Tajemnica starej dzwonnicy

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Zaproszenie

Mam na imię Radek i chodzę do VIII a. Wzruszycie ramionami i powiecie: „Co nas to obchodzi?”. Jasne! Też bym tak powiedział. W Polsce jest kilka tysięcy takich Radków i nikt nie robi z tego wielkiego halo. Ale moje nazwisko, kurczę! Tu jest problem! Bo nazywam się Cicho. Kumacie?! CI-CHO. Nie Cichy ani Cichowski, ale po prostu Cicho. Radosław Cicho.

Boże, co ja mam z tym moim nazwiskiem! Wystarczy, że na lekcji któraś z nauczycielek wrzaśnie do klasy: „Cicho!”, a ja podrywam się z krzesła. No i oczywiście wszyscy wybuchają śmiechem. Na początku, to znaczy jeszcze w pierwszej klasie, zdarzało mi się ryczeć, że się ze mnie naśmiewają. Ale teraz? Phi! Też mi coś! Na lekcji religii przed Bożym Narodzeniem to nawet miałem frajdę, bo wszyscy śpiewali „Cicha noc”, a ja z dumą – „Moja noc”. A co? Czy to ja wymyśliłem taką kolędę?

Zdążyłem się więc już przyzwyczaić i nie oglądać na ulicy, gdy ktoś „woła” mnie po nazwisku. Na początku trzeciej klasy chłopaki chciały mi nadać ksywkę „Głośno”, tak dla jaj, ale jakoś nikt specjalnie nie podłapał tematu. Potem się okazało, że nauka idzie mi lepiej od innych i zamiast się ze mnie naśmiewać, kumple zaczęli mnie odwiedzać – niby to pograć na kompie, a tak naprawdę, żeby podpytać, jak rozwiązać takie czy inne zadanie z matmy. I nim się obejrzeliśmy, już byliśmy w ósmej klasie.

W ósmej klasie wcale nie jest tak łatwo!

Już od pierwszych dni września nauczyciele powtarzali niemal w kółko: „Ósma klasa… Zobaczycie, zobaczycie…” albo „Czekajcie, ani się obejrzycie, a egzamin przed wami…”, albo „…a jak pójdziecie do średniej, to dopiero będzie…”. No i nie wiem: bać się czy cieszyć? Bo w sumie fajnie jest w naszej budzie. Przez te wszystkie lata dobrze się poznaliśmy i czasami z chłopakami wykręciliśmy jakiś czadowy numer. O! Na przykład taki jak ten na prima aprilis w szóstej klasie, kiedy przykleiliśmy gąbkę do podstawki przy tablicy. Kupa śmiechu była! I to na każdej lekcji.

W klasie najlepiej dogaduję się z Grubą, to znaczy z Magdą. Nie myślcie sobie, że waży dwieście kilo! Co to, to nie! Nazywa się Grubińska, więc chyba normalne, że ma takie przezwisko. A co najśmieszniejsze – jest chuda jak patyk! Właściwie to kumplujemy się od konkursu recytatorskiego, na którym byliśmy wspólnie w domu kultury. Wiecie, w tym, co stoi w centrum koło tego zakręconego pomnika. Na pomniku jest kobieta z pochodnią i dwóch facetów z karabinami. Podobno mieli go kiedyś zburzyć, ale ja się tam nie znam. Ważne, że nasz dom kultury stoi właśnie niedaleko pomnika. A może to pomnik stoi koło domu kultury? Sam nie wiem. W każdym razie ja mówiłem wtedy wiersz o Grzesiu, co miał wrzucić list do skrzynki i okłamał ciocię, a Gruba nawijała o lokomotywie. Każdy to zna: „Stoi na stacji lokomotywa…” i tak dalej. Dostaliśmy po dyplomie, a w przerwie – ptysia z kremem i sok jabłkowy. Nie lubię ciastek z kremem, więc Gruba wtrąbiła i swojego, i mojego ptysia. Tak zaczęła się nasza bliższa znajomość.

Gdy skończymy ósmą klasę, wszystko to trzeba będzie zostawić. My z Grubą – na szczęście – pójdziemy do tego samego liceum sportowego, które znajduje się niedaleko hipermarketu Galeria, bo tak się zgadaliśmy, więc myślę, że łatwiej będzie się nam przyzwyczaić do nowej szkoły. Niektórzy nabijają się z nas, że „zakochana para” i takie tam, ale my to mamy w nosie. Czy to moja wina, że akurat z nią udało mi się przeżyć kilka ciekawych historii? Ciekawych i niebezpiecznych – jak na przykład ta u mojej babci Heli, która mieszka w Środzie Śląskiej. Było trochę strasznie i trochę niebezpiecznie, najbardziej wtedy, gdy pod kościołem… Ale najlepiej, jak opowiem od początku.

