Żar

Tekst
Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Żar
Żar
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 77,90  62,32 
Żar
Żar
Audiobook
Czyta Patryk Szwichtenberg
39,90  28,73 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

W serii ukazały się ostatnio:

Marcin Wójcik W rodzinie ojca mego

Frances Harrison Do dziś liczymy zabitych. Nieznana wojna w Sri Lance

Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki Wilki żyją poza prawem. Jak Janukowycz przegrał Ukrainę

Peter Hessler Dziwne kamienie. Opowieści ze Wschodu i z Zachodu

Jenny Nordberg Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie

Magdalena Kicińska Pani Stefa

Andrzej Muszyński Cyklon

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka (wyd. 2)

Filip Springer Miedzianka. Historia znikania (wyd. 3 rozszerzone)

Aleksandra Łojek Belfast. 99 ścian pokoju

Paweł Smoleński Izrael już nie frunie (wyd. 4)

Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja

Swietłana Aleksijewicz Cynkowi chłopcy (wyd. 2)

Katarzyna Surmiak-Domańska Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość

Jean Hatzfeld Englebert z rwandyjskich wzgórz

Marcin Kącki Białystok. Biała siła, czarna pamięć

Bartek Sabela Wszystkie ziarna piasku

Anna Bikont My z Jedwabnego (wyd. 3)

Martin Schibbye, Johan Persson 438 dni. Nafta z Ogadenu i wojna przeciw dziennikarzom

Swietłana Aleksijewicz Wojna nie ma w sobie nic z kobiety (wyd. 2)

Dariusz Rosiak Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan

Piotr Lipiński Bicia nie trzeba było ich uczyć. Proces Humera i oficerów śledczych Urzędu Bezpieczeństwa (wyd. 2 popr. i rozszerz.)

Paweł Smoleński Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie

Wolfgang Bauer Przez morze. Z Syryjczykami do Europy

Cezary Łazarewicz Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka

Elizabeth Pisani Indonezja itd. Studium nieprawdopodobnego narodu

Beata Szady Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy

Rana Dasgupta Delhi. Stolica ze złota i snu

Ed Vulliamy Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki (wyd. 2)

Andrzej Brzeziecki, Małgorzata Nocuń Armenia. Karawany śmierci

Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje

Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u

Anjan Sundaran Złe wieści. Ostatni niezależni dziennikarze w Rwandzie

Ilona Wiśniewska Hen. Na północy Norwegii

Mur. 12 kawałków o Berlinie pod red. Agnieszki Wójcińskiej (wyd. 2 zmienione)

Iza Klementowska Szkielet białego słonia

Lidia Pańków Bloki w słońcu. Mała historia Ursynowa Północnego

Piotr Nesterowicz Każdy został człowiekiem

W serii ukażą się m.in.:

Anna Mateja Serce pasowało. Opowieść o polskiej transplantologii

Linda Polman Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej (wyd. 2)

Dariusz Rosiak

Żar

Oddech Afryki


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt układu typograficznego Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Stuart Franklin / Magnum Photos / Forum

Fotografie wewnątrz tomu © by Dariusz Rosiak

Fotografie s. 40–41 © by Corbis Wire / Profimedia, s. 329 góra © by Bojan Brecelj / Corbis / Profimedia, s. 329 dół © by Rhapsode / Corbis / Profimedia

Copyright © by Dariusz Rosiak, 2016

Adiustacja Ewa Polańska / d2d.pl

Korekta Gabriela Niemiec / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Sandra Trela / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-415-2

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Motto

Wstęp do wydania drugiego

Senegal: bez innych jestem nikim

Zimbabwe: zraniony tyran

Mali: muzyka dla hipopotama

Ghana: marzenie o potędze

Etiopia: my nie jesteśmy Afrykanami

Rwanda: życie po śmierci

Demokratyczna Republika Konga: skąd ta groza?

