Ziarno i krew

Tekst
Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Odzywa się telefon, dzwoni znajomy rodziny, ojciec Gabriel, zakonnik z klasztoru Dajr az-Zafaran. Wszyscy chcą z nim zamienić choć słowo, wyrywają sobie słuchawkę, opowiadają najwyraźniej zabawne historie, bo wszyscy się śmieją.

Następnego dnia wieczorem zamierzam dotrzeć do Mardinu i do Dajr az-Zafaran. Ale nie wiem, czy to się uda, śnieg pada coraz silniej, więc drogi będą zasypane.

Przed snem włączam jeszcze komputer i w archiwach Centrum Badań nad Ludobójstwem Asyryjczyków odnajduję wywiad z księdzem Lahdo Kayą. Po powrocie do Warszawy dowiem się, że to nie jest jego prawdziwe nazwisko. Kiedy zadzwonię do niego do Gronau w Westfalii, opowie mi, że ciągle obawia się o swoje bezpieczeństwo.

Zapytam, czy to on chrzcił Adema w 1983 roku. Nie będzie pamiętał, ma już prawie osiemdziesiąt lat. Pewnie tak, bo nikt inny nie mógł go ochrzcić w tamtym czasie. Lahdo ochrzcił kilkaset osób przez szesnaście lat, kiedy pracował w parafii Świętych Piotra i Pawła w Adıyamanie.

– Z tymi ludźmi spędziłem najlepsze lata swojego życia – powie mi przez telefon. – Ali, Mehmet, Mustafa, Osman i inni. Przychodzili do mnie i opowiadali swoje smutne historie. Wszyscy byli Ormianami. I chrześcijanami. Tak, za dnia byli muzułmanami, a w nocy chrześcijanami. Spotykaliśmy się w nocy.

Była wśród nich starsza kobieta o imieniu Emine, niech Bóg da pokój jej duszy. Przemiła osoba. Każdego roku przyjeżdżała z Malatyi do Adıyamanu w odwiedziny do córki. Zostawała w mieście przez dwa tygodnie i za każdym razem, gdy wychodziła z domu, okłamywała córkę, mówiła, że idzie na bazar kupić słodycze dla dzieci. A przychodziła do nas, do kościoła. Klękała samotnie na środku kościoła i głośno płakała. Słuchaliśmy jej płaczu. Nie daj Boże nikomu bólu, jaki znosiła Emine. Pękało nam serce na jej widok, płakaliśmy razem z nią. Emine trzymała w tajemnicy swoje prawdziwe imię, Ani, i nigdy nie wyjawiła córce ani wujkowi, że chodzi do kościoła.

Przychodzili do nas: Ali, Osman, Mustafa, Hacı i inni. Ich prawdziwe imiona brzmiały: Markus, Hayganus, Sarkis, Artin, Barsauma. Przyjeżdżali z Malatyi, Maras, Urfy, Antep. Modlili się i dzielili z nami wspomnieniami. To były smutne historie, tak smutne, że ich serca nie były w stanie znieść cierpienia. Chrzciłem ich po kolei, grupa po grupie. Pamiętam, jak pewnej nocy ochrzciłem siedemdziesiąt dwie osoby, nie robiąc żadnej przerwy.

Otrzymywałem listy z groźbami. Przychodzili też policjanci, porządni ludzie, żeby mnie ostrzec, tacy też tu byli. Nie bałem się o siebie, ale moje dzieci wówczas dorastały, o nie się bałem. I opuściłem miasto, które tak ukochałem, wyemigrowałem do Niemiec.

Od czasu wyjazdu ojciec Lahdo wracał kilkakrotnie do Adıya­manu, ale nigdy nie spotkał ludzi, których potajemnie ochrzcił. Wszyscy wyjechali.

– W Turcji nigdy nie będzie praw dla mniejszości. Tam już się nie da żyć – powie mi.

Adema nie zapamięta.

