wysłuchała Songs The Lords Taught Us, nowego albumu Bodfish, i uznała go za jednocześnie nieco zbijający z tropu, atonalny i pretensjonalny. Poza tym nie podobał się jej tytuł.

W trakcie krótkiej jazdy do miasta nie zakomunikowała nic z tego słowami czy mową ciała. Wally usnął, ale Luke zerkał przez okno na nowe, dziwne, uciekające wstecz miasto. Dla Alice nadal stanowili coś w rodzaju wielkości nieznanej, więc zabukowała im pokoje w Palace, żeby móc mieć ich na oku.

W hotelu załatwiła za nich zameldowanie – Wally w zasadzie wciąż był nieprzytomny – wręczyła im koperty z dwustu koronami na nieprzewidziane wydatki (Estończycy, jak praktycznie wszyscy inni, uciekli przy pierwszej okazji od unijnej waluty) i dopilnowała, żeby trafili do pokoi. Potem poszła za róg do ambasady.

– Bodfish wylądowali – oświadczyła, sadowiąc się na powrót za biurkiem.

– Hm? Dobrze. – Selina czytała coś w tablecie. – Jacy są?

– Powiem ci, kiedy się wyśpią i wytrzeźwieją.

– No, to nie w stylu Tima.

– Bogowie, nie. Dlaczego?

– Wcześniej o nich pytał. Powiedział, że zastanawia się, czy wybrać się na ich koncert.

Myśl o Timie jako miłośniku folku była lekko absurdalna.

– To tylko występ w pubie. Żadnego darmowego żarcia ani niczego takiego.

Selina wzruszyła ramionami.

– Dobrze się czujesz? – zapytała Alice.

Selina skinęła głową, nie podnosząc wzroku znad tabletu.

Alice położyła na blacie telefon, a ten zabrzęczał. Dźgnęła go palcem i zobaczyła, że otrzymała wiadomość poprzez aplikację, do której usunięcia jakoś nigdy się nie zabrała. Wiadomością była *machająca łapka*, a ona poczuła, że świat nieco poszarzał, nawet teraz.

W porze lunchu Selina wyszła w jakimś niesprecyzowanym celu. Alice chwilę siedziała i wyglądała przez okno. Zaczęło się chmurzyć, a orzeźwiający wiatr ciskał w szybę kroplami deszczu.

W końcu sięgnęła do torebki i wyjęła książkę w twardej oprawie, kupiony w antykwariacie stary egzemplarz Olivera Twista po estońsku. Miała niewielką biblioteczkę podobnych pozycji i co kilka tygodni wymieniała jedną na drugą, mimo że nigdy ich nie czytała. Wszystkie były w twardych oprawach i wszystkie autorstwa Dickensa, ponieważ Rob go nie znosił.

Otworzyła książkę mniej więcej pośrodku, w związku z czym jej grzbiet się wybrzuszył, i delikatnie potrząsnęła nią nad blatem biurka. Wypadł niewielki pakiecik w folii spożywczej, nie większy od paznokcia palca wskazującego. Wewnątrz była karta SIM. Zdjęła pokrywę komórki, wymieniła kartę na tę z książki i włączyła urządzenie.

Na nowej karcie były jedynie trzy pozycje – aplikacja wiadomości, pękający od nich folder oraz lista kontaktów zawierająca tylko jeden numer. Dotknęła palcem ikony i wtedy rozległo się pukanie do drzwi.

Nie robiła niczego niezgodnego z regulaminem, ale serce zaczęło jej mocno walić i zareagowała odruchowo, uciekając się do dziecinnej pantomimy. Zmięła folię w dłoni, ściskając ją wraz z oryginalną kartą SIM, przyłożyła telefon do ucha i powiedziała:

– Tak?

Drzwi się otworzyły i ktoś, kogo mgliście pamiętała, wsunął do środka głowę.

– Cześć – powiedział.

– Witaj – odparła Alice.

– Nie chciałem przeszkadzać…

– Och, w porządku – powiedziała do komórki. – Tak, zróbmy to. Odezwę się wieczorem. Tak. Cześć. – Udała, że się rozłącza, i uśmiechnęła się do… Harry’ego, przypomniała sobie teraz. Nowego szpiega.

 

Wszedł do gabinetu, zbliżył się do biurka i wyciągnął rękę.

– To nic ważnego – powiedział. – Harry Gardener. Jestem tutaj nowy.

Uścisk dłoni miał silny i zdecydowany, ale niezagrażający.

– Alice May – przedstawiła się. – Widziałam cię.

– Chodzę i się przedstawiam – wyjaśnił. – Młodszy attaché handlowy. – Po czym, żartując z oczywistej przykrywki, lekko przewrócił oczami w sposób, który uznała za dosyć ujmujący.

