Europa o północyTekst

Z serii: s-f
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla Bogny

CZĘŚĆ PIERWSZA

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

PO
JESIENI
1

W chłodne, mgliste poranki lubiłem schodzić nad rzekę i wędkować przez jakiś czas. Nigdy niczego nie złowiłem, ale to nie było szczególnie ważne. Odprężało samo stanie na brzegu, zarzucanie wędki i obserwowanie pomarańczowego spławika unoszonego przez prąd wody. Arblaster, portier w mojej Rezydencji, zaopatrywał mnie w kanapki i termos, a ja spędzałbym tam z przyjemnością cały dzień. Niekiedy potrafiłem niemal zapomnieć o tym, co powinienem był robić.

Pewnego dnia haczyk zaczepił o coś wielkiego i opornego. Wysilałem się, żeby wyciągnąć obiekt z dna, wyobrażając sobie kłody drewna i stare rowery. Mówiono, że ten odcinek rzeki zamieszkuje ogromny szczupak liczący ze sto lat i mający niemal dwa metry długości, ale to nie była ryba. Zamiast niej pojawił się jeden z uciekinierów, kołyszący się na powierzchni wody i wzdęty z powodu procesów gnilnych; jego plecy opinał ciasno gruby płaszcz z sześcioma poszarpanymi otworami.

Kazałem bagrować ten odcinek rzeki, z którego wyciągnięto trzy kolejne ciała, wszystkie podobnie spuchnięte i tak samo podziurawione.

– Gdzieś tam powinien być rzekomo ten wielki, kurewsko stary szczupak – zwrócił się do mnie John Holden, gdy obserwowaliśmy, jak jego zespół rzuca ponownie dragę do wody.

Skinąłem głową.

– Słyszałem o tym.

– Założę się, że przepłoszyliśmy dzisiaj tego sukinsyna.

– Jeśli ma choć trochę rozumu, to jest już gdzieś indziej.

Usłyszałem mlaskanie jego woderów w błocie poniżej brzegu.

– Jest tutaj od chuja żarcia, to na pewno. Nie rozumiem, dlaczego zawracasz sobie głowę wędkowaniem w tym miejscu.

– To mi pomaga myśleć.

John ssał fajkę, obserwując swoich ludzi szamoczących się na płaskodennej łodzi. Zamontowana na rufie draga składała się z napędzanego parą kabestanu, z którego zwisał długi łańcuch. Na jego końcu znajdowała się mosiężna rama z wielkimi, tępymi, przylutowanymi na twardo hakami. John i ja staliśmy na brzegu od trzech godzin, nadzorując operację, a w tym czasie dwoje jego studentów wpadło do wody, jeden zaś musiał zostać wycofany ze służby, gdyż to, co się pojawiało na włóku, przyprawiało go nieustannie o mdłości.

– Głupie dranie – skomentował John, kręcąc głową, a ja nie wiedziałem, czy ma na myśli studentów czy też zwłoki, które wyciągaliśmy z wodorostów.

– Mogło im się udać – powiedziałem, postanawiając być wyrozumiały wobec chłopców i dziewcząt na łodzi. – Zawsze warto spróbować.

John pokręcił głową. Wyjął fajkę z ust i wskazał nią przeciwległy brzeg rzeki.

– Nawet dzieciaki wiedzą, że tutaj nie próbuje się blitzu.

Dawno temu, jeszcze przed moim urodzeniem, ktoś nazwał ten odcinek rzeki Pasem Startowym Numer Cztery, prawdziwą autostradą nieudanych ucieczek. W tym miejscu rzeka była szeroka, a nurt leniwy, łatwy do pokonania. Łąki po drugiej stronie, ukryte pod dryfującymi malowniczo poziomymi pasmami mgły, były usiane minami-pułapkami, do których usunięcia jeszcze się nie zabraliśmy. Jakieś pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt kilometrów dalej rósł las Abbotsbury, którego mapy mogły się znajdować – albo i nie – w Apokryfach i który był podobnie zaminowany. A za nim wznosiły się Góry. Z mojego gabinetu w Budynku Administracji widywałem niekiedy śnieg na ich szczytach, gdy pogoda była odpowiednia, a powietrze nadzwyczaj czyste. Tylko szaleniec porywałby się na ucieczkę Pasem Startowym Numer Cztery. Akta, które odziedziczyłem po moim poprzedniku, wskazywały jednak, że dorobiliśmy się mnóstwa szaleńców. W trakcie ostatnich dwóch dziesięcioleci życie straciło tutaj ponad siedemdziesiąt osób – czy to na łąkach, czy w lesie. Nikt nie dotarł do Gór.

