Europa w zimieTekst

Z serii: s-f
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


O EUROPIE JESIENIĄ

„To powieść szpiegowska, jednak osadzona w solidnym i arcyciekawym sztafażu fantastycznym, który czyni sam cykl jedną z najbardziej interesujących serii SF ostatnich lat (…). Europa jesienią to znakomity wstęp do opowieści, ale też opowieść sama w sobie. Owszem, pozostawia niedosyt w finale, gdyż tak zajmująca kreacja nie powinna się kończyć tak szybko. Jest też znakomitym punktem wyjścia do kolejnych części, stanowiąc jednocześnie jedną z najlepszych powieści SF ostatnich lat, przykuwającą uwagę swą oryginalnością. Cykl „Pęknięta Europa” to jedna z najlepszych rzeczy, jakie ukazały się na polskim rynku wydawniczym w tym roku”. Dzikabanda.pl

„Jedna z najbardziej wyjątkowych powieści SF tej dekady”. „LA Review of Books”

„Gdy Hutchinson rozpoczynał cykl pierwszym tomem Europa jesienią, nikt nie myślał jeszcze o Brexicie. Ale książka dokładnie oddaje mieszankę samolubności, chciwości, paranoi i ignorancji, która przyczyniła się do pierwszego pęknięcia europejskiego projektu”. „Locus”

„Intrygująca powieść będąca połączeniem kryminału i powieści szpiegowskiej, która długo wodzi czytelnika za nos, by finalnie zdradzić stosunkowo niewiele – ot tyle, by zaostrzyć apetyt na kontynuację (…) osoby ceniące oryginalność wizji i mnogość wątków powinny być usatysfakcjonowane”. Tymoteusz Wronka, naekranie.pl

O EUROPIE O PÓŁNOCY

„Drugim tomem cyklu «Pęknięta Europa» Hutchinson umacnia mnie w przekonaniu, że jego kreacja jest jedną z najoryginalniejszych wizji Europy, jakie wykreowała dotychczas światowa fantastyka. (…) Polecam wszystkim, którzy szukają powieści sprawnie napisanych, nieszablonowych, balansujących pomiędzy lekką nutką ironii a powagą oraz dających punkt wyjścia do przemyśleń na temat kondycji współczesnego, otaczającego nas świata. Rzadko się zdarza, że powieść rozrywkowa, z dynamiczną akcją i nietuzinkowymi bohaterami jednocześnie potrafi przemycać między wierszami tyle ważkich tematów”. Dzikabanda.pl

„Sugestywna proza autora, jego świetna znajomość Europy Wschodniej i jego fuzja Kafki z Lenem Deightonem tworzą czarującą powieść o intrydze i paranoi”. „The Guardian”

„Mapa Europy została przerysowana, a kartografowie wciąż pracują… dla tych, którzy chcieliby sobie wykroić własne królestwa, największym darem w wizji przyszłości Dave’a Hutchinsona jest możliwość przekraczania granic”. StrangeHorizons

„Intrygujący świat, charyzmatyczne postacie (…) Europa o północy, jak jej poprzedniczka Europa jesienią, jest pulsującą, energetyczną literaturą najwyższej próby”. „LA Review of Books”

„Pozycja mądra, niebanalna, wprowadzająca dużo świeżości do obecnej literatury”. Ostatniatawerna.pl

„Powieść Hutchinsona to kawał dobrze napisanej prozy, która fascynuje i wciąga. Fascynuje swoją wizją i wciąga do świata, w którym nic nie jest takie, jakie powinno być. Autor kreśli mocną intrygę, ukazując obraz klasycznego działania służb, ale w świecie, którego nie da się podciągnąć pod żadne reguły”. Kulturacja.pl

CZĘŚĆ PIERWSZA

EKSPRES
TRANSEUROPEJSKI
1

Niemal spóźnili się na pociąg. Od początku planowali przybycie krótko przed odjazdem, żeby Amanda spędziła na nogach jak najmniej czasu, ale na place de la Concorde odbywał się mityng i wszystkie prowadzące do niego ulice były zablokowane.

– Co to jest, do diabła? – mruknął William, który kierował autem.

– Manifestanci antyunijni – wyjaśnił Kenneth, czytając transparenty niesione przez tłumy przelewające się między samochodami.

– No cóż, najwyraźniej Bogu nie jest obca ironia – mruknęła Amanda z tylnego siedzenia, poruszając się z powodu odczuwanego dyskomfortu.

William obejrzał się na nią.

– Jak się czujesz?