– Młodsza attaché kulturalna – powiedziała, wskazując gestem pomieszczenie. – Witaj w moim świecie.

– Przepraszam, że ci przeszkodziłem. Poszedłbym dalej, gdybym słyszał, że rozmawiasz.

Pierwsza zasada kłamania: nie oferuj żadnych informacji.

– Nic nie szkodzi. Aklimatyzujesz się?

– Taa. – Wskazał krzesło dla gości w rogu pokoju. – Mogę?

– Oczywiście.

Przysunął je do jej biurka i usiadł. Teraz, gdy Alice mogła dobrze mu się przyjrzeć, widziała, że z pewnością nie miał czternastu lat. Ale jeśli miał trzydzieści, to wyglądał bardzo dobrze. Orientujesz się, że się starzejesz, kiedy szpiedzy są młodsi od ciebie.

– Prawdę mówiąc, to moja pierwsza placówka – poinformował ją.

Alice uniosła brew.

– Prosto ze szkoły dla szpiegów?

Harry zachichotał.

– Staramy się nie używać słowa na „s”. Nasuwa ludziom błędne skojarzenia.

– „Szkoła”?

Roześmiał się. Był średniego wzrostu, dobrze zbudowany i całkiem przystojny, ale strasznie rozczochrany. Alice czuła irracjonalną potrzebę uczesania go.

– Właściwie nie widziałem głównego attaché, powinienem mu się przedstawić.

– Estonia to mały kraj, ale bardzo kulturalny – stwierdziła. – Pan Revington jest zawsze zajęty.

– A twoi koledzy…

– Powiem im, że wpadłeś. Przekażę wyrazy uszanowania.

Przez chwilę siedzieli, patrząc na siebie. Potem Harry powiedział:

– Cóż, jeszcze raz przepraszam, że ci przeszkodziłem.

– Nie ma sprawy. Prawdę mówiąc, przez następnych parę godzin nie mam co robić. Masz ochotę dokądś pójść i przekąsić coś na lunch?

Mrugnął, patrząc na nią, a jej przemknęło przez głowę, że go zaskoczyła. W istocie przez ułamek sekundy zdawało się, że Harry się zarumieni. Nadal to masz, dziewczyno.

Potem wziął się w garść.

– Nie, dzięki. – Wstał. – Mam robotę. Może innym razem. – Ponownie wyciągnął rękę. – Miło było cię poznać, Alice.

Uścisnęła mu dłoń.

– Wzajemnie.

Po jego wyjściu siedziała przez chwilę, wpatrywała się w drzwi i zastanawiała, co to wszystko miało znaczyć, do diabła. Nie sądziła, żeby szpiedzy chodzili wkoło i przedstawiali się ludziom. Malcolm z pewnością tego nie zrobił; widywała go wędrującego po ambasadzie niemal przez rok, zanim zapytała Selinę, kto to jest.

Przekonała się, że nadal ściska w garści kartę SIM i zmiętą folię. Położyła je na blacie obok telefonu i popatrzyła na przedmioty. Włączyła komórkę, stuknęła w ikonę aplikacji i spojrzała na wiadomość. Westchnęła w duchu, tak że absolutnie nikt nie mógł tego usłyszeć.

Polsloe wtargnął w jej życie niemal dwa lata temu za sprawą szeregu maili od reżysera filmu. Przechowywała je wszystkie, łącznie z tym, w którym napisał: „Włączam w to mojego asystenta, Andy’ego Polsloego”, a Polsloe odpowiedział *machającą łapką*.

Mieszkał wtedy w Los Angeles, ale pochodził z Christchurch w Nowej Zelandii, jego rodzinny dom został zniszczony przez ostatnie wielkie trzęsienie ziemi. Z początku omawiali wyłącznie sprawy biznesowe – niekończące się szukanie dziury w całym, dotyczące plenerów na długi czas kręcenia w Estonii – i okazał się bystry, czarujący i bardzo, bardzo mądry, ale nigdy nie traktował jej z góry. Brał ją poważnie, cenił sobie jej rady, zadawał odpowiednie pytania.

Zaczęli coraz częściej rozmawiać o sprawach pozabiznesowych. Po niezmiernie długim okresie stosowania gróźb Kalifornia usiłowała pójść w ślady Teksasu i przeprowadzić secesję, dyskutowali o tym, porównując tamtejszą sytuację ze stopniową atomizacją niegdysiejszej Unii Europejskiej. Zaczęła wyczekiwać nowego maila w swojej skrzynce odbiorczej.