Uganda: w cieniu Pogromcy Imperium

Angola: Chińczycy i ropa

Kenia: czekając na przebudzenie

Południowy Sudan: wczepieni w Biblię

Tanzania: czarny kamień, hidżab, socjalizm

Republika Południowej Afryki: świat posegregowany

Bibliografia

Przypisy

Kolofon

Są dwie Afryki, jedna na pokaz i ta druga, trudna i niebezpieczna, w której jak na dłoni czytać można prawdę. Widziałem obie. Ta druga kamieniem przygniotła pierś, a im dłużej z nią obcuję, tym więcej szczegółów chwytam. Lecz komu je opowiedzieć?

Kazimierz Nowak, Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd

Wstęp do wydania drugiego

Przed kilkoma laty relacjonowałem finały piłkarskich mistrzostw Afryki w Ghanie. Tuż przed meczem gospodarzy z Nigerią w Akrze emocje fruwały na cienkich postronkach. Grzali się kibice obu drużyn, bo mecze Ghany z Nigerią to jedna z najbardziej dramatycznych rywalizacji piłkarskich w Afryce, odpowiednik pojedynków Anglia–Niemcy czy Niemcy–Holandia w Europie. Grzali się również dziennikarze, bo nie wszyscy mieliśmy zapewniony wstęp na trybuny. Trzeba było stać w kolejce po wejściówkę, w wąskim przejściu tłoczyło się kilkuset ludzi, nad którymi nikt z organizatorów nie panował.

Wreszcie ktoś z gospodarzy stadionu wpadł na rewelacyjny, w swoim mniemaniu, pomysł. Postanowił, że pierwszeństwo dostępu do wejściówek będą mieli posiadacze legitymacji dziennikarskiej. Nie wiadomo dlaczego, w końcu wszyscy obecni mieli akredytacje, a zatem zostali już wcześniej zweryfikowani jako dziennikarze. Skoro jednak nie dla wszystkich miało starczyć wejściówek, to coś musiało nas odróżniać i tym czymś miało być posiadanie lub nie legitymacji dziennikarskiej.

Spocony, ale szczęśliwy wymacałem w kieszeni legitymację „Rzeczpospolitej” i przeszedłem zgodnie z poleceniem szefa organizatorów pod ścianę triumfatorów. Podobnie moi koledzy z Francji, Anglii, Niemiec. Po chwili po naszej stronie wąskiego korytarza ustawiła się dwudziestka szczęśliwców z wejściówkami – sami biali. Po drugiej stronie, pod ścianą płaczu stali dziennikarze, którzy nie posiadali legitymacji. Sami czarni. Nie mieli ich przy sobie: albo w ogóle nie mieli, bo ich firmy nie zadbały o to, by im je wyrobić, a może nie mieli zwyczaju ich nosić.

Staliśmy naprzeciw siebie – biali i czarni – w milczeniu, bo rozmowy o futbolu nagle ucichły. Wskutek niemądrej decyzji gospodarzy odkryliśmy kolor naszej skóry, i to w sposób, który cofał nas do Afryki sprzed kilkudziesięciu lat, gdy po jednej stronie stali biali, którzy mają, a po drugiej czarni, którzy nie mają. Byliśmy dla siebie nawzajem Inni, oddzieleni granicą „naszości”, która od wieków dzieli narody, plemiona, społeczności. Gdzieniegdzie, na przykład w Europie, kształt tej granicy jest wynikiem skomplikowanych tradycji historycznych i politycznych, subtelnych różnic bagażu kulturowego, pokręconych dróg rozwoju. Ale tutaj, w tym korytarzu na stadionie narodowym w Akrze nasza naszość i ich inność była prosta jak konstrukcja cepa. My byliśmy biali – oni czarni.

Szybko pobrałem wejściówkę i wymknąłem się na zewnątrz, gdzie wśród około setki mężczyzn zmęczonych ponadgodzinnym czekaniem i poważnie wnerwionych biletową nieudolnością organizatorów pojawiła się młoda Amerykanka o bujnych kształtach: wydekoltowana, z napisem na bluzce głoszącym pochwałę kondomów – chodząca reklama firmy Durex.