– W porządku – odparła. – Nie przejmuj się mną. Możemy pojechać inną drogą?

Siedzieli w samochodzie, który Francuzi przezwali la rage, wściekłość; zasadniczo było to coś w rodzaju groźby, czarnej, średniowiecznej fortecy uzbrojonej w orurowania, reflektory i zabezpieczenia antykradzieżowe. Kenneth chciał czegoś mniej rzucającego się w oczy, ale William powiedział, że paryscy kierowcy respektują jedynie argument siły. Pojazd miał jedną oczywistą wadę; chociaż jego systemy obronne mogły przyprawić o atak padaczki i krwawienie z odbytu każdego głupca, który próbowałby go ukraść lub zaatakować, to był zbyt wielki, żeby mógł przejechać węższymi arteriami Paryża.

– Utknęliśmy – stwierdził William, obracając się na boki, żeby wyjrzeć przez okna; trzymał palec nad wyświetlaczem w desce rozdzielczej, gdzie widniała ikona, której dotknięcie mogło wysłać impuls elektryczny o napięciu dziesięciu tysięcy wolt do karoserii auta, na którą wpadali manifestanci, przepychając się między rzędami pojazdów.

– Nie skrzywdź nikogo – powiedział Kenneth. – Zdążymy. – Spojrzał na zegarek, a potem na Amandę. – Zdążymy – zapewnił ją.

– Głupie, pieprzone auto – powiedziała z bladym uśmiechem.

Wzruszył bezradnie ramionami i obrócił się z powrotem na siedzeniu, żeby spojrzeć przez przednią szybę. Z tego punktu obserwacyjnego widział dachy innych pojazdów, a przestrzenie między nimi były zablokowane przez protestujących, którzy dęli w gwizdki i machali animowanymi transparentami. Większość manifestantów miała na twarzach maski przeciwgazowe albo szaliki, tradycyjne wyposażenie politycznego tłumu; niektórzy byli zdecydowanie bardziej retro, zasłaniając oblicza kartonowymi podobiznami Guya Fawkesa.

– Cóż – mruknął do nikogo konkretnie.

Nie mogąc użyć bardziej aktywnego uzbrojenia – klakson miał tryb, w którym wydawał dźwięk zdolny rozbijać szyby wystawowe – William musiał zabawiać się naciskaniem co chwilę pedału gazu; niski, dudniący warkot silnika wystarczał, żeby spłoszyć na moment protestujących. Ale po chwili nawet to przestało działać. William naprawdę chciał razić prądem, użyć gazu paraliżującego, miotacza ognia lub przejechać po prostu po samochodach i ludziach dzielących ich od celu, a ponieważ żadna z tych opcji nie była mu dostępna, zadowolił się długą wiązanką francuskich i angielskich przekleństw.

W końcu zjawiła się gendarmerie. Kenneth, William i Amanda zostali uraczeni widokiem wielkich, szarych pojazdów, które przemierzały plac tam i z powrotem, polewając pianą używaną do tłumienia rozruchów protestujących, dziennikarzy i wyciągających szyje turystów, na skutek czego wielu ludzi się przewróciło i usnęło szybko, po czym zostali zgarnięci przez inne pojazdy i zwaleni, niezbyt delikatnie, na obrzeżach otwartej przestrzeni. Przypuszczalnie zaowocuje to połamanymi kośćmi, rozbitymi aparatami fotograficznymi, może nawet kilkoma zgonami, a później wieloma pozwami, roszczeniami ubezpieczeniowymi i skandalami nagłośnionymi przez agencje informacyjne, ale w tej chwili ruch drogowy został przywrócony. Co ucieszyło Williama.

– Jesteśmy spóźnieni – zauważył Kenneth.

– Zdążymy. – William dotknął ikony na desce rozdzielczej i samochód zrobił jego ulubioną sztuczkę – poza zabijaniem ludzi – przednią szybę pokrył wskaźnik refleksyjny, ukazujący mapę GPS sąsiednich ulic, tras prowadzących do ich celu oraz lokalizacji tego wszystkiego, co system ekspercki auta uznał za ewentualne zagrożenie. Zdawało się, że przed nimi rozwija się zielony chodnik, ciągnący się w dal, wyginający się obok obelisku na środku placu i znikający z pola widzenia. William nacisnął akcelerator samochodu, który ruszył gładko w stronę strumienia aut na przedzie, mijając pojazdy policyjne oraz rozchodzących się manifestantów.