– Nie rozumiem, dlaczego ciągle próbują – powiedziałem.

John spojrzał na mnie.

– Czego nie rozumiesz?

No właśnie. Przekazałem prośbę do Apokryfów i ku mojemu zaskoczeniu przed upływem miesiąca na moim biurku wylądowało cienkie streszczenie akt. Oprawione w płowożółtą okładkę z czerwonym paskiem z napisem Poufne w rogu, przedstawiało szczegółowo działania „Grupy Ucieczkowej 9”, która wykorzystała chaos Jesieni, żeby ukryć swój blitz.

To była smutna lektura. Apokryfy należało traktować z odrobiną rezerwy, ale jeśli akta były chociaż w przybliżeniu dokładne, to akcja Grupy Ucieczkowej 9 mogła być ostatnią próbą zwiania stąd. Gdyby zaczekali jeszcze kilka tygodni, mogliby się już nie trudzić, ale pamiętałem tamten okres i nie potrafiłem ich winić za to dążenie.

Odłożyłem teczkę, myśląc, że będzie stanowiła mały, smutny przypis do naszej kolektywnej Historii, ale podczas następnego spotkania Rady Chris Davenport powiedział:

– Jeśli to była Grupa Ucieczkowa 9, to co się stało z pozostałymi ośmioma?

Wszyscy spojrzeli na mnie, a ja jęknąłem w odpowiedzi i pochyliłem się tak nisko, że dotknąłem czołem blatu stołu.

– Powinieneś myśleć o tego rodzaju sprawach – powiedział mi łagodnie Rossiter.

– Tak – odparłem, siadając prosto i robiąc notatkę. – Tak, przepraszam.

– Ponieważ pozostałym ośmiu mogło się udać – ciągnął Chris, nie przejmując się, że jeszcze bardziej komplikuje mi życie, które było już wystarczająco skomplikowane.

Zrobiłem kolejną notatkę.

– Każę ponownie bagrować rzekę.

– Chodzi mi o to – mówił dalej Chris – że dlaczego mieliby się nazwać Grupą Ucieczkową 9, jeśli nie było poprzednich ośmiu?

Powiodłem wzrokiem wokół stołu. Obecni patrzyli na mnie.

– A dlaczego nie? – zapytałem słabym głosem.

Wszyscy zaczęli mówić jednocześnie, ale Rossiter podniósł dłoń, nakazując milczenie. Kiedy już zapadła cisza, spojrzał na mnie.

– Mamy tylko notatkę – powiedziałem. – Pochodzi z nieprzypisanej Historii Rezydencji. Nie wiemy, skąd się wzięli, i nie znamy ich nazwisk.

Rossiter zrozumiał, o czym mówię, i stwierdził:

– Nie.

Odłożyłem ołówek i plasnąłem dłońmi o blat przed sobą.

– Nie mogę nikogo do tego wyznaczyć, Richardzie, i nie mogę zrobić tego sam. Jestem zajęty.

– Wszyscy jesteśmy zajęci – poinformował mnie. – Mam stos memorandów od Harry’ego Poola, który chce, żeby ludzie zajęli się grypą na South Side.

– Zrobię to, gdy będę miał czas – obiecałem.

– To niewyjaśniony wątek, który przysparza nam mnóstwa różnych kłopotów – powiedział, patrząc na mnie ponad oprawkami okularów.

– Tak jest, sir.

– I przestań zwracać się do mnie „sir”.

Nie miałem czasu przejmować się Grupą Ucieczkową 9. Zawsze było zbyt dużo roboty i za każdym razem, kiedy pozwoliłem sobie na coś więcej niż przelotny kontakt z moją tacką na pocztę przychodzącą, zdawało się, że czeka na mnie jeszcze więcej pracy. Złożyłem kolejną prośbę do Apokryfów, żeby sprawdzono wszystko, co mogłoby nam przynieść jakieś informacje o składzie osobowym GU9, ale niczego nie znaleziono. Jakiś miesiąc po mojej pechowej wyprawie na ryby zaczęło wyglądać na to, że środki bezpieczeństwa otaczające GU9 były lepsze niż w większości innych wypadków. Tym większa szkoda, że nie zaliczyli ostatniej bazy.

To mniej więcej wtedy wróciłem nad rzekę. Pierwszego poranka, gdy obserwowałem spławik podskakujący łagodnie na powierzchni wody, rytmiczny chlupot w górze rzeki zaanonsował pojawienie się wiosłującej energicznie młodej kobiety w canoe. Tkwiłem na swoim miejscu, a łódka przepłynęła obok, zatapiając spławik.