 

Kobieta trzymała w ręku cały zestaw prezerwatyw i zachęcała nas do pobrania od niej kilku sztuk gratis. Na moment męskie nerwy prysnęły i zmysły wzięły górę. Amerykankę otoczył wianuszek afrykańskich dziennikarzy wpatrzonych w jej dekolt i spijających słowa z jej ust. A ona wygłaszała wykład na temat technik prawidłowego zakładania prezerwatyw na członek. Miała zresztą przy sobie członek treningowy, na którym demonstrowała prawidłowe nałożenie kondomu. W sposób niesłychanie precyzyjny od strony technicznej opisała wszystkie możliwe aspekty zastosowania prezerwatywy, włącznie z właściwym „zarządzaniem odpadami”, czyli zużytym kondomem (tak, właśnie tego określenia użyła: „waste management”). Podkreśliła również, że zbyt ambicjonalne podejście mężczyzny do tematu, zwłaszcza nieprawidłowy dobór rozmiaru kondomu, bywa przyczyną wielu nieporozumień, a nawet tragedii.

Amerykanka mówiła długo, głośno i dobitnie, co zresztą spotkało się z uznaniem adorującego ją stada samców. Niektórzy pobrali od niej darmowe kondomy. Czas mijał – jeśli nie szybciej, to na pewno ciekawiej. Prezerwatywa zbliżała Amerykankę do Afrykanów i wszyscy byli zadowoleni.

A gdyby tak bez prezerwatywy? Gdyby poszukać wszystkich odmian życia bez wygodnych kompromisów i honorowania tabu, bez zgody na polityczną poprawność i oportunizm? Może udałoby się nam dowiedzieć czegoś więcej o kontynencie, wobec którego stosujemy zwykle tylko trzy wygodne podejścia: łatwo nam jest użalać się nad Afryką, jeszcze łatwiej ją czcić, a najłatwiej nad nią dominować. To są najpopularniejsze metody oswojenia kontynentu, który dla niektórych białych jest wyrzutem sumienia, dla innych – choćby dla nas, Polaków – coraz częściej odskocznią od normalnego, nudnego, niespełnionego życia. Cechą wspólną tych strategii jest fakt, że w ich centrum stawiamy nie Afrykę i Afrykanów, ale siebie.

Studnia żalu jest niewyczerpana, bo przecież Afryka to kontynent nieszczęść i nędzy. AIDS, wojny, ludobójstwo, głód i wszechogarniająca beznadzieja. Są jednak Bono i Bob Geldof, Angelina Jolie i Mia Farrow oraz miliony pracowników organizacji pomocy, bez których Afryka nie byłaby sobą. Afryka to smutne dzieci z dużymi czarnymi oczami i muchami latającymi wokół ich twarzy. Na szczęście są tam też białe pielęgniarki, które robią zastrzyki czarnym niemowlętom.

A przecież to tylko część prawdy o życiu tych ludzi, przecież wojny w Afryce toczą się zaledwie w kilku miejscach. Z wyjątkiem krajów dotkniętych klęską żywiołową głód panuje tylko tam, gdzie toczy się wojna, a epidemia AIDS nie jest największym zagrożeniem dla zdrowia Afrykanów (jest nim malaria, ostatnio była ebola). Nie jest prawdą, że wszyscy Afrykanie są tacy sami, że nie mają historii ani literatury i nie rozmawiają z sobą, a jeśli już mówią, to zwykle proszą o pomoc. Nie jest prawdą, że dzieciństwo w Afryce musi być pasmem nieszczęść i niedoli.

Największym niebezpieczeństwem, które niesie z sobą stereotyp – mówi nigeryjska pisarka Chimamanda Ngozi Adichie – nie jest to, że dzięki niemu poznajemy nieprawdę. Problem polega na tym, że poprzez stereotyp poznajemy urywki prawdy, a traktujemy je jako prawdę pełną i absolutną. Jedna historia, choćby najbardziej dramatyczna i pełna emocji, nie wyjaśnia ani człowieka, ani społeczności, ani tym bardziej całego kontynentu. Sentymentalny żal wobec Afrykanów – tak pociągający dla wielu mieszkańców Zachodu – jest najlepszym przyjacielem stereotypu. I najniebezpieczniejszym, bo daje nam poczucie moralnej satysfakcji, nad której jałowością nikt się nie zastanawia.