Początkowa część ich podróży była swego rodzaju kością niezgody. Kenneth utrzymywał, że byłoby wskazane kierować się od ich mieszkania w Ósmej Dzielnicy wprost na północ i pojechać obwodnicą. William wyśmiał ten pomysł, mówiąc, że to wydłuża trasę o całe kilometry i że najlepiej byłoby pojechać niemal dokładnie na południe, w stronę Savigny. Ostatecznie rozstrzygające w tej sprawie okazało się to, że William był jedynym z ich trójki, który umiał prowadzić, i siedząc za kółkiem la rage, mógł zrobić w zasadzie wszystko, co chciał.

Kiedy wyjechali z ruchliwego centrum miasta, William włączył automatycznego pilota i dźwięk silnika opadł do poziomu niemal podprogowej wibracji, z którą auto wcisnęło ich w tapicerkę foteli. Przed nimi rozwijał się zielony chodnik.

Kenneth spojrzał na zegarek, a Amanda odezwała się z tylnego siedzenia:

– Zawsze możemy pojechać innym pociągiem.

Pokręcił głową. Jazda Linią nie była podobna do żadnej innej podróży koleją. Normalnie nie musiało się na przykład uzyskiwać czasowego obywatelstwa kompanii, która obsługiwała Linię w Eurotunelu. Gdyby spóźnili się na ten pociąg, to być może nie mogliby pojechać przed Wiosną, a on nie mógł przeprowadzać jej ponownie przez to wszystko. Zerknął na Williama, który skinął nieznacznie głową ku dołowi przedniej szyby, gdzie drobne cyferki wskazywały, że jadą już z prędkością dopuszczalną na tej drodze. Francuzi mieli oddział drogówki złożony ze szczególnie upierdliwych policjantów, zwanych guêpes, osami, ze względu na ich czarno-żółte kamizelki kuloodporne, którzy jeździli na potężnych motocyklach z silnikami o pojemności trzech tysięcy centymetrów sześciennych i byli uzbrojeni w karabiny szturmowe. Nikt o zdrowych zmysłach nie szukał z nimi zaczepki. Kenneth wzruszył ramionami.

 

Sama Linia nie przebiegała blisko Paryża; zakres wyburzeń niezbędnych do jej przeprowadzenia byłby dewastujący. Rozstaw szyn był odmienny od wszystkich innych w Europie, żeby zapobiec wykorzystywaniu trasy przez inne spółki kolejowe, co oznaczało jednocześnie, że gdziekolwiek chciano poprowadzić Linię, wymagało to kładzenia nowych torów; nie mogła dzielić infrastruktury z narodami, państwami, księstwami, sandżakami, hrabstwami i gminami, przez które przebiegała. W przypadku Paryża długi okres konsultacji towarzyszył negocjacjom związanym z powstaniem ambasady Linii. Odbywały się protesty, rozruchy i strajki okupacyjne wszędzie tam, gdzie rząd proponował przyznanie terenu, i w końcu Savigny-sur-Orge zostało wybrane po prostu dlatego, że natężenie protestów społecznych było tam nieznacznie mniejsze niż gdziekolwiek indziej. We Francji panowało powszechne przekonanie, że Savigny uszczęśliwiono ambasadą Linii, gdyż jego mieszkańcy nie sprzeciwiali się temu wystarczająco mocno.

Francja była wyzwaniem dla Linii. Wszędzie indziej, gdzie przebiegała, miasta i państwa-miasta domagały się głośno lokalnych odgałęzień kolejowych, konsulatów i ambasad; w posiadaniu połączenia z Linią krył się pewien – nieuzasadniony – prestiż. Jednak we Francji Linia była generalnie niemile widziana i Transeuropejska Spółka Kolejowa stanęła wobec konieczności radzenia sobie z wojującymi architektami, obrońcami przyrody, ekoterrorystami, terrorystami politycznymi różnych maści, politykami, ciężkozbrojnymi rolnikami, francuskim wojskiem, lotnictwem i setkami tysięcy wkurzonych właścicieli nieruchomości. Linia rozwiązała ten problem w taki sam sposób, w jaki dawała sobie radę ze wszystkimi kłopotami, które napotykała w trakcie dziesięcioleci swojego upartego pełznięcia przez kontynent. Parła po prostu przed siebie i przeciwnicy w końcu się poddawali. Linia sfastrygowała ze sobą przeciwległe granice Francji, a w swoim czasie lokalna odnoga skręciła w stronę tego, co w geście kapitulacji Francuzi zaczęli nazywać Paryż-Savigny.

