Ziarno i krew

Tekst
Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

12 listopada, Södertälje, Sztokholm

Trzydziestojednoletnia Idsala Adbulahad jest programistką komputerową, studiowała w Aleppo. Jej dwudziestoczteroletni brat Nipur studiował ekonomię w tym samym mieście. Oboje pochodzą z Kamiszli, oboje przyjechali z pozwoleniem na pracę, które załatwił im wujek już wcześniej mieszkający w Szwecji. Nipur od trzech lat pracuje jako kucharz i uczy się szwedzkiego, Idsala dołączyła dwa lata później, aby być z bratem i mamą. W Kamiszli został jej mąż.

Idsala należy do niemałej grupy Asyryjczyków, którzy po otrzymaniu papierów regularnie wracają do Syrii i krążą między ojczyzną a Szwecją. Po pięciu miesiącach pobytu w Södertälje wróciła do Kamiszli, potem znowu przyjechała do Szwecji i już myśli o tym, by ponownie wyjechać do ojczyzny.

Spytałem, dlaczego wraca do kraju, w którym nie może żyć.

– Bo tam zostawiłam serce. Nie mogę opuścić tych ludzi, oni teraz potrzebują każdego, kto ich wesprze, kto ich przekona, że jest nadzieja dla Syrii. Poza tym mój mąż nie chce opuścić Kamiszli. Uważa, że trzeba zostać.

– Czy masz szwedzkich przyjaciół?

– Mam tych samych znajomych co w Syrii, część z nich tu przyjechała. Dziwne, ale tutaj nie znaczą dla mnie tyle, ile w Syrii.

– Dlaczego? Z czego wynika różnica?

– Nie wiem. Może zimny kraj sprawia, że ludzie są zimni – mówi ze śmiechem.

– Czy religia jest dla was ważna?

Nipur:

– Nie chodzę do kościoła, ale wierzę w Boga i Jezusa. Dla mnie chrześcijaństwo i asyryjskość to równie ważne składniki mojej tożsamości. Chrześcijaństwo zaczęło się u nas dwa tysiące lat temu, ono nas określa, jest częścią naszej tożsamości.

Idsala:

– Chodzę do kościoła, aby utrzymać tradycję, ale nie wiem, czy wierzę w Boga, nie jestem pewna. Słowo „chrześcijanka” nie do końca mnie opisuje. Jestem Asyryjką i to dla mnie znaczy więcej niż bycie chrześcijanką.

– Co to znaczy być Asyryjką?

– Wiele. To my nadaliśmy nazwę państwu Syria. To my wymyśliliśmy nazwy miast w Syrii, one wszystkie pochodzą z języka aramejskiego. To my zbudowaliśmy wieżę Babel i wiszące ogrody w Iraku, pochodzimy z Sumeru, to my stworzyliśmy wielką cywilizację, mamy w historii wielkich wynalazców, wielkich lekarzy, wielkich matematyków, wielkich muzyków! Odcisnęliśmy nasze piętno na dziejach świata! Możemy być z siebie dumni!

Idsala mówi podniesionym głosem, w jej oczach pojawiają się łzy.

– Każdy Asyryjczyk w Szwecji powinien być z tego dumny. A nie wszyscy są i to mnie czasem boli. Tutejsi Asyryjczycy nie mają godności, nie wierzą w siebie. Są zagubieni.

Nipur:

– Ci, którzy przyjechali przed laty, stracili kontakt z ojczyzną i rodakami. Nie wiedzą, kim są. My, którzy przyjechaliśmy niedawno, wiemy lepiej niż oni, kim jesteśmy.

– Ci, którzy są tu dłużej, uważają się za lepszych od nas – włącza się do rozmowy moja tłumaczka Nada. – Uważają, że my przyjeżdżamy na gotowe. Oni musieli czekać na rezydenturę kilka lat, my dostajemy ją po czterech–pięciu miesiącach. Oni nas nienawidzą.

– To jest jak choroba jakaś – mówi Idsala. – To mnie szokuje. Ludzie z jednego narodu, kilka tysięcy kilometrów od ojczyzny, a tak siebie nienawidzą. Mamy ten sam język, tę samą wiarę, pochodzimy z tych samych stron i kłócimy się bez sensu o jakieś abstrakcyjne sprawy. O to, kto ma być biskupem, jak mamy się nazywać, który kościół jest ważniejszy. Święty Jakub, Święty Efrem, co to za różnica?

Pytam, kto zasiał te konflikty wśród Asyryjczyków w Södertälje.

– Nie wiem, ale to chyba wina Żydów – mówi Idsala.

Pierwszy raz podczas tej podróży spotykam miłych, wykształconych, otwartych na innych ludzi, którzy wierzą, że za ich nieszczęściami stoi spisek żydowski. Pierwszy raz i nie ostatni.

