ReliktTekst

Z serii: Hajmdal #5
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Relikt
Relikt
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,85  47,88 
Relikt
Relikt
Audiobook
Czyta Wojciech Masiak
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

SYSTEM 41 GEMINORUM
OKRĘT FEDERACJI TERRAŃSKIEJ „HAJMDAL”

Ezra Leahy biegł ile sił korytarzem prowadzącym do hangaru. W pędzie dopinał kamizelkę taktyczną, mocował pas z ładownicą, montował do szyn hełmu wyposażenie zewnętrzne i próbował dopasować maskę filtrującą. Zaklął, gdy zorientował się, że pobrał z magazynu nie ten typ, co trzeba. Na bagnistej planecie, ubogiej w tlen, za to wypełnionej metanem i smrodem, którego nie dało się wytrzymać, należało użyć innego, bardziej zaawansowanego modelu. Ezra cisnął bezużyteczną maskę na podłogę, wprost pod nogi dwóch działowych, którzy szybkim krokiem podążali na stanowiska bojowe. Spojrzeli w zdziwieniu na sierżanta, ale widząc gniew malujący się na jego twarzy, nie skomentowali tego i po prostu zeszli mu z drogi.

Ezra był zły. Przede wszystkim na sytuację. Kwadrans temu na okręcie ogłoszono trzeci stopień gotowości bojowej, co oznaczało włączenie systemów uzbrojenia i przygotowanie personelu do działań wojennych. Według zdawkowych komunikatów przekazanych przez dowództwo w zewnętrznym sektorze wykryto nieprzyjacielski okręt. Leahy mógł się tylko domyślać, że chodzi o tych piratów, których od pewnego czasu szukali. Ale tym akurat się nie przejmował. Podobnie jak większość członków załogi, pragnął, żeby w końcu zaczęło się coś dziać. Na okręcie panowała nuda, chociaż on sam nie mógł narzekać na brak zajęć.

Dzień zaczynał od biegania po górnym pokładzie. Potem szedł na siłownię, gdzie wzmacniał mięśnie i wytrzymałość. Następną godzinę spędzał na macie, trenując z Odynem sztuki walki. Był w tym coraz lepszy, ale nie udało mu się jeszcze pokonać doświadczonego instruktora. Po tak wyczerpującym poranku czekały go żołnierskie obowiązki.

Dowodzenie plutonem nie było łatwą sprawą, nawet jeśli jednostka nie prowadziła działań bojowych. Codzienna musztra, niekończące się odprawy, uczenie się koordynacji w zespole na symulatorach i zajęcia na strzelnicy. A do jego obowiązków dodatkowo należało pisanie raportów podsumowujących ćwiczenia, okresowych ocen żołnierzy, wypełnianie formularzy zaopatrzenia dla plutonu, czyli wszystko, co starszy sierżant Seth Campbell, który był jego pierwszym dowódcą, określał jako „biurokratyczne gówno”. Po tym wszystkim Ezra był tak wyczerpany, że najchętniej runąłby na koję i przespał dobę. Ale wówczas, powłócząc nogami, szedł na drugi pokład, gdzie znajdowała się działająca od trzech miesięcy Akademia Wojskowa Sił Lądowych, i przez kolejne godziny słuchał wykładów. Namówił go do tego Odyn, twierdząc, że ma zadatki na dobrego oficera. Leahy nie był tego taki pewny, ale wizja oficerskich gwiazdek przemawiała do wyobraźni młodzieńca.

Wracał do kajuty wycieńczony. Wolne wieczory, które mógł spędzić z Abigail, wypełniała mu nauka. Dziewczyna wspierała go jak tylko mogła. Dopingowała podczas egzaminów, pocieszała, gdy miewał chwile zwątpienia, odciążała od biurokratycznych obowiązków i tłumaczyła trudniejsze zagadnienia. W takich chwilach spoglądał na nią z podziwem i mówił, że to ona powinna iść do akademii. A wówczas Torres wybuchała śmiechem. Twierdziła, że się nie nadaje, że brakuje jej charyzmy, umiejętności motywowania ludzi i cech potrzebnych do radzenia sobie w trudnych sytuacjach.

Abigail była przy nim, kiedy jej potrzebował. A teraz jej zabrakło.

Ezra wpadł na pokład hangarowy. Zdziwiło go, że jest tu tak pusto, ale zaraz przypomniał sobie, że wszystkie myśliwce zostały wysłane na patrol.