Linia zalecała, żeby wszyscy pasażerowie przybywali co najmniej dwie godziny przed odjazdem pociągu, co pozwalało na przeprowadzenie kontroli bezpieczeństwa i dokumentów. W praktyce skutkowało to zawsze gnaniem na ostatnią chwilę przed otwarciem bramek na pokład i kiedy Kenneth, Amanda i William przybyli na teren ambasady, stała tam długa kolejka ludzi czekających na możliwość przejścia.

Musieli zaparkować poza terenem kompleksu, gdyż Linia nie zezwalała obcym pojazdom na wjazd na swój teren, i znaleźć konsjerża, który zjawiłby się ze zmotoryzowanym wózkiem dla Amandy, ale potem wszystko poszło zgodnie z planem.

William nie miał wizy, więc musieli rozstać się przy wejściu i nagle wydarzenia poranka zdały się rozpływać, a oni stali tam, skrępowani, niezdolni do wymyślenia czegoś, co mogliby sobie powiedzieć. Zdecydowali się na objęcia, a potem William się odwrócił i skierował na parking, nie oglądając się za siebie.

Kenneth spojrzał na żonę. Siedziała niewygodnie w fotelu na kółkach, obejmując ciężarny brzuch, twarz miała bladą.

– Niebawem wsiądziemy – pocieszył ją.

– Trzeba dziesięciu minut na odprawienie jednego pasażera – powiedziała, uśmiechając się słabo. – Przyjęcie bagażu, kontrola bezpieczeństwa, dokumentów, kolejna kontrola. Mogą odprawiać stu podróżnych naraz. Każdy pociąg mieści tysiąc pięciuset pasażerów.

Wyciągnął rękę i uścisnął ramię Amandy.

– Wiem – powiedział. – Wiem.

– Dwie i pół godziny na to, żeby wszyscy wsiedli do pociągu – kontynuowała spokojnie. – I to jeśli wszystko pójdzie gładko, co nigdy się nie zdarza, bo pasażerowie zapominają dokumentów, ich telefony aktywują skanery bezpieczeństwa, a perfumy detektory materiałów wybuchowych, albo po prostu ludzie wdają się w sprzeczki z urzędnikami z powodu każdej dupereli, jaka ich spotyka.

– Jesteśmy w kolejce dla uprzywilejowanych – przypomniał jej.

– Kolejny wydatek – stwierdziła. – To kosztuje fortunę.

– Jeszcze tylko kilka minut – zapewnił ją.

Sięgnęła w górę i ujęła jego dłoń.

– Kocham cię – powiedziała.

Ścisnął jej rękę i spojrzał na kolejki ludzi czekających na przejście przez kontrolę przy wsiadaniu. Zaświtało mu nagle, że to nie są ludzie przywykli do stania w kolejkach. Mało który z nich – w istocie nikt, uznał, przyglądając się tłumowi – był przedstawicielem klasy robotniczej czy choćby wyższej klasy średniej. Były tam futra i sakwojaże Louisa Vuittona, kaszmirowe płaszcze narzucone na ramiona jak peleryny, dzieci w okularach przeciwsłonecznych, które kosztowały więcej, niż wynosiło roczne wynagrodzenie przeciętnego robotnika w zakładach Renault. Małą grupkę – napakowanego ojca o ogolonej głowie i z drogą bransoletą na nadgarstku, szczupłą kobietę z dziecięcym wózkiem zaprojektowanym przez tych samych ludzi, którzy tworzyli bolidy Formuły 1, oraz trzy karki, które niemal na pewno były gorylami – oznaczył jako mafiye.

Wydało mu się, że w środku innej grupy pasażerów mignęła mu niemiecka aktorka o nie najlepszej sławie. Linia była nie tyle środkiem transportu, ile raczej wyborem stylu życia. On i Amanda wyglądali odpowiednio, ale ich ubrania były tanimi podróbkami, a bagaże bootlegami klasycznych wyrobów Swaine Adeney Brigg.

Linii nie obchodziło, co noszą jej pasażerowie. Jej francuska ambasada była zakazanym czteropiętrowym, szarym sześcianem stojącym w samym środku kompleksu, jej trzy górne poziomy znaczyły wysokie, wąskie okna, a dach przystrajały maszty radiostacji i talerze anten satelitarnych. Z boku stał budynek wyglądający na mały podmiejski hotel i to w nim znikały kolejki pasażerów kierowanych przez służbę bezpieczeństwa Linii, w liberiach i pod bronią.

Amanda rozmawiała przez telefon.