W pierwszy czwartek września, tuż po lekcjach, zadzwoniła babcia Helenka. Mama mojej mamy. Komórkę odebrałem w przedpokoju, bo akurat wróciłem i zdejmowałem buty.


– Radek?

– Tak! Cześć, babciu!

– Dzień dobry, kochanie. Rodziców nie ma w domu?

– Tato pojechał do banku. Miał tam coś załatwić. A mama jest w sklepie. – Spojrzałem na zegarek. – Zaraz powinna być z powrotem.

– No właśnie nie mogę się do nich dodzwonić. To może ja później…

– A z wnuczkiem to już nie łaska pogadać? – przerwałem.

Roześmiała się.

– Masz rację, przepraszam. Chociaż właściwie to powinnam mieć do ciebie pretensje.

– Tak? – zdziwiłem się.

– Tak, bo odkąd masz tę swoją komórkę, to rzadziej cię słyszę. Dziwne, prawda?

– No… – zająknąłem się.

– Pewnie non stop wydzwaniasz po kolegach. Albo jeszcze lepiej do jakiejś narzeczonej, co? Przyznaj się.

– Nieeee, no babciu…

– Akurat. Już ja tam swoje wiem.

– Nie wydzwaniam! – rozdarłem się. – Po prostu mam teraz więcej zajęć. Poza tym chodzę jeszcze na dodatkowy angielski. Zapomniałaś?

– Ja? Oczywiście, że nie! Myślisz, że jak się ma siedemdziesiąt dwa lata, to od razu człowiek musi się uskarżać na sklerozę? Akurat!

Parsknąłem.

– I bez śmichów-chichów. Ja właściwie dzwonię z twojego powodu…

– Z mojego?

Wtedy do mieszkania weszła mama.

– O! Jest już mama. Chcecie pogadać?

– No to daj mi ją do telefonu – poprosiła babcia.

Mama zsunęła buty i odstawiła siaty.

– Babcia Helenka – wyszeptałem, podając aparat.

– Cześć, mamo…

Złapałem za zakupy i zataszczyłem je do kuchni. Ponieważ w jednej z reklamówek dojrzałem czekoladowego rożka, nie mogłem pozwolić, aby się rozpuścił, prawda? Kilkoma sprawnymi ruchami odpakowałem loda i… mmmmm… Nie ma niczego lepszego!

Kiedy wracałem do swojego pokoju, mama nadal trajkotała przez telefon, siedząc na przedpokojowej szafce na buty.

– Czekaj, czekaj… – wyszeptała w moim kierunku, zasłaniając mikrofon i sugestywnie machając ręką.

Przystanąłem.

– To może sama mu to powiedz, mamo – odezwała się, po czym od razu podała mi komórkę.

Zdziwiony i zaskoczony takim obrotem sprawy przekazałem mamie rożek.

– Słucham? – odezwałem się z zaciekawieniem.

Mama oparła się o ścianę i zaczęła podjadać mojego loda! O nie! Zanim skończę z babcią, wsunie mi cały deser! – pomyślałem.

– Radku…

– Tak, babciu?

Z coraz większym przerażeniem patrzyłem na mamę.

– Chciałam cię zaprosić na najbliższy weekend do mnie.

– Na… weekend? – wydukałem, robiąc kwaśną minę do mojej rodzicielki.


– Tak. Całe miasteczko szykuje się do Święta Wina…

– Święta Wina?! – zapiałem jak kogut o piątej rano. – Przecież ja jestem za młody, żeby pić wino. Babciu, co ty?

– E, nie. No jasne, że nie o wino chodzi. Ale wiesz. Mają tu być jakieś występy, zespoły mają grać, połowa ludzi się przebiera … Co tu dużo gadać… Festyn będzie! Właśnie wyglądam przez okno…

Rany boskie! Babciu, szybciej! Mój rożek! – kotłowało mi się w głowie.

– Aha, aha…

– Na rynku jest już ogromna scena. A wokół rozstawiają się straganiarze i bractwa rycerskie mają zjechać…

– Rycerskie… O, to super! – rzuciłem mimochodem i aż przełknąłem ślinkę, kiedy mama odgryzła kawałek wafelka.

– Czyli mogę się ciebie jutro spodziewać?

– Co? Jutro?

– No jutro. Przecież dziś już czwartek. Więc pomyślałam, że jutro po lekcjach…

– Jasne! Oczywiście!

– Ale wiesz… Ustaliłyśmy z mamą…

Z MAMĄ?! Zeżre mi całego loda!

– Ustaliłyśmy z mamą, że przyjechałbyś ze swoją koleżanką.

– Co?! – ryknąłem.

– No z tą sympatyczną, szczuplutką… no… jakże jej jest… co ją widziałam na zdjęciach, jak ostatnio u was byłam.