– Może gdybym zobaczył jego zdjęcie…

8 stycznia, Kahta, Mardin, Dajr az-Zafaran

Pobudka o szóstej rano, ciągle prószy śnieg i jest przeraźliwie zimno. Pięć centymetrów śniegu, temperatura minus pięć – to kompletna katastrofa w tej części świata. W nocy temperatura spada do ośmiu–dziesięciu stopni poniżej zera i jest coraz gorzej. Zaraz po wczesnym śniadaniu Kemal z żoną jadą samochodem do Ankary, bliżej nie ma otwartych lotnisk, z których mogliby dostać się do Stambułu. Ja chcę jechać do Tur Abdin, centrum aramejskiej kultury, miejsca, w którym ciągle działają chrześcijańskie klasztory i mieszkają potomkowie rdzennych mieszkańców tego regionu.

Tur Abdin to po aramejsku „Góra Bożych Sług”. Kiedyś było tu najwięcej klasztorów i kościołów na świecie, dziś w regionie została garstka chrześcijan, nie więcej niż trzy tysiące. Ci, ­których nie wymordowano, uciekli do Syrii albo do Europy i dalej.

Do Tur Abdin najłatwiej dojechać przez nieformalną stolicę tureckich Kurdów, miasto Diyarbakır. Szinazi dzwoni do punktu przeprawy promowej na Jeziorze Atatürka, bo nie ma pewności, że droga do Diyarbakıru będzie przejezdna. Okazuje się, że promy kursują – przynajmniej to wiemy. Szinazi i Ergun mają coś do załatwienia w Diyarbakırze i oferują nam podróż samochodem.

Opuszczam niezwykły dom, w którym wizyta jest bezcennym darem dla podróżnika. Bezinteresowność i serdeczność tych ludzi wywołuje we mnie wzruszenie i zawstydzenie. Zostałem przez nich przyjęty jak wędrowiec, który stuka do drzwi, dostaje schronienie i posiłek, wędrowiec, z którym gospodarze dzielą się tym, co mają najcenniejszego – opowieścią o własnym życiu.

W Europie rzadko ktoś otwiera drzwi przed obcym, nakrywa dla niego stół i ściele mu łóżko. Gdzieś po drodze urwał się nam wspólny los, który kiedyś spajała chrześcijańska miłość bliźniego. Dlaczego to sformułowanie brzmi jak banalny cytat z kazania? Jaką drogą poszliśmy, skoro nie umiemy cieszyć się ze spotkania z przybyszem?

Do przeprawy promowej w Siverek droga była jeszcze przejezdna, ale zaraz za zaporą zaczęły się problemy. Na szczęście w kierunku Diyarbakıru można było się poruszać, ale wolno; powierzchnia oblodzona, dookoła zalegały zaspy śnieżne. W rowie oddzielającym pasma szosy wylądowało kilka ciężarówek, których kierowcy przecenili swoje umiejętności. Ich samochody nie były przygotowane do takiej zimy. Policji nie widziałem, nie było odśnieżarek, na szczęście przed Diyarbakırem sytuacja się poprawiła: przynajmniej zniknęły zaspy, a pojawiły się służby drogowe. Szinazi i Ergun dowieźli nas na dworzec w Diyarbakırze. Tam złapaliśmy busa do Mardinu i po półtorej godziny – czarną już – drogą dojechaliśmy do celu.

Klasztor Świętego Ananiasza, zwany Szafranowym (az-Zafaran) od barwy kamienia, z którego jest zbudowany, znajduje się kilka kilometrów za miastem. Zanim go zobaczę, chciałem się spotkać z osobą, która wywołała w ostatnich miesiącach polityczną sensację i to nie tylko w Mardinie.

Po marcowych wyborach lokalnych miastem rządzi para burmistrzów. Jednym z nich jest weteran Ahmet Türk, głowa jednej ze znanych w regionie rodzin kurdyjskich, ale na jego partnerkę została wybrana dwudziestopięcioletnia studentka uniwersytetu w Mardinie Februniye Akyol, a właściwie Fabronia Benno. Fabronia, córka jubilera z Mardinu, jest aramejską chrześcijanką, ale startowała w wyborach pod tureckim nazwiskiem. Aramejczycy do dziś nie są w Turcji uznawani za mniejszość narodową i ciąg­le nie mają prawa oficjalnie używać swoich rodowych nazwisk.