Leahy skierował się w stronę promu „Nadir”, który szykował się do startu. Piloci już zajęli miejsca w kokpicie. Wprowadzali dane lotu do komputera i sprawdzali systemy. Na rampę wchodził oddział zwiadowców w pełnym rynsztunku bojowym, gotowych przeprowadzić na Karazanie misję ratunkową. Ezra rozpoznał żołnierzy z Plutonu 12 i Plutonu 1, dowodzonego przez Elektrę Ramos. Dostrzegła go. Ta niewysoka brunetka, zawsze uśmiechnięta, o ciepłych brązowych oczach, tym razem miała ponurą minę. Spoglądała na Ezrę ze współczuciem. Skinął jej tylko głową i podszedł do sierżanta Campbella, stojącego przy furcie promu i wydającego ostatnie dyspozycje.

– Lecę z nimi – oznajmił Leahy.

– Mowy nie ma.

– Proszę mi pozwolić…

– Nie!

– Sierżancie, błagam!

– Wyraziłem się jasno – wycedził Campbell. Na jego pooranej bruzdami twarzy doświadczonego żołnierza, który w wojsku spędził całe życie, trudno było wyczytać jakiekolwiek emocje. Wbił w młodego sierżanta zimne spojrzenie stalowych oczu.

– Tam jest Abigail – próbował zdesperowany Ezra.

Torres zgłosiła się na ochotnika do ochrony ekipy naukowej, która wyruszyła na Karazan w celu zbadania jakichś starożytnych ruin. Leahy nie protestował. Wiedział, że to nie ma sensu. Abigail zawsze potrafiła postawić na swoim. Tym bardziej, że on miał swoje obowiązki i studia, a ona nudziła się na pokładzie „Hajmdala”. Poza tym była żądna wiedzy, więc pozostałości po pradawnej cywilizacji rozpalały jej ciekawość.

Przez dwanaście pokładowych dni nic się nie działo. Naukowcy rozbili obóz i zabrali się do pracy. Na stanowiskach archeologicznych dokonywali pomiarów, przeprowadzali badania i meldowali się o określonych godzinach.

Lecz dzisiaj nie zgłosili się o umówionej porze. To jeszcze nic nie znaczyło, bo często zdarzały się opóźnienia, ale zawsze prędzej czy później się odzywali. Tym razem trwało to jednak za długo. Minęły dwadzieścia cztery godziny, aż wreszcie zaniepokojone dowództwo zdecydowało się wysłać ekspedycję. „Nadir” otrzymał zadanie przewiezienia dwóch plutonów zwiadowców na planetę i pozostania na jej orbicie do czasu zakończenia misji. Potem miał zabrać wszystkich na pokład i odnaleźć „Hajmdala”, który szykował się do wyruszenia w pogoń za okrętem widmo.

Seth Campbell położył dłoń na ramieniu młodzieńca.

– I właśnie dlatego nie pozwolę ci lecieć – rzekł nieco łagodniej. – Będziesz starał się odnaleźć Torres za wszelką cenę. Nawet kosztem życia i zdrowia żołnierzy, a na to nie mogę pozwolić.

Leahy zacisnął mocno zęby. Campbell miał rację. Na jego miejscu podjąłby identyczną decyzję. Jednak Ezra nie był na jego miejscu.

– Ale ja muszę!

Sierżant pokręcił głową.

– Kapral Ramos i jej ludzie to załatwią.

Ezra spojrzał na zwiadowców zajmujących miejsca na siedziskach. Mieli na sobie zgniłozielone mundury maskujące, dopasowane kolorem do krajobrazu planety, pancerze, kamizelki taktyczne z kieszeniami wypchanymi granatami i ładownice z magazynkami do karabinów. Ponadto sporo sprzętu ułatwiającego poruszanie się w trudnym terenie, jak przyrządy nawigacyjne i kamery termowizyjne, optoelektronikę wspomagającą celowanie, a także szereg czujników monitorujących funkcje życiowe. Oprócz pracy serca badały również poziom glukozy i tlenu we krwi. Zamontowane na hełmach kamery dawały bezpośredni wgląd w obraz prowadzonych działań, a skomplikowany zestaw łączności miał zwiększać integrację żołnierzy podczas walki, dowódcom oddziałów zaś pozwalał lepiej planować zadania. Jeśli doliczyć do tego racje żywnościowe z wodą i zestawy medyczne, dawało to kilka dodatkowych kilogramów.

Wszystko to za sprawą nowego głównodowodzącego operacjami specjalnymi. Kapitan Jazon Hezal zastąpił na tym stanowisku poległego Bastiana Dasha i szybko okazało się, że zgodnie z archaicznym przysłowiem żołnierze terrańskich sił zbrojnych wpadli z deszczu pod rynnę. Dash preferował frontalny atak, szybkie uderzenie, które powinno zmusić przeciwnika do odwrotu. Uchodził za aroganckiego dupka, ale trzeba było przyznać, że nigdy nie chował się za plecami swoich ludzi. Natomiast Hezal był zwolennikiem podejścia defensywnego. Żołnierze mieli atakować tylko wówczas, gdy posiadali przewagę taktyczną, i natychmiast wycofywać się, gdyby przeciwnik okazał się zbyt silny. Liczyło się przede wszystkim ich życie i zdrowie. Ale przez to Hezal wcale nie zyskał sobie szacunku i sympatii żołnierzy. Większość uważała, że jest jeszcze większym dupkiem niż Dash.

