Gdy kochają aniołyTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Okład­ka

Stro­na ty­tu­ło­wa

Stro­na re­dak­cyj­na

I

II

III

IV

V

Epi­log

Re­kla­ma

Da­riusz Ku­nic­ki

Gdy ko­cha­ją anio­ły

Re­dak­cja i ko­rek­ta: Mo­ni­ka Ochnik

Pro­jekt okład­ki: Mi­ko­łaj Ja­strzęb­ski

Kon­wer­sja do wer­sji elek­tro­nicz­nej:

Mi­ko­łaj Ja­strzęb­ski

© Co­py­ri­ght by Da­riusz Ku­nic­ki 2014

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Cień Kształ­tu 2014

ISBN 978-83-60685-19-8

Wy­daw­nic­two CIEŃ KSZTAŁ­TU

ul. Że­rom­skie­go 5 m. 64

01-887 War­sza­wa

tel./fax: 22 835-24-07

e-mail: wy­daw­nic­two@cien-ksztal­tu.pl

http://www.cien-ksztal­tu.pl

W za­sa­dzie pi­sa­łem tę książ­kę przez całe ży­cie. W gło­wie bu­do­wa­łem trój­ką­ty, koła i kwa­dra­ty, któ­re ubie­ra­łem w sło­wa i prze­le­wa­łem je na pa­pier. Na po­cząt­ku, z bra­ku kom­pu­te­ra, cier­pli­wie kre­śli­łem tekst ołów­kiem, aby moż­na było go ła­two wy­ma­zać, bo nie po­tra­fi­łem przejść do ko­lej­nej sce­ny, gdy po­przed­nia była nie­do­pra­co­wa­na lub po­kre­ślo­na. Cy­ze­lo­wa­łem treść książ­ki w my­ślach na­wet wte­dy, gdy po­chło­nię­ty co­dzien­no­ścią zaj­mo­wa­łem się ro­dzi­ną i za­ra­bia­łem na jej utrzy­ma­nie, na­ucza­jąc może nie naj­pięk­niej­sze­go, ale na pew­no naj­prak­tycz­niej­sze­go ję­zy­ka na świe­cie. Ukoń­czy­łem „Gdy ko­cha­ją anio­ły” w roku 2010 na Ka­szu­bach, do­kład­nie w dzień uro­dzin. Pa­mię­tam, że ostat­nie zda­nia po­ja­wi­ły się wśród śpie­wu pta­ków wi­ta­ją­cych wio­sen­ny po­ra­nek. Ten je­den z naj­szczę­śliw­szych dni w ży­ciu uczci­łem ro­ga­li­kiem do­mo­we­go wy­pie­ku i kub­kiem moc­nej kawy.

Mo­je­mu Wy­daw­cy Mi­ko­ła­jo­wi Ja­strzęb­skie­mu i pani Mo­ni­ce Ochnik z ży­cze­nia­mi wie­lu po­god­nych anio­łów.

„Jak na gó­rze, tak i na dole”

– Her­mes Tri­sme­gi­stos

„Prze­szłe zda­rze­nie, je­śli nie jest za­po­mnia­ne,

sta­je się dro­go­wska­zem”

– przy­sło­wie chiń­skie

„Spójrz bez stra­chu na rzecz bu­dzą­cą strach,

a ta strasz­ność znik­nie”

– przy­sło­wie chiń­skie

I

Przyj­rzał się jej uważ­nie. Ob­ci­słe dżin­so­we spodnie wy­tar­te na ko­la­nach, nie­bie­ski T-shirt od­sła­nia­ją­cy brzuch i kar­mi­no­wa po­mad­ka na za­ci­śnię­tych ustach. Na twa­rzy dziew­czy­ny ma­lo­wa­ły się upór i de­ter­mi­na­cja.

„Upły­nę­ło tyle cza­su – po­my­ślał. – Tak bar­dzo ją kie­dyś ko­cha­łem”.

– Mam na imię Ad­rian­na – mó­wi­ła da­lej. – Mo­głam przed­sta­wić się od razu, ale z prze­ję­cia nie wie­dzia­łam, jak za­cząć na­szą roz­mo­wę.

– Na co ci czar­na ma­gia?

Za­sko­czył ją tym py­ta­niem.

– Żeby – za­wa­ha­ła się – uwo­dzić lu­dzi, po­zna­jąc naj­skryt­sze za­ka­mar­ki ich du­szy. Pra­gnę też zaj­rzeć w prze­szłość, aby le­piej zro­zu­mieć te­raź­niej­szość.

Nie ona pierw­sza przy­szła do nie­go z tą proś­bą. Na­wet wte­dy, gdy wszy­scy wie­dzie­li, kim jest na­praw­dę, nikt nie od­wa­żył się pro­sić go o ta­jem­ną wie­dzę. Śmia­łek mógł na­ra­zić się na jego gniew, a to nie wró­ży­ło ni­cze­go do­bre­go. Ale te­raz mu­siał po­kor­nie zno­sić po­dob­ne upo­ko­rze­nia. Bóg pod­dał go pró­bie. Nie może za­prze­pa­ścić ko­lej­nej szan­sy. Tyl­ko że była to jego uko­cha­na Chi Chi.

– Ile masz lat?

– Dwa­dzie­ścia trzy. A co, je­stem za mło­da?

Nie od­po­wie­dział. Od­wró­cił się i dał znać, aby po­szła za nim. Bez sło­wa mi­ja­li ko­lej­ne bru­ko­wa­ne ulicz­ki Sta­re­go Mia­sta, a ich cie­nie sta­wa­ły się co­raz dłuż­sze w pro­mie­niach za­cho­dzą­ce­go słoń­ca. „Jest jesz­cze ład­niej­sza niż kie­dyś” – po­my­ślał. Od­głos kro­ków od­bi­jał się echem wśród wie­ko­wych mu­rów mi­ja­nych ka­mie­nic. „Mimo że je­stem od niej star­szy o sie­dem lat, w rze­czy­wi­sto­ści dzie­li nas ot­chłań cza­su”.