Reakcje po wyborze Fabronii były przewidywalne: większość ekspertów i dziennikarzy uważała, że jest politycznym listkiem figowym dla Ahmeta Türka, który będzie właściwym burmistrzem. W końcu zdecydowaną większość regionu stanowią Kurdowie. Jednak Fabronia zapowiadała, że nie ma zamiaru być dodatkiem do kurdyjskiej władzy. Ciekawiło mnie, jak wyobraża sobie rządzenie regionem, który jak żaden inny w Turcji świadczy o upadku wspólnoty aramejskiej.

Mimo że wcześniej nie byłem umówiony, pani burmistrz przyjmuje mnie po krótkim oczekiwaniu. Ściany jej pokoju zdobią dwa portrety. Na jednym Fabronia w aramejskim stroju ludowym, na drugim symboliczna postać kobiety ze skrzydłami w kamiennej bramie klasztornej zdobionej krzyżem. Nad dłońmi i głową gołębie, u stóp owoce wina, symbol obfitości tych regionów. O doskonałej jakości wina z Tur Abdin jeszcze zdążę się przekonać podczas tej podróży.

– Nie zostałabym burmistrzem Mardinu bez wsparcia politycznego Kurdów – mówi Fabronia Benno. – Od wieków w Tur Abdin żyły różne narody: Aramejczycy, Arabowie, Turcy, Turkmeni, Jazydzi, Ormianie, Kurdowie. One były regularnie szczute przeciwko sobie przez władze osmańskie, w Tur Abdin to głównie Kurdowie mordowali nas, Aramejczyków. Dziś sami to przyznają.


Rzeczywiście, w przeciwieństwie do władz tureckich wielu kurdyjskich przywódców obecnie jednoznacznie potępia zachowanie muzułmanów wobec Ormian, Asyryjczyków czy Greków z początku XX wieku. Ahmet Türk był pierwszym poważnym liderem kurdyjskim, który oficjalnie przeprosił za rzezie dokonane w latach 1914–1920. „Nasi dziadowie i ojcowie zostali wykorzystani w nieprawościach czynionych wobec Ormian, Asyryjczyków i Jazydów. Krew tamtych narodów splamiła ich ręce. Dlatego jako ich dzieci i wnuki przepraszamy. Jako Kurdowie przyznajemy, że dokonaliśmy tych zbrodni, choć stało się to wbrew naszej woli”, mówił Türk na początku 2013 roku w wywiadzie dla Ośrodka Badań nad Ludobójstwem Ormian.

Kemalistowska republika oparta była na pełnej laickości państwa, dyskryminowała nie tylko pobożnych muzułmanów, ale także mniejszości etniczne i religijne. To musiało prowadzić do buntów kurdyjskich, a od połowy lat osiemdziesiątych – do otwartej wojny prowadzonej przez nacjonalistów skupionych w Partii Pracujących Kurdystanu (PKK). W czasie tej wojny zginęło ponad czterdzieści tysięcy ludzi, a PKK została powszechnie uznana za organizację terrorystyczną. Jej lider Abdullah Öcalan, schwytany w 1999 roku, siedzi w więzieniu na wyspie İmralı na morzu Marmara z wyrokiem śmierci (w 2002 roku w Turcji zakazano wykonywania tej kary).

– Kurdowie odważyli się zareagować – mówi Fabronia Benno. – Dziś ich bunt przestał być reakcją czysto kurdyjską, to Kurdowie kierują ruchem solidarności dyskryminowanych mniejszości w regionie Tur Abdin.

Sytuacja mniejszości w Turcji w ostatniej dekadzie zdecydowanie się poprawiła. Kurdowie mogą używać własnego języka, mają stacje radiowe i telewizyjne, własnych posłów i radnych. W 2011 roku w wyborach powszechnych do parlamentu dostał się pierwszy Asyryjczyk, Erol Dora[12]. Jednak rozpoczęty w 2012 roku proces pokojowy nie przebiega gładko.

