ReliktTekst

Z serii: Hajmdal #5
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Relikt
Relikt
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,85  47,88 
Relikt
Relikt
Audiobook
Czyta Wojciech Masiak
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Zgoda.

Ramos poklepała go po ramieniu. Odpowiedział bladym uśmiechem.

Po pięciu minutach marszu dotarli do linii karłowatych drzew. Przed nimi rozciągały się moczary ukryte w gęstwinie.

Nagle Odyn stanął.

SYSTEM 41 GEMINORUM
SEKTOR ZEWNĘTRZNY

Valeria pchnęła przepustnicę do samego końca i poczuła, jak przyspieszenie wciska ją w fotel. Czerwony Jeden pędził teraz wprost na spotkanie okrętu widmo. Przez szybę kokpitu nie wyglądał imponująco. Nie sposób go było odróżnić od innych jaśniejących gwiazd. Jednak na przesłonie hełmu widniał powiększony obraz majestatycznego olbrzyma. Wydawał się być na wyciągnięcie ręki.

– Odpierdoliło ci, Czarna? – usłyszała przerażony głos Mubaadara.

– Możliwe. Ale to nasza jedyna szansa.

– Raczej samobójstwo! To czyste szaleństwo.

Valeria nie odpowiedziała. Zerknęła jedynie na lidar i odetchnęła z ulgą. Pozostałe myśliwce podążały za nią. Nikt się nie wyłamał, nikt nie stchórzył. Poczuła dumę, że może dowodzić tak świetnymi i zdyscyplinowanymi pilotami.

– Nie martwcie się – rzuciła w eter. – Wyciągnę was z tego.

– Oby – fuknął Mubaadar. – Inaczej masz przejebane.

Czarna uśmiechnęła się samymi kącikami ust.

– Utrzymujcie kurs. Lecimy prosto na niego.

Wyświetliła dane nawigacyjne, upewniając się, że klucz czerwony nadlatuje od strony gwiazdy centralnej. Liczyła na to, że sensory wrogiego okrętu zostaną oślepione przez rozbłyski słoneczne. Nic z tego. W kokpicie zawył alarm oznaczający, że myśliwiec został namierzony.

– Kurwa mać! – usłyszała krzyk Luis Picton i już wiedziała, że pozostali również mają kłopoty.

– Manewry unikowe – rozkazała Valeria. – Ale trzymać kurs!

Na wizjerze hełmu dostrzegła pierwsze wizualizacje wiązek laserowych mknących ku myśliwcom. Piloci dokonywali cudów, maszyny tańczyły, schodząc z linii strzału, i pierwsza salwa nikogo nie trafiła.

– Dobra robota – pochwaliła ich Czarna.

– Mieliśmy szczęście – burknął Mubaadar. – Następnej porcji nie przeżyjemy.

– Zawsze byłeś takim pieprzonym pesymistą? – odpowiedział mu zirytowany Krasnal. – Jeśli się boisz, to spierdalaj, tak jak zrobiłeś w Epsilon Eridani.

Podczas bitwy Mubaadar uczestniczył w pierwszej fazie starcia. Wystrzelił torpedy protonowe w stronę velmeńskich okrętów, a następnie zgodnie z rozkazem dowódcy wrócił na „Hajmdala”. Jego myśliwiec nie został nawet draśnięty. Wówczas zginęło wielu dobrych pilotów, a niektórzy, tak jak Valeria i Krasnal, dostali się do niewoli. Od tamtych wydarzeń minęło już sporo czasu, jednak nikt nie mógł o tym zapomnieć. Ani piloci, którzy wtedy dostali się do niewoli, ani Mubaadar.

Codziennie się zadręczał wyrzutami sumienia. Uważał, że powinien zostać z kolegami do samego końca. To byłoby szaleństwo, bo pilotował wówczas myśliwiec dalekiego zasięgu, który był zbyt ciężki i powolny, zupełnie nie nadawał się do walki myśliwskiej. Mubaadar zapewne by zginął. Niemniej jednak ta drzazga cały czas w nim tkwiła, a Krasnal wbił ją jeszcze głębiej.

– Ty gnoju!