Ad­rian­nę mil­cze­nie idą­ce­go przed nią męż­czy­zny za­czy­na­ło po­wo­li draż­nić. Wy­raź­nie ją igno­ro­wał. Na­wet nie ra­czył od­po­wie­dzieć na py­ta­nie. Za­uwa­ży­ła za­pa­da­ją­cy zmrok i co­raz ciem­niej­sze ulicz­ki za­czę­ły ją nie­po­ko­ić. Kie­dy na­dej­dzie noc, bę­dzie zda­na tyl­ko na ob­ce­go męż­czy­znę. Przy­je­cha­ła z da­le­ka i nie zna­ła tego mia­sta.

„Po­win­nam mu za­ufać – do­da­wa­ła so­bie otu­chy. – Jest do­brze zbu­do­wa­ny i na pew­no sil­ny. Gdy­by chciał, już daw­no mógł mnie skrzyw­dzić”.

Ga­briel – zna­ła jego imię, cho­ciaż się nie przed­sta­wił – klu­czył jak my­śli­wy na po­lo­wa­niu. Prze­my­ka­li z bra­my do bra­my i wra­ca­li na te same krę­te ulicz­ki, jak­by chcie­li zgu­bić dro­gę. Zu­peł­nie bez celu za­trzy­my­wa­li się przed roz­świe­tlo­ny­mi wy­sta­wa­mi skle­po­wy­mi. Wśród ma­ne­ki­nów ubra­nych w mar­ko­we gar­ni­tu­ry wy­da­wał się szu­kać na­tchnie­nia do dal­szej wę­drów­ki.

„Bada moją de­ter­mi­na­cję” – po­my­śla­ła. Wcze­śniej prze­czu­wa­ła, że może pod­dać ją róż­nym pró­bom, i po­sta­no­wi­ła wy­trwać. Prze­ko­ny­wa­ła sie­bie, że dziw­ne za­cho­wa­nie męż­czy­zny było czymś zwy­czaj­nym.

Dziew­czy­na miesz­ka da­le­ko stąd – w nie­wiel­kim gór­ni­czym mia­stecz­ku. Wie­le so­bie obie­cy­wa­ła po przy­jeź­dzie do Gdań­ska i spo­tka­niu z ta­jem­ni­czym czar­no­księż­ni­kiem.

Całą noc w po­cią­gu nie zmru­ży­ła oka, a o świ­cie, gdy przy­by­ła na miej­sce, za­mel­do­wa­ła się w ma­łym ho­te­li­ku na przed­mie­ściach i ru­szy­ła do cen­trum mia­sta. Przez resz­tę dnia wa­łę­sa­ła się bez celu, onie­śmie­lo­na tłu­mem tu­ry­stów i zmę­czo­na ha­ła­sem sa­mo­cho­dów prze­ci­ska­ją­cych się wą­ski­mi ulicz­ka­mi. W koń­cu do­tar­ła do usy­tu­owa­nej w sa­mym ser­cu Sta­re­go Mia­sta mod­nej re­stau­ra­cji o ta­jem­ni­czo brzmią­cej na­zwie „Me­ta­mor­fo­za”, gdzie de­lek­tu­jąc się wi­nem, spę­dzał czas Ga­briel. Ko­bie­ta, któ­ra na por­ta­lu in­ter­ne­to­wym pod­pi­sy­wa­ła się Czar­na Wdo­wa, za­chę­ca­ła ją do spo­tka­nia z nim, twier­dzi­ła, że skry­wa ja­kąś ta­jem­ni­cę i na pew­no jej po­mo­że. Do tego może za­wró­cić w gło­wie, bo jest wy­jąt­ko­wo przy­stoj­ny. Pi­sząc to, po­sła­ła wy­mow­ny emo­ti­kon.

„Rze­czy­wi­ście mógł za­cie­ka­wić – po­my­śla­ła Ad­rian­na – ale tyl­ko tyle”.

Kie­dy skoń­czy się ten sza­lo­ny spa­cer po mie­ście? Każ­da obo­la­ła ko­stecz­ka w jej cie­le zda­wa­ła się o to py­tać. Dla­cze­go za­ło­ży­ła buty na ob­ca­sach? Zno­wu bo­le­śnie po­śli­znę­ła się na nie­rów­nym bru­ku. Wo­la­ła nie my­śleć, co się sta­nie, kie­dy na do­bre zro­bi się ciem­no.

– Na co ci czar­na ma­gia? Od­po­wiedz szcze­rze.

„No, na­resz­cie. W koń­cu prze­rwał tę krę­pu­ją­cą ci­szę”.

– Już panu mó­wi­łam. Pra­gnę od­kryć ta­jem­ni­cę ludz­kiej du­szy i zro­zu­mieć świat.

Po­krę­cił gło­wą z nie­do­wie­rza­niem.

– Może dla­te­go, że czar­na ma­gia jest atrak­cyj­niej­sza niż bia­ła? Że jest do­peł­nie­niem ta­jem­ni­cy o ży­ciu i śmier­ci do­stęp­nej dla wy­bra­nych? A może pew­na mło­da ko­bie­ta o imie­niu Ad­rian­na, któ­rej naj­bliż­si przez całe ży­cie od­ma­wia­li pra­wa do wła­sne­go zda­nia, pra­gnie z po­mo­cą ma­gii wy­mu­szać po­słu­szeń­stwo? Może dla­te­go, że w głę­bi wła­snej za­gu­bio­nej du­szy tli się wspo­mnie­nie daw­nej ro­man­tycz­nej przy­go­dy?

Zby­ła go mil­cze­niem. Nie wie­dzia­ła, czy jest zła na nie­go, czy na sie­bie, ale bała się, że jej od­po­wiedź mo­gła­by go roz­cza­ro­wać.