– Żydzi nienawidzą Asyryjczyków za naszego króla Nabuchodonozora, który wygnał ich z Izraela do Babilonu. Za to, że byli naszymi niewolnikami, to ciągle tkwi w ich pamięci. Podobno pięćdziesiąt lat temu, kiedy pierwsi Asyryjczycy przybyli do Szwecji, mieli tylko jedną tożsamość. Wszyscy byli Asyryjczykami. Ale potem, nie wiem dokładnie kiedy, pojawiła się pewna kobieta, nie pamiętam jej imienia. Podobno była właśnie Żydówką. Weszła podstępem do naszej społeczności i zaczęła mącić. Nie, mówiła, nie jesteście jednością. Są wśród was Aramejczycy i Asyryjczycy. I od tego się zaczęło.

Nipur:

– Zgadzam się z Idsalą. To może być sprawka Żydów. Ale może też z nudów się kłócimy. Ludzie nie mają co robić, zapominają o swoim kraju, pochodzeniu, wspólnocie, w której wyrośli. Nienawiść zapewnia im cel w życiu.

Przez moment się gubię i nie wiem, czy Nipur mówi o Asyryjczykach, o Aramejczykach, o Żydach, czy jeszcze o kimś innym.

Po południu jadę metrem do dzielnicy Bredäng. W tamtejszym kościele luterańskim mieści się osiedlowy ośrodek społeczny, w którym spotykają się mieszkańcy, w tym iraccy Chaldejczycy, których sporo mieszka w dzielnicy.

Oprócz kaplicy jest tu kawiarnia, obok sala wystaw i siłownia, w której spotykam dwie starsze kobiety. Jedna pedałuje na rowerku stacjonarnym, druga gimnastykuje się na materacu. Ta pierwsza ma krzyż wytatuowany po wewnętrznej stronie nadgarstka.

Jonathan, pracownik socjalny z RPA, oprowadza mnie po ośrodku. Przyjechał do Szwecji w 1987 roku jako młody aktywista Afrykańskiego Kongresu Narodowego na obóz instruktażowy. Spotkał Szwedkę, zakochali się, przez jakiś czas utrzymywali związek korespondencyjny, a potem pobrali się w 1992 roku. W 1994, tuż przed upadkiem apartheidu w RPA, ona wróciła do Szwecji, po wyborach Jonathan dołączył do żony. I został.

Rozmawiamy o imigrantach w Szwecji. Jonathan irytuje się, kiedy przytaczam opinie, według których stanowią zagrożenie dla praworządnych Szwedów.

– Tak mówią ludzie, którzy nigdy nie mieli kontaktu z żywymi imigrantami. Skoro tak wiele jest dzielnic w Sztokholmie, do których boją się zajrzeć, to skąd wiedzą, jak się w nich żyje? Bredäng też jest trudną dzielnicą. Ale ludzie szukają tutaj tego samego co inni, normalnego życia. Przemoc i przestępczość pojawiają się wtedy, kiedy zaczynamy ich traktować jak obcych.

Dołącza do nas pani w średnim wieku o imieniu Barbara, Angielka, matka podobno znanej aktorki Jenny Hutton. Pokazuje mi zdjęcia swojej niewątpliwie pięknej córki i ciągle o niej mówi. Jenny grała główną rolę gwiazdy porno w filmie Pleasure pokazywanym w Cannes w 2014 roku.

– Może ją pan sobie wyguglować – mówi Barbara. – Piękne zdjęcia Jenny są w sieci. Ciągle musi odpowiadać na pytania, jak przygotowywała się do tej roli, jak poznawała specyfikę pracy gwiazdorów porno.

– Wyobrażam sobie, że to musi być udręka – mówię ze zrozumieniem.

Jest jeszcze wśród nas Natasza, Ukrainka z Doniecka, która nic nie mówi, i Stephanos Yokhana, który mówi cały czas. Stephanos jest kościelnym w Bredäng.

Przedtem jeździł jako taksówkarz w Bagdadzie. Przez dziewięć lat służył w armii irackiej, brał udział w wojnie Iraku z Iranem. Po jej zakończeniu udało mu się wyemigrować do Szwecji.

– Nigdy nie miałem problemu z muzułmanami ani z Saddamem. Kiedy Saddam podejmował decyzje w kraju, było lepiej, prościej. Każdy się podporządkowywał, nikt nie narzekał. Potem przyszli Amerykanie i chcieli zaprowadzić demokrację. Pojawiły się różne partie, wszyscy zaczęli się kłócić ze wszystkimi. Człowiek nie wiedział, kto ma rację, i zaczęły się problemy.