Żalowi towarzyszy niekiedy bezkrytyczny kult: traktowanie Afryki jak wielkiego rezerwatu przyrody z najpiękniejszymi na świecie zachodami słońca, rozległymi sawannami, z pasącymi się na nich stadami antylop, które odwiecznym prawem natury zżerane są przez lwy. I lwicami karmiącymi małe, puchate kocięta. I słoniami wędrujących dniami i nocami w poszukiwaniu grobów swoich przodków. I hipopotamami pluskającymi się w rzekach i bajorach, śmiesznie parskającymi i wyrzucającymi w powietrze hektolitry wody. Człowieka w tym nie ma, a jeśli już jest, to tylko jako część i wytwór natury, istota pozbawiona kultury, pamięci i cech indywidualnych.

Człowiek z Afryki staje się znakiem, symbolem, wyrazicielem odwiecznych prawd. Stąd już tylko krok do bezrefleksyjnej akceptacji zwyczajów, rytuałów, obrzędów, które wypełniają afrykańskie światy ludzi i duchów. Oba te tak blisko związane z sobą światy fascynują nas – być może dlatego, że czujemy, jak szybko nasza zachodnia cywilizacja, pozbywając się Boga, zatraca ważne narzędzie rozumienia samej siebie. Ale przecież afrykańskie duchy autentycznie niszczą ludzi, okaleczają ich, zabijają.

Piszę w tej książce o wizycie w prowadzonej przez siostry franciszkanki ze Zgromadzenia Służebnic Krzyża z Lasek szkole dla niewidomych znajdującej w Polokwane w RPA. Spotkałem tam kilkadziesięcioro dzieci albinosów (z albinizmem zwykle wiąże się osłabienie wzroku, czasem pełna ślepota) żyjących w ciągłym strachu przed odrzuceniem przez najbliższych, a nawet śmiercią z ich rąk. Części ciała albinosów wykorzystywane są do obrzędów magicznych, ich samych zaś traktuje się jak naznaczonych złem. A w tradycji większości społeczności afrykańskich zło należy wyrzucić poza nawias społeczny. Gdy słuchałem ich historii, rozumiałem, jak niebezpieczna bywa bezkrytyczna akceptacja romantycznej wizji „świata duchów”.

Po żalu i kulcie przychodzi pora na dominację. Wymyślamy sobie Afrykę, a potem realizujemy „projekty”: pomocowe, globtroterskie, sentymentalno-misyjne. Jeździmy po to, by jej pomagać, albo po to, by jeździć. Wybieramy jakąś szlachetną sprawę i dobrego patrona medialnego.

W tych wszystkich próbach oswojenia mitów Afryki odbija się fiasko naszych wyobrażeń o tym kontynencie. W świecie dostatku uważamy Afrykę za zadanie do wykonania, „brzemię”, które na nas ciąży ze względu na przeszłe winy i odpowiedzialność wobec przyszłych pokoleń. Albo za marzenie do zrealizowania, albo „drogę” do przebycia.

Czy jest w tym coś fundamentalnie złego? Oczywiście, że nie – zmagania z sobą są pożytecznym sposobem spędzania czasu (jeśli ktoś to lubi). Ale życie oderwane od stereotypu, szukanie prawdy i otwarcie na drugiego człowieka są ciekawsze. Pokonanie Afryki wzdłuż i wszerz na jednej nodze, na rękach, na nartach, w wodzie, saniami – może być atrakcyjne, ale lepiej, gdy najważniejszy w podróży będę nie ja, lecz ludzie, których spotkam.