W koń­cu za­czę­li iść wol­niej, a chwi­lę póź­niej za­trzy­ma­li się przed bra­mą ko­ścio­ła. W sła­bym świe­tle za­cho­dzą­ce­go słoń­ca zdo­ła­ła do­strzec na ogrom­nych drzwiach pła­sko­rzeź­by świę­tych i dużą, wy­gię­tą klam­kę. Męż­czy­zna ro­zej­rzał się, jak­by spraw­dzał, czy nikt ich nie śle­dzi, i otwo­rzył drzwi. Za­wia­sy ci­cho skrzyp­nę­ły i ich oczom uka­za­ło się ciem­ne, chłod­ne wnę­trze. Po­pro­sił, aby we­szła pierw­sza, a sam wśli­znął się za nią i wol­no za­mknął drzwi. Kie­dy ich oczy przy­zwy­cza­iły się do sła­be­go świa­tła są­czą­ce­go się z ogrom­nych wi­tra­ży, ru­szy­li wzdłuż nawy bocz­nej i usie­dli w pierw­szym rzę­dzie drew­nia­nych ła­wek, na wprost oł­ta­rza.

Ad­rian­na ro­zej­rza­ła się nie­pew­nie. Nad ich gło­wa­mi ma­je­sta­tycz­nie uno­si­ła się po­kaź­nej wiel­ko­ści rzeź­ba anio­ła z księ­gą w ręku.

– Od­kąd na­pi­sa­łem tę nie­szczę­sną książ­kę o mi­ło­ści i czar­nej ma­gii – ode­zwał się ci­cho – na­cho­dzi­li mnie róż­ni dziw­ni lu­dzie i pro­si­li, abym na­uczył ich, jak to na­zy­wa­li, rzu­ca­nia mi­ło­snych uro­ków. Ale ja już od­po­ku­to­wa­łem całe zło, któ­re uczy­ni­łem świa­tu, i te­raz pra­gnę od­po­cząć w sa­mot­no­ści. Cie­szyć się drob­ny­mi co­dzien­ny­mi czyn­no­ścia­mi, po­dró­żo­wać w naj­dal­sze za­kąt­ki i żyć w zgo­dzie z wła­snym su­mie­niem.

 

– Dla­cze­go w sa­mot­no­ści?

– A dla­cze­go nie? – spy­tał za­czep­nie.

Chy­ba prze­sa­dzi­ła z tą cie­ka­wo­ścią. „Wścib­ska babo” – skar­ci­ła się w my­ślach. Prze­cież miał pra­wo żyć, jak chciał. Może nie­któ­rzy lu­bią swo­je to­wa­rzy­stwo bar­dziej niż in­nych lu­dzi? To, że ona nie może obejść się bez przy­ja­ciół czy uko­cha­ne­go męż­czy­zny, wca­le nie czy­ni ją lep­szą.

Doj­rza­ła w pół­mro­ku de­li­kat­ny uśmiech na ustach Ga­brie­la, jak­by wy­czy­tał skru­chę w jej my­ślach.

– Za­łóż­my, że speł­nię two­ją proś­bę – za­czął, wpa­tru­jąc się w nią błysz­czą­cy­mi ocza­mi – i po­dzie­lę się z tobą wie­dzą o świę­tym krę­gu, w któ­rym to­czą się losy świa­ta. Po­znasz też ta­jem­ni­czą parę. Kim są? To na ra­zie se­kret, ale kie­dy ich uj­rzysz, na pew­no roz­po­znasz. Od­bę­dziesz po­dróż do prze­szło­ści, gdzie czas daw­no do­biegł koń­ca i żywe po­zo­sta­ły je­dy­nie wspo­mnie­nia. A te­raz naj­waż­niej­sze.

Męż­czy­zna umilkł i opu­ścił gło­wę.

– Po­znasz to wszyst­ko – ode­zwał się po chwi­li – i nie bę­dziesz już w sta­nie żyć nor­mal­nie. Ta­jem­na wie­dza może znisz­czyć ci ży­cie i ja będę za to od­po­wie­dzial­ny. Uczy­nię ko­lej­ny zły uczy­nek, ska­zu­jąc sie­bie na po­tę­pie­nie.

Na­gle od­wró­cił gło­wę i za­py­tał z na­ci­skiem.

– Mo­żesz mi przy­rzec, że się nie zmie­nisz? Rap­tem nie po­rzu­cisz… czy ja wiem, uczel­ni, przy­ja­ciół i wiesz­cząc ko­niec świa­ta, nie za­czniesz na­wo­ły­wać prze­chod­niów do mo­dli­twy?

Po­mysł, że prze­obra­zi się w ulicz­ną ka­zno­dziej­kę, wy­wo­łał u niej na­gły atak śmie­chu, ale stłu­mi­ła go w za­rod­ku. Przy­szedł jej do gło­wy lep­szy po­mysł. Jako li­der­ka ja­kiejś sa­ta­ni­stycz­nej gru­py roc­ko­wej za­dzi­wi fa­nów, mor­du­jąc na sce­nie koty.

Na pew­no nie jest ła­two ją prze­ra­zić. Ży­cie, mimo mło­de­go wie­ku, nie szczę­dzi­ło jej ra­zów.

– A je­że­li los spra­wi, że po­znasz pew­ne­go męż­czy­znę – kon­ty­nu­ował, nie cze­ka­jąc na jej od­po­wiedź – i oka­że się, że je­steś mi­ło­ścią jego ży­cia? Czy za­de­dy­ku­jesz mu swo­ją mło­dość? A gdy od­kry­jesz, że też go ko­chasz, wy­znasz mu mi­łość?

Ad­rian­na od­wró­ci­ła wzrok i spoj­rza­ła na su­fit. W bla­dym świe­tle do­strze­gła po­tęż­ne fi­la­ry. Bie­gły rzę­da­mi, dźwi­ga­jąc cięż­kie skle­pie­nie. Ka­mien­ne lub ce­gla­ne łuki – nie wi­dzia­ła wy­raź­nie w mro­ku – wy­ra­sta­ły z fi­la­rów jak de­li­kat­ne ga­łę­zie z ol­brzy­mich drzew, dzie­ląc wnę­trze ko­ścio­ła na nawy. Były dzie­łem pra­daw­nych mu­ra­rzy, któ­rzy mo­zol­nie ukła­da­li ce­gły na su­fi­cie. Bo­go­boj­ni i ufni w swo­je rze­mio­sło nie szczę­dzi­li so­bie słów kry­ty­ki, ale po­tra­fi­li się zjed­no­czyć w szczyt­nym celu. Świą­ty­nia była ich do­mem, świa­tem i ko­smo­sem. A sens ży­cia od­naj­dy­wa­li w drob­nych ra­do­ściach dnia co­dzien­ne­go, upo­rze i kon­se­kwen­cji. Na pew­no nie zdo­ła­ła­by ich zmie­nić naj­bar­dziej wy­jąt­ko­wa wie­dza o za­gad­ko­wym świę­tym krę­gu.