– Stulić mordy! – Valeria nie mogła pozwolić, żeby piloci skoczyli sobie do gardeł. – Nie będzie następnej salwy.

– Jak to?! – zdumiał się Mubaadar.

Nie odpowiedziała. Z napięciem wpatrywała się w nieprzyjacielski okręt prezentujący się w pełnej okazałości na wyświetlaczu hełmu. Majestatyczny i straszny. Przemierzał przestrzeń, nieubłagalnie zbliżając się do myśliwców. Teraz Valeria gotowa była uwierzyć, że to nie żadna piracka jednostka, a duch, zjawa, widmo zwiastujące nieubłagalną zagładę.

– Trzymać kurs! – przypomniała. Zupełnie niepotrzebnie. Cztery myśliwce podążały za nią.

Z niepokojem zerknęła na strzeliste wieżyczki baterii laserowych superdrednota. Wstrzymała oddech. Za kilka sekund okaże się, czy miała rację, czy pomyliła się w swoich przypuszczeniach. Przymknęła oczy, czekając na nieuchronne. Zaraz pojawiły się obrazy, wspomnienia.

Najpierw twarze rodziców, pierwszych przyjaciół, kochanków, tych wszystkich, którzy dawno zniknęli z jej życia. Przypomniała sobie radosne chwile, jakie spędziła na rodzinnej planecie. Potem szkolenie w siłach zbrojnych Arches, gdy uczyła się pilotować myśliwce. Największym wyzwaniem były gorące wiatry występujące w gromadzie, które osiągały prędkość tysiąca kilometrów na sekundę, a w miejscach ich kolizji temperatura wzrastała do sześćdziesięciu milionów kelwinów i następowała gwałtowna emisja promieniowania rentgenowskiego. Ale Valeria nauczyła się między nimi serfować. Była najlepsza ze wszystkich pilotów w akademii i miała szanse na zrobienie kariery wojskowej. Ale jej losy potoczyły się zupełnie inaczej.

Tuż przed promocją na dowódcę eskadry floty pogranicza usłyszała o powstaniu Federacji Terrańskiej. Nie namyślała się długo. Porzuciła służbę w siłach zbrojnych Gromady Arches i wyruszyła do systemu Epsilon Eridani, żeby podjąć służbę na „Hajmdalu”.

Przypomniała sobie ten moment, gdy ujrzała go pierwszy raz. Drednot znajdował się wówczas jeszcze w dokach togariańskiej stoczni, ale już wtedy jego widok zapierał dech w piersiach.

Długość okrętu wnosiła tysiąc trzysta metrów, a wysokość trzysta pięćdziesiąt. Kadłub składał się z dwóch foremnych brył połączonych węższym przęsłem. Okręt posiadał solidny pancerz, trzy pokłady i hangar zdolny pomieścić dwa promy kosmiczne oraz dziewięćdziesiąt sześć myśliwców, z których teraz pozostało zaledwie piętnaście. Drednot został wyposażony w napęd nadświetlny najnowszej generacji, trzydzieści sześć ciężkich dział laserowych rozmieszczonych na burtach, sześćdziesiąt lekkich, stosowanych w defensywie do ostrzeliwania myśliwców i mniejszych celów, oraz wyrzutnie rakiet atomowych i torped plazmowych. Oprócz uzbrojenia dysponował nowoczesnym systemem obrony bezpośredniej, a także zintegrowanym systemem kierowania ogniem, pozwalającym na wybranie najróżniejszych wariantów ostrzału. Wyborem sekwencji zajmował się oficer taktyczny, którym był Tycho Brahe.

Czarna poczuła ukłucie w sercu na wspomnienie mężczyzny, z którym chciała się rozstać. Teraz nagle zapragnęła ujrzeć go raz jeszcze, spojrzeć w jego bursztynowe oczy, usłyszeć ciepły, kojący głos i zanurzyć się w silnych ramionach. Postanowiła, że jeśli los ją oszczędzi i jakimś cudem przeżyje spotkanie z okrętem widmo, da ich związkowi jeszcze jedną szansę.

– Dlaczego on nie strzela?!

Z zamyślenia wyrwał ją głos Rudolfa Shirona.