*

Pierwsze wydanie Żaru ukazało się w 2010 roku. Od czasu napisania tej książki nie mogę pozbyć się poczucia pewnego niespełnienia i żalu. Wbrew moim zamierzeniom i deklaracjom za mało w tej książce o sukcesach Afrykanów, o ich osiągnięciach w gospodarce i kulturze, o triumfie życia nad śmiercią. Podczas wielu podróży po Afryce nie spotkałem nigdy człowieka, którego głównym zmartwieniem byłaby walka z AIDS czy starania o redukcję długów zagranicznych. Spotkałem za to wielu, których aspiracje nie odbiegają od naszych: dzieciaki chcą realizować najbardziej fantastyczne marzenia, dorośli utrzymywać rodziny, wykonywać ciekawą, najlepiej dobrze płatną pracę i godnie żyć. Na uchwyceniu tej „nitki życia” bardzo mi zależało, kiedy podróżowałem po Afryce, i ciągle ją chwytam, gdy do niej wracam, kiedy jednak zabieram się do pisania, rwie się ona pod naporem opowieści o przemocy, cierpieniu, korupcji, krzywdzie wyrządzanej sobie nawzajem przez ludzi.

Niestety od 2010 roku w opisanych przeze mnie krajach wiele rzeczy się zmieniło, zbyt wiele na gorsze. Jeszcze w 2012 roku w Afryce Subsaharyjskiej nie toczyła się właściwie żadna wojna. W dalszym ciągu nie ma na kontynencie wojen między państwami, jednak kraje takie jak Nigeria, Somalia, Kenia stały się polem aktywności terrorystów z radykalnych ugrupowań islamskich. Na pustyni niedaleko Timbuktu w Mali od lat nie odbywa się festiwal muzyczny, który opisałem w książce, bo Timbuktu w 2012 roku znalazło się pod butem muzułmańskich fundamentalistów i do dziś sytuacja w kraju jest niestabilna.

Wojny w Republice Środkowoafrykańskiej czy Burundi przypomniały, jak okrutny przebieg mogą mieć konflikty o władzę w państwach słabych i upadłych. Nie ustały napięcia w Demokratycznej Republice Konga. Sen o niepodległości i wolności Sudanu Południowego przemienił się w koszmar wojny domowej, w której cierpią setki tysięcy ludzi.

W dalszym ciągu w zbyt wielu afrykańskich krajach rządzą dyktatorzy: Zimbabwe pod wodzą Roberta Mugabego, Uganda Yoweriego Museveniego, Demokratyczna Republika Konga Josepha Kabili – to przykłady krajów, w których od pierwszego wydania Żaru sytuacja niewiele się zmieniła. Korupcja, nepotyzm, szownizm plemienny wciąż dławią rozwój gospodarki i społeczeństwa w Kenii czy Nigerii.

Niezwykle pouczającym przypadkiem jest Rwanda kierowana przez Paula Kagamego, który niedawno zmienił konstytucję, zapewniając sobie rządy na kolejne lata i chyba ostatecznie niszcząc swój wizerunek rozpieszczanego przez zachód „afrykańskiego demokraty”. W Kenii polityk oskarżany o podżeganie do nienawiści rasowej i opłacanie zabójców został prezydentem, w RPA – skądinąd prężnej demokracji z otwartym systemem politycznym, wolnymi mediami i sprawnym wymiarem sprawiedliwości – prezydent ciągle nie rozliczył się z oskarżeń o korupcję.

No właśnie… Znów mnie spycha na ciemną stronę Afryki. Łatwo ciągnąć tę wyliczankę, ale nie warto popadać w beznadzieję. Ghana coraz bardziej krzepnie jako czołowa demokracja afrykańska. Proces Oscara Pistoriusa w RPA pokazał, że jest to kraj gotowy zmierzyć się z najgorszymi zmorami podziałów rasowych i społecznych. Kenia przyjęła jednak nową konstytucję, w kolejnych wyborach nie doszło do zamieszek i mordów na taką skalę jak w 2007 i 2008 roku.