– Ra­czej się nie zmie­nię – od­par­ła. – Może nie­zwy­kłe wy­da­rze­nia wy­trą­cą mnie na krót­ko z rów­no­wa­gi, ale nie prze­mie­nią w na­wie­dzo­ną wa­riat­kę. Wy­klu­czo­ne – do­da­ła z na­ci­skiem.

– Od­po­wiedz w ta­kim ra­zie na dru­gie py­ta­nie – zaj­rzał jej głę­bo­ko w oczy. – Po­świę­cisz wszyst­ko dla uko­cha­ne­go?

Męż­czy­zna trą­cił czu­łą stru­nę. Obec­nie ko­cha­ła i, jak za­pew­niał ją ak­tu­al­ny chło­pak Da­niel, była obiek­tem jego mi­ło­snych wes­tchnień. Tyl­ko na jak dłu­go? Prze­ra­ża­ła ją myśl, że może ją po­rzu­cić, tak jak zro­bi­ło to kil­ku chło­pa­ków przed nim. Ko­cha­ła i zo­sta­ła skrzyw­dzo­na, a to boli i nie po­zwa­la ła­two za­po­mnieć. Umysł jak pod­stęp­na cho­ro­ba tra­wi nie­uf­ność. Je­dy­nym le­kar­stwem wy­da­je się wła­dza nad uczu­cia­mi uko­cha­ne­go, choć­by z po­mo­cą czar­nej ma­gii. Jed­nak ten dziw­ny czło­wiek o imie­niu Ga­briel, do któ­re­go zgło­si­ła się po po­moc, pyta, czy mo­gła­by po­ko­chać in­ne­go męż­czy­znę.

– Nie wa­ha­ła­bym się za­tra­cić w mi­ło­ści – od­par­ła jed­nym tchem. – Tyl­ko nie ma na świe­cie męż­czy­zny, któ­re­mu mo­gła­bym bez­gra­nicz­nie za­ufać.

„Sie­dzą­cy obok mnie czło­wiek ni­g­dy nie zro­zu­mie, co dzie­je się w moim ser­cu – my­śla­ła. – Może i po­siadł wie­dzę ta­jem­ną, ale moja du­sza sta­no­wi dla nie­go za­gad­kę, sko­ro za­da­je mi po­dob­ne py­ta­nia. Zresz­tą jest ja­kiś dziw­ny. Niby ma przy­jem­ną po­wierz­chow­ność, fry­zu­rę na cza­sie, ubra­nie z naj­lep­sze­go ka­ta­lo­gu mody i twarz, na któ­rej drob­ny­mi bruz­da­mi i nie­wiel­ki­mi zmarszcz­ka­mi za­pi­sa­ne są dzie­je ludz­kie­go ży­cia, ale te jego oczy, któ­rym przyj­rza­łam się dość do­kład­nie za dnia. Po­noć zwier­cia­dła du­szy, tyl­ko że ni­cze­go nie od­bi­ja­ły. Były pu­ste i zim­ne jak u re­ki­na. A mimo to w ja­kiś nie­zro­zu­mia­ły spo­sób Ga­briel wzbu­dzał za­ufa­nie”.

– Po­wie­dzia­łaś praw­dę – stwier­dził krót­ko – po­mo­gę ci.

Mrok zu­peł­nie wy­peł­nił wnę­trze ko­ścio­ła i za­ma­zał wi­dok ścian z ob­ra­za­mi i rzeź­ba­mi we wnę­kach bocz­nych naw. W świe­tle księ­ży­ca są­czą­ce­go się przez wi­tra­że wi­dać było je­dy­nie oł­tarz.

Ad­rian­nie na­gle ze­bra­ło się na zwie­rze­nia. Wy­raź­nie od­re­ago­wy­wa­ła na­pię­cie. W cią­gu na­stęp­nej go­dzi­ny opo­wie­dzia­ła ob­ce­mu męż­czyź­nie całe swo­je ży­cie. O zło­ści do ojca, nie­speł­nio­ne­go, ma­ło­mia­stecz­ko­we­go pi­sa­rza, któ­ry ni­g­dy nie miał dla niej cza­su. O stra­co­nych złu­dze­niach i żalu do ko­lej­nych part­ne­rów. Pod­świa­do­mie pra­gnę­ła, aby na­uczy­li ją praw­dzi­wej mi­ło­ści, a oni tyl­ko za­ba­wia­li się z nią i po­rzu­ca­li jak zbęd­ny ba­last. Słu­chał jej w mil­cze­niu, za­da­jąc od cza­su do cza­su krót­kie py­ta­nia.

Na ko­niec po­ka­za­ła mu srebr­ny pen­ta­gram. Od­la­ny spe­cjal­nie dla niej z za­cho­wa­niem od­po­wied­nie­go ry­tu­ału Sa­lo­mo­na. Okre­ślał czte­ry ele­men­ty: na­tu­rę, pięć zmy­słów, pięć ran Je­zu­sa oraz pięć punk­tów wi­tal­nych czło­wie­ka. No­si­ła go za­wsze przy so­bie, aby chro­nił ją przed ob­cy­mi, i dla­te­go nie bała się spo­tka­nia z Ga­brie­lem w sa­mot­no­ści. Gdy­by ten męż­czy­zna wy­rzą­dził jej krzyw­dę, zo­stał­by uka­ra­ny cho­ro­bą lub na­wet śmier­cią.

– To tyl­ko sym­bol – po­wie­dział roz­ba­wio­ny. – Me­ta­lo­wa i w do­dat­ku nie­do­sko­na­ła imi­ta­cja świę­te­go krę­gu. Nie­ste­ty, nie ma jego mocy spraw­czej. Je­steś bez­bron­na jak nie­mow­lę, ale nie bój się, nie zro­bię ci krzyw­dy.