– Tak – powiedziała. – Czekamy, żeby wsiąść do pociągu. Bardzo, tak. Jakoś pojutrze. Wieczorem, jak sądzę.

Mieszkali w Paryżu od pięciu lat. Amanda miała własną firmę designerską, produkującą krótkie serie T-shirtów z sitodrukowymi wzorami z okazji premier filmowych i teatralnych. Przebywali w stolicy wystarczająco długo, pomyślał Kenneth, żeby złapać nastrój i rytm miasta. Uważał wcześniej, że pomijając oczywiste wyróżniki architektoniczne, klimat i język, wszystkie miasta europejskie są mniej więcej takie same, ale Paryż udowodnił mu, że się mylił. Był odmienny od wszelkich innych miejsc, w jakich kiedykolwiek przebywał.

– O czym myślisz? – zapytała Amanda. Skończyła rozmowę i schowała telefon do kieszeni.

Uśmiechnął się i pokręcił głową.

– O niczym szczególnym. Z kim rozmawiałaś?

– Z biurem. – Martwiła się, jak jej firma poradzi sobie bez niej, mimo że jej asystentka, Marie-France, mogła znakomicie kierować sprawami podczas jej nieobecności. – Chodzi o Ługańsk.

Na przekór nazwie Ługańsk był stadionową rockową kapelą oldboyów z Leicesteru w środkowej Anglii. Amanda próbowała rozszerzyć zakres działania firmy o koncertowe towary z wyższej półki.

– Myślałem, że wszystko zostało załatwione – powiedział Kenneth.

Wzruszyła ramionami.

– To nic takiego. Kilka ostatnich szczegółów. Naradzę się z Marie-France i ich menedżerem handlowym, kiedy wsiądziemy do pociągu.

– Nie powinnaś się przemęczać – stwierdził.

Zbyła to machnięciem dłoni.

– Kwadrans w przestrzeni konferencyjnej. Nie będę nawet musiała stać. Najwyżej pół godziny.

Kolejka przesunęła się kilka metrów do przodu i zamarła ponownie. Znajdowali się tuż przed otwartymi szklanymi drzwiami hali odjazdów.

– Sądzisz, że William da sobie radę? – zapytała Amanda. – Sam?

– Tak – odparł. Omawiał bez końca sprawy z Williamem; był pewien, jak tylko można w ogóle mieć jakąś pewność, że wszystko pójdzie gładko. Odkładając na bok mordercze skłonności, William był rzetelnym, godnym zaufania facetem. Silnym punktem grupy.

– Chyba nie powinnam się o niego martwić – powiedziała Amanda. – Ale jednak…

Kolejka ruszyła ponownie i weszli do hali odjazdów, a potem obok nich znalazł się elegancko ubrany Marokańczyk z tabletem pod pachą; mała plakietka na kieszeni napierśnej marynarki identyfikowała go jako Étienne’a. Wymruczał usprawiedliwienia po angielsku, niemal bez akcentu.

– Pani Pennington, panie Pennington – powiedział. – Strasznie przepraszam. Nie powinni byli państwo stać w kolejce. Proszę przyjąć moje najbardziej uniżone przeprosiny w imieniu Transeuropejskiej Spółki Kolejowej.

– Spodziewaliśmy się tego – odparł Kenneth spokojnie. – Wszyscy muszą czekać.

– Ale stan pani Pennington… – Étienne pokręcił głową. – Niewybaczalne. Przyrzekam państwu, że odpowiedzialny za to personel zostanie ukarany.

– Nie chcemy, żeby ktokolwiek miał przez nas kłopoty – zaprotestowała Amanda.

Étienne pokręcił ponownie głową.

– Madame – odezwał się z powagą większą, niż wskazywał na to jego wiek – nie traktujemy w ten sposób naszych obywateli.

Prowadzili rozmowę ściszonymi głosami, ale mimo to zaczęli zwracać uwagę otaczających ich pasażerów.

– Co więc mamy zrobić? – zapytał Kenneth.

– Proszę – powiedział Étienne. – Proszę za mną.

– Och, nie ma potrzeby – zaoponowała Amanda. – Proszę spojrzeć, jesteśmy teraz niemal na samym początku kolejki.

– Pani Pennington – powiedział Étienne, wyciągając ręce. – Nalegam. Chociaż tyle mogę zrobić.

Amanda wymieniła spojrzenia z Kennethem, który skinął nieznacznie głową.

– Prowadź zatem, Étienne – rzuciła Amanda na tyle donośnie, żeby jej głos dał się słyszeć, gdy podążając za Marokańczykiem, wyjeżdżała z kolejki wózkiem, którego koła szumiały cicho na odpornej wykładzinie dywanowej.