 

– Tutaj cały czas są niepokoje, dochodzi do ataków na Kurdów – mówi Fabronia. – Niby rokowania posuwają się do przodu, ale cały czas młodzi ludzie są zabijani przez policję i wojsko tureckie.

Fabronia Benno nawiązuje do starć między policją a Kurdami w przygranicznych miejscowościach takich jak Cizre czy Silopi. Turkom nie podoba się także to, że Kurdowie chcą pomagać swoim rodakom walczącym w Syrii przeciwko Państwu Islamskiemu. Wzdłuż granicy kontrolowanej od syryjskiej strony przez siostrzane organizacje PKK trwa nieustanna pielgrzymka nacjonalistów kurdyjskich, którzy garną się do walki z fundamentalistami islamskimi. Władze tureckie energicznie próbują ukrócić ten zaciąg.

– Sytuacja w Syrii silnie na nas wpływa. Po drugiej stronie granicy żyją przecież tacy sami Kurdowie jak tutaj. Poza tym podejrzewamy, że Turcja przepuszcza przez granicę chętnych do walki w szeregach Daesz. Nasi mieszkańcy jeździli na granicę pod Kobane, niedawno byliśmy tam piętnastoosobową grupą, aby zaprotestować przeciwko wspieraniu Państwa Islamskiego przez Turcję. Trzy pojazdy z naszymi obserwatorami zostały ostrzelane przez fundamentalistów od strony syryjskiej.

Pytam, jak zmieniło się życie Aramejczyków w Tur Abdin za rządów premiera Tayyipa Erdoğana.

– Dla tureckich władz przez wiele lat nie istnieliśmy. Jednak to się zmienia ze względu na zainteresowanie nami za granicą. Pojawiają się turyści, którzy odkrywają, że istnieje coś takiego jak kultura aramejska, że to tutaj zaczęło się chrześcijaństwo, że rozwijaliśmy filozofię, literaturę, medycynę. Turcy widzą to i podejście władz się zmienia. Oni chyba uznali, że jak już ci Asyryjczycy są, to niech sobie będą, ale niech za bardzo się nie panoszą. I starają się nas kontrolować. Ale my tego nie akceptujemy. Region Tur Abdin jest sercem kultury aramejskiej. I powinien nim pozostać.

Fabronia wymiennie używa terminów „Asyryjczycy” i „Aramejczycy”. Nie chcę ponownie drążyć tego tematu, zauważam tylko, że całego problemu prawdopodobnie nie byłoby, gdyby po I wojnie światowej otrzymali oni własne państwo albo chociaż status mniejszości etnicznej, tak jak Ormianie i Grecy.

– Teraz możemy nauczać języka aramejskiego w szkołach prywatnych – mówi Fabronia. – Oczywiście przy klasztorach cały czas prowadzona jest nauka religii, dzieci uczą się aramejskiego, ale oprócz tego chodzą do państwowych szkół i przerabiają standardowy program nauczania. Jeszcze kilka lat temu nauka aramejskiego w jakiejkolwiek formie była zakazana.

Pytam, czy chrześcijanie wytrwają w Tur Abdin.

– Lokalni mieszkańcy, ci, którzy przeżyli rzezie i deportacje, wiele w życiu doświadczyli i oni pewnie zostaną. Ale boimy się o chrześcijan w Iraku. W tym kraju przed interwencją amerykańską mieszkało półtora miliona chrześcijan, jeszcze przed atakiem Państwa Islamskiego mieszkało ich tam czterysta tysięcy. A teraz w Iraku nie ma ani jednego chrześcijanina, cała historyczna równina Niniwy została wyczyszczona z chrześcijan.

Pytam Fabronię Benno, kto jest winny tragedii chrześcijan na Bliskim Wschodzie.

– Możemy snuć hipotezy. Jedno wiadomo na pewno: przed interwencją amerykańską w dwa tysiące trzecim sytuacja ludności chrześcijańskiej w Iraku była dużo lepsza, nieporównywalna z tym, co dzieje się teraz. Chrześcijanie najbardziej ucierpieli na tej wojnie, to oni najwięcej przez nią stracili.