– Wca­le się pana nie boję – od­par­ła sta­now­czo, choć mia­ła ocho­tę się roz­pła­kać. – Co to ta­kie­go ten świę­ty krąg?

Od­wró­cił gło­wę. Pa­trzył na oł­tarz i w sku­pie­niu ukła­dał so­bie w gło­wie od­po­wiedź.

– Na po­cząt­ku Bóg na­kre­ślił krąg zwa­ny świę­tym – za­czął, ła­god­nie ge­sty­ku­lu­jąc. – Krąg to nic in­ne­go jak wszech­świat z wie­lo­ma ga­lak­ty­ka­mi i pla­ne­ta­mi, ale tyl­ko jed­ną ży­cio­daj­ną Zie­mią. Krąg oka­la wiel­ką po­łać ko­smo­su i wię­zi czas, spla­ta­jąc ze sobą prze­szłość, te­raź­niej­szość i przy­szłość bar­dziej, niż lu­dzie to so­bie wy­obra­ża­ją – zro­bił krót­ką pau­zę i mó­wił da­lej, błą­dząc wzro­kiem po skle­pie­niu ko­ścio­ła. – Gdy czas za­ta­cza koło, koń­cząc swój bieg i ży­wot krę­gu, wów­czas Stwór­ca wy­cza­ro­wu­je nowy wszech­świat, a w nim od­ra­dza­ją się wy­mar­łe ga­lak­ty­ki, słoń­ce i nie­bie­ska pla­ne­ta z ro­śli­na­mi, zwie­rzę­ta­mi i ludź­mi. Na po­cząt­ku gwał­tow­nie, ale póź­niej po­wo­li i ma­je­sta­tycz­nie.

Męż­czy­zna za­wie­sił ta­jem­ni­czo głos, wes­tchnął i po­wo­li wy­ce­dził:

– To zda­rzy­ło się już wcze­śniej. Wszy­scy bez wy­jąt­ku po­cho­dzi­my z wy­mar­łe­go wszech­świa­ta.

– Czym więc jest czar­na ma­gia? – spy­ta­ła nie­co za­gu­bio­na.

– To przej­ście mię­dzy świę­ty­mi krę­ga­mi. Mię­dzy świa­tem z na­szej da­le­kiej prze­szło­ści, wiecz­nie ży­wym, ale już tyl­ko w pa­mię­ci ko­smo­su, a jego obec­nym wcie­le­niem. Po­dą­ża­jąc tą dro­gą, po­zna­je­my je oba.

– Gdzie jest to przej­ście?

– No­sisz je w so­bie, Ad­rian­no. Każ­dy skry­wa swo­ją gwiezd­ną dro­gę, któ­rą przy­był tu z wy­mar­łe­go krę­gu.

– Jak ją od­kryć? – do­py­ty­wa­ła za­cie­ka­wio­na.

– Jest tyl­ko je­den spo­sób – od­parł. – Ry­tu­ał po­now­nych na­ro­dzin. Od­po­wied­nio re­gu­lu­jąc od­dech, po­łą­czysz się z ener­gią ko­smo­su i po­szy­bu­jesz w głąb sie­bie, do dnia, w któ­rym opu­ści­łaś łono mat­ki. Z każ­dym od­de­chem da­lej i da­lej, póki nie prze­kro­czysz gra­ni­cy, któ­ra wię­zi lu­dzi i całą rze­czy­wi­stość.

– Będę mo­gła bez­piecz­nie po­wró­cić z tego mar­twe­go krę­gu? – do­cie­ka­ła.

– Bę­dziesz mo­gła po­dą­żać swo­ją ścież­ką ży­cia i śmier­ci tam i z po­wro­tem tyle razy, ile ze­chcesz – wy­ja­śnił spo­koj­nie.

Niby coś zro­zu­mia­ła, ale na­dal mia­ła mę­tlik w gło­wie. Na­gle roz­bo­lał ją żo­łą­dek. Za­wsze tak było, gdy od­czu­wa­ła sil­ny stres.

„Aby za­wład­nąć du­szą Da­nie­la, być może stra­cę wła­sną – za­żar­to­wa­ła smut­no w my­ślach. – I to bez wy­po­wia­da­nia za­klęć, czy­nie­nia ma­gicz­nych ge­stów czy wy­gła­sza­nia in­kan­ta­cji. Wy­star­czy, że po­ćwi­czę od­de­chy. Pew­nie na ko­niec męż­czy­zna wyj­mie cy­ro­graf, czy jak to się tam na­zy­wa, i za­miast pod­pi­su zło­żo­ne­go wła­sną krwią każe na nie­go zwy­czaj­nie dmuch­nąć”.

– To praw­da, je­stem jed­nym z naj­wyż­szych ka­pła­nów czar­nej ma­gii – cią­gnął Ga­briel, jak­by wy­czu­wa­jąc jej oba­wy – cho­ciaż bia­ła ma­gia też nie jest mi obca.

– Niech zgad­nę, po­tra­fi pan wy­cza­ro­wać kró­li­ki z ka­pe­lu­sza? – pró­bo­wa­ła żar­tem roz­ła­do­wać na­pię­cie.

– To też – w jego gło­sie nie wy­czu­ła roz­draż­nie­nia, a na ustach błą­kał się de­li­kat­ny uśmiech. – Jed­nak bia­ła ma­gia to nie ta­nie sztucz­ki, jak się po­wszech­nie uwa­ża, ale po­most łą­czą­cy te­raź­niej­szość z przy­szło­ścią, z sa­mym Bo­giem. – Za­wa­hał się, ale do­dał jak­by do sie­bie: – Kie­dyś mnie wspie­rał, ale po­błą­dzi­łem. Z mi­ło­ści do pew­nej ko­bie­ty po­ło­ży­łem na sza­li losy ludz­ko­ści.

Umilkł, wpa­tru­jąc się w oł­tarz. Wy­da­wał się przy­gnę­bio­ny.