Szimoni Mikho z Bagdadu przyjechała do Szwecji w 1996 roku. Z Iraku przedostała się z siostrą i jej mężem do Jordanii. Potem do Rumunii i stamtąd do Szwecji. Przez siedem lat była sprzątaczką, teraz już na emeryturze. Jest zadowolona z życia. Przychodzi często do kościoła – albo się modlić, albo ćwiczyć na siłowni. Lubi rowerek, bo jest dobry na stawy kolanowe. Tak mówi lekarz.

Szimoni miała siedem lat, kiedy muzułmanie zabili jej ojca.

– Mieliśmy małe gospodarstwo, przyszli do nas i go zabili. Cały czas mam przed oczami tę scenę: wchodzą do domu, wyprowadzają tatę na zewnątrz i słyszę strzały. Mama płacze, potem wychodzimy na zewnątrz i tata leży we krwi, a oni odjeżdżają swoim samochodem. Ten obraz zostanie ze mną na całe życie. A zabili go tylko dlatego, że był chrześcijaninem. Oni wierzą, że za coś takiego pójdą do nieba.

Koleżanka Szimoni, Adeba Gorgees z Irbilu, przyjechała w 1997 roku. Pomogli jej przemytnicy. Przepłynęła Morze Śródziemne, dotarła do Włoch, potem przez Francję, Niemcy i Danię do Szwecji. Nigdy nie znalazła pracy, nie udało jej się zatrudnić. Ale jest zadowolona z życia. Co niedziela chodzi do kościoła i spotyka rodaków. Brat Adeby zginął w czasie wojny iracko-irańskiej. Drugi brat – przed rokiem, w zamachu bombowym w Irbilu.

– Życie za Saddama było znacznie lepsze. Nawet kiedy bywały problemy, to wtedy był tylko jeden Saddam, teraz są ich tysiące. Saddam dbał o chrześcijan. A teraz? Wszyscy powinni wyjechać. Nawet jeśli to znaczy, że nie będzie więcej chrześcijan na Bliskim Wschodzie. Tak będzie lepiej dla ludzi.

Stephanos ma inne zdanie:

– Większość ludzi wyjedzie, ale część zostanie. To jak z solą. Kiedy nie masz czym posolić jedzenia, traci smak. Jeśli chrześcijanie wyjadą z Bliskiego Wschodu, to nasz świat nie będzie tak piękny jak przedtem. Coś ważnego stracimy i nawet muzułmanie odczują stratę. Według mnie ciągle jest nadzieja. Przecież nie wszyscy muzułmanie chcą zabijać chrześcijan.

14 listopada, Sztokholm

Również w kościele luterańskim Świętego Michała w dzielnicy Vårby regularnie gromadzą się Chaldejczycy, a ich duszpasterz, ksiądz Adris Hannah, zaprosił mnie na spotkanie z wyjątkowym gościem. Do Sztokholmu przyjechał na kilka dni ojciec Pios Affas z parafii Świętego Tomasza w Mosulu. Kilka lat temu został porwany przez radykałów muzułmańskich, na szczęście zwolnili go, nie czyniąc większej krzywdy. Latem 2014 roku wraz z chrześcijanami ze swojej parafii przeżył kolejny koszmar.

 

Ojciec Pios przyjechał do Sztokholmu, by opowiedzieć o tym, co się dzieje z chrześcijanami z Iraku.

– Nic innego mi nie pozostało – mówi, kiedy siadamy w małej salce katechetycznej. Ubrany w wytartą sutannę drobny ksiądz z uśmiechem na twarzy. –Tylko mówić i wzywać dobrych ludzi na całym świecie, by o nas nie zapominali.

Słucham opowieści o ewakuacji miasta, w którym chrześcijanie żyli od VII wieku do lata 2014 roku.

Ósmego czerwca 2014 roku, po wejściu wojsk Państwa Islamskiego, wszyscy chrześcijanie z Mosulu wraz z dużą grupą muzułmanów uciekli do wiosek i miasteczek dookoła miasta: do Karakosz, Al-Kusz, Tal Kaif i innych miejscowości. W pierwszych miesiącach władzy fundamentalistów mogli jeszcze wracać do Mosulu, ojciec Pios był tam dwukrotnie. Udało mu się wtedy wywieźć z kościoła Świętego Tomasza oprawione w jelenią skórę wspaniałe manuskrypty pergaminowe z X wieku.

Na początku dżihadyści przyjmowali wracających chrześcijan dobrze. „Witamy – mówili – nie mamy nic przeciwko wam”. I sporo rodzin wróciło do swoich domów. Ale 17 lipca przybył ich przywódca religijny i zaprosił chrześcijan na rozmowy. Bali się tego spotkania, nikt tam nie poszedł.