Canoe przemknęło z pluskiem i zniknęło z pola widzenia za zakrętem rzeki, a mnie nie pozostało nic innego, jak nawinąć linkę na kołowrotek. Na końcu żyłki nie było nic prócz końca żyłki, skręconego niczym włos łonowy. Haczyk, spławik i jakieś trzydzieści centymetrów przyponu zostały gładko odcięte.

Kiedy się pakowałem, wrócił plusk-plusk. Przywiosłowała do brzegu i chwyciła się wystającego korzenia, żeby nie uniósł jej prąd.

– Hej.

– Hej tam – odparłem.

Lekkim ruchem brody wskazała mój sprzęt wędkarski.

– Złowiłeś coś?

– Nic a nic.

Rozejrzała się, popatrzyła na rzekę i krzaki porastające brzeg.

– A w ogóle coś kiedyś złapałeś?

– Absolutnie nic.

Patrząc na mnie, zmarszczyła nos w sposób, który wydał mi się dosyć atrakcyjny.

– Nietęgi z ciebie wędkarz, co?

Zapiąłem sprzączki torby wędkarskiej i zarzuciłem ją sobie na ramię.

– To szkoła myślenia – wyjaśniłem, podnosząc spinning – która uczy, że ryby są w istocie dużo inteligentniejsze od ludzi, ale dysponując jedynie pamięcią krótkotrwałą, zapominają o tym, jakie są bystre. W związku z tym zadaniem wędkarza jest ocenić, w którym momencie ryby są najgłupsze i najłatwiej je złowić.

Oddam jej sprawiedliwość – zastanowiła się nad tym.

– To bzdura! – stwierdziła.

– Poza tym na tym odcinku rzeki nie ma ryb. To mi pomaga myśleć – dodałem na wypadek, gdyby wzięła mnie za wariata. – Dokąd płyniesz?

– Szukam pracy.

– A co robisz?

 

– Wykładam literaturę. Jest tutaj jakaś posada?

Odłożyłem wędkę.

– Jak się nazywasz?

– Araminta Delahunty. A ty?

– Rupert von Hentzau. – Ostatnio czytałem zbyt wiele Anthony’ego Hope’a. Wyciągnąłem rękę, żeby pomóc jej wysiąść z canoe. – Jestem pewien, że możemy ci znaleźć jakieś zajęcie.

Pożałowałem tego, w jaki sposób się przedstawiłem. Zaczęła sypać jak z rękawa dowcipami na temat Więźnia na zamku Zenda. Nie zgodziła się używać mojego prawdziwego imienia, woląc zamiast tego nazywać mnie „Rupe”. Uczyła z pasją i surowością, które na przemian zniechęcały i urzekały jej studentów. Nie sypiała ze mną, ale upierała się przy paradowaniu nago po moim mieszkaniu i nie widziała niczego niezwykłego we wchodzeniu do łazienki i nawiązywaniu ze mną rozmowy, kiedy siedziałem na kiblu.

Powiedziała, że przepłynęła kajakiem niemal sto sześćdziesiąt kilometrów, ze Szkoły 902 na East Side, i przeciągała nieco samogłoski na wschodni sposób. Zawsze miała mnóstwo pytań. Chciała wiedzieć, w jaki sposób Jesień nastała w tej części Kampusu, jaka była ostatnia Zima, jak są zorganizowane rejestry Rezydencji. Miała zupełnie fatalny zmysł orientacji – „Jedyny sposób, żeby się wydostać z tamtego pieprzonego miejsca, to rzeką, Rupe”, powiedziała mi pewnego dnia. „Na rzece nie można zabłądzić” – i zebrała oszałamiającą liczbę map. „Po prostu ogarniam sytuację”, nazwała to.

Przywiozła ze sobą ze wschodu cztery komplety ubrań i metalową walizeczkę zamykaną na klucz. Czytała zachłannie, dokładając do całego dnia zajęć szkolnych cztery czy pięć godzin spędzanych w Bibliotece. Medytowała rankami, a wieczorami uprawiała coś w rodzaju tańca, który nazywała jakoś tak jak „kapibara” i twierdziła, że to także rodzaj walki wręcz.

W tym czasie drobna, smutna tajemnica Grupy Ucieczkowej 9 zaczynała pochłaniać znaczną część mojego czasu. To, że nie poznaliśmy do tej pory tożsamości czterech topielców wydobytych z rzeki, było irytujące, prawda, ale Jesień pozostawiła nam setki niezidentyfikowanych i często niemożliwych do zidentyfikowania zwłok, a ja uważałem, że mógłbym jakoś przeżyć ze świadomością istnienia kolejnych czterech. Musi nadejść chwila, w której przestajesz się dręczyć zmarłymi.