– Mimo wszyst­ko wolę czar­ną ma­gię – Ad­rian­na ode­zwa­ła się po chwi­li, prze­ry­wa­jąc nie­zręcz­ną ci­szę. Za­czy­na­ła po­wo­li od­zy­ski­wać rów­no­wa­gę. – Jako cno­tli­wa mnisz­ka szyb­ko stra­ci­ła­bym za­in­te­re­so­wa­nie swo­je­go fa­ce­ta, bo mi bia­ła ma­gia ko­ja­rzy się ze wsty­dli­wy­mi anio­ła­mi w ko­ron­ko­wych su­kien­kach.

– Obie­ca­łem, że za­po­znam cię z taj­ni­ka­mi czar­nej ma­gii – prze­rwał jej de­li­kat­nie – i za­mie­rzam do­trzy­mać sło­wa. Za­sta­nów się jed­nak, czy star­czy ci od­wa­gi. – W gło­sie Ga­brie­la nie było iry­ta­cji. Po­brzmie­wa­ła ra­czej nut­ka czu­ło­ści, co do­da­wa­ło jej otu­chy.

– Po­ra­dzę so­bie. Na­wet pan nie wie, ja­kie ko­bie­ty po­tra­fią być upar­te w dą­że­niu do celu – po­wie­dzia­ła nie­co roz­luź­nio­na.

Ga­briel od­wró­cił wzrok od oł­ta­rza i spoj­rzał na dziew­czy­nę. Wie­dział, że nie jest jesz­cze go­to­wa na spo­tka­nie ze swo­ją prze­szło­ścią. Mimo to po­wi­nien za­ry­zy­ko­wać.

– Naj­pierw mu­szę cię prze­strzec. Gdy wy­ru­szysz w swo­ją gwiezd­ną po­dróż, nie pró­buj za­trzy­my­wać się na żad­nym z eta­pów. Za­ufaj ener­gii ko­smo­su i pod­daj się jej woli bez resz­ty. To jed­no z bo­skich na­rzę­dzi, dzię­ki któ­rym ist­nie­ją ukła­dy pla­ne­tar­ne, Zie­mia i lu­dzie.

– „Ru­ach ha-Ko­desz – Bo­skie Tchnie­nie” – przy­po­mnia­ła so­bie wy­kład o Sta­rym Te­sta­men­cie. – Co mi gro­zi, je­że­li się zlęk­nę i za­wró­cę w pół dro­gi?

– Ener­gia za­kłó­ci twój od­dech. Sta­nie się płyt­szy i je­że­li da­lej bę­dziesz się opie­ra­ła, za­pad­niesz w śpiącz­kę, a może na­wet umrzesz.

Do­brze wie­dział, że z bo­ską ener­gią nie ma żar­tów. Wy­peł­nia cały ko­smos i raz uru­cho­mio­na musi za­koń­czyć swo­je dzia­ła­nie. Nie ma dru­giej ta­kiej siły, któ­ra zdo­ła­ła­by jej prze­szko­dzić. Ale przy pierw­szym spo­tka­niu tyl­ko na­masz­cza, aby póź­niej ła­two od­na­leźć wy­brań­ca.

– W po­rząd­ku. Raz ko­zie śmierć. Mo­że­my za­czy­nać – w jej gło­sie sły­chać było de­ter­mi­na­cję.

Po­pro­sił, aby po­ło­ży­ła się na ław­ce.

– Roz­luź­nij się, ale nie za­my­kaj oczu. Spo­glą­daj na oł­tarz i spo­koj­nie od­dy­chaj. Spró­buj do­strzec w mro­ku jak naj­wię­cej szcze­gó­łów. W sym­bo­lach za­pi­sa­ne jest naj­waż­niej­sze dzia­ła­nie bo­skiej ener­gii. Bądź czuj­na, bo w każ­dej chwi­li może wy­ja­wić swo­ją obec­ność.

 

Zro­bi­ła, jak ka­zał. Ufa­ła mu, choć od­czu­wa­ła lęk.

– Oto pierw­sza i naj­waż­niej­sza lek­cja – tłu­ma­czył. – Po­cho­dzi od sa­me­go Ma­ha­wa­ta­ra Ba­ba­dżie­go. Wiel­kie­go maga zwa­ne­go awa­ta­rem, któ­ry jako pierw­szy prze­kro­czył gra­ni­cę świę­te­go krę­gu i bez­piecz­nie wy­lą­do­wał po tam­tej stro­nie. Te­raz zo­sta­wię cię samą, ale nie bój się, będę czu­wał w po­bli­żu.

Od­cho­dząc, ob­rzu­cił wzro­kiem le­żą­cą w ciem­no­ści dziew­czy­nę. Była bez­bron­na i cał­ko­wi­cie po­słusz­na jego woli. Cu­dow­na Chi Chi. Jego uko­cha­na z da­le­kiej prze­szło­ści, choć jesz­cze tego nie wie­dzia­ła.

O nie­bio­sa! Jak pra­gnął wziąć ją w ra­mio­na i za­tra­cić się w mi­ło­snej eks­ta­zie, ale nie czas i miej­sce na ich in­tym­ność. Jesz­cze nie te­raz.

Zno­wu mia­ła­by mu za złe, że zro­bił to wbrew jej woli. Już nie­dłu­go na­stą­pi kres ich roz­łą­ki. Musi tyl­ko uzbro­ić się w cier­pli­wość.


Po­przez ciem­ność Ad­rian­na wi­dzia­ła od­da­la­ją­cą się po­stać męż­czy­zny, póki nie usły­sza­ła zna­jo­me­go skrzyp­nię­cia wiel­kich drzwi wej­ścio­wych do ko­ścio­ła. Zo­sta­ła na­gle sama. Bała się, ale szyb­ko sku­pi­ła uwa­gę na oł­ta­rzu. Po­la­kie­ro­wa­ne fi­gu­ry świę­tych w re­ta­bu­lum od­bi­ja­ły naj­mniej­sze pro­my­ki po­świa­ty księ­ży­ca, któ­re zdo­ła­ły prze­drzeć się przez wi­tra­że. Za­sta­na­wia­ła się, gdzie ukry­ty jest klucz, któ­ry uru­cha­mia po­tę­gę Bo­skie­go Tchnie­nia. W ukła­dzie fi­gur, a może w zna­cze­niu każ­dej z osob­na?