– Fundamentaliści z Daesz uznali to za obrazę – powiedział ojciec Pios. Używał arabskiego skrótu nazwy organizacji określanej na Zachodzie jako Państwo Islamskie. – Dali nam wybór. Albo nawracacie się na islam, mówią, albo płacicie dżizję[7] i możecie zostać, ale nie gwarantujemy wam bezpieczeństwa, albo wyjeżdżacie z miasta, albo was zabijamy. No to co mieliśmy robić?

Chrześcijanie uciekli w czwartek 17 lipca, do piątku następnego dnia można było jeszcze zabrać dobytek. Po dziesiątej rano w piątek uchodźcy byli już zatrzymywani i okradani. Zabierano im wszystko, co mieli: pieniądze, złoto i kosztowności, meble, ubrania, każdy drobiazg, który miał jakąś wartość. Tego dnia ogołocono ze wszystkiego ćwierć tysiąca rodzin. Ultimatum obowiązywało do soboty w południe. Po jego upływie ­wszystkim chrześcijanom, którzy nie zdążyli wyjechać, groziła śmierć.

Szóstego sierpnia kurdyjscy żołnierze wycofali się z Karakosz i sąsiednich wsi. Nie wiadomo, dlaczego się wycofali, do tego zdarzenia będę jeszcze wracał. Chrześcijan z Mosulu zostawiono na łasce i niełasce dżihadystów. To miał być koniec, wielu ludzi bało się, że Państwo Islamskie wszystkich zabije.

– Więc w nocy wszyscy uciekli. To był nasz drugi exodus – mówi ojciec Pios. – Pierwszy raz uciekaliśmy z Mosulu, a drugi raz z Karakosz i sąsiednich wsi.

Skierowali się do Irbilu. Nagle to miasto musiało przyjąć czterdzieści tysięcy ludzi. W ciągu kilku dni wszystkie szkoły, kościoły i ogrody w mieście zostały zajęte przez uchodźców.

To było lato, można jeszcze było przespać się pod chmurką. Ale szybko przyszła jesień. We wrześniu trzeba było szukać dla ludzi schronienia. Wykorzystywano wszystko: domy prywatne, hostele, budynki publiczne, hotele w budowie. Za pieniądze zebrane przez Kościół i organizacje pomocowe postawiono kilka osiedli kontenerów, w których zatrzymało się kilkadziesiąt rodzin. I tak jest do dzisiaj.

Pytam ojca Piosa, jak wielu chrześcijan w Irbilu myśli o emigracji i ucieczce.

– Wszyscy. Kiedy byliśmy w Mosulu i potem w Karakosz, jeszcze tak nie było. Jeszcze nie chcieli wyjeżdżać. Ale bardzo szybko zrozumieli, że nie ma dla nich przyszłości, zwłaszcza dla dzieci. W Mosulu byłem redaktorem pism i książek biblijnych, sam napisałem kilkadziesiąt książek. Teraz stałem się pisarzem urzędowym. Od dwóch miesięcy przez cztery godziny dziennie wypisuję świadectwa chrztu dla osób, które chcą emigrować. Wyjeżdżają do Turcji, Libanu albo Jordanii. A stamtąd chcą jechać tutaj, do Stanów albo do Kanady.

A przecież nie wszyscy mogą wyjechać, potrzebne są pieniądze. Niewielka grupa trafiła do Francji, osoby, które mają tam krewnych, dostały zgodę na wyjazd. To zaledwie trzysta rodzin, może trochę więcej. Inni dostają wizę szwedzką. Jeszcze inni czekają, aż ONZ rozpatrzy ich podania. A ONZ wyznacza im termin pierwszego spotkania w 2020 roku. Czyli muszą czekać pięć–sześć lat w obozie albo wynająć mieszkanie w Turcji czy Libanie. Do tego potrzebne są pieniądze. Niektórzy je mają, ale ulokowane w bankach w Mosulu czy w Karakosz. A one są już w rękach fundamentalistów.

– Czy ktokolwiek został w Mosulu?

– Tam nie ma ani jednego chrześcijanina. I nie wiem, czy wrócą. Jesteśmy rozdarci. Z jednej strony chcielibyśmy zostać jako świadkowie Chrystusa. Chrześcijaństwo w Iraku trwa od czasu zesłania Ducha Świętego. Ale na drugiej szali leży wolność i życie ludzi. Nikogo nie wolno zmuszać, żeby został. Ja sam opuściłem kościół zbudowany sto pięćdziesiąt lat temu, w którym mieścił się prężny ośrodek badań biblijnych, organizowaliśmy tam kursy biblijne, wydawaliśmy książki. Wszystko to jest teraz gdzieś za mną. Nic nie zostało…

– A co się dzieje w kościele Świętego Tomasza? – pytam.