– Uciekli cztery dni przed Jesienią – powiedziałem Radzie.

– Biedne gnojki – stwierdził ktoś.

Rossiter przyglądał mi się przez dłuższą chwilę.

– I?

Sprawdziłem swoje notatki i wzruszyłem ramionami.

– I.

– To wszystko? Po dwóch miesiącach?

– To wszystko, co zdołałem wydobyć z Apokryfów – wyjaśniłem mu, po czym wdaliśmy się w pojedynek wzrokowy, który przegrałem.

– Jeśli Grupa Ucieczkowa 9 nie była pierwszą, a wszystkie pozostałe miały tę samą liczebność – odezwał się Joe Richardson – to daje trzydzieści sześć osób. Z czego brakuje nam trzydziestu dwóch.

– Tylko wtedy, jeśli były tak samo liczne – wtrącił Ian Daniel, zawsze chętny podpiąć się pod innych. – Być może nie znaleźliśmy jeszcze wszystkich ciał z Grupy 9.

– Kazałem jeszcze raz przebagrować rzekę i nie znaleźliśmy więcej zwłok – powiedziałem. – Czy wy nie czytacie moich raportów, chłopaki?

– Panowie – ostrzegł Rossiter.

– To się robi śmieszne – zwróciłem się do niego. – Nie mam na to czasu. Nadal pomagam przygotowywać sprawę przeciwko Fakultetowi Humanistycznemu.

– Uznałbym zatem, że ma to związek z twoją pracą – stwierdził Rossiter. – Pas Startowy Numer Cztery to terytorium Fakultetu Humanistycznego.

Westchnąłem. Nie dane mi było się tego pozbyć bez względu na to, jak bardzo się starałem.

– Dobra, przyjrzę się temu. Ale będę potrzebował pomocy. Bibliotekarze tego nie udźwigną; wiesz, jacy są. Brakuje mi ludzi, a ci, których mam, są przeciążeni. Nie mogę sam przeorać całych pieprzonych Apokryfów.

Rossiter skinął głową.

– W porządku, dostaniesz to, czego chcesz. Dopilnuję, żebyś dostał asystenta naukowego.

– Kilku asystentów naukowych. – Patrzyliśmy na siebie przez kilka sekund, ale wiedziałem, że to nie ma sensu, więc w końcu podniosłem przypadkową teczkę ze stosu akt przed sobą i pomachałem nią ze znużeniem w jego stronę, żeby zademonstrować mój wzrastający nieustannie nawał prac.

Ruchem głowy wskazał dossier.

– To i tamto – powiedział – jest dokładnie tym samym.

Pojąłem nagle, czym macham.

– Nie jest – zaoponowałem. Przeczytałem rano te dokumenty i nie były podobne do niczego, co widziałem wcześniej.

Przesunął czubkiem języka między górną wargą a zębami.

– To okropność – stwierdził oschle. Zaczął zbierać swoje notatki. – Potrzebujemy wszystkich dostępnych ludzi do pomocy przy odbudowie East Side.

– East Side może zaczekać.

Spojrzał na mnie i pokręcił głową. Cmoknął.

– Wstydź się. I ty żyjesz z laską ze wschodu?

– Nie jest moją laską – zaprzeczyłem, a wokół stołu przetoczyła się fala śmiechu, na co liczył Rossiter.

W ostatnich tygodniach atmosfera podczas regularnych spotkań bywała nieco napięta. Nikt nie wyglądał na wyspanego. Nieraz, w odniesieniu do Starej Rady, pojawiało się określenie „masowa egzekucja”. Wszyscy odkrywaliśmy, że demokracja jest dużo trudniejsza, niż nam się zdawało.

Rossiter się uśmiechnął.

– Nie mam dla ciebie sześciu ludzi – powiedział.

– Sześciu byłoby i tak za mało – mruknąłem z irytacją.

– Dostaniesz asystenta badawczego – rzekł zdecydowanie. – A teraz prochy.

Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Było małe, zatęchłe i czuć je było kapustą, ale stąd Stara Rada rządziła nami przez ponad dwieście lat. Z wielu powodów starałem się przychodzić tutaj jak najrzadziej.

– Czy ktoś inny robi tutaj cokolwiek?

– Chciałeś podniecającej pracy – przypomniał mi Ian.

– Nie chciałem ekscytującej roboty – odparłem. – Odziedziczyłem ją. I wcale nie jest, kurwa, taka emocjonująca.

Rossiter zdjął okulary i czyścił je skrajem swetra.

– Prochy – powtórzył.

– Część brygad prowadzących odbudowę została przyłapana na używaniu środków stymulujących – powiedziałem. – Harry Pool mówi, że są niestandardowe.