Pró­bo­wa­ła so­bie przy­po­mnieć, co sym­bo­li­zo­wa­ła po­stać Mat­ki Bo­skiej z Dzie­ciąt­kiem na ko­la­nach. Pa­tos i co­dzien­ną krzą­ta­ni­nę przy ma­łym dziec­ku. Ra­dość po­czę­cia łą­czy z tra­gicz­nym lo­sem Syna. Ma­ry­ja mia­ła szcze­gól­ny sta­tus, bo jed­no­cze­śnie na­le­ża­ła do świę­tej ro­dzi­ny i była zwy­czaj­ną ko­bie­tą. Uwa­ża­no ją za po­śred­nicz­kę spraw ludz­kich i pro­szo­no o wsta­wien­nic­two do Boga.

„A może Jej Syn Je­zus? Sym­bol zwy­cię­stwa nad śmier­cią. W po­ło­wie Bóg i w po­ło­wie czło­wiek. Na pew­no mógł­by w każ­dej chwi­li uru­cho­mić po­tę­gę Ru­ach ha-Ko­desz, ale wte­dy, gdy stą­pał po Zie­mi. Te­raz jego drew­nia­na po­do­bi­zna zwi­sa­ła bez­rad­nie z krzy­ża. Jej wzrok padł na star­ca wspie­ra­ją­ce­go się cięż­ko na dłu­gim pa­sto­ra­le. To chy­ba świę­ty Piotr? Tak, pierw­szy uczeń Chry­stu­sa, któ­ry dzier­ży klucz do bram Nie­bios. Może bi­blij­ne bra­my Nie­bios to wła­śnie przej­ście mię­dzy świa­ta­mi? Tyl­ko co świę­ty Piotr ma wspól­ne­go z czar­ną ma­gią?!”

„Nie. To ja­kaś bzdu­ra! – skar­ci­ła się w my­ślach. – Ukrzy­żo­wa­no go do góry no­ga­mi, to praw­da, ale na pew­no nie zo­stał z tego po­wo­du czar­no­księż­ni­kiem”.

Czas mi­jał i są­czył w du­szę Ad­rian­ny co­raz więk­sze zwąt­pie­nie.

„Pen­ta­gram, świę­te krę­gi, ka­pła­ni czar­nej ma­gii… w co ja się wplą­ta­łam?” Na­gle za­czę­ła so­bie ner­wo­wo wy­rzu­cać, że ona, świa­tła stu­dent­ka fi­lo­zo­fii, dała się wcią­gnąć w kosz­mar pod ty­tu­łem: „Spraw, aby pod wpły­wem cza­rów fa­cet po­ko­chał cię na całe ży­cie”.

Po­win­na dłu­żej wy­pa­try­wać oznak Bo­skie­go Tchnie­nia czy pod­nieść się z ław­ki i opu­ścić ko­ściół? Za­czę­ły tar­gać nią sprzecz­ne uczu­cia.

Cie­ka­we, ile cza­su mi­nę­ło, od­kąd ten eks­cen­trycz­ny męż­czy­zna zo­sta­wił ją samą. Ro­zej­rza­ła się nie­pew­nie do­oko­ła. Nie­spo­dzie­wa­nie usły­sza­ła bi­cie dzwo­nu na ko­ściel­nej wie­ży… raz, dwa, trzy… Po chwi­li na­li­czy­ła dwa­na­ście. „Go­dzi­na du­chów! I co z tego, że wy­bi­ła pół­noc?! Sza­tan przy­cho­dzi o trze­ciej… do ko­ścio­ła?! Chy­ba do cna osza­la­łam!”

Może to Ga­briel po­stra­dał zmy­sły? Po­czu­ła nie­po­kój. Cier­pi na de­pre­sję lub ja­kąś od­mia­nę pa­ra­noi. Wy­parł z sie­bie praw­dzi­wy ob­raz świa­ta i za­stą­pił go baj­ką o krę­gach i ma­gii. Tak, ten męż­czy­zna z pew­no­ścią po­stra­dał ro­zum i te­raz pró­bu­je ją, Ad­rian­nę, za­ra­zić swo­im sza­leń­stwem.

Wszyst­ko na nic. Bę­dzie mu­sia­ła po­szu­kać in­ne­go spo­so­bu, aby przy­wią­zać Da­nie­la do sie­bie. Może już le­piej zo­sta­nie bud­dyj­ską mnisz­ką. Na pew­no za­chwy­ci go la­ska, któ­ra każ­de­go ran­ka na jego cześć wy­śpie­wu­je mi­ło­sne pa­rit­tas.

Na­gle usły­sza­ła dziw­ny ha­łas do­cho­dzą­cy od stro­ny oł­ta­rza, po­de­rwa­ła się z ław­ki, a ser­ce za­czę­ło jej bić jak osza­la­łe. Po chwi­lo­wej pew­no­ści sie­bie nie zo­sta­ło śla­du. Unio­sła gło­wę i wpa­try­wa­ła się w rzeź­by świę­tych, póki oczy nie za­czę­ły łza­wić. Po­czu­ła, jak drę­twie­ją jej mię­śnie, i bez­sil­nie opa­dła z po­wro­tem na ław­kę. Za­czę­ła od­dy­chać ryt­micz­nie i po­wta­rzać w my­ślach, że musi wziąć się w garść. Przy­po­mnia­ła so­bie o od­dy­cha­niu prze­po­ną. Do­star­czy cia­łu siły do uciecz­ki przed nie­wi­dzial­nym na­past­ni­kiem. Spo­dzie­wa­ła się czło­wie­ka z krwi i ko­ści, bo du­chy ra­czej nie ha­ła­su­ją. Prze­sta­ła mieć złu­dze­nia, że za­dzia­ła­ły ja­kieś nad­na­tu­ral­ne moce. Zno­wu unio­sła gło­wę i ro­zej­rza­ła się wo­kół, ale ni­ko­go nie do­strze­gła.