Taksówka wyjechała z miasta nie bez trudności. W Mardinie zrobił się korek, kilka samochodów zablokowało centrum, bo ich opony ślizgały się na ośnieżonej ulicy. Nasz kierowca musiał manewrować wśród unieruchomionych samochodów, ale w końcu udało nam się wydostać z miasta. Kilka kilometrów za Mardinem skręciliśmy w lewo i pojechaliśmy drogą wśród pól, które zapewne latem błyszczały kolorami, ale w styczniu o zmierzchu były po prostu łysymi polanami pokrytymi cienką warstwą śniegu.

Po kilku minutach jazdy wyłonił się przed nami masyw gór Izla i wbita w jego podnóże piaskowa warownia, zwieńczona kopułami dzwonnicy. Dajr az-Zafaran – obok Mor Gabriel największy i najważniejszy klasztor Tur Abdin. To tutaj przez stulecia biło serce Prawosławnego Patriarchatu Antiocheńskiego, bezpośredniego spadkobiercy kościoła chrześcijan z Antiochii, opisanego w Dziejach Apostolskich.

Aramejczycy zbudowali potęgę chrześcijaństwa pierwszych wieków w Antiochii, Edessie i innych miastach Syrii. Początkiem ich upadku był sobór powszechny w Chalcedonie w 451 roku, na którym przyjęto dogmat o dwóch naturach w Jezusie. Dla Syriaków istniała tylko jedna, boska natura Jezusa, która wchłonęła ludzką.

Herezja monofizycka, jak zaczęto określać stanowisko Aramejczyków, podzieliła Kościół teologicznie, ale także językowo i geograficznie. Wyznawcy kościoła syriackiego ze wschodniej Anatolii mówili po aramejsku, językiem Chrystusa, natomiast reszta Bizancjum, uznająca się za serce Cesarstwa Rzymskiego, przyjęła grekę. Najgorsze były jednak skutki natury politycznej. Syriacy stali się obiektem okrutnych prześladowań ze strony cesarza Justyniana i oficjalnego Kościoła, uznającego postanowienia z Chalcedonu. Mnichów, biskupów i księży syriackich zabijano lub długotrwale więziono. Ich szkoły były zamykane, klasztory burzone, a wierni prześladowani.

Syriacy wycofali się na płaskowyż Tur Abdin i tutaj próbowali przetrwać. Budowali skalne klasztory w odległych, niedostępnych dla ludzi rejonach górskich. Przed całkowitą marginalizacją uratował ich Jakub Teofil Mahno o przydomku Al-Baradai (Baradeusz), mnich z zakonu Świętego Bazylego, który w czasie największych prześladowań usługiwał Syriakom uwięzionym w Konstantynopolu. Jeden z tych więźniów, patriarcha Aleksandrii Teodozjusz, potajemnie wyświęcił go w 543 roku na biskupa Edessy. Jakub podjął niezwykle ożywioną działalność misyjną – przemierzył Syrię, Azję Mniejszą, wyspy Morza Śródziemnego, Egipt, Persję i Półwysep Arabski, organizując syriackie wspólnoty w wioskach, miasteczkach, klasztorach. Wyświęcał biskupów i kapłanów, przywracał syriacką liturgię i aramejski jako oficjalny język Kościoła. Za jego głowę Cesarstwo Bizantyńskie ofiarowało wysoką nagrodę pieniężną.

Na próżno. Kiedy Jakub Baradeusz umierał 30 czerwca 578 roku, zostawiał silne struktury nowego Kościoła syriackiego, który jego wrogowie określali złośliwym mianem „jakobic­kiego”. To określenie przetrwało zresztą do dziś, co bardzo irytuje Aramejczyków, członków Syriackiego Kościoła Ortodoksyjnego – to jakby polskich katolików nazywać na przykład „wojtyłowcami”.