– Spójrz na nich, sierżancie. – Leahy wskazał brodą zwiadowców z Plutonu 12.

Dwunastka przestała istnieć po tym, jak ich dowódca Anthony Pike wraz z trzema zwiadowcami zginęli na pokładzie velmeńskiego pancernika, zabici przez Luusaat. Dopiero dwa miesiące temu powołano oddział na nowo, ale w jego skład wchodzili rekruci.

– To jeszcze dzieciaki.

Zalęknieni młodzi żołnierze zajmowali miejsca obok bardziej doświadczonych kolegów z Plutonu 1.

– Dzieciaki?! – prychnął Campbell. – Niektórzy z nich są starsi od ciebie.

– Sierżant wie, co mam na myśli.

– Tak – przyznał weteran. – Lecz w ogniu walki ludzie szybko dorastają.

– Oni nie dadzą rady.

– Poradzą sobie. To nie misja bojowa. Jajogłowi pewnie znowu zapomnieli o terminie meldunku albo mają kłopoty z łącznością. Wiesz, przez te zakłócenia pochodzące od dysku protoplanetarnego wszystko się pierdoli. Nie wiem nawet, czy ten cały elektroniczny złom, jaki mają na sobie chłopaki i dziewczyny, zadziała w takich warunkach. Hezal będzie niepocieszony…

Przerwał i przeniósł ponownie wzrok na Ezrę.

– Zobaczysz szeregową Torres szybciej, niż myślisz – zmienił temat. – Kapral Ramos i jej ludzie sobie poradzą.

Ezra spojrzał wprost w oczy Campbella.

– Jestem przekonany, że Elektra sobie poradzi. Nie wątpię również w chłopaków z Jedynki. Znam ich i wiem, co potrafią. Ale Dwunastka?! Zamiast nich powinien lecieć mój pluton.

Do siedzących w promie żołnierzy dotarły jego słowa. Rozległy się gniewne pomruki.

– Ezra ma rację, sierżancie – Leahy usłyszał głos za plecami.

Obejrzał się i ujrzał Tobiasa Bishopa w pełnym rynsztunku bojowym. Na ramieniu miał niedbale przewieszony C-24. Na jego ustach błąkał się delikatny uśmiech. Za nim stali pozostali członkowie Plutonu 7. Jasnowłosy Ivar Björk, który obsługiwał w oddziale broń ciężką, przyglądał się drwiąco przestraszonym zwiadowcom z Dwunastki. Obok niego stał Jeremiasz Ruon, który opuścił szeregi szturmowców, żeby dołączyć do Siódemki. Teraz szczerzył się jak dziecko, któremu dano nową zabawkę. W przeciwieństwie do brodatego mężczyzny o niespotykanie błękitnych oczach spoglądał gdzieś w przestrzeń. Julius Malahki dołączył do oddziału najpóźniej. Szybko jednak okazało się, że jest obiecującym żołnierzem i świetnym kompanem, pomimo zamiłowania do filozofii i ardhanariańskiej poezji, którą od czasu do czasu raczył towarzyszy.

 

Ezra uśmiechnął się do nich blado i skinął głową w podziękowaniu.

– Sierżancie – zwrócił się ponownie do Campbella – pozwól nam lecieć zamiast chłopaków z Dwunastki.

– Nie macie pełnego składu.

– Już mają!

Głos należał do Odyna.

SYSTEM 41 GEMINORUM
OKRĘT FEDERACJI TERRAŃSKIEJ „HAJMDAL”

Tycho Brahe stał przy stanowisku taktycznym, próbując zaprogramować optymalne sekwencje ataku na użytek nadchodzącej bitwy. Przesuwał dłoń po holograficznym wyświetlaczu, akceptując bądź odrzucając rozwiązania sugerowane przez komputer. Wybór nie był prosty. Nikt nie wiedział, z czym przyjdzie im się zmierzyć.

Z relacji świadków i raportów diohdańskiej floty wynikało, że ich przeciwnikiem będzie ciężki krążownik. Ale kto go zbudował? Jakie posiadał uzbrojenie? Jakiego typu pancerz i osłony? Czy korzystał ze standardowych systemów obrony bezpośredniej? Na te pytania porucznik Tycho Brahe nie znał odpowiedzi.

A od nich tak wiele zależało. Należało ustalić, jaką zastosować częstotliwość laserów, ile pocisków przydzielić do każdej salwy rakietowej, jakie ustawić opóźnienie detonacji, żeby zmylić wabiki. Brahe westchnął ciężko. Działał na oślep.