Wy­obraź­nia za to za­czę­ła pła­tać jej fi­gle. Ni stąd, ni zo­wąd wo­kół niej wy­ro­sły rusz­to­wa­nia, po któ­rych wspi­na­li się śre­dnio­wiecz­ni mu­ra­rze z na­rzę­dzia­mi w dło­niach. Na­wet wy­da­wa­ło jej się, że sły­szy ich roz­mo­wy. Nie ba­cząc na ro­bot­ni­ków, zza oł­ta­rza wy­nu­rzył się ry­cerz z opusz­czo­ną przy­łbi­cą i szyb­ko zbli­żał się w jej kie­run­ku. W sple­cio­nych dło­niach dzier­żył wiel­ki miecz. Wy­raź­nie sły­sza­ła szczęk zbroi. W ciem­no­ściach bły­snę­ło ostrze i już miał za­dać śmier­tel­ny cios, gdy rap­tem roz­pły­nął się w ciem­no­ści. Chcia­ła uciec, ale była zbyt prze­ra­żo­na. Za­bra­kło jej siły, aby za­pa­no­wać nad ze­sztyw­nia­łym cia­łem.

„Może Ga­briel wca­le nie wy­szedł z ko­ścio­ła? Może ukrył się gdzieś w ciem­no­ściach i te­raz świet­nie się bawi?” – po­my­śla­ła po­iry­to­wa­na.

– Jest pan tam?! – krzyk­nę­ła.

Mia­ła już dość dzi­wacz­nych prób i sa­mot­no­ści w środ­ku nocy.

Nikt nie od­po­wie­dział.

– Boję się!

Od­po­wie­dzią była tyl­ko przej­mu­ją­ca ci­sza. „Wy­raź­nie mnie lek­ce­wa­ży!” – po­my­śla­ła, a złość co­raz bar­dziej bra­ła górę nad stra­chem.

„Nie po­tra­fi usza­no­wać fak­tu, że je­stem bez­bron­ną ko­bie­tą i nie wy­pa­da zo­sta­wiać mnie sa­mej w środ­ku nocy!” – po­my­śla­ła z wy­rzu­tem.

Nie ob­cho­dzi­ło jej, jak za­re­agu­je, byle się tyl­ko po­ja­wił.

– Gdzie pana ma­nie­ry?! – krzyk­nę­ła w głąb ko­ścio­ła. – Wy­pa­da­ło­by od­pro­wa­dzić mnie do ho­te­lu!

Zno­wu jej py­ta­nia tra­fi­ły w przej­mu­ją­cą próż­nię.

– Du­pek!

Na­wet jej pro­wo­ka­cyj­na za­czep­ka nie do­cze­ka­ła się re­ak­cji, choć iry­ta­cja do­da­ła jej od­wa­gi. Trud­no, bę­dzie mu­sia­ła ja­koś prze­trwać do rana. W świą­ty­ni jest bez­piecz­niej niż na uli­cach mia­sta w środ­ku nocy. Póź­niej po­sta­ra się go od­szu­kać i wy­krzy­czeć w te jego re­ki­nie śle­pia, co o nim my­śli.

Sku­li­ła się na ław­ce i przy­kry­ła weł­nia­nym swe­trem. Przez cały dzień no­si­ła go prze­pa­sa­ny wo­kół bio­der. Resz­tę cie­płych rze­czy zo­sta­wi­ła w ho­te­lu. Choć noc nie była chłod­na, drża­ła na ca­łym cie­le. Od­czu­wa­ła głód, bo od obia­du nie mia­ła nic w ustach.

Za­mknę­ła oczy i aby uko­ić sko­ła­ta­ne ner­wy, za­czę­ła wy­obra­żać so­bie, że leży w głę­bo­kiej wan­nie z go­rą­cą wodą na­są­czo­ną olej­ka­mi. Wo­kół ust roz­dmu­chi­wa­ła won­ną pia­nę. Tak jak kie­dyś u bab­ci, gdy była małą dziew­czyn­ką i bab­cia jesz­cze żyła. Bab­cia sia­dy­wa­ła na krze­śle przy wan­nie i czy­ta­ła jej ulu­bio­ne Ba­śnie z ty­sią­ca i jed­nej nocy oraz An­der­se­na. Po ką­pie­li owi­ja­ła ją w mięk­ki, fro­to­wy szla­frok i za­no­si­ła do łóż­ka. Kie­dy uło­ży­ła się wy­god­nie w świe­żo wy­kroch­ma­lo­nej po­ście­li, bab­cia ca­ło­wa­ła ją na do­bra­noc i ga­si­ła świa­tło. Pra­wie na­tych­miast za­pa­da­ła w sen, wcie­la­jąc się w po­sta­cie z ba­jek. Była na prze­mian Ca­li­necz­ką, dziew­czyn­ką z za­pał­ka­mi lub po­dró­żo­wa­ła na za­cza­ro­wa­nym dy­wa­nie. Noc prze­peł­nia­ła ma­gia, któ­ra ni­g­dy nie była źró­dłem stra­chu.

Po­czu­ła znu­że­nie i jesz­cze coś, jak­by obec­ność opie­kuń­cze­go du­cha. Nie po­tra­fi­ła tego wy­tłu­ma­czyć, ale od­nio­sła wra­że­nie, że ktoś na­gle po­ja­wił się przy niej.

Nie od­czu­wa­ła trwo­gi, a wprost prze­ciw­nie. Ten ktoś swo­ją obec­no­ścią do­da­wał jej otu­chy. Choć przez na wpół przy­mknię­te po­wie­ki ni­ko­go nie do­strze­gła, po­czu­ła wy­raź­ne cie­pło, pra­wie go­rą­co, pro­mie­niu­ją­ce od pod­brzu­sza wzdłuż klat­ki pier­sio­wej do gło­wy. Nie opie­ra­ła się, po­zwo­li­ła cu­dow­nej, pul­su­ją­cej ener­gii wnik­nąć w głąb cia­ła. Od­dy­cha­ła co­raz szyb­ciej, ale ten ktoś lub coś do ni­cze­go jej nie przy­mu­szał. Mo­gła swo­bod­nie re­gu­lo­wać od­dech, kła­dąc dłoń na prze­po­nie. Wte­dy cie­pło ro­ze­szło się wo­kół pal­ców i za­chę­ca­ło do piesz­czot. Wy­cią­gnę­ła dło­nie przed sie­bie, ale roz­pa­lo­ny­mi pal­ca­mi tra­fi­ła w pust­kę.