Valeria otworzyła oczy. Przez szybę kokpitu widać już było olbrzymi kształt wrogiego okrętu. W pierwszej chwili serce podeszło jej do gardła, zaraz jednak poczuła ulgę. Udało się! Miała rację!

– Ich systemy naprowadzania nie są w stanie nas wychwycić. Uznają nas za integralną część kadłuba. Trzymajcie się jak najbliżej okrętu!

Piloci w mig zrozumieli, o co chodzi. Myśliwce minęły dziób i niemal przykleiły się do pancerza, lecąc wzdłuż lewej burty superdrednota. Podobną sztuczkę wykonał Uriah Nelson, prowadząc swoją eskadrę podczas manewrów w systemie Epsilon Eridani. Został nagrodzony awansem na kapitana i zaraz wysłany na misję, z której już nie wrócił.

Valeria posmutniała. Wydawało się, że zdołała już zapomnieć o Nelsonie. O mężczyźnie, który potwornie ją zranił, odchodząc do innej kobiety, ale jeszcze większy ból sprawiła jej jego śmierć. Czarna długo nie mogła się z tym pogodzić. Poświęcił się dla niej, dla czwórki swoich ludzi, umożliwiając im ucieczkę z lacertańskiego pancernika. Nie widziała, jak umierał, i dlatego czasem coś jej mówiło, że Nelson żyje. Być może skuty kajdanami pracuje w jednej z jaszczurzych kopalni, a może udało mu się uciec i teraz szuka drogi powrotnej na „Hajmdala”? Takie pytania cały czas kłębiły jej się w głowie.

Wzięła głęboki oddech, przywołała na wyświetlacz dane nawigacyjne. Myśliwce klucza czerwonego dawno minęły okręt widmo i teraz mknęły w stronę protoplanetarnego dysku. Czarna liczyła, że w chmurze pyłu i lodu uda im się ukryć. Jednak do tego czasu będą odsłonięci i narażeni na ostrzał. Na szczęście okręt nie zawrócił. Widocznie załoga uznała, że pięć myśliwców nie jest istotnym celem. Odetchnęła z ulgą. I w tym momencie szarpnęło jej maszyną.

Na przesłonie hełmu ujrzała wiązki laserowe. Komputer pokładowy wizualizował je jako pomarańczowe smugi wystrzeliwane z baterii rufowych okrętu. Jedna z nich trafiła w silnik jej myśliwca.

– Kurwa mać! – warknęła, próbując przywrócić stabilność. Nic z tego. Szybko traciła kurs, odbijając od ekliptyki układu gwiezdnego.

– Co z tobą, Czarna? – usłyszała zaniepokojony głos Mubaadara.

– Dostałam – odparła, zachowując spokój, chociaż czuła, jak coraz mocniej oplatają ją macki przerażenia. Nie chciała tak umierać. Dryfując w pustce kosmosu. – Trzymajcie kurs. Spróbujcie się ukryć i poczekać na odsiecz.

– A ty?

– Dam sobie radę.

Zapanowała chwila milczenia.

– Czarna…

– Zamknij się – warknęła gniewnie. – Nie możecie mi w żaden sposób pomóc.

Znowu cisza.

– Nie martw się – odparł Mubaadar. – Znajdziemy cię.

– Wiem – skłamała.

Nagle pojawił się błysk.

SYSTEM 41 GEMINORUM
BAGNISTA PLANETA KARAZAN

Idący na przedzie Odyn uniósł zaciśniętą pięść, a jedenastu żołnierzy natychmiast przystanęło. Zwiadowcy odbezpieczyli broń i przyjęli pozycje strzeleckie.

– Co się dzieje? – zapytała ściszonym głosem Elektra Ramos. – Melduj!

– Coś się zbliża. – Odyn wskazał osnute mgłą bajoro, które mijali po lewej stronie. – Słyszycie?

Od strony wody dochodził cichy szelest. Ezra wytężył wzrok, ale nic nie mógł dostrzec. Dopiero po chwili zauważył, że trzciny się kołyszą. Nierównomiernie. To nie wiatr wprawiał je w ruch. Leahy postąpił krok do przodu, unosząc lufę swojego C-24.