Zaczęły wkradać się sprawy osobiste. Dziewczyna Polsloego, Selma, była poetką i pijaczką. Wspomniał przelotnie o kłótni, którą odbyli. Alice wspomniała o Robie. Żartowali na temat skojarzenia ze sobą Roba i Selmy, pary poetów.

Teraz przenieśli wymianę prywatnych wiadomości do komunikatora. Zaczęła wyglądać tych pogawędek o życiu w Tallinie i LA. Pewnego wieczoru zwierzyła się, że miała szczególnie ciężki dzień, on zapytał, co się stało, a ona przekonała się, że właściwie, choć nie zamierzała tego robić, otwiera przed nim duszę.

Opowiedziała mu o wszystkim, o rzeczach, których nie wyznała nawet rodzicom: o Robie, o tym, w jaki sposób ją traktował i nadal traktuje. Kiedy wysłała wiadomość, nastąpiła długa przerwa, aż nabrała przekonania, że w jakiś sposób go obraziła i wystraszyła. A potem przysłał emotikon *trzymam cię za rękę*.

Z powodów zagubionych w pamięci zamglonej oparami alkoholu lokal został nazwany „Dupokształtny Kot”. Znajdował się dokładnie po drugiej stronie Raekoja plats, placu Ratuszowego, wokół którego wieczorem panował przerażający ruch, więc po prostu szybciej było przeprowadzić Luke’a i Wally’ego pieszo z Palace przez tłumy turystów, ludzi na zakupach oraz wracających z pracy lub idących coś zjeść. Bodfish wyspali się, wykąpali i włożyli świeży dżins, ale nie byli bardziej elokwentni niż rano.

– W mieście prowadzi się dużo remontów ulic wokół placu – wyjaśniła im po drodze. – Jak to Estończycy, postanowili zrobić wszystko naraz, więc w ciągu dnia jest tylko jedna godzina, kiedy szybciej się jedzie. Poza tym to niedaleko.

Luke chrząknął. Wally nie dał żadnego znaku, że w ogóle słuchał. Alice się poddała. Normalnie zabawiłaby się w przewodniczkę turystyczną, wskazała to czy tamto, przekazała odrobinę informacji na temat historii i folkloru, ale to był denerwujący dzień, Selina nie pojawiła się ponownie w pracy, a jeśli Bodfish nic nie interesowało, to się nie wysilała.

Próbowała dodzwonić się do koleżanki, ale połączenie było przerzucane do poczty głosowej. Tak samo u jej partnerki. Nie wiedząc, co robić, Alice przez całe popołudnie zajmowała się papierkową robotą. W pewnym momencie zamieniła karty SIM w telefonie, ponownie przeczytała ostatnią wiadomość, po czym przełożyła karty. Tim pokręcił się przez jakieś pół godziny, powęszył trochę, potem wyszedł, nie pytając, gdzie jest Selina, co przynajmniej oszczędziło Alice konieczności wymyślania jakiejś wymówki.

Na przekór swojej nazwie „Dupokształtny Kot” był dosyć miłym staroświeckim pubem folkowym mieszczącym się w piwnicy, do której schodziło się po kamiennych schodach obok folklorystycznej księgarenki. Były to dwa duże, łukowo sklepione pomieszczenia; w większym stały drewniane stoły piknikowe, przypominające te w parkach. Menu było krótkie, wybór piw nieco większy, a kiedy Alice i Bodfish się zjawili, pub był pełny.

– Cóż, wygląda optymistycznie – stwierdziła.

Wally i Luke tylko rozejrzeli się po barze.

Alice spostrzegła po drugiej stronie pomieszczenia Mari i pomachała ręką nad głową, żeby zwrócić jej uwagę.

– Wally, Luke, to jest Mari – powiedziała, kiedy kobieta do nich podeszła. – Jest właścicielką pubu. Mari, to są Bodfish.

Mari miała popielatoblond włosy, była wysoka, w dżinsach i bardzo starym T-shircie Young ‘Uns.

– Wspaniale was poznać. – Mari potrząsnęła dłońmi członków zespołu Bodfish. – Od wieków jestem waszą fanką. Witajcie w Tallinie.

Luke coś mruknął. Wally gapił się na nią.

Nastąpiła chwila niezręcznego milczenia, kiedy Mari to przyswajała, a potem wzięła się w garść i powiedziała:

– Na zapleczu jest pokój, w którym możecie zostawić swoje graty. Tymczasem mogę zaproponować wam coś do picia?

Patrząc na nią, Wally i Luke mrugnęli jednocześnie i powoli.

– Dobra – stwierdziła Mari, nieco rozpaczliwie machając do jednej z pracownic. – Zatem Francis zaprowadzi was do „garderoby”, a ja zostanę tutaj chwilę, żeby pogadać, dobra?