– Z Grubą?!

– Eeee… Jaka tam ona gruba? Chudzina taka.

– To znaczy z Magdą?

– O właśnie! – Babcia wyraźnie się ucieszyła. – Ona ma na imię Magda. To chyba twoja koleżanka z klasy, prawda? Mama mówiła, że jesteście… ten tego… bliżej czy coś…

Mama? Jezus, Maria! Obgryzła mi już cały wafel dookoła!

– Co?! Jak to „bliżej”?

– No że się kolegujecie… bliżej. Poprosiłam mamę, żeby porozmawiała z jej rodzicami. Moje mieszkanie jest duże, więc wszyscy się spokojnie pomieścimy…

Kończmy! Kończmy!

– Zgoda! – wypaliłem.

– Bardzo się cieszę…

– Babciu!

– Tak?

– To ja już ci daję mamę!

– Dob…

Ale reszty nie słyszałem. Wymieniłem komórkę na resztkę loda i schroniłem się w swoim pokoju. Mama pojawiła się tam po kilku minutach.

– Jak wróci tato, to podjedziemy w trójkę do rodziców Magdy, żeby z nimi pogadać na temat tego weekendowego wypadu – oznajmiła, oblizując reszki czekoladowego przysmaku, pozostałe w kącikach ust.

– Mhm – mruknąłem.

– Niezły ten rożek, co nie? – zapytała jeszcze i poszła do kuchni.

Tato wrócił po dwudziestu minutach i kiedy dowiedział się wszystkiego, to nawet nie zdejmował butów, tylko kazał nam się zebrać i pojechaliśmy do państwa Grubińskich.

 

Podczas gdy nasi starzy omawiali plan pobytu w Środzie, my z Grubą pobijaliśmy kolejne rekordy w grze w diamenty. Macie coś takiego na kompie? To taka układanka. Trzeba zamienić miejscami dwa kolorowe diamenty (czy coś podobnego do diamentów) tak, żeby po zamianie trzy albo i więcej kamieni tego samego koloru znalazło się obok siebie. Wówczas znikają i reszta zsuwa się w dół. U siebie w domu doszedłem już do szóstego poziomu, ale teraz z Magdą graliśmy na czas. Po czterech rundach wyprzedzała mnie o dwadzieścia punktów. Ale przy rezultacie rzędu kilkudziesięciu tysięcy punktów taka różnica to nie różnica.

– Co można robić u twojej babci? – zapytała nagle Magda.

– Czy ja wiem? – wzruszyłem ramionami.

– Byłeś tam kiedykolwiek?

– Jasne! Jakieś pół roku temu. Pojechaliśmy na jej imieniny. Lało jak z cebra. Siedziałem w domu i opychałem się sernikiem.

– A to… święto, o którym wspominałeś?

– Święto Wina? Nie mam pojęcia. – Pokręciłem głową. – Nigdy go nie widziałem. Mama mi opowiadała, że to taki jakby jarmark czy odpust. Z kolei babcia mówiła, że festyn. Nie wiem. Zobaczy się na miejscu.

– Mam nadzieję, że nie zanudzimy się na śmierć.

– Ja też – roześmiałem się. – Jak znam babcię, to setny raz opowie nam o kościele, który stoi prawie na rynku, i o…

– Setny? – przerwała. – Może tobie. Ja tego jeszcze nie słyszałam. Chętnie posłucham.

– O rany! – Złapałem się za głowę. – Zapowiada się porywający weekend.

Już mieliśmy rozpocząć kolejną turę, kiedy do pokoju Magdy wsunęła się głowa mojej mamy, a potem głowa pani Grubińskiej.

– Wracamy do domu – rzuciła mama.

– A ty zacznij się pakować – usłyszała Gruba. – Plecak masz w szafie w przedpokoju.

– Już? – zdziwiła się Magda.

– Już, już! Jutro nie będzie czasu.

– To prawda – dodał mój tato, który właśnie pojawił się w progu. – Odbiorę was po lekcjach i podwiozę prosto na dworzec.

– A nasze rzeczy? – zapytałem.

– Będą w aucie. Po twoje, Madziu – zwrócił się do kumpeli – przyjadę jutro do południa.

– W porządku – zgodziła się jej mama.

– Chodźmy, Radku – wyciągnął do mnie rękę.

Przesunąłem myszkę i przecisnąłem się do przedpokoju, gdzie w rekordowym tempie wbiłem się w adidasy.

W domu mama pomogła mi spakować „niezbędne” rzeczy. Oczywiście niektórych w życiu bym nie zabrał. Ale wiecie, jak to jest z mamami. Potem usiadłem do komputera. Poprosiłem tatę, żebyśmy wyszukali w internecie komórkową wersję tych moich diamentów. Przynajmniej jak Gruba zatrajkota się na śmierć z babcią o kościele i innych rzeczach, które znałem na pamięć, będę mógł potrenować czasówkę, żeby po powrocie pobić ją z kretesem.