Étienne poprowadził ich w stronę stanowisk kontroli bezpieczeństwa, a potem skręcił gwałtownie i otworzył drzwi na końcu pomieszczenia. Za nimi znajdował się prosty służbowy korytarz zakończony kolejnymi drzwiami, a kiedy przeszli przez nie, przekonali się, że ominęli stanowiska kontroli bezpieczeństwa i dokumentów. Étienne wprowadził ich do małego bocznego pokoju, w którym kobieta w niebiesko-srebrnym uniformie siedziała obok przenośnego skanera.

– Rozumiecie państwo – odezwał się Étienne. – Nadal musicie się poddać normalnym procedurom.

– Oczywiście – przystał Kenneth, czując się nagle schwytany w pułapkę. Plan polegał na tym, żeby przejść przez kontrolę bezpieczeństwa wraz z innymi pasażerami. Było późno, personel byłby pod presją szybkiego odprawienia wszystkich oczekujących, pracownicy widzieliby kolejkę podróżnych ciągnącą się do drzwi hali odjazdów i wiedzieliby, że mają nadal mnóstwo roboty. Śpieszyliby się, byliby niedbali. Tutaj znajdowali się tylko oni, Étienne oraz młoda kobieta w eleganckim mundurze, która miała cały czas świata. Spojrzał na Amandę i zapytał: – Panie przodem?

Jeśli Amanda była zdenerwowana, to tego nie okazywała. Podjechała wózkiem do skanera i czekała cierpliwie, podczas gdy młoda kobieta, której plakietka informowała, że ma na imię Claudine, przygotowywała urządzenie. Claudine była równie przepraszająca i skuteczna jak Étienne, ale wymieniła z Amandą niewiele słów – jej angielski był niemal równie dobry jak Étienne’a – a w pewnej chwili Amanda wyciągnęła rękę i oparła dłoń na przedramieniu dziewczyny i Kenneth pojął, że wszystko będzie w porządku.

W pewnym momencie procedury Claudine podniosła wzrok znad odczytów skanera i powiedziała:

– Madame, tam jest… – Dotknęła jej brzucha.

– To zdalny monitor serca płodu – wyjaśniła Amanda. – Wcześniej były pewne problemy. Dzięki niemu mój lekarz może obserwować sytuację.

– Teraz nie ma już kłopotów? – zapytała dziewczyna ze szczerą troską.

Amanda pokręciła głową.

– Postanowiliśmy jednak zostawić urządzenie monitorujące aż do narodzin dziecka.

Claudine skinęła głową.

– Z moją siostrą było tak samo – stwierdziła.

– Ale z dzieckiem wszystko w porządku?

– Dziecko? Właśnie zaczął chodzić do szkoły. Zdrowy jak koń.

Stojący cicho w kącie Étienne, który posługiwał się swoim tabletem, żeby ich odprawić, podniósł nagle wzrok, ale nic nie powiedział.

– To dobrze – rzekła Amanda z uśmiechem. – Cieszę się.

Claudine rozpromieniła się i poklepała ją po ramieniu.

– Załatwione. – Spojrzała na Kennetha. – Teraz pan.

Kenneth także przeszedł kontrolę bezpieczeństwa, a kiedy Claudine składała skaner, przewodnictwo objął ponownie Étienne, wyprowadził ich z pokoju, powiódł innym korytarzem i przez kolejne drzwi, nagle znaleźli się na peronie i oto stał przed nimi: lśniący, srebrno-niebieski ekspres Paryż–Nowosybirsk, wszystkie siedemdziesiąt wagonów, pławiący się we wczesnopopołudniowym słońcu.

 

– Pozwoliłem sobie – odezwał się Étienne, przywołując skinieniem bagażowego w liberii – dać państwu kuszetkę w wyższej klasie.

– To nie było konieczne – powiedział Kenneth. – Naprawdę.

Amanda wyciągnęła rękę i dotknęła jego ramienia.

– Kochanie. – Potem zwróciła się do Étienne’a: – To bardzo miło z pańskiej strony. Przykro mi, że przysporzyliśmy panu tylu kłopotów.

– Absolutnie żadnych – zapewnił Étienne, zwracając Kennethowi ich dokumenty. – To była przyjemność poznać państwa i mam nadzieję, że będziecie mieli przyjemną podróż.