– Miasto Nauki – rzekł Rossiter, po czym nastąpił niemal komiczny moment, kiedy pozostali członkowie Rady starali się sprawiać wrażenie zajętych swoimi notatkami, żeby uniknąć wciągnięcia w rozmowę i konieczności zrobienia czegoś z tym.

– Nic ich nie łączy z Fakultetem Nauk Przyrodniczych, ale zamierzam spotkać się w tej sprawie z Callumem – obiecałem mu.

– Z całego serca życzę ci powodzenia – powiedział.

– Jeśli ktoś ma lepszy pomysł, to cały zamieniam się w słuch – oświadczyłem, ale nikt się nie odezwał.

– Prawdę mówiąc, nie widzę w ogóle problemu – stwierdziła Araminta, wyjmując zwiędły liść sałaty z kanapki z szynką i upuszczając go delikatnie do popielniczki na środku stołu. Plasterek wędliny pod spodem był niemal przezroczysty, a bułka bardzo kiepskiej jakości. – Sam mi mówiłeś, że w rejestrach Fakultetu pełno jest wzmianek o zaginionych ludziach. Gdzieś wśród nich musi być trzydziestka szóstka twoich uciekinierów.

Pokręciłem głową.

– Akta są niekompletne. Ludzie wdarli się Jesienią do części biur Fakultetu i rozpalili ogniska z dokumentów, które wpadły im w ręce. Robiliśmy, co w naszej mocy, żeby ich powstrzymać, ale nie mogliśmy być wszędzie. – Siorbnąłem łyk piwa i skrzywiłem się. W przeciwieństwie do większości produktów spożywczych piwo w pubie Administracji było tanie i było go w bród. Nie nadawało się praktycznie do picia, a nawet jeśli zdołałeś je przełknąć, to nie sposób było się nim upić.

– Więc co teraz? Sprawdzasz Apokryfy?

Chciałem upić kolejny łyk piwa, ale się rozmyśliłem.

– Problem z Apokryfami polega na tym, że znajdują się tam wszystkie oficjalne, półoficjalne i nieoficjalne dokumenty, które zgromadziła Stara Rada, ale nikt nie zna systemu archiwizowania. Wszystko, co można zrobić, to zacząć od Katalogu A i czytać jak leci, aż się wpadnie na to, czego się szuka. Mieliśmy szczęście, że naleźliśmy tę wzmiankę o Grupie Ucieczkowej 9.

– No to wyśledzenie całej tej operacji może trochę potrwać, co?

– Owszem.

Wzruszyła ramionami i upiła piwa; zdawała się nie przejmować jego odrażającym smakiem.

– Czy na East Side sprawy wyglądają tak samo źle? – zapytałem. – Nie byłem tam od lat.

– Chodzi ci o zaginionych ludzi? – Jej oczy stały się rozmarzone i smutne. – Każdy zna kogoś, kto zniknął.

– Ty też?

Skupiła ponownie spojrzenie na mojej twarzy i uśmiechnęła się melancholijnie.

– Ja też.

To nie była odpowiednia chwila, żeby pytać, kto to był, więc powiedziałem:

– To skurwysyńska robota. Latami będziemy porządkować bałagan, który zostawili.

– Myślę, że za dużo na siebie bierzesz, wiesz, Rupe?

– Obarczają mnie tym.

Nagle uśmiechnęła się szeroko.

– Och, Rupe, czasami mogłabym cię uściskać, jesteś takim dobrym człowiekiem.

Naprawdę poczułem, że się rumienię.

– Różnie mnie nazywano…

Roześmiała się.

– Jestem tego pewna. – Potem spoważniała szybko. – Stoję ci w poprzek, Rupe?

– Co?

Ciągle używała nieznanych słów, fraz i konstrukcji zdań, slangu z East Side. Jeszcze kilka lat Starej Rady, a mówilibyśmy odmiennymi językami.

– Mieszkając z tobą – powiedziała. Uśmiechnęła się chytrze. – Niektórzy moi studenci twierdzą, że masz powodzenie u dziewcząt.

– Och. – Załapałem nagle. – Nie. Nie. – Pokręciłem energicznie głową.

– Słyszę, że masz niezłą reputację.

– Reputację może i mam, ale nie czas. – Zacząłem się znowu czerwienić. – Od bardzo dawna nie mam na to czasu.

Podniosła się, przechyliła nad stołem i pocałowała mnie w czubek głowy.

– Bądź błogosławiony, Rupe, słodziak z ciebie.

– Dziękuję – odparłem, mając nadzieję, że w pubie nie ma nikogo znajomego.

– Wróć – powiedziała, siadając. – Grupa Ucieczkowa 9.