Udało nam się pobrać darmową wersję gry z jakiegoś portalu dla… ekologów (!) i mój smartfon wzbogacił się o nową aplikację. Nie sądziłem, że w czasie zbliżającego się weekendu nawet jej nie tknę.

Złodziej na dworcu

Tato – tak jak obiecał – odwiózł nas zaraz po lekcjach na dworzec. Dojechaliśmy najpierw do Wrocławia. Tam przesiadaliśmy się na pekaes, który miał odjechać dopiero za półtorej godziny. Gdy na wrocławskim dworcu wyleźliśmy z pociągu, to prawie zaniemówiłem. Przecież to właśnie tutaj kręcono któryś z odcinków Hansa Klossa! Pamiętam! I chociaż tamten film był czarno-biały, a na peronach pojawiły się kolorowe reklamy, to i tak podobieństwo było stuprocentowe.

Zeszliśmy do przejścia podziemnego i pomaszerowaliśmy ku głównemu wyjściu. Tato mówił, że dworzec PKS jest przy ulicy Suchej. Zapytałem o drogę taksówkarza.

– Aaaa… – Zrobił mądrą minę. – To jest po drugiej stronie dworca PKP. Idźcie w lewo, a potem tunelem pod torowiskiem.


Poszliśmy. Od razu rzuciła nam się w oczy zabudowa dworca autobusowego. Zresztą TAKA ilość „przytułków” jednoznacznie wskazywała, że to właśnie tutaj znajduje się „trochę większy przystanek”. Zapytacie pewnie, co to znaczy „przytułków”? Mój tato tak właśnie nazywa miejskie autobusy. Gdy zapytałem go kiedyś dlaczego, to odparł:

– Bo jak zepsuł mi się samochód i musiałem pojechać do pracy autobusem, a potem wrócić, to ścisk był tak niemiłosierny, że od tego „przytulania” myślałem, że zaraz wykorkuję!

A więc „przytułek” – od „przytulania się”. Mama stwierdziła, że to głupie określenie, ale ona się nie zna! Tato często wymyśla jakieś nowe słowa. I one właśnie są git!

Tymczasem przedostaliśmy się w okolice dworca PKS i… Magda zrobiła się głodna.

– Czas coś przekąsić – oznajmiła.

– Mogłem się tego spodziewać – burknąłem.

– Tam są hot dogi! – ucieszyła się, wskazując kolorową budkę. – Chodź! – Złapała mnie za rękaw. – Kupić ci też?

– Eeee… Nie. Babcia pewnie coś przygotowała. Już ja ją znam.

– Jak tam chcesz. – Wzruszyła ramionami i sięgnęła po portfelik.

Zjadła dwa! I wypiła dwa soki pomarańczowe!

Nie powiem – sok też sobie kupiłem i gdy siedzieliśmy przy stoliku, popijając orzeźwiający napój…

– O, Boże! Okradli mnie! – krzyknęła grubawa pani, zrywając się od sąsiedniego stolika.

Wszyscy wokół zamarli. My także.

– Okradli mnie! Złodziej! – nie przestawała wołać.

Jak spod ziemi wyrósł przy niej policjant w granatowym (prawie czarnym) mundurze, a potem jeszcze pani policjantka. Pewnie patrolowali okolicę dworca…

– Co tu się stało? – zapytał stróż prawa, wyjmując notatnik i długopis.

– Panie policjancie! Okradli mnie!

– Ale proszę się uspokoić! Kto i kiedy panią okradł?

– Teraz! Przed momentem! Przyjechałam z Jeleniej Góry i czekam na syna. Mówię sobie, przysiądę na chwilę i odsapnę, a tu człowiek nie może nawet torebki postawić…

– Zaraz, zaraz. – Policjant próbował zatrzymać jej słowotok gestem dłoni.

Kobieta na chwilę umilkła.

– O której godzinie przyjechała pani z Jeleniej Góry?

– No… Przed chwilą… Nie wiem dokładnie! Ale złodziej…!

– Moment! – Uniósł dłoń. – To pani torba? – Wskazał na brązowy neseser, stojący na białym krzesełku.

– Tak, moja walizka. Ale torebka! Panie policjancie! No niech mu pani powie! – Szukała zrozumienia u funkcjonariuszki.

– Proszę panią o dowód osobisty – odparł policjant.

Kobieta zrobiła wielkie oczy.

– No a skąd panu wezmę?! Przecież mówię, że mi torebkę ukradli! Człowieku! Czyś ty głupi, czy udajesz?

Facet trochę się zmieszał.