 

– Karlov i Boltoo – Ramos wskazała dwójkę zwiadowców znajdujących się na czele oddziału – sprawdźcie to.

– Tak jest.

Mężczyźni ruszyli w stronę trzcin. Karlov odbił w prawo, a Boltoo w lewo, żeby okrążyć potencjalnego przeciwnika. Szli powoli, z bronią gotową do strzału, z niepokojem spoglądając na zarośla. Nie bagatelizowali sprawy. Wiedzieli, że jeśli tak doświadczony żołnierz jak Odyn wskazuje zagrożenie, to znaczy, że coś jest na rzeczy.

Szelest się nasilił. Przebijał się przez bzyczenie owadów i odgłosy ptaków wodnych, które bardziej przypominały głuche szczeknięcia. Wtem pękła gałąź i trzask echem poniósł się po bagnie, płosząc małe zwierzęta, które wypadły zza krzaków i spanikowane pognały przed siebie.

I wówczas go zobaczyli. Najpierw z krzaków wynurzył się trójkątny łeb wielkości transportera opancerzonego, a następnie wężowate brunatno-zielone cielsko. Bestia łypnęła na zwiadowców złymi, gadzimi oczami, syknęła gniewnie, wysuwając rozwidlony język, i ruszyła do ataku. Mogłoby się wydawać, że przy swojej wadze, którą Ezra ocenił na ponad dwie tony, stwór będzie poruszał się powoli i niezgrabnie, ale nic bardziej mylnego. Błyskawicznie dopadł Boltoo. Zwiadowca nawet nie zdążył zareagować. Wąż owinął się dookoła mężczyzny i zaczął go dusić. Twarz żołnierza zrobiła się sina, z ust pociekła krew, a chwilę potem zabrzmiał brzydki trzask pękającego kręgosłupa. Stwór puścił ofiarę, która opadła na ziemię bezwładnie niczym szmaciana lalka. Otworzył paszczę, próbując połknąć Boltoo w całości, ale w tym momencie rozległy się strzały. Wszystko działo się tak szybko, że zwiadowcy dopiero teraz otworzyli ogień.

– Rozwalmy to ścierwo! – wrzeszczał Bishop.

Pociski wystrzeliwane z C-24 nie były w stanie przebić twardej skóry zwierzęcia, jednak sprawiały mu tyle bólu, że wycofało się w zarośla.

Elektra Ramos natychmiast ruszyła w stronę Boltoo, ale Odyn ją przytrzymał.

– Czekaj! – warknął. – To jeszcze nie koniec.

Nie mylił się. Olbrzymi wąż nie miał zamiaru rezygnować z posiłku. Wysunął się z drugiej strony krzaków i zaatakował Karlova. Próbował go chwycić, ale zwiadowca był szybszy. Odskoczył i wywalił serię z karabinu. Na olbrzymim wężu wrażenia to nie zrobiło. Natarł ponownie, tym razem napierając tułowiem. Udało mu się powalić zwiadowcę na ziemię. Karlov przeturlał się i w ostatniej chwili uniknął uderzenia ogonem. Podczas upadku zgubił jednak karabin i na czworakach wycofywał się w stronę pozostałych zwiadowców, którzy cały czas strzelali do potwora.

Ezra usłyszał charakterystyczne zgrzytnięcie broni, oznaczające brak amunicji. Wyuczonym ruchem sięgnął do ładownicy po magazynek. Żałował, że nie wziął na misję granatnika rewolwerowego, który świetnie sprawdzał się w walce z pretorianami i sprawdziłby się również tutaj. Nikt jednak nie zakładał, że na Karazanie będą mierzyć się z czymś takim. Leahy obiecał sobie, że po powrocie na „Hajmdala” spuści solidny łomot temu egzobiologowi, który twierdził, że na planecie nie ma groźnych drapieżników.