– Tak. – Niemal o nich zapomniałem. Zdołałem także w ciągu ostatnich dwóch minut, kiedy moja uwaga była skierowana gdzieś indziej, wypić całe piwo, nawet tego nie zauważając, co przypuszczalnie wyszło mi na dobre. Spojrzałem na kłaki szarej piany na dnie szklanki. – No cóż, Rada ma rację.

Przechyliła głowę; gest ten nauczyłem się interpretować jako pytanie, którego nie trzeba zadawać. Trzeba się tylko domyślić, jak ono brzmi.

– Dobra. Słuchaj. Czworo ludzi, przypuszczalnie współlokatorów, postanawia spróbować blitzu. Mają plan. Trzymają go w tajemnicy, bardzo się pilnują i nie ufają nikomu innemu. Dziewięć grup, które postępowałyby według tego samego schematu, potrzebowałoby komitetu organizacyjnego, dostępu do warsztatów, bezpiecznych kryjówek z jedzeniem i ubraniami, całego dodatkowego zaplecza ukrytego także przed tymi, którzy naprawdę będą próbowali uciekać. – Machnąłem dłonią. – Kolejne dwadzieścia czy trzydzieści kilka osób, które nie odejdą. Powinni nadal być tutaj, ale nie możemy znaleźć ani ich, ani żadnej wzmianki o nich. Dobry Boże, powinni chodzić i się tym przechwalać.

– Może zaplecze stanowiły grupy od pierwszej do ósmej – podsunęła Araminta. – Może cała organizacja zniknęła w postaci czteroosobowych grup.

Myślałem już o tym, ale nadal krzywiłem się na ten pomysł.

– Nie da się utrzymać tajemnicy w tak licznej grupie. To niemożliwe. Czworo to klasyczny scenariusz.

– Zatem dzieli się operację i tworzy czteroosobowe grupy…

Pokręciłem głową.

– Nie potrafię przekonać samego siebie, że to by się udało. To jest po prostu zbyt duże, Araminto. Jeśli pierwszym ośmiu grupom się powiodło, to są trzydzieści dwa zaliczenia. Największy masowy blitz w historii Kampusu. Musieliby zastosować cholernie dobry kamuflaż, żeby przerzucić tylu ludzi.

Zwłaszcza jeśli korzystali z Pasa Startowego Numer Cztery; to nie byłby po prostu dobry kamuflaż, tylko cud.

Araminta przechyliła głowę w drugą stronę.

Westchnąłem.

– Rossitera i resztę Rady bardzo martwi to, co sugeruje pierwsze osiem grup ucieczkowych. Implikują one, że gdzieś tam istnieje droga ucieczki, którą mogą się stąd wydostać co najmniej trzydzieści dwie osoby. Rozumiesz?

Araminta się uśmiechnęła.

– Od Jesieni upłynęły cztery miesiące, a my nadal usuwamy miny-pułapki i odnajdujemy ludzi Bezpieki, którzy nie chcą uwierzyć, że jest już po wszystkim. Nadal nie umieściliśmy nikogo w pobliżu Dalekich Barier i przypuszczalnie nie uda się nam to w tym roku, zwłaszcza nie jeśli nie chcemy tracić ludzi. I oto mamy Grupę Ucieczkową 9, ich przyjaciół oraz niezawodny sposób exodusu.

 

– Nadal możecie znaleźć trzydzieści dwa ciała gdzieś w lasach po drugiej stronie rzeki – poddała.

Pokręciłem głową. W jakiś sposób wiedziałem. Z Kampusu uciekły trzydzieści dwie osoby, a my musieliśmy się dowiedzieć, jak to zrobiły.

– Naprawdę martwi mnie to – powiedziałem – że nie możemy wcale być pewni, że Grupa Dziewiąta była ostatnią.

Praca nie była ekscytująca, a ja jej nie chciałem; byłem na tyle mądry, żeby wiedzieć, że okaże się kielichem cykuty. Skończyło się jednak na tym, że podczas Jesieni koordynowałem działania wywiadu, a kiedy było już po wszystkim, robiłem to nadal, ale na większą skalę. Większość członków Rady nie miała zbyt wysokiego mniemania o mojej pracy. Jeden z nich nazwał mnie najgorszym profesorem Wywiadu w historii Kampusu. Byłem jednak na tyle dobry, że jego uwaga do mnie dotarła.

Problem polegał częściowo na tym, że nie mogliśmy ufać tym niewielu pozostałym przy życiu członkom Fakultetu Wywiadu, więc musiałem odbudować go z niczego, głównie w oparciu o ludzi, którzy momentalnie zmieniali swoje zdanie, kiedy odkrywali, że praca wywiadowcza mniej przypomina powieść Johna Buchana, a bardziej bycie nad wyraz wścibskim naczelnikiem wiejskiej poczty.