– Niech się pani liczy ze słowami – napomniał ją. – Czy w skradzionej torebce miała pani dokumenty?

– I dokumenty, i wszystkie pieniądze, i telefon…

– Dobrze. Proszę opowiedzieć, co pani robiła po wyjściu z autobusu.

– Wysiadłam przy stanowisku numer dwa. To pamiętam, bo syn akurat zadzwonił, że się spóźni. Korki – poinformowała fachowo. – Więc wyjęłam z tej torby – wskazała na neseser – żakiet – pogładziła dłonią jasną marynarkę – i postanowiłam zaczekać na niego właśnie tutaj. Ledwie usiadłam, to zauważyłam, że ktoś mi ukradł torebkę!

Policjantka poszła porozmawiać z właścicielką fast foodu. Wypytała ją pewnie o to, czy ktoś podejrzany się nie kręcił się w okolicy. Ale okazało się, że oprócz okradzionej kobiety oraz… nas (!) nikogo więcej tutaj nie było. Funkcjonariuszka podeszła więc do nas.

– Dzień dobry – przywitała się.

Odpowiedzieliśmy.

– A wy nikogo tutaj nie widzieliście? Nie wiecie, kto skradł tej pani torebkę?

Gruba wzruszyła ramionami.

– Nie wiem – odpowiedziała zgodnie z prawdą. – Zajęta byłam jedzeniem…

– Ja też nie widziałem – stwierdziłem, gdy policjantka przeniosła wzrok na moją osobę.

– No tak… – westchnęła i już miała odchodzić, gdy wpadłem na genialny (i prosty!) pomysł.

Wstałem od stolika i podszedłem do poszkodowanej.

– Przepraszam, można? – zapytałem.

Policjant nie miał nic przeciwko temu.

– Czy pamięta pani numer swojej komórki? – zwróciłem się do kobiety, sięgając po swój aparat.

– Oczywiście. – Wzruszyła ramionami.

– Proszę mi podać.

Zdziwiona do granic możliwości kobieta podyktowała mi dziewięć cyferek, które wklepałem w swoim telefonie. Wcisnąłem zieloną słuchawkę i… „Jak się masz? Kochanie, jak się masz?” – usłyszeliśmy melodyjkę wydobywającą się z… wnętrza brązowej walizki.

– Mój telefon! – krzyknęła kobieta i rozsunęła neseser.

Muzyczka zrobiła się jeszcze wyraźniejsza.

– Moja torebka! – Zerwała się na równe nogi, wydobywając z walizki czarną torebkę. – Jest! Nie ukradli! – uradowała się, unosząc zgubę wysoko do góry.

Policjant wstał od stolika, schował notatnik, podparł się pod boki i z dezaprobatą pokiwał głową. On też bardzo szybko zaskoczył, co się właściwie stało. Kobieta wyjmowała z walizki żakiet, a schowała do niej torebkę, zupełnie o tym zapominając.

– No tak – westchnął. – Znalazł się złodziej. – Ściągnął brwi.

– Przepraszam. – Nieznajoma się zaczerwieniła.

– Niech pani lepiej jemu podziękuje. – Policjant wskazał na mnie.

– Dziękuję. – Uśmiechnęła się. – Może… może wam coś zafundować, co?

– Nieee… – Spuściłem wzrok i schowałem komórkę. – Nie trzeba…

– Może coś do picia, co? Albo do jedzenia? – Rozsunęła czarną torebkę i wydobyła portfel.

– Do jedzenia…? – usłyszałem głos Grubej. – Można… hot doga? – Wyszczerzyła zęby.

– Oczywiście, moje dziecko!

Złapałem się za głowę.


Czym różni się rycerz od woja

Terkoczącym i kopcącym pekaesem dojechaliśmy do samej Środy Śląskiej. Babcia Hela czekała na nas na przystanku autobusowym. Ledwo żeśmy go poznali, bo cała wiata była przysłonięta brązową płachtą wielkiego namiotu, który kończył się z tyłu na trawniku.

– Co to jest? – Wskazałem na zadaszenie, gdy tylko wyskoczyliśmy z autokaru.

– Mówiłam przecież. – Uśmiechnęła się. – Na festyn zaczynają się zjeżdżać. A „dzień dobry” to nie łaska?

– Dzień dobry! – wypaliliśmy natychmiast i niemal jednocześnie.

– Cieszę się, że dotarliście bez przeszkód.

– Cześć, babciu. – Przytuliłem się do niej, najmocniej jak tylko potrafiłem, ale zaraz się oderwałem. Jeszcze ktoś pomyśli, że jestem maminsynkiem.

Gruba dygnęła po dziewczyńsku.