Odwrócił się i odszedł peronem, bez wątpienia po to, żeby gasić jakiś inny pożar. Kenneth obserwował go, wiedząc, że życie młodego człowieka miało właśnie stać się interesujące na wiele sposobów, których przypuszczalnie nie mógł sobie nawet wyobrazić. Potem podążył za Amandą i bagażowym wzdłuż pociągu do miejsca, gdzie przygotowano rampę, po której fotel na kółkach mógł wjechać do wagonu.

Zmiana przez Étienne’a klasy kuszetki okazała się przypominać z grubsza przesiadkę z dwupłatowca z okresu pierwszej wojny światowej do concorde’a. Zabukowali najtańszy przedział sypialny, na jaki mogli sobie pozwolić, ciasną kuszetkę z kojami i wieloma udogodnieniami oszczędzającymi miejsce. Przedział, do którego ich wprowadzono, przypominał prywatną kajutę na statku.

– Tu jest łóżko – powiedziała Amanda z szerokim uśmiechem.

Znaleźli się najwyraźniej w strefie oligarchów. Nieco dalej w głębi korytarza Kenneth zauważył rodzinę mafiye, która wchodziła do swojego przedziału.

– I prysznic – stwierdził, zaglądając przez otwarte drzwi.

– Dzięki Bogu – powiedziała, wstając z wózka. – Naprawdę muszę skorzystać z toalety.

Weszła do łazienki i zamknęła za sobą drzwi, pozostawiając Kennethowi obowiązek dania napiwku bagażowemu, który złożył fotel na kółkach, wsunął go do szafki i wyszedł.

Kenneth obszedł przedział. Było niewiarygodne, że tak bardzo podniesiono im standard podróży, a jeśli coś było niewiarygodne, to także podejrzane. Wyjął telefon z kieszeni marynarki, włączył aplikację sprawdzającą obecność urządzeń podsłuchowych w pomieszczeniu i zostawił komórkę na szafce nocnej. Na łóżku znajdował się kosz z owocami, czekoladkami, dodatkowymi kosmetykami, butelką atrakcyjnie wyglądającego cabernetu i dwoma kieliszkami do wina zapakowanymi podciśnieniowo w folię. Podniósł je, odwrócił do góry dnem i odłożył z powrotem.

Kabinę tworzyły cztery połączone przedziały kuszetkowe. Na końcu znajdował się aneks kuchenny i miejsce do jedzenia, pośrodku salonik z zestawem medialnym, stolikiem do kawy i małą sofą. Zajrzał do szafek kuchennych, znalazł w nich podstawowe przybory do gotowania. W kredensie kryła się mała lodówka, a w niej opakowania wędliny i sera w plasterkach. W szufladzie znalazł korkociąg, który zabrał do sypialni i otworzył nim butelkę wina, po czym odstawił ją na stolik nocny, żeby trunek oddychał. Telefon nadal skanował kabinę, ale aplikacja niczego jeszcze nie znalazła.

Otworzyły się drzwi łazienki. Amanda ujrzała, że Kenneth siedzi na łóżku, podeszła i usiadła obok niego. Podniosła jego dłoń i przytuliła do swojego policzka. Żadne z nich nie powiedziało ani słowa.

Linię budowano przez dziesięciolecia. Początkowo aspirowała do postaci prostej kreski pociągniętej przez Europę i Azję, od atlantyckiego wybrzeża Hiszpanii do Przylądka Dieżniowa naprzeciwko Alaski, leżącej po drugiej stronie Cieśniny Beringa. Geografia i zwykły pragmatyzm podpowiadały, że to się nigdy nie uda, i Linia biegła przez kontynent meandrami i zakosami. Tylko jeden pociąg rocznie pokonywał całą trasę – popularną wśród turystów, studentów z bogatych rodzin, którzy robili sobie roczną przerwę przed rozpoczęciem nauki na uczelni, oraz miłośników kolei, którzy przez dziesięć lat oszczędzali na bilet. Pozostałe rozkładowe kursy odbywały się co tydzień lub co miesiąc, wielkie pociągi przemierzały kontynent z prędkością do dwustu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę, po czym odbijały od głównej trasy, żeby lokalnymi liniami dotrzeć do celu podróży.