Skończyłem też jako szef Bezpieki, która także musiała zostać odbudowana od podstaw, oczyszczona całkowicie z sympatyków Starej Rady. Jedynym moim wielkim sukcesem – chociaż, mówiąc szczerze, tylko ja uznawałem to za sukces i jedynie w dobre dni – było stworzenie oddziału Sierżantów w celu egzekwowania prawa cywilnego.

Drugą częścią problemu była Stara Rada i jej uczynki, a także to, co mieliśmy zrobić z jej członkami, co przyprawiało mnie o prawdziwie koszmarne sny.

– No cóż, powinieneś był mnie powiadomić, że się zjawisz – powitał mnie Harry. – Przygotowałbym przyjęcie. Ser i wino. Zespół muzyczny. Takie rzeczy.

Upuściłem akta na jeden ze stołów sekcyjnych z nierdzewnej stali. Wywołało to klaszczący dźwięk, który odbił się echem od wykafelkowanych na biało ścian pomieszczenia. Wcześniej tego popołudnia pomachałem tą teczką przed nosem Rossitera, nie mając pojęcia, które akta podniosłem ze znajdującego się przede mną stosu. Folder był gruby na trzy centymetry, w czerwono-niebieskiej opasce Ściśle tajne i opatrzony na okładce napisem MG42.

Harry pochylił się, żeby spojrzeć na akta.

– Och – mruknął. Kiwnął głową. – Ach. – Popatrzył na mnie z nieopisanie smutną miną.

– Chcę, żebyś mi powiedział, że to wszystko to jedynie jałowe spekulacje – poleciłem, stukając w teczkę czubkiem palca.

– To wszystko to jedynie jałowe spekulacje – powtórzył bez wahania.

– Cholera. – Odwróciłem się i oparłem o stół.

– Co jeszcze byś chciał, żeby ci powiedzieć? – zapytał.

– Że się mylisz.

Pokręcił głową.

– Nie da rady, stary. Przykro mi.

Ku naszemu zachwytowi Stara Rada zostawiła nam, niczym prezent z okazji osiągnięcia dojrzałości, pięćdziesiąt siedem masowych grobów. Trzydzieści dwa tysiące zwłok w wielkich dołach rozrzuconych po Kampusie. Niektóre były bardzo stare, liczyły może ponad sto lat. Większość była bardzo świeża, a trawa i chwasty, które porastały skrywającą je ziemię, nie zdołały się jeszcze mocno zakorzenić; ślady pozostawione przez Starą Radę próbującą wymazać swoją przeszłość.

Leżący na terenie Szpitala Masowy Grób 42 był jednym z mniejszych. W dole znajdowały się kompletne zwłoki pięćdziesięciu jeden osób oraz dość fragmentów ciał, żeby starczyło na złożenie z nich około trzydziestu kolejnych. Grób był tak świeży, że nadal dało się widzieć ślady szpadli w ziemi.

Fakultet Medyczny padł ostatni. Jego członkowie walczyli do ostatniego człowieka. Kilkoro ocalałych zabarykadowało się w Szpitalu, a potem wysadziło dynamitem wraz z budynkiem. Ruiny paliły się całymi dniami. Kiedy znaleziono MG42, pomyślałem, że mogą być w nim zwłoki więźniów torturowanych w Szpitalu. Już to byłoby wystarczająco złe. Myliłem się jednak. Było gorzej.

Harry przeciągnął dłonią po swoich rzednących włosach.

– To takie smutne – odezwał się, ruchem głowy wskazując teczkę. Włożył ręce do kieszeni białego kitla i odwrócił się. – Zawsze słyszało się pogłoski, ale nigdy w nie nie wierzyłem. Co pokazuje, jak bardzo człowiek może się mylić.

Całą przeciwległą ścianę pomieszczenia tworzyły wielkie metalowe kwadraty. Każdy miał masywną chromowaną klamkę. Harry wybrał na chybił trafił jeden uchwyt i pociągnął, otwierając drzwiczki. Sięgnął do środka i wysunął tacę na prowadnicach. Na tacy leżał długi przykryty obiekt. Harry odrzucił okrycie, pod którym znajdowało się nagie ciało młodej kobiety o ogolonej głowie. Na bokach zwłok znajdowały się osobliwe nacięcia o mięsistych brzegach, zaczynające się nieco poniżej pach, a kończące tuż nad biodrami. Twarz była bryłą poszarpanego mięsa, a ciało obrzmiałe, odbarwione na skutek rozkładu i osrebrzone przez szron.