Zdecydowana większość z dziewięciuset milionów Afrykanów nie głoduje. Ostatnie kilka lat to pasmo niezwykłych sukcesów rozwojowych tego kontynentu. Pomoc Zachodu ma z tym niewiele wspólnego – Afryka rozwija się dzięki lepszym rządom, wzrostowi cen surowców, poprawie edukacji młodzieży, chińskim inwestycjom. Kilkanaście krajów afrykańskich notowało przez ostatnią dekadę sześcioprocentowy lub wyższy wzrost gospodarczy. Pojawia się nowa klasa średnia – obecnie w Afryce Subsaharyjskiej około stu milionów ludzi notuje dochód w wysokości trzech tysięcy dolarów rocznie. Trzysta milionów Afrykanów zarabia co najmniej siedemset dolarów na rok. Pojawiają się afrykańskie firmy inwestujące na całym świecie, marki z RPA, Kenii czy Ghany stają się rozpoznawalne poza Afryką.

Z europejskiego punktu widzenia to nie są osiągnięcia powalające na kolana. Sześćset milionów Afrykanów żyje ciągle za dwa dolary dziennie lub mniej. Śmiertelność niemowląt, choroby, ubóstwo – to wciąż codzienność dla wielu mieszkańców kontynentu. Jednak ostatnie lata pokazują, że Afryka jest w stanie się rozwijać, nie jest skazana w nieskończoność na nędzę i brak perspektyw.

Zachodowi wygodnie myśleć o Afryce wyłącznie jako o odbiorcy naszej pomocy i bezmyślnie pompować w nią miliony dolarów zachodnich podatników albo nadwyżki żywnościowe. Ostatnie lata pokazują jednak, że to się zmienia. Zmienia się, bo sami Afrykanie nie chcą żyć z łaski bogatych, wolą być traktowani jako partnerzy i jeśli Zachód tak ich nie potraktuje, będą handlować z Chinami i Indiami. One widzą w różnorodnych krajach afrykańskich szansę, dostrzegają ich potencjał i uśpioną jeszcze siłę.

Dla nas pozostaną drogie safari i życie w kręgu stereotypów na temat Afryki, którymi sami się karmimy. Chyba że zamiast mitów wybierzemy poznanie zwykłych ludzi, a zamiast snuć błędne wyobrażenia skonfrontujemy się z rzeczywistością.

Rano nagły deszcz, a potem zamiast świeżości i chłodu fala spiekoty, smród i wilgotna zawiesina w powietrzu. To się może zdarzyć w każdym afrykańskim mieście. Mnie spotkało w Luan­dzie. Stoję, siedzę, idę – nieważne, pot leje się ciurkiem, a brak tlenu zamula mi umysł. Nie ma gdzie uciec, chyba że do klimatyzowanego pomieszczenia, ale ile czasu można spędzić w lodówce? Smog, huk i korki na ulicy. Woń świeżych, słodkich owoców na rynku zmienia się w stęchliznę rozkładu. Taki jest zapach tego miasta: spaliny połączone z gnijącymi owocami, rybami i mięsem, dusząca słodycz, obezwładniający, wilgotny przesyt.

A potem spada gwałtowny deszcz, w niebie odkręcają kurek z ciepłą wodą i na chwilę świat się rozrzedza, aż do momentu gdy przychodzi następna porcja żaru i uderza z jeszcze większą siłą.

Żar? Jaki żar? Na malijskiej pustyni spałem w dwóch swetrach i śpiworze, w Addis Abebie marzłem w nocy na kość, a w Akrze w czasie harmattanu czułem się jak w saunie suchej.