– Witaj, kochanie. – Babcia wyciągnęła do niej obie ręce. Podeszła bliżej i pocałowała Magdę w czoło. Objęła ją ramieniem. – Mam nadzieję, że ci się u mnie spodoba i że będziemy miały o czym porozmawiać, jak przyjaciółka z przyjaciółką.

O, rany! Zaczyna się! – pomyślałem i przyłożyłem dłoń do czoła.

Wtedy z namiotu wyszły trzy kobiety. Ubrane zupełnie nie jak na nasze czasy. Miały długie lniane suknie i brązowe sandały z mnóstwem rzemieni. Ich rozpuszczone włosy przepasane były zielonożółtymi plecionkami. Przy skórzanych pasach dyndały małe torebeczki ze skóry. Nosiły bursztynowe naszyjniki i rozmawiały, głośno się śmiejąc.


– O, widzicie?! – ucieszyła się babcia. – Średniowieczne panny są już w mieście. Oj, będzie się działo, będzie!

Stanęliśmy z Grubą jak wryci i chyba nawet rozdziawiliśmy usta. Kobiety przeszły obok nas i znikły za wyłomem pobliskiego budynku.

– Ale wy pewnie głodni, co?

– Trochę – odparła moja koleżanka.

Po trzech hot dogach? – zrobiłem wielkie oczy, ale się nie odezwałem.

– No jasne, że głodni – odpowiedziała sama sobie. – Mama mi mówiła, że przyjedziecie zaraz po szkole. Chodźcie. Muszę was nakarmić i wtedy możecie lecieć na rynek. Tam to dopiero zapowiada się zabawa!

Posłusznie poszliśmy w stronę jej domu. Babcia mieszkała przy samym rynku – w dwupiętrowej kamienicy, która przylegała do ulicy Wąskiej. Z jej okien widać było niemal cały główny plac Środy, który właściwie tylko zwyczajowo nazywano „rynkiem”. Oficjalnie nosił nazwę placu Wolności.

Muszę wam powiedzieć, że wiele w życiu widziałem rynków, ale takiego jak w Środzie nie ma chyba nigdzie. Babcia mówiła, że ten rynek ma wrzecionowaty kształt. Co oznacza, że jest raczej wydłużony, jak kolba kukurydzy albo banan, i wcale, ale to wcale nie przypomina innych kwadratowych rynków. Owszem na jego środku stoi ratusz. I to nawet dwa – przyklejone do siebie – stary, który pamięta jeszcze czasy średniowiecza, i nowy, gdzie obecnie znajduje się urząd miejski. Ale cała reszta rozciągnęła się jak plastelina na linii wschód–zachód.

 

Tymczasem dotarliśmy do babcinej kamienicy. Przez ciasną sień wczłapaliśmy z plecakami na pierwsze piętro. Były tu tylko dwa mieszkania – mojej babci i państwa Olesińskich. Ta dwójka przemiłych staruszków miała chyba w sumie z trzysta lat, ale sprawności mógłby im pozazdrościć każdy.

Mieszkanie babci składało się z czterech pokoi, olbrzymiej kuchni i łazienki rzecz jasna.

– Przygotowałam wam dwa sąsiednie pokoje – oznajmiła, gdy tylko przekroczyliśmy próg.

Wewnątrz pachniało mandarynkami i drożdżami. Niecierpliwie poruszyłem nozdrzami, co zauważyła babcia.

– Tak, tak. – Uśmiechnęła się. – Upiekłam domowy chlebek. Nie jakieś tam supermarketowe świństwo, ale na prawdziwym zakwasie i drożdżach. Bez jakichkolwiek dodatków chemicznych.

– To super! – krzyknąłem i odstawiłem plecak pod ścianę. – A który pokój dla mnie?

– Wstydziłbyś się!

– Co?

– Niech dama wybierze pierwsza. – Babcia wskazała delikatnym ruchem na Magdę.

– Co?! – powtórzyłem i zmarszczyłem brwi.

– Proszę, kochanie – zwróciła się do Grubej.

– Ale ja nie chciałabym sprawiać kłopotu…

– To żaden kłopot. Mężczyznom czasami trzeba przypominać, że to właśnie nam należy się pierwszeństwo.

– Taaa… – żachnąłem się. – Zobaczymy, jak zacznie jeździć samochodem – odburknąłem pod nosem. – Pierwszeństwo, phi… Też mi coś.

Babcia wzięła Grubą pod łokieć i weszły do pokoju. Coś tam poszeptała jej do ucha i obie parsknęły śmiechem. No tego to już za dużo! Zdjąłem buty i wmaszerowałem do kuchni. Zapach świeżego chleba o mało nie powalił mnie na kolana. Boziu kochana! A tu jeszcze garnek zsiadłego mleka! Sięgnąłem po kubek i nalałem sobie po sam brzeg. Wychyliłem, zanim babcia z „damą” zdążyły obejść drugie pomieszczenie. Opłukałem kubek nad zlewozmywakiem i odstawiłem na miejsce. Wtedy pojawiły się w progu. Wsadziłem ręce do kieszeni i zacząłem cicho pogwizdywać.