– Z kościołów postrącali krzyże, ale na razie ich nie burzą. Tylko jedną świątynię syriacką przerobili na meczet. Na każdym domu chrześcijańskim, na każdym sklepie czy siedzibie firmy należącej do chrześcijan malują czternastą literę alfabetu arabskiego. N, czyli Nasara, Nazarejczycy – to jest słowo, którym nas określają. Wie pan, dla nich ta litera to znak hańby, ale ona wygląda jak te uśmiechnięte buźki w telefonach. Dla nas to N musi być znakiem nadziei…

Ojciec Pios Affas uśmiechnął się smutno. Przeszliśmy do kościoła, w którym czekało około trzydziestu uchodźców z Iraku. Przygotowali dla niego herbatę i ciasto. Wspólnie odmówili Ojcze Nasz, a potem opowiedział im o świecie, który pogrąża się w zamęcie.

2. Południowa Turcja
5 stycznia, Antiochia

Deszcz. Ciągle pada… A co ma robić deszcz w styczniu na granicy południowej Anatolii i Lewantu? Rzeka Orontes zmienia się w rwący potok, drogi spływają błotem, chodniki w miastach pękają pod naporem wody.

Ląduję w szczerym polu, w którym stoi terminal. Prowincja nazywa się Hatay, a jej główne miasto to Antakya albo po prostu Antiochia. „Korona Orientu”, niegdysiejsza stolica rzymskiej Syrii, obok Aleksandrii i Rzymu jedno z najważniejszych miast Cesarstwa Rzymskiego – to wszystko było kiedyś, teraz jest to prowincjonalna dziura, do której trafiają czasem pielgrzymi i pasjonaci historii chrześcijaństwa z Zachodu, a ze Wschodu uchodźcy z oddalonej o dwadzieścia kilometrów Syrii.

Po wyjeździe z terminalu mijamy szkielet niedokończonego budynku, być może drugiego terminalu, który w połowie budowy okazał się jednak zbędny. Opuszczamy lotnisko, a tam jak na Mazowszu: płasko, ziemia zaorana, wszystko w ciapki. Pole kapusty, meczet, stacja benzynowa, sklep meblowy, osiedle bloków, składowisko złomu, restauracja, salon Volkswagena, szkoła policyjna…

Potem coraz mniej pól, coraz więcej chaosu budowlanego, bloki zarastają pola, wyrywają im ziemię. Chropowata droga dojazdowa, miejskie autobusy, wreszcie jest: perła starożytności, kolebka chrześcijaństwa, miasto, w którym zaczęło się wszystko to, co dziś ginie.


W czasach, kiedy Łukasz Ewangelista spisywał Dzieje Apostolskie, Antiochia była metropolią liczącą pół miliona mieszkańców, w tym dwieście tysięcy niewolników. Przez miasto szedł cały handel z południowej Anatolii w kierunku Syrii i Palestyny oraz z Indii i Persji w stronę Morza Śródziemnego. Antiochia wraz z portem w pobliskiej Seleucji była jednym z centralnych punktów Jedwabnego Szlaku. Otoczona dwunastokilometrowym murem (mury Rzymu miały dziewiętnaście kilometrów, Konstantynopola – szesnaście), wciśnięta między górę Silpius a rzekę Orontes stanowiła wspaniałe i bezpieczne schronienie dla antycznej kultury, religii, filozofii i sztuki. Miasto było pełne bogatych pałaców zdobionych wyszukanymi mozaikami, mieszkali tu Grecy i Żydzi, Aramejczycy z Syrii i Iraku. Królowała religia grecka, niedaleko miasta znajdowała się słynna na cały antyczny świat świątynia Dafne, w której czczono Apollina, boga miłości i piękna.

Żydzi żyli głównie w południowej dzielnicy miasta, a swój dostatek i bezpieczną pozycję zawdzięczali zdolności do adaptacji oraz rzymskiej tolerancji. Rzymianie pozwalali wyznawcom obcych religii i kultów rządzić się w ramach własnej wspólnoty, o ile nie łamali porządku publicznego. Żydzi go nie łamali, więc nie musieli służyć w wojsku ani składać hołdu rzymskim bogom.