 

Słońce, deszcz, spiekota, chłód – wszystko w Afryce się miesza i burzy nasze stereotypy. Przyzwyczajeni do jednego dyżurnego obrazu Afryki, kontynentu nieszczęśliwych ludzi zmagających się w nierównej walce z naturą, gubimy jej różnorodność nie tylko geograficzną, ale także społeczną, polityczną, różnorodność kultur i tradycji, różnorodność typów ludzkich i historii ich życia. Lubimy myśleć o tym kontynencie jak o Czarnym Lądzie, sferze ciemności i śmierci, które panują nad ludźmi. Ale to nieprawda. Afryka to życie w najpełniejszym wydaniu. Przesyt i głód, wilgoć i suchość, światło i ciemność, dźwięk i cisza, zmęczenie i komfort, choroba i zdrowie, radość, smutek, wiara, nadzieja, miłość – wszystko smakuje tu silniej niż gdzie indziej. Jeśli zatem żar, to intensywny żar życia, bezkompromisowej zgody na istnienie wbrew wszystkiemu.

Żar Afryki obezwładnia i przeraża. Zło, pazerne na naszą uwagę, staje się elementem porządkującym nasze myślenie: Afryka to dla Europejczyka nędza, korupcja, wojny i inne plagi. O nich również piszę w tej książce, ale mam nadzieję, że ludzka życzliwość, radość i pochwała życia, czyli cechy, których Afryka jest pełna, przebiją się z tych opowieści o wiele wyraźniej. Bo przecież dobrych ludzi jest w Afryce więcej niż złych, akceptacji życia w całej jego pełni więcej niż depresji i smutku.

Gdyby to zło rządziło światem – życie, w tym również podróżowanie, byłoby niemożliwe. W Afryce, którą opisuję, nie brakuje nadziei, nawet jeśli trzeba drążyć długo i cierpliwie, aby do niej dotrzeć. Afryka jest miejscem życia prawie miliarda ludzi, ludzi będących ciągle w ruchu, zmieniających się, realizujących swoje aspiracje i marzenia. O nich tutaj piszę.

Piszę również o fiasku naszych wyobrażeń o Afryce, o nieudanych próbach oswojenia mitów o niej, które sami wytwarzamy. Wbrew temu, o czym piszą gazety w Europie, Afryka nie jest problemem do rozwiązania, a jej mieszkańcy nie są chodzącymi nieszczęściami czekającymi na ratunek ze strony białego człowieka. Współcześni Afrykanie nie chcą być naszym wyrzutem sumienia. Wystarczy, by traktować ich poważnie, odejść od protekcjonalnej nadopiekuńczości, którą rezerwujemy zwykle dla ludzi uważanych przez nas za mniej bystrych, słabiej rozwiniętych, gorszych.

*

Ta książka jest zbiorem opowieści z podróży do kilkunastu państw, które odbyłem w ciągu ostatnich trzech lat. Afryka nie interesuje mnie jako atrakcja turystyczna. Prawdziwą przygodą jest spotykanie ludzi. Nie mógłbym ich poznać, nie wyjeżdżając z domu. Nie jeżdżę medytować do samotni ani na pustynię. Nie fascynują mnie rozległe pustkowia ani gęste lasy. Owszem, mogą budzić grozę albo podziw. Piasek pustyni, zakole wielkiej rzeki, niebo upstrzone gwiazdami – to wszystko bywa piękne, można nawet popłakać się ze wzruszenia, ale to nie jest do końca moja przestrzeń. Moja przestrzeń jest zamieszkana przez ludzi, tworzona przez środowisko społeczne i polityczne, historię, z której ci ludzie wyrastają.

Takie spojrzenie to trochę wybór, a trochę konieczność – podróżuję, pracując, pracuję, podróżując, a moja praca polega na pisaniu albo mówieniu o innych ludziach. Nie jeżdżę spotykać postaci sławnych ani wybitnych, choć i takie pojawiają się w tej książce. Moim podstawowym celem jest opisywanie zachowań osób przeciętnych, które wyróżniają się tylko trochę, jedynie na tyle, by zwrócić na siebie uwagę podróżującego w pośpiechu, kogoś takiego jak ja. Bo ja zawsze podróżuję w pośpiechu – tak muszę i tak lubię. Ciągle ktoś czegoś ode mnie chce i zwykle mam za zadanie dostarczyć to coś na czas: reportaż radiowy albo prasowy, artykuł, notatkę lub jakiś inny dowód, że naprawdę tam byłem. W tydzień przeżywam wtedy miesiąc, w miesiąc pół roku, czas w trakcie moich wyjazdów kurczy się i gęstnieje jak materia u Stephena Hawkinga. Jedna z jego teorii z Krótkiej historii czasu głosi, że świat ostatecznie się skurczy i zapadnie w sobie. Kiedy mój świat ma się już ostatecznie zapaść, wsiadam w samolot i lecę gdzie indziej. Cykl zaczyna się od nowa.