Ekspres Paryż–Nowosybirsk jeździł dwa razy w miesiącu, w obie strony. Stolica Republiki Syberii przemieniła się w potęgę finansową rywalizującą z Szanghajem, w prawdziwie światowego gracza, a według podania Amandy i Kennetha o tymczasowe obywatelstwo Linii podróżowali oni w celu spotkania się z grupą menedżerów funduszu hedgingowego, którzy byli skłonni zainwestować w firmę Amandy. Syberyjscy biznesmeni nalegali na osobiste stawiennictwo; w ważnych sprawach woleli spotkania twarzą w twarz, a nie telekonferencje. Z Paryża to był dziewięciogodzinny lot, czemu sprzeciwiał się lekarz Amandy, a samochód nie wchodził w grę. Co pozostawiało do wyboru jazdę kolejami państwowymi różnych krajów, niemal niemożliwą z powodu ogromnych opóźnień na granicach, albo trzydniową podróż Linią.

Pociąg wyjechał z Savigny o czasie, do wtóru cichej wibracji silników. Mówiło się, chociaż nikt nie był jeszcze w stanie tego potwierdzić, że pociągi Linii są napędzane przez reaktory zimnej fuzji, mimo że technologia ta była nadal w powijakach. Pociąg jechał z Savigny linią lokalną, ze stałą prędkością siedemdziesięciu kilometrów na godzinę, pochylił się na długim zakręcie, wjeżdżając na Linię Wschód–Zachód, po czym przyśpieszył gładko do pełnej prędkości.

Zanim jeszcze wyjechali z Francji, Amanda nałożyła okulary, wybrała numer na swoim tablecie i wdała się w długą i najwyraźniej nudną konferencję z Marie-France w Paryżu, menedżerem handlowym Ługańska w Londynie oraz z co najmniej dwoma członkami zespołu przebywającymi przypuszczalnie w jakimś karaibskim raju podatkowym. Kenneth słyszał jedynie jej słowa. Zerkając na tablet na stoliku do kawy w saloniku, ujrzał dwuwymiarowy obraz przestrzeni konferencyjnej, z której korzystała Amanda oraz pozostali interlokutorzy. Była to pospolita sala posiedzeń, w której podobizny pozostałych rozmówców znajdowały się na końcu wąskiego stołu konferencyjnego; perspektywa sprawiała dziwne wrażenie, ale przez swoje okulary Amanda widziała wszystko trójwymiarowo.

Zostawił ją z tym i podszedł do okna. Nie żeby było tam wiele do oglądania. Podwójne tory Linii biegły w Europie między wysokimi ogrodzeniami oddalonymi od siebie o jakiś kilometr. Przestrzeń między nimi była gnającym wstecz jałowym żwirem; od czasu do czasu przedzielały to bocznice kolejowe i warsztaty naprawcze. Wszelkie krajobrazy znajdowały się daleko stąd. Poszedł wziąć tusz.

Kiedy wyszedł z łazienki, Amanda nadal konferowała, gryzmoląc notatki w edytorze tekstu na tablecie i prowadząc jednocześnie rozmowę w przestrzeni konferencyjnej. Kenneth nalał sobie kieliszek wina i wyciągnął się na łóżku.

Obudził się po pewnym czasie, pusty kieliszek stał na stoliku nocnym, a Amanda siedziała obok niego na posłaniu.

– Przepraszam – powiedział, starając się usiąść prosto, oparty o zagłówek. – Zdrzemnąłem się.

– To przez stukot kół – stwierdziła. Pogłaskała go po włosach. – Zawsze przyprawia mnie o senność.

– Gdzie jesteśmy?

Spojrzała przez kajutę na mały e-papierowy ekran przyklejony na przeciwległej ścianie, obok aneksu kuchennego. Za sprawą aktualizujących się nieustannie pomiarów i w zmieniających się językach ukazywał prędkość pociągu oraz jego bieżącą pozycję.

– Sądząc z tego, nadal w Wielkich Niemczech – odparła.

Podniósł telefon i sprawdził godzinę. Apka szukająca urządzeń podsłuchowych zakończyła swoje działanie, nie znalazłszy niczego dziwnego, co nie wykluczało jednak wszystkich sposobów inwigilacji.

– Jak twoja narada?

Wzruszyła ramionami.

– Zawsze tak samo. Panikowanie i dopinanie szczegółów na ostatnią chwilę. Potrzebują po prostu dorosłego, który weźmie ich za rączkę i powie im, że wszystko będzie dobrze. Wiesz, jak jest.

Westchnął.

– Chcesz iść na kolację czy zamówić do przedziału? – zapytał.

– Może w wagonie restauracyjnym zjemy jutro – odparła z uśmiechem. – Czuję się zmęczona.

– Dobrze – zgodził się. – Wstał, podszedł do zestawu medialnego i machnięciem dłoni wywołał pociągowe menu.

Room service okazał się doskonały.