Co więcej, doskonałe drogi łączące Antiochię z południem pozwalały Żydom utrzymywać stały kontakt z Palestyną, a z ojczyzny ciągle przybywały nowe grupy imigrantów. Antiochia była tętniącym życiem, kosmopolitycznym ogrodem, w którym kwitły przeróżne religie i kulty, rozwijały się filozofia, sztuka i poszukiwania naukowe. Słowem, było to idealne miejsce dla zwolenników nowego wyznania, które przynieśli do Antiochii żydowscy uczniowie Jezusa z Nazaretu. To tutaj zresztą po raz pierwszy otrzymali miano chrześcijan. Słowo „Chrystus” – po grecku „namaszczony” – odnosiło się do Mesjasza, a chrześcijanie byli po prostu żydowską sektą uznającą Jezusa za Mesjasza.

Na początku chrześcijanie głosili swoją naukę wyłącznie Żydom, ale w Antiochii tak się nie dało. Sam judaizm ze swoim monoteizmem i surową moralnością okazywał się atrakcyjny dla wielu pogan zniesmaczonych frywolnością politeizmu i ezoterycznych kultów. Jednak judaizm nie szukał konwertytów, a chrześcijanie z otwarciem i pasją zwrócili się w kierunku wyznawców Zeusa i Apollina. Z Jerozolimy przyjechał do Antiochii Barnaba, który pochodził z Cypru i znał te rejony. Sprowadził do miasta Pawła, który po swoim nawróceniu na drodze do Damaszku wycofał się do rodzinnego Tarsu i zastanawiał się, co dalej począć z życiem. Paweł mieszkał i uczył w Antiochii u boku Barnaby, potem razem z nim i Markiem wyruszył z Seleucji w swoją pierwszą apostolską pielgrzymkę. To tutaj około 37 roku po narodzinach Chrystusa trafił też Piotr po męczeńskiej śmierci Szczepana, która dała początek pierwszej dużej fali prześladowań chrześcijan w Jerozolimie.

To tutaj również wybuchł najbardziej znaczący dla wczesnego Kościoła spór doktrynalny między Piotrem i Pawłem. Chodziło w istocie o to, czy chrześcijaństwo miało być religią uniwersalistyczną i wychodzić do pogan, czego chciał Paweł, czy też pozostać religią Żydów, czego z pewnością chciał „brat Pański” Jakub, przywódca chrześcijan z Jerozolimy. Apostoł Piotr, pierwszy papież, niezdecydowany lawirował między tymi sprzecznymi ideami, co budziło niesmak Pawła. W piętnastym rozdziale Dziejów Apostolskich, a zwłaszcza w Liście do Galatan Paweł bez rewerencji krytykuje Piotra. Zresztą wówczas nie było mowy ani o nieomylności papieża, ani o dogmatach Kościoła. Wszystko pozostawało wciąż do ustalenia.

Ten pierwszy ważny spór Kościoła rozstrzygnięto na Soborze Jerozolimskim w 50 roku po Chrystusie, teoretycznie osiągając kompromis. Nowi chrześcijanie nie musieli przechodzić obrzezania, ale mieli się wstrzymywać „od rzeczy splugawionych przez bałwany, od nierządu, od tego, co zdławione, i od krwi”. Realnie jednak wygrał Paweł. Chrześcijaństwo miało się stać religią pogan i to następcy Pawła, a nie Jakuba i Piotra, ­napisali ewangelie. Gałąź żydowska więdła, aż obumarła kompletnie.

Historię piszą zwycięzcy. Paradoksalnie Antiochia walnie przyczyniła się do zapisania tej wersji historii, w której Paweł i Piotr – silnie ze sobą skłóceni – występują jako budowniczy tego samego Kościoła. Tradycja połączyła ich również wspólnym wspomnieniem liturgicznym, choć nie ma dowodów na to, by obaj apostołowie ponieśli śmierć męczeńską w Rzymie w jednym dniu i w tym samym roku. Ciekawe, jak wyglądałby dziś Kościół, gdyby spór wygrał Piotr albo gdyby prym przejęła jedna z gnostyckich sekt, od których roiło się tutaj w pierwszych wiekach chrześcijaństwa.

W podróży po Turcji towarzyszy mi tłumaczka Agata Fortuna, na co dzień mieszkająca w Stambule. Kilka razy skręcamy w niewłaściwe uliczki, wreszcie lądujemy w domu pielgrzyma obok kościoła Świętych Apostołów Piotra i Pawła – kto inny mógłby być patronem świątyni w Antiochii? Hostelem opiekuje się siostra Barbara, niemiecka franciszkanka z Wiesbaden. W 1976 roku odkryła w sobie powołanie, postanowiła pojechać do Indii do zgromadzenia siostry Teresy.

 

– Już byłam w drodze, ale biskup zaproponował mi, bym pojechała do Antiochii i ustanowiła tu ośrodek modlitewny – mówi. – Przyjechałam i jestem.

Ukryte wśród wąskich uliczek i sadów pomarańczowych Centrum Pokoju „Ulica Przyjaciół” istnieje od 1986 roku. Pytam, kim są ci przyjaciele z nazwy.