Zajeżdżamy pod klasztor, choć jest już po zmierzchu. Na szczęście brama jest otwarta, strażnik wie o naszym przyjeździe. Nikogo nie widać. Ciemnym szpalerem wysokich cyprysów dochodzimy do głównej bramy, po schodach trafiamy na ciemny podwórzec. W jednym z pokojów świeci się światło, więc wchodzimy do środka.

W pomieszczeniu grupa mężczyzn ogląda telewizję. W wiadomościach nadawane są relacje z Paryża po zamachach na „Charlie Hebdo”. Zrzucam plecak, przedstawiam się, abuna (ojciec) Gabriel zaprasza nas na gorącą herbatę, o której marzę.

Chwilę rozmawiamy, ale wszystkich ciągnie w stronę telewizora.

– Ten Charlie nie był chrześcijaninem, prawda? – pyta abuna Gabriel, nie odrywając wzroku od ekranu.

W pierwszym momencie nie rozumiem, o co chodzi. Szybko domyślam się skrótu myślowego. Tłumaczę, że „Charlie Hebdo” to nie nazwisko, tylko nazwa redakcji.

– Pewnie ci ludzie nie byli chrześcijanami – mówię. – Gdyby byli, chyba nie publikowaliby rysunków obraźliwych dla wierzących.

Abuna Gabriel szpera w swoim iPhonie i pokazuje mi bluźniercze karykatury z „Charlie Hebdo”. Nie znam ich, ostatni raz przeglądałem „Charlie Hebdo” w czasach, kiedy gazeta wyśmiewała się z George’a Busha, Jacques’a Chiraca i Jean-Marie Le Pena.

– To bardzo głupie, takie okropne rzeczy robił i nikomu to nie przeszkadzało – mówi abuna.

Przyznaję, że wielu ludziom to przeszkadzało, dlatego nie kupowali tej gazety, to było marginalne pismo.

– Zgadzasz się z nim? – pyta ojciec Gabriel.

– To nie jest moje poczucie humoru – mówię.

– Jesteś chrześcijaninem?

– Tak.

– Katolikiem?

– Tak.

– To dobrze. Pokażę ci, jak Charlie rysował papieża. – Na iPhonie Gabriela ukazuje się Jan Paweł II w uścisku z kobietą. – Rysował też okropne karykatury Boga Ojca i Syna, i Ducha – mówi i pokazuje mi kolejny bluźnierczy rysunek. – Bardzo niemądry człowiek ten Charlie. Ale żaden chrześcijanin nie chciał go zabić za to, co robił. Podoba ci się to? – pyta po raz kolejny.

– Nie.

– Zobacz, jak rysował Maryję Dziewicę. Nie uważam, że powinno się ich za to zabijać. Ale to nie są porządni ludzie. Porządny człowiek nie naigrywa się z wiary innych ludzi, nawet jeśli się z nią nie zgadza. A ten się naigrywał. Wcześniej wyśmiewał się z papieża, Jezusa, Trójcy Świętej. I nikomu to nie przeszkadzało. Ale zaczął się wyśmiewać z Mahometa, więc muzułmanie go zabili.

Pytam abunę Gabriela, czy jego zdaniem sprawcy zamachów powinni zostać ukarani.

– Tak, oczywiście. Jeśli Charlie zrobił coś złego, to Bóg go osądzi. Ale nie wolno zabijać ludzi.

Pijemy herbatę, spoglądamy na telewizor, abuna Gabriel rzuca co jakiś czas komentarz.

Pytam, czy jest szczęśliwy, mieszkając na tym pustkowiu.

– Bardzo. A ty jesteś szczęśliwy?

W odpowiedzi bąkam coś pod nosem.

– Jesteś chrześcijaninem? – pyta znowu.

– Jestem – odpowiadam.

– Katolikiem?

– Tak – odpowiadam po raz kolejny. W ciągu tego wieczora musiałem już dwukrotnie deklarować swoje wyznanie. Czekałem, kiedy zapieje kur.

– No to jaki masz problem? Ciesz się!