Przekartkowałem akta.

– Skrzela.

– Kobieta, około dwudziestu pięciu lat – stwierdził Harry. – Włosy ogolone, oczy piwne. Wzrost metr sześćdziesiąt pięć, waga czterdzieści osiem kilogramów i dwadzieścia dekagramów. – Zerknąłem na dokumenty. Cytował z pamięci wyniki autopsji. Zastanowiłem się, jakie muszą być jego koszmary. – Na bokach ciała narządy, które podczas sekcji okazały się szczątkowymi skrzelami wszczepionymi chirurgicznie jakieś półtora roku przed śmiercią denatki. – Przyglądał się dłuższą chwilę zmasakrowanej twarzy dziewczyny, a potem ją przykrył. – Przyczyna śmierci: strzał z pistoletu w tył głowy. – Wsunął z powrotem tacę do chłodni, zamknął drzwiczki i odwrócił się, żeby spojrzeć na mnie. – W płucach miała pełno płynu, ale nie było żadnych normalnych pośmiertnych oznak utonięcia, całymi miesiącami musieli ją zmuszać do oddychania pod wodą.

– To niemożliwe – sprzeciwiłem się.

– Gdybyś tak sądził, nie byłoby cię tutaj – odparł. Podszedł do stołu pod ścianą i zaczął przestawiać jakieś szklane naczynia.

Ponownie przekartkowałem akta.

– Richard w to nie wierzy.

– No cóż, nie winię go. – Harry odwrócił się do mnie. Trzymał w rękach dwie zlewki, w których było mniej więcej po półtora centymetra jasnobursztynowego płynu.

– Drinka?

Skinąłem głową, a on podszedł i wręczył mi zlewkę. Upiłem łyk. Przyprawił mnie o kaszel.

– Co to jest, do diabła?

– Nie powinienem nikomu tego mówić.

Postawiłem zlewkę na stole obok teczki MG42.

– Skąd to wziąłeś, Harry?

– Pędzi to ktoś z Miasta Nauki.

Dzień ze złego stał się właśnie gorszy. Za każdym razem, gdy z kimś rozmawiałem, moje problemy się mnożyły. Z drugiej strony, whisky była niezła.

Harry upił swojego drinka.

– Był taki facet ze skrzydłami, czytałeś o nim? – Skinąłem głową, a on pokręcił swoją, myśląc o tym. – Nigdy w życiu nie widziałem czegoś podobnego. Nie wierzę, żeby był w stanie oderwać się od ziemi, ale powinieneś był go widzieć. Mostek jak kil łodzi, żeby zaczepić mięśnie lotu. Piersiowe jak stalowe liny. I to nie była wcale chirurgiczna implantacja, jak u tej biednej dziewczyny. Taki się urodził. Jak tego dokonali? – Ponownie pokręcił głową. – Byli i inni… – Wzruszył ramionami. – Nie próbuję się nawet domyślać, co chcieli z nimi zrobić. Anna Glasgow przeszukuje dla mnie w trybie priorytetowym zapiski Fakultetu.

– Nie miałbym nic przeciwko temu, Harry, żeby częścią tej priorytetowej kwerendy objęto moje materiały.

– To jest naprawdę ważne – wyjaśnił mi. – Potrzebujemy tych notatek. Nie wiem, co kombinował Fakultet Medyczny, ale jeśli sądzić po tych biednych chłopakach i dziewczynach, było to coś naprawdę fundamentalnego.

– Coś, co istotnie wpływa na naszą sytuację?

Harry spojrzał na mnie.

– Nie winię cię, że jesteś rozgoryczony – powiedział – ale bardziej chodzi o życie niż o politykę.

– Mógłbyś wspomnieć o tym Radzie.

Prychnął.

– Zamierzam to wykorzystać jako nagłówek papieru listowego. Dolewka?

– Jeszcze nie skończyłem.

– Ach. – Wrócił do stołu warsztatowego i nalał sobie kolejną porcję z dwulitrowego słoja na preparaty.

– Nie włączyłem tego do mojego raportu – odezwał się, wracając do mnie – ale widzę to tak, że próbowali zniszczyć dowody. Zwłoki na samej górze zostały oblane kwasem, ale te pod spodem zachowały się w mniejszym lub większym stopniu nienaruszone. Pamiętasz, jak Jesienią z komina Szpitala walił dym? Sądzę, że wiele ciał zostało wrzuconych do pieca krematoryjnego, a kiedy przekroczyli zdolność jego spalania, musieli wykopać ten wielki grób. Bóg jeden wie, co poszło z dymem. – Spojrzał na mnie. – Dobrze się czujesz?