– Katolicy, protestanci, żydzi, prawosławni. Wszyscy mają kościoły w tej okolicy. Meczet też mamy.

O meczecie dowiedziałem się, a raczej usłyszałem, kiedy imam zaczął wzywać na modły. Pytam, czy w Antiochii chrześcijanie ciągle nawracają inaczej wierzących.

– Nikogo nie chcemy nawracać, to byłoby niestosowne. Nasz ośrodek ma być miejscem dialogu, modlitwy i wsparcia dla pielgrzymów, którzy tutaj przyjeżdżają tak licznie. Naszym wzorcem jest Taizé, chcielibyśmy, aby Antiochia stała się podobnym ośrodkiem pojednania. Rozumiemy, że dla muzułmanów niektóre nasze prawdy wiary, choćby samo pojęcie Syna Bożego, to bluźnierstwo.

– I co siostra na to? – pytam.

– A kim jestem, żebym miała ich przekonywać?

Pytam siostrę Barbarę, czy nie czuje ograniczeń ze strony władz tureckich.

– W Turcji jest pełna wolność religijna, nikt nam nie przeszkadza, działamy my, działają inni, każdy może praktykować swoją religię. Nawet koreańscy protestanci otworzyli tutaj kościół i bardzo dobrze nam się z nimi żyje. Jedno, co nas przeraża, to wojna. Syria ciągle uważa Antiochię za część własnego kraju, w końcu przyłączono ją do Turcji dopiero w tysiąc dziewięćset trzydziestym dziewiątym[8]. Niektórzy bali się, że po wybuchu wojny Syria będzie próbowała odebrać Antiochię. Ale na razie jest spokój. Religia nie powinna się mieszać z polityką, bo zawsze przegra.

Pytam siostrę Barbarę, czy w Antiochii jest bezpiecznie.

– A gdzie teraz jest bezpiecznie? – odpowiada pytaniem na pytanie.

Polecony przez Barbarę taksówkarz Fahri bez przerwy rozmawia przez telefon, nie milknie ani na chwilę, rozdaje kolegom zlecenia. Jedną ręką kieruje, drugą zapisuje zgłoszenia na kartce. Ludzie dzwonią, bo pada, a jak pada, potrzebna taksówka, tak jest wszędzie, również w Antiochii. Kiedy Fahri nie mówi przez telefon, mówi do mnie:

– Wiesz, że pierwsze lampy uliczne na świecie zamontowano w Antiochii? Cztery kilometry wzdłuż drogi, którą teraz jedziemy. Biegła przez środek miasta szeroka na trzydzieści metrów, otoczona dwoma rzędami arkad…

Miasto znane z przewodników i legend znajduje się kilka metrów pod powierzchnią nowoczesnej zabudowy, która niczym szczególnym się nie wyróżnia. Antiochię zniszczyły kolejne najazdy Persów, Turków, krzyżowców, ale przede wszystkim trzęsienia ziemi, które regularnie nawiedzają ten region.

Fahri umiejętnie wydostaje nas z miasta, omijając korki. Jedziemy na Mons Mirabilis, Cudowną Górę, związaną z postacią, która wywarła swego czasu ogromny wpływ na życie Antiochii.

W IV wieku, bo tak daleko trzeba się cofnąć, chrześcijaństwo stawało się religią większości mieszkańców dużych miast. Odwiedzający Antiochię w 362 roku Julian Apostata z niezadowoleniem stwierdzał, że większość jego mieszkańców jest „ateistami”, co w języku tego cesarza oznaczało, że wyznawali właśnie chrześcijaństwo. Z drugiej strony, zachodziło też inne zjawisko związane z ekspansją religii: kiedy rośnie liczba wyznawców, spada ich żarliwość. Od V wieku Antiochia zaczynała więdnąć. Niegdyś słynna na cały antyczny świat szkoła filozoficzna marniała, zmniejszała się rola miasta jako ośrodka handlu i nauki, za to kwitły korupcja i nierząd, również wśród duchowieństwa. Swoje pięć minut mieli różnej maści hochsztaplerzy i magowie.

Kluczowym elementem życia dla ówczesnych ludzi było ułożenie stosunków z Bogiem, aniołami, świętymi. Syryjscy chrześci­janie wynaleźli formułę idealną – postać słupnika, stylity. Słupnik był eremitą zatopionym w relacji z Bogiem, który jednak nie zrywał więzi z otoczeniem. Budował kolumnę na obrzeżach miasta, tak by wierni mogli go odwiedzać i słuchać jego kazań. Latami nie schodził na ziemię, bo i po co? Wierni zbliżali się do jego kolumny po schodach, a on, zawieszony między niebem i ziemią, był jak okno, przez które mogli zaglądać w wieczność. „Kandelabry wiary” – tak nazywał ich lud. Szymon Słupnik Młodszy miał się stać najsłynniejszym z nich, największym celebrytą swoich czasów.