Czy to właśnie spotkało Abigail i pozostałych członków ekipy naukowej? Ta myśl zmroziła młodego sierżanta. Czy mógł dopaść ich ten potwór? To niewykluczone. Nie mieli ciężkiego sprzętu wojskowego. Ezra wiedział, że Torres zabrała jedynie swój ulubiony karabin snajperski. Njord-43 charakteryzował się precyzyjną technologią celowniczą, wyposażony był w komputer, który samodzielnie obliczał odległość od celu i optymalizował parametry broni, dostosowując je do warunków otoczenia, ale pociski nie miały prawa skrzywdzić tak ogromnego węża. Tu potrzebny był większy kaliber.

Ezra odszukał wzrokiem Ivara Björka, który obsługiwał w Plutonie 7 broń ciężką i już dawno powinien jej użyć. Stał dziesięć metrów dalej i szarpał się z uprzężą, na której miał zamocowany karabin maszynowy klasy Perun. Broń ważyła dwadzieścia kilogramów i wypluwała z siebie ponad tysiąc pocisków na minutę. Ale teraz milczała. Coś było nie tak. Karabin był dziwnie przekrzywiony. Widocznie pękł pasek od uprzęży i Björk nie mógł ustabilizować karabinu.

Leahy zaklął. Drugiego peruna nie mieli. W oddziałach wojsk rozpoznawczych istniała niepisana zasada, że tylko jeden z żołnierzy wyposażony jest w broń ciężką. Nie było to jednak obowiązkowe. Elektra Ramos twierdziła, że zwiadowcy mają być przede wszystkim mobilni, i dlatego żaden z jej podwładnych nie dysponował takim uzbrojeniem. Teraz pewnie tego żałowała.

Młodemu sierżantowi nie pozostało nic innego, jak unieść własny karabin i posłać serię w paszczę zwierzęcia. Miał nadzieję, że trafi w jakiś newralgiczny punkt. Udało się. Pocisk rozerwał oko potwora. Okaleczony waż syknął wściekle i ruszył na Ezrę. Leahy zaczął się wycofywać krok za krokiem, cały czas się odstrzeliwując, ale wiedział już, że tylko sekundy dzielą go od śmierci.

Skrzywił się w ponurym uśmiechu. Tyle razy udało mu się oszukać los i wyjść obronną ręką z gorszych niebezpieczeństw. Przeżył zawalenie się świątyni na Thagdze, abordaż jaszczurów na „Hajmdala”, walki z pretorianami na księżycu Monarchy, starcie z bahiriańskimi rebeliantami i potyczkę z Luusaat. A teraz miał zostać zabity przez przerośniętego węża.

Widział już nad sobą potężną głowę, rozwarte szczęki i trójkątne zębiska. Ezra opuścił broń i przymknął powieki. To koniec.

Wtem usłyszał potworny hałas, który niemal rozsadził mu bębenki. Natychmiast otworzył oczy. Obok siebie ujrzał Ivara Björka, który uporał się wreszcie z uprzężą i teraz stał na szeroko rozstawionych nogach, prując z peruna. Teleskopowe, dwunastomilimetrowe pociski szarpały cielskiem potwora, wzbijając fontanny krwi. Stwór próbował uciekać w stronę bajora, ale zwiadowcy podążali za nim, opróżniając magazynki. Wąż znieruchomiał, na wpół zanurzony w wodzie.

Żołnierze wstrzymali ogień.

– Nie żyje? – spytał Tobias Bishop, podejrzliwie spoglądając na dwudziestometrowe cielsko.

Björk wzruszył ramionami i dla pewności posłał w truchło jeszcze jedną serię. Wąż się nie poruszył.

– Załatwiony.

Elektra Ramos natychmiast podbiegła do leżącego bezwładnie Boltoo. Sprawdziła puls. Po chwili zmarszczyła brwi i pokręciła głową. Nie żył. Na twarzy kobiety pojawił się ból. Ezra doskonale rozumiał, co kapral teraz czuje. Dobrze wiedział, co znaczy stracić żołnierza.

Tymczasem Bishop podszedł do martwego węża i szturchnął go butem.

– Twardy był z niego skurwysyn – ocenił.

– Co nas nie zabije, to nas wzmocni – rzekł Julius Malahki natchnionym tonem.

Tobias parsknął śmiechem.

– Sam to wymyśliłeś?

Malahki pokręcił głową.

– Wziąłeś to z jakiegoś lacertańskiego traktatu wojennego?