O wpół do szóstej wieczorem zaczynała się modlitwa. Szybko wrzuciłem bagaż do pokoju na piętrze i wróciłem do kościoła. Usiadłem w ławce przed ołtarzem zasłoniętym kurtyną z obrazem Ostatniej Wieczerzy, w kaplicy zaczęli pojawiać się mieszkańcy Dajr az-Zafaran: dziesięciu chłopców przebywających na stałe w klasztorze, nauczyciele, seminarzysta, który pochodzi z Mosulu, i dwóch mnichów – Gabriel i Jusuf. Uczestnicy modlitw weszli do bocznego pomieszczenia, a następnie ustawili się przy pulpitach po obu stronach kaplicy.

Modlitwę intonuje Gabriel, przy drugim pulpicie odpowiada abuna Jusuf, stopniowo dołączają kolejni uczestnicy. Śpiewają, czytając słowa z wielkiego, ręcznie spisanego mszału wyłożonego na pulpicie. Każdy z chłopców przejmuje na moment rolę kantora, po chwili dołączają do niego pozostali z grupy, a gdy kończą frazę, śpiew przejmuje grupa przy drugim pulpicie. Ten aramejski dialog modlitewny zlewa się we wspólny orientalny czant. Jego siła naprzemiennie rośnie i maleje.

Po kilkunastu minutach mnisi i uczniowie milkną. Abuna Jusuf przejmuje kadzidło i przechodzi z nim między wiernymi. Wszyscy uczestnicy modlitw wielokrotnie wykonują znak krzyża i pochylają głowy. Na koniec rozkładają dywaniki i padają na twarz.

Byłem świadkiem rytuałów, które przetrwały w podobnej formie prawie dwa tysiące lat. Być może właśnie tak modlili się chrześcijanie w Antiochii, może tak modlili się Piotr, Paweł i Barnaba w swojej grocie. Ciekawe, że jednym z niewielu gestów różniących te rytuały od modlitw muzułmańskich jest znak krzyża, wykonywany regularnie i wielokrotnie między prostracjami. Muzułmanie przejęli od chrześcijan nie tylko konstrukcje zadaszonych minaretów i meczetów, ale także wystrój wnętrza świątyni i rytuały modlitewne. Nie mogło być inaczej, w VII wieku nie było innych wzorów dla Mahometa i jego wyznawców.

Zgromadzenie trwało niecałe pół godziny. Na koniec chłopcy ucałowali dłoń abuny Gabriela i wyszli z kaplicy. Miałem się z nimi spotkać na kolacji.

Wróciliśmy do pokoju telewizyjnego na kolejną herbatę. Szybko zrozumiałem, na czym polega charyzma abuny Gabriela. Nie miał w sobie zadęcia, skracał dystans, chętnie opowiadał o swoich poprzednich miejscach pracy w Adıyamanie, w Belgii, a zwłaszcza w Jerozolimie.

– Nie byłem w stanie znieść tego, co tam się wyprawia – mówił. – Turyści, non stop turyści i jeszcze te kłótnie wokół Bazyliki Grobu Pańskiego. Wiesz, że kiedyś pewien Etiopczyk podbił mi oko?

Nie byłem pewny, czy żartuje, czy mówi poważnie, ale chyba mnie nie nabierał.

– Chciał mnie wyrzucić z kościoła. „To jest nasz kościół!”, krzyczał. „Wy nie macie do niego prawa!”

Zagadnąłem Gabriela o Asyryjczyków i Aramejczyków. Domyślałem się, jaka będzie odpowiedź.

– Te wszystkie podziały przychodzą z Europy – powiedział. – Pewnie to wina papieża – dodał z błyskiem w oku. – Rzym wymyślał różne podziały w dziejach. Kiedyś stworzył Chaldejczyków, a ich też przecież nie ma, są Syriakami, tak jak my. Ale Rzym zawrócił w głowie niektórym Aramejczykom, namówił ich, by się od nas odłączyli. I posłuchali waszego papieża.

 

– Co właściwie was różni od katolików? – spytałem.

– Teraz to już prawie nic. Patriarcha dogadał się z waszym papieżem. Ale moim zdaniem ciągle dzieli nas rozumienie natury Chrystusa. My wierzymy, że nie można być jednocześnie Bogiem i człowiekiem. Chrystus był Bogiem. A przecież nie można mieć równocześnie dwóch natur, prawda?