*

Żadnej z podróży opisanych w tej książce nie udałoby się odbyć bez pomocy, i to wydatnej, ludzi z Afryki. Zawsze taką pomoc znajdowałem. Nazwiska wielu osób, które mi pomogły, znajdują się na kartkach tej książki, niektórzy woleli pozostać anonimowi. John Kakande, Joachim Buwembo i Max pomogli mi w Ugandzie; Yasser Bagersh, Mafi Mengystu, Barbara Goshu, siostra Anna Trzepacz – w Etiopii; Malik Gakou, siostra Krystyna Młynarz, Omar Ben Khatab Sokhna – w Senegalu; Mandian Diarra, Zoumana Diabaté, Bassekou Kouyaté, Sidi Mohamed, Abdala Ibrahim – w Mali; Idris Saleh, Habiba Marshed, Bachtin – na Zanzibarze; ksiądz Stanisław Góral, księża salwatorianie z Instytutu Filozoficzno-Teologicznego w Morogoro, Joseph Pascal Mugasa – w Tanzanii; rektor João Teta, ksiądz Andrzej Fecko – w Angoli; Michael Owusou, Marcin i Anna Lelontkowie, John Asare-Bediako, ksiądz Joachim Mika – w Ghanie; Anastase Nshaka, polscy i rwandyjscy pallotyni – w Rwandzie i Demokratycznej Republice Konga; John Githongo, Koigi Wamwere, Nancy Gakahu, Tomasz i Ines Sudrowie, Maciej Tański, ksiądz Teodor Grzyśka – w Kenii; biskup Edoardo Hiiboro Kussala, księża kombonianie, Christine Mbiti – w Sudanie Południowym; Krystyna i Wiesław Grabowscy, Foxy i Sue, dziennikarze z „The Financial Gazette” i „The Zimbabwe Independent” – w Zimbabwe; Jadwiga Dubla-Kalinowska i Stanisław Kalinowski, Heidi Holland, siostry franciszkanki ze Zgromadzenia Służebnic Krzyża z Lasek ze szkoły dla ociemniałych Siloe School for the Blind, Martin Viljoen, Mark Gleeson – w RPA. W wielu odwiedzanych krajach, zwłaszcza w Angoli, Senegalu, RPA, Etiopii i Kenii, bardzo pomogli mi polscy ambasadorowie i pracownicy polskich placówek dyplomatycznych, za co jestem im wdzięczny.

Nie byłoby również ani tej książki, ani moich podróży po Afryce, gdyby Krzysztof Skowroński, dyrektor Programu III Polskiego Radia, nie wymyślił w 2007 roku akcji „Trójka przekracza granice”. Dziękuję mu za rozmach wyobraźni i okazane zaufanie.

Podstawę tej książki stanowią materiały zebrane przeze mnie jako reportera radiowej Trójki, gdzie nadawałem relacje z Afryki, i dziennika „Rzeczpospolita”, w którym pierwotnie ukazywały się teksty z moich afrykańskich podróży. Zostały one rozszerzone i opracowane ponownie na potrzeby tej książki.

W dowód wdzięczności za ludzką życzliwość podróżnik ma do oddania niewiele: drobny upominek, czas na wspólne piwo, zaproszenie na posiłek, otwarty umysł, uwagę, jaką poświęca człowiekowi spotkanemu po drodze. Wszystkim spotkanym po drodze z serca dziękuję.