– Nie – odparł. – To cytat z ziemskiego filozofa.

– Dziwne, bo brzmi jak filozofia życiowa jaszczurów.

– A ja ze strachu o mało co się w spodnie nie zesrałem – wtrącił się do rozmowy Jeremiasz Ruon. – Powiedz mi, Julius, w jaki sposób uczyniło mnie to silniejszym?

– Chodzi o to, że uodparniasz się na stres…

– Zamknijcie się! – warknął Ezra. Złościło go, że trójka jego podwładnych beztrosko dyskutuje nad trupem bestii, która uśmierciła Boltoo, a mogła też dopaść Abigail.

Poczuł dłoń na ramieniu. To był Odyn.

– Nie martw się.

– Łatwo powiedzieć – parsknął Ezra.

– Wąż zaatakował nas, bo był głodny – rzekł doświadczony zwiadowca. – A to oznacza, że od dawna nic nie jadł. Nikogo z ekipy naukowej nie pożarł.

Leahy odetchnął z ulgą. Ale i tak musiał sprawdzić. Wyciągnął wibroostrze i zbliżył się do trupa zwierzęcia. Ciął głęboko, żeby dowiedzieć się, co zawierają trzewia. W ostatniej chwili zawahał się, przymknął oczy i wziął kilka głębokich wdechów, żeby się uspokoić.

A potem rozwarł powieki.

SYSTEM 41 GEMINORUM
OKRĘT FEDERACJI TERRAŃSKIEJ „HAJMDAL”

Na pooranej bruzdami twarzy admirała Kashtaritu pojawiło się coś, co można by nazwać zdumieniem. Dowódca potężnego drednota rzadko okazywał jakiekolwiek emocje. Niewiele było sytuacji, które mogły go zaskoczyć, i nawet w kryzysowym położeniu potrafił zachować kamienne oblicze. Ale nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Nie wiedział również, czego można się spodziewać po trzech tajemniczych obiektach zbliżających się do „Hajmdala”.

– Odległość czterysta siedemdziesiąt tysięcy kilometrów – zameldowała chorąży Gaumata ze stanowiska teledetekcji. – Jednostki zbliżają się kursem przechwytującym. Przy obecnym ciągu znajdziemy się w zasięgu ich ognia za niecałe trzy minuty.

– Rozpoznanie?

– Sygnatury napędów i sylwetki wskazują, że mamy do czynienia z diohdańskimi dozorowcami.

Admirał spojrzał pytająco na komandora Petersa. Ten wzruszył tylko ramionami. Wszystkie rozmowy dyplomatyczne z władzami systemu 41 Geminorum prowadził Emmanuel Kopp. Prezydent Federacji Terrańskiej nie był już tym samym człowiekiem, którego Kashtaritu poznał przed laty. Wówczas tryskał optymizmem i entuzjazmem, a z jego pucołowatej twarzy nigdy nie schodził uśmiech. Zaraził admirała wizją zjednoczenia ludzkości rozproszonej po całej Galaktyce. To on stworzył Federację. Teraz jednak, po wszystkich przeżyciach, przerodził się w zgorzkniałego mężczyznę w średnim wieku, który nie posiadał już dawnego zapału i coraz częściej przebąkiwał o oddaniu urzędu prezydenta. Ale dotychczas nie złożył dymisji i pełnił funkcje dyplomatyczne. To on negocjował układ z Diohda.

– Zażądaliście identyfikacji?

– Tak – odparł oficer łącznikowy. – Nie odpowiadają.

– Czy dozorowce szykują się do walki?

– Nic na to nie wskazuje – odparła Gaumata. – Sensory informują o braku jakichkolwiek działań tego typu. Furty wyrzutni rakiet pozostają zamknięte, systemy uzbrojenia wyłączone.

– Dajcie obraz z kamer na ekran.

Na głównym hologramie bagnisty świat zastąpiony został przez ponurą czerń kosmosu, na której tle widoczne były trzy jaśniejące obiekty.

– Zbliżenie – zakomenderował Kashtaritu.