– Nie mam pojęcia, czy można, czy nie – powiedziałem. – A w Trójcę Świętą wierzycie?

– Naturalnie – odpowiedział ojciec Gabriel. – Z tym nie ma żadnego problemu.

– No to jak to jest: Bóg może mieć trzy osoby, ale nie może mieć dwóch natur?

– Oczywiście, że tak – skwitował abuna Gabriel i rozpoczął wykład teologiczny, zerkając co chwila na swojego iPhone’a.

Posiłki w klasztorze Świętego Ananiasza spożywa się w milczeniu, nie jest to spotkanie towarzyskie ani okazja do pogaduszek. Po modlitwie chłopcy nie odzywali się, dyżurny tylko polewał zupę, reszta posilała się bez słowa, a abuna Gabriel wzrokiem wydawał dyspozycje, komu dolać tak, aby talerze były pełne.

Po posiłku jeszcze raz usiedliśmy wspólnie w pokoju gościnnym. Zapytałem, czy chrześcijanie z Mardinu przychodzą do klasztoru.

– Za daleko. Nikt tu nie przyjedzie na mszę o szóstej rano. Śpią. W mieście nabożeństwa zaczynają się o wpół do dziesiątej, modlitwa o wpół do dziewiątej. Mają tam kościoły. Jest syriacki i ormiański, rzymskokatolicki, syriacki katolicki, protestancki. Każdy, kto chce, może pójść. Tylko mało chętnych.

Abuna popija herbatę. Zauważam na jego ręku tatuaż w kształcie krzyża.

– Zrobiłem go sobie w Jerozolimie. I już został.

Opowiadam o swoim spotkaniu z burmistrz Mardinu i jej optymizmie. Pytam, czy poprawiają się stosunki chrześcijan z Kurdami.

– Jesteśmy chrześcijanami. Kurdowie o tym nie zapominają. Jakbyś tu pobył rok albo dłużej, wtedy może byś się zorientował, na czym polega życie w Turcji. Zobaczysz, że będą pytać, dlaczego nie jesteś muzułmaninem, dlaczego jesteś chrześcijaninem. Będą na ciebie mówić „giaur”. Wiesz, co to znaczy?

– Wiem.

– Wszyscy tak o nas mówią. Od prezydenta po zwykłych ludzi. To dla nich znaczy, że nie wierzysz w Boga. Oni uważają, że tylko muzułmanie wierzą w Boga. Ja nie wierzę, ty nie wierzysz. Nikt oprócz nich nie wierzy. Dariusz, ty jesteś giaurem?

– Nie wiem. Nie czuję się giaurem.

– A dla nich jesteś. Takim samym jak ja!

Gabriel głośno się śmieje z własnego dowcipu.

– Kiedyś zjawił się tu taki jeden Kurd i mówi do mnie: „Przyszedłem wam powiedzieć, że jesteście w ciemności, wejdźcie do muzułmańskiego świata jasności”. Ja mu mówię: „Jesteś pewny, że przebywasz w jasności? Przecież wasz prorok Mahomet umarł, a nasz Bóg Jezus żyje. Jest w jasności nieba. To kto jest w tej ciemności, ja czy ty?”. Nic nie odpowiedział.

Pokoje na górze miały najwyżej dwieście–trzysta lat, poza tym niedawno były remontowane, w klasztorze liczącym półtora tysiąca lat wyglądały jak modernistyczny wtręt.

Wejście do mojego prowadziło przez taras, z którego – tak przynajmniej przypuszczałem – rano będę mógł obejrzeć piękne okoliczne wzgórza. Trzeba było tylko dotrwać do rana. W Dajr az-Zafaran nie ma nie tylko mnichów, nie było również gości. W tych pokojach nikt nie mieszka, na pewno nie zimą. Dostałem co prawda elektryczny grzejnik, ale na zewnątrz było nie więcej niż pięć stopni poniżej zera – nie mogłem zasnąć. Czytałem, porządkowałem notatki i nagrania.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?