– A coś ty taki pewny siebie? O, widzicie go!

– Ja? Nic takiego, zupełnie nic – wyszczerzyłem zęby.

– Mleko smakowało? – wypaliła bez ogródek.

– Mleko? – udawałem zdziwionego. – Jakie mleko?

Podeszła bliżej i podała mi małe lusterko, które stało na kuchennym blacie.

– Jak się ukradkiem pije mleko, to trzeba potem pozbyć się wąsów, panie kawalerze.

O nie! Ale wtopa! Czym prędzej przetarłem usta dłonią. Babcia i Magda wybuchły śmiechem.

– Dobra, dobra. – Pokiwałem głową. – Coście uradziły?

– Biorę ten pokój bliżej kuchni – odparła Gruba.

– Spoko, to ja ten drugi – zgodziłem się.

– Z jednego i drugiego okna wychodzą na rynek, więc jakbyście się poczuli zmęczeni na festynie, to zawsze możecie go poobserwować z domu.

– Mhm – zamruczeliśmy jednocześnie.

– No dobrze. Jeść, jeść. Zrobię wam pyszne kanapki z żółtym serem i…

– I ze zsiadłym mlekiem? – przerwałem.

Spojrzała na mnie spod byka.

– Niech ci będzie. – Pokiwała palcem.

Magda znowu się roześmiała. Z czego ona ma taki ubaw?

– Umyjcie ręce i siadajcie.

Polecieliśmy do łazienki i niemal na wyścigi zmyliśmy z dłoni podróżny kurz. Kiedy wróciliśmy, kanapki były już na stole. Gruba prawie natychmiast zaczęła się opychać. Całe szczęście, bo pewnie zapaplałyby mnie na śmierć. Babcia nalała mleka do dwóch białych kubków i usiadła razem z nami przy kuchennym stole.

– Czy Środa Śląska to bardzo stare miasto? – zapytała Magda.

Babcia Helenka jakby na to czekała.

– O, ho, ho! Moje dziecko… Bardzo stare. Już w trzynastym wieku nadano jej prawa miejskie, to jeszcze za czasów Henryka Brodatego…

– Brodatego?

– Brodatego – powtórzyła babcia. – To jeden z Piastów… Ale pierwsze wzmianki o Środzie pojawiły się sto lat wcześniej.

– A skąd taka nazwa? Środa? No bo że Śląska, to rozumiem, ale Środa?

– Nie wiadomo dokładnie. Ale najprawdopodobniej od środy, która jest po wtorku.

– To znaczy?

– Zanim Środa stała się miastem, była tu osada targowa, w której jarmark odbywał się właśnie we środy. I tak już zostało. Środa Śląska.

– Henryk Brodaty był królem Polski?

Babcia spojrzała na mnie, jakby chciała, żebym to ja odpowiedział na ostatnie pytanie. Złapałem za kubek i zacząłem pić. Powoli. Bardzo powoli.

– Uczyliście się na historii o rozbiciu dzielnicowym? – zapytała z kolei babcia.

Odstawiłem kubek.

– Jasne! – odparliśmy jednocześnie.

– Więc wiecie, że Bolesław Krzywousty podzielił Polskę na kilka dzielnic. Każdą dzielnicę przypisał jednemu swojemu synowi, a ten, który rządził dzielnicą krakowską, bo wówczas Kraków był stolicą Polski, miał mieć zwierzchność nad pozostałymi braćmi.


– Znaczy… miał nimi rządzić?

– Coś w tym rodzaju.

– Mhm – mruknąłem.

– No i Henryk Brodaty był najpierw księciem Śląska, ale w trzynastym wieku na kilka lat objął również tron w Krakowie.

– Czyli został królem?

– Raczej władcą polskich ziem – poprawiła mnie. – Ale w pewnym sensie masz rację, bo nawet Jan Matejko wymienia go w swojej książce zatytułowanej Poczet królów i książąt polskich.

– Skąd pani tyle wie? – zapytała w końcu Magda, która już od jakiegoś czasu przestała jeść i siedziała z rozdziawioną buzią. – Uczyła pani historii w szkole?

Przyznam, że i ja byłem zaskoczony. Słyszałem nie raz, jak babcia opowiadała o okolicznych zabytkach. Ale żeby takie rzeczy?

Babcia wstała i podeszła do okna. Oparła się o parapet.

– Pracowałam kiedyś w tym budynku. – Wskazała za okno w prawo.

Poderwaliśmy się od stołu i ciekawie wyciągnęliśmy głowy.

– W którym?