Teraz wyraźnie dało się zauważyć specyficzne sylwetki okrętów. Kadłub każdego dozorowca podzielony był wzdłuż na dwie równe części, łączone przęsłem, z tym że lewa zawsze była dłuższa i na dziobie się zwężała. Ten specyficzny układ wynikał z tego, że Diohda uznawali lewą stronę za świętą i cała ich architektura, kultura oraz wszystkie dziedziny życia odzwierciedlały ten asymetryczny układ. Nawet bitwy tradycyjnie rozpoczynali od lewej, co niejednokrotnie się na nich mściło.

– To niszczyciele – stwierdził Peters.

– Uhm – odparł zamyślony admirał.

– Przygotować okręt do walki?

– Jeszcze nie. Mamy czas.

Komandor z niepokojem zerknął na chronometr. „Hajmdal” bez trudu mógłby zniszczyć trzy dozorowce, zanim zbliżą się na odległość umożliwiającą wystrzelenie rakiet. Ale decyzja musiała zostać podjęta w ciągu najbliższych dwóch minut.

– Nathanielu…

– Czekamy! – rzekł twardo admirał.

Oficerowie na mostku spojrzeli po sobie z niepokojem. Zdawali sobie sprawę, że obrona przeciwrakietowa drednota powinna poradzić sobie z salwami, a mocne osłony energetyczne nawet ze zintegrowanym ogniem dział laserowych trzech niszczycieli, ale zawsze istniała obawa, że jakieś pociski oszukają wabiki i trafią w okręt. Uważali, że to niepotrzebne ryzyko.

– Za minutę wejdziemy w zasięg ich ognia – poinformowała chorąży Gaumata.

Abram Peters otarł kroplę potu, która spływała mu po szyi.

– Może jednak powinniśmy…

– Nie!

Kashtaritu nie spuszczał wzroku z ekranu.

– Ile czasu pozostało do pełnego rozruchu silników?

Oficer łączności wewnętrznej skontaktował się przez interkom z maszynownią i zaraz przekazał odpowiedź:

– Trzy minuty i dwadzieścia sekund!

– Nie zdołamy im umknąć – Peters stwierdził oczywistość i zwrócił się do przyjaciela: – Wiem, Nathanielu, że musimy dbać o dobre stosunki z władzami systemu, ale te dozorowce nie odpowiadają na wezwanie i możemy zakładać, że chcą nas zaatakować. Mamy pełne prawo się bronić!

– Jeśli dojdzie do incydentu zbrojnego, będziemy zmuszeni do szybkiego opuszczenia układu, a wówczas nasi ludzie na Karazanie znajdą się na łasce Diohda.

– Możemy jeszcze wycofać zwiadowców…

– A co z ekspedycją naukową? A co z naszymi myśliwcami i pilotami rozsianymi po całym układzie?

– Nie mamy wyjścia – wycedził Peters. – Ważniejsze jest przetrwanie okrętu. Dobro ogółu…

– „Hajmdal” posiada solidny pancerz, najwyższej klasy tarcze energetyczne i doskonałe systemy obrony bezpośredniej. Te wypierdki nawet nas nie drasną!

– Zaryzykujesz?

 

Admirał długo spoglądał w oczy przyjaciela. W tym czasie chronometr nieubłaganie odmierzał kolejne sekundy.

– Zgoda – odezwał się wreszcie Kashtaritu. – Zrób co należy.

Peters odetchnął z ulgą. Podziękował admirałowi skinieniem głowy i zaczął wydawać rozkazy:

– Ogłosić czwarty stopień gotowości bojowej. Uruchomić wszystkie systemy bojowe. Namierzyć cele…

– Admirale! – przerwał tę wyliczankę podchorąży Rookson. – Otrzymałem sygnał identyfikacyjny. To drugi dywizjon niszczycieli pod dowództwem komodora N’tha. Wywołuje nas.

– Natychmiast przerwać wdrażanie procedur! – rozkazał Kashtaritu. – Połączcie mnie z komodorem.

– Tak jest! – odparł Rookson.