Urodzony sto trzydzieści lat po znanym już na całym chrześcijańskim Wschodzie poprzedniku, Szymonie Słupniku Starszym, wszedł na kolumnę w wieku siedmiu lat. Zaczynał u boku swojego nauczyciela Jana, od niego uczył się skomplikowanego fachu mnicha. W wieku jedenastu lat Szymon był już tak sławny w okolicy, że zaczęli do niego pielgrzymować wierni. Po otrzymaniu błogosławieństwa abby Jana i zgody biskupa Antiochii Szymon rozpoczął budowę kolumny na górze oddalonej dwadzieścia kilometrów od miasta. Gdy ukończył piętnastometrową konstrukcję, ponoć Duch Święty zstąpił na Szymona w formie światła i natchnął go Bożą Mądrością. To nie przesada: zachowały się relacje, według których od Szymona biła łuna tak silna, że ślepnął od niej niejeden śmiałek, który podszedł do świętego zbyt blisko.

Szymon nie zszedł ze swojej kolumny do śmierci w 597 roku.

– Super, super! Ja chyba śnię! – wykrzykiwał Fahri. – Jest nowa droga! Gdyby jej nie było, nie wjechalibyśmy na tę górę.

Rzeczywiście, do klasztoru na szczycie góry Samandağ (po turecku Góra Szymona) prowadziła kręta droga wysadzana kostką. Po wertepach, w błocie, zwłaszcza w taką pogodę pewnie nie dałoby się wjechać.

– Ale zobacz – narzekał Fahri – kanałów odpływowych nie zrobili, zaraz woda drogę zaleje.

Sunęliśmy wolno krętą alejką pod górę, padał coraz większy deszcz.

– Patrz – powiedział Fahri podekscytowany – jakie piękne gaje pomarańczowe, jakie piękne oliwki!

– O czym on mówi? – zastanawiałem się, patrząc na szybę, za którą widać było ścianę wody.

– Kiedy to wszystko kwitnie, mamy tutaj raj na ziemi, zaraz zobaczysz, tylko wjedziemy na szczyt. Aż do Morza Śródziemnego wszystko będzie jak na dłoni. Na zachodzie morze, na południu góra Dżabal, a na północy Orontes i Antiochia. Cudowny widok!

Byłbym gotów w to uwierzyć, gdybym widział coś więcej poza ciętą deszczem, szarą gąbką mgły. Mimo to przytakiwałem, nie mogąc się nadziwić pasji, z jaką Fahri opowiadał o niewątpliwych zaletach krajobrazu okolic Antiochii.

Wreszcie dotarliśmy na szczyt, na którym w stawie deszczówki zalegała sterta kamieni. W czasach Szymona jego bazylika była odpowiednikiem naszej Jasnej Góry albo Lourdes. Wokół kolumny świętego wybudowano klasztor, trzy kościoły: dzięki stylicie Cudowna Góra stała się największym na świecie ośrodkiem, jakbyśmy dziś powiedzieli, przemysłu pielgrzymkowego. Co ważne, w przeciwieństwie do klasztoru poświęconego Szymonowi Starszemu niedaleko Aleppo w Syrii, sanktuarium ku czci Szymona Młodszego wybudowano jeszcze za życia świętego.

Szymon wypędzał demony, przywracał wzrok ślepym, stawiał na nogi chromych, leczył trędowatych, wyrzucał złe duchy i wskrzeszał martwych. Każdy dzień stylity wyglądał podobnie. Od świtu do popołudnia czytał i kopiował fragmenty Ewangelii, potem całą noc się modlił. Przed świtem chwilę odpoczywał – a potem wszystko od nowa.

W przerwach między modlitwą i czynieniem cudów opowiadał o Chrystusie i przestrzegał przed Sądem Ostatecznym, wzywał do pokuty za grzechy. Przepowiadał przyszłość. Podobno przewidział jedno z trzęsień ziemi w Antiochii i w ten sposób uratował życie wielu mieszkańcom, innym razem dzięki jego modlitwom w czasie suszy magazyny klasztoru wypełniły się ziarnem.

Nikt nie miał wątpliwości co do jego nadprzyrodzonych mocy, nikt nie podważał ich Bożego pochodzenia, nikt nie uważał też postępowania Szymona czy innych stylitów za cokolwiek niekonwencjonalne, nikt nie kwestionował pełnej zgodności ich stylu życia z nauką Kościoła.