– No tam – dodała z naciskiem.

Zobaczyliśmy duży niebieski napis – „PKO BANK POLSKI”.

– W banku? – zapytaliśmy jednocześnie.

– Nie. – Uśmiechnęła się. – Tuż za nim znajduje się ratusz. A w nim swoją siedzibę ma miejskie muzeum. Ho, ho, tak, tak. Teraz jestem już na emeryturze, ale jeszcze wiele rzeczy pamiętam z tamtych czasów. Na przykład skarb…

– Skarb?!

– Skarb – potwierdziła. – Pod koniec ubiegłego wieku wykopano w Środzie dwa skarby, zawierające różne klejnoty i drogie kamienie, i pierścienie, i drogocenne ozdoby, a nawet srebrne monety. Taaaak… – zamyśliła się. – Skarb średzki, pamiętam jak dziś. Nawet gazety o tym pisały…

– No tak. Ale nas wtedy jeszcze nie było na świecie – dodałem z przekąsem.

– Rzeczywiście. – Pokiwała głową.

– Całkiem jak w filmie! – nie wytrzymała Gruba.

– Dużo lepiej – przyznała babcia. – Bo wszystkie te klejnoty są prawdziwe, a nie filmowe. Można je oglądać na żywo! Musicie koniecznie wybrać się do muzeum. Najlepiej jutro rano, kiedy jeszcze festyn na dobre nie opanuje miasta.

Spojrzeliśmy w dół. Faktycznie. Na rynku stało już z dziesięć namiotów podobnych do tego, który widzieliśmy przy przystanku. Oprócz nich kilka przyczep kempingowych i drewniane stragany. A po przeciwległej stronie zainstalowano scenę z rzędami kolorowych świateł.

– Co oni tu będą robić?

– Jak co roku. – Babcia wzruszyła ramionami i wróciła do stołu.


Zasiedliśmy i my, żeby dokończyć posiłek.

– Będą śpiewać, handlować, biesiadować i walczyć – dokończyła.

– Walczyć? – O mało się nie zakrztusiłem.

– A, tak, tak… Zjeżdżają tu także bractwa rycerskie i inni wojownicy. Z drugiej strony ratusza i na miejskim stadionie urządzają swoje harce. Grzmocą się mieczami i maczugami po łbach, aż iskry lecą – roześmiała się.

– Jak to? – nie dawałem za wygraną.

– To takie pokazy… no… występy takie – objaśniła. – Specjalnie dla publiczności. Z zagranicy nawet ściągają Czesi, Niemcy, Francuzi. A w zeszłym roku to i ze Szkocji przyjechali. Mówię wam! Coś niebywałego! Mężczyźni w spódniczkach. – A po chwili dodała: – Ale broń piękną mieli.

– Ahaaa… To może i w tym roku przyjadą?

– Może.

Gruba skończyła jeść.

– Idziemy zobaczyć? – Otrzepała dłonie nad talerzykiem.

– Jasne!

Dopiłem mleko i polecieliśmy do przedpokoju.

– Tylko jakieś kurtki zabierzcie, bo wieczorem jest chłodno. I nie wracajcie zbyt późno! – usłyszeliśmy jeszcze za sobą.

– Weźmiemy bluzy! – odkrzyknąłem. – A jakby co, to mamy przecież komórki.

Babcia pojawiła się przy nas, kiedy wiązaliśmy buty. Całkiem jak moja mama. Pewnie mają to w genach.

– Komórki… Taaak… Ale niektórzy bardzo rzadko ich używają.

– Oj, babciu, daj spokój – strapiłem się.

– Właściwie, to wybiorę się z wami. Chyba mogę? – Uśmiechnęła się jakoś dziwnie.

– Co za pytanie… – Wzruszyłem ramionami.

– Wieczorny spacerek dobrze mi zrobi.

Wsunęła brązowe buty i zarzuciła na plecy szarą krótką kurtkę. Przed kamienicę wypadliśmy z impetem. To znaczy tylko ja i Gruba. Babcia wyszła ze standardową prędkością. Kiedy spojrzeliśmy w prawo, od razu dostrzegliśmy kwadratową bryłę dzwonnicy przy kościele. Wyglądała, jakby strzegła miasta – dumna i wyprostowana, i bardzo stara.


Małe sklepiki, których na rynku było pełno, właśnie zamykano, więc ludzi powinno być coraz mniej. Ale nic z tego. Za sprawą uczestników festynu rynek nadal tętnił życiem, a tu i ówdzie dało się słyszeć głośne śmiechy albo dźwięk gitary i wspólne śpiewanie. Popołudniowe słońce chyliło się już ku zachodowi i wszystkie namioty, samochody, a także budynki zaczynały rzucać posępne długie cienie wzdłuż głównej ulicy.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?