Na środku pomieszczenia pojawił się hologram przedstawiający humanoidalną istotę, niewiele różniącą się od człowieka, i admirała po raz kolejny zastanowiło to uderzające podobieństwo. Wcześniej o tym nie myślał. Uznawał, że życie w kosmosie przyjmuje podobne formy ze względu na warunki rozwoju, ale teraz, po tych wszystkich rewelacjach o genetycznych eksperymentach Khon-Ma zaczął przypuszczać, że ludzie i Diohda są ze sobą spokrewnieni.

N’tha ubrany był w jednoczęściowy czarny mundur, który kontrastował z bardzo bladą skórą. Na rękawach i pagonach błyszczały złote symbole oznaczające wojskową rangę. Stopnie w diohdańskiej flocie miały tak skomplikowane nazwy, że najlepsi lingwiści na „Hajmdalu” kiepsko sobie z tym radzili. Uznali jednak, że N’tha jest kimś w rodzaju komodora, bowiem dowodził kilkoma jednostkami.

Wszyscy przedstawiciele gatunku Diohda mieli długie, białe włosy, które nosili luźno rozpuszczone i spływające na ramiona. W czarnych oczach pozbawionych białek trudno było cokolwiek wyczytać, natomiast na sinych ustach zawsze błąkał się delikatny, ironiczny uśmiech. Przez to nie budzili zaufania wśród ludzi.

Komodor ukłonił się nisko i odezwał w chrapliwym języku. Translator szybko sobie poradził.

– Niechaj twoja wiara uczyni cię silnym i zawsze podążaj ścieżką prawości – dobiegło z głośników.

– Niechaj światło twojej duszy nigdy nie zgaśnie, a ród twojej matki nigdy nie zazna cierpienia ani głodu – Kashtaritu odparł równie kurtuazyjnie, dodając do tego pełen szacunku ukłon. Dobrze wiedział, że wszelkie rytuały są dla Diohda bardzo ważne. Tym bardziej dla N’tha, pochodzącego z arystokratycznej rodziny, której rodowód sięgał pierwszych kolonistów. Admirał dowiedział się tego wszystkiego na jednym z bankietów, gdzie komodor niemal godzinę zanudzał go, przedstawiając mu swoje drzewo genealogiczne.

– Miło mi pana ponownie widzieć, admirale.

– Mnie również, komodorze N’tha. – Głównodowodzący „Hajmdala” zerknął nerwowo na chronometr. Czas naglił, zapytał więc bez ogródek: – Co pana do nas sprowadza?

– Doszły nas słuchy, że znacie miejsce pobytu okrętu widmo.

– To prawda. Natychmiast poinformowaliśmy o tym waszą admiralicję, prosząc o wsparcie dla naszych myśliwców. Otrzymaliśmy odpowiedź zwrotną, że w tym rejonie nie stacjonują żadne wasze okręty.

– Niestety – rzekł z żalem N’tha. – Mój dywizjon znajduje się najbliżej wskazanego miejsca, ale nie ma szans, żeby szybko tam dotarł. Niszczyciele nie posiadają tak potężnych silników, jak wasz okręt.

– Zdaję sobie z tego sprawę, komodorze. I dlatego musi niezwłocznie wyruszyć…

– Wiem – wszedł w słowo komodor. – Przybyłem tu, żeby wam towarzyszyć.

– Co?!

– Zjawię się na pokładzie „Hajmdala” w ciągu kwadransa. Przybędę promem wraz z moimi adiutantami. Proszę na mnie poczekać.

– Nie możemy czekać! – zdenerwował się admirał.

– Te kilka minut pana nie zbawi, admirale.

– Liczy się każda sekunda – wycedził Kashtaritu, spoglądając w czarne ślepia Diohda.

– To polecenie Wielkiej Rady Macierzy.

Zirytowany admirał bezradnie rozłożył ręce. Wiedział, że sprzeciwiając się władzom systemu, przekreśliłby szanse na utrzymanie dobrych stosunków dyplomatycznych z Diohda.

– Mam dopilnować, żeby wszystkie postanowienia Rady zostały zrealizowane.

– Postanowienia? – zdumiał się Kashtaritu.

– Okręt widmo ma zostać zniszczony.

– To chyba oczywiste. Po to tam lecimy. Jeszcze coś?

– Tak.

– Słucham?

– Nikt z jego załogi nie ma prawa przeżyć.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?