Jeśli się pomyli, nie będzie odwrotu. Losy kosmicznych bitew ważyły się w ciągu zaledwie kilku minut, więc jeśli wybierze źle, nie zostanie czasu na dokonanie korekt. W końcu zdecydował. Wybrał wachlarz sekwencji na tyle szeroki, na ile się tylko dało, i podniósł wzrok.

Na mostku panował gwar, który boleśnie kontrastował z ciszą, jaka jeszcze niedawno tutaj panowała. Zgodnie z procedurą obowiązującą w momencie ogłoszenia trzeciego stopnia bojowego wszystkie stanowiska powinny być obsadzone. Oficerowie po kolei raportowali gotowość do działania.

Admirał Nathaniel Kashtaritu siedział w fotelu dowódcy i z uwagą wysłuchiwał meldunków. Na jego pobrużdżonej twarzy malował się niepokój, ale oczy niebezpiecznie błyszczały. Z lekko uniesionymi kącikami ust wyglądał niczym drapieżnik szykujący się do polowania. W istocie „Hajmdal” wyruszał na łowy i cała obsada mostka była tym faktem podekscytowana.

Obsługująca stanowisko teledetekcji chorąży Gladys Gaumata, która rzadko okazywała jakiekolwiek emocje, co mogło być wynikiem cybernetycznych ulepszeń, jakim została poddana przez Velmenów, teraz wręcz emanowała szczęściem.

Bosman Mila Todorov ożywiła się i zupełnie gdzieś zniknęło znużenie, jakie okazywała na wachcie. Z napięciem wpatrywała się w wyświetlacz panelu kierowania ogniem, bezwiednie nawijając na palec ciemnobrązowy lok, który wymknął się spod stożkowatej czapki. Na jej ustach błąkał się blady uśmiech.

Podchorąży Rookson, który na stanowisku teledetekcji ustąpił miejsca Gaumacie, teraz stał przy konsoli łączności. Niecierpliwie przestępował z nogi na nogę, nie mogąc doczekać się starcia. To będzie jego chrzest bojowy, pierwsza bitwa, w której weźmie udział jako oficer obsady mostka. Był niezwykle podekscytowany. Ale to wszystko minie, gdy tylko zacznie się walka. W momencie gdy w pancerz „Hajmdala” uderzą pierwsze pociski wroga, a laserowe wiązki zaczną ciąć kadłub, pojawi się paraliżujący strach.

Porucznik Brahe przeniósł spojrzenie na stanowisko sternika, za którym stał Jonathan Anderson. Niski mężczyzna o szczurzej twarzy, w mundurze, który zawsze wydawał się leżeć na nim niechlujnie, niegdyś był doświadczonym żołnierzem i w przeciwieństwie do młodego Rooksona wielokrotnie brał udział w bitwach. Teraz słuchał uważnie koordynat podawanych przez nawigatora i ustawiał odpowiedni kurs. Szczerzył się przy tym radośnie.

Jedynie Brahe nie podzielał radości panującej na mostku. Coś mu podpowiadało, że sprawa jest poważniejsza, niż się zdaje. Wśród załogi „Hajmdala” panowało przekonanie, że mają do czynienia ze zdezelowanym krążownikiem i niezdyscyplinowaną piracką załogą, która podda się, gdy tylko drednot wystrzeli pierwszą salwę. Ale Tycho długo przeglądał dane dostarczone przez diohdańską flotę i coś mu w tej układance nie pasowało. Z jego analiz wynikało, że okręt widmo dysponował o wiele większym arsenałem niż zwykła piracka jednostka. Ale nie to martwiło porucznika.

Dobrze wiedział, że „Hajmdal” poradzi obie z każdym wrogim okrętem. Wybudowany w togariańskiej stoczni drednot był najpotężniejszą jednostką w Galaktyce i równać się z nim mogły jedynie toch-emy, ale te zostały ponoć wyeliminowane, wraz ze wszystkimi Khon-Ma. Tak przynajmniej twierdził Ahaswer – przywódca zbuntowanych Velmenów, ich nowy niespodziewany sojusznik.

Tak naprawdę porucznik martwił się o Valerię. Z przechwyconych przez Rooksona rozmów radiowych wynikało, że klucz czerwony namierzył okręt widmo. Tycho obliczył opóźnienie, z jakim sygnał dotarł do „Hajmdala”, i zmarszczył czoło. Jeśli Czarna czegoś nie wymyśliła, już dawno było po walce.

– Uzyskałeś połączenie nadprzestrzenne z kluczem czerwonym? – zapytał Kashtaritu Rooksona.

– Niestety nie, admirale – odparł młody podchorąży.

– Próbujcie dalej.

Rookson spojrzał na niego bez przekonania, ale widząc wzrok głównodowodzącego, zaraz wyprostował się jak struna.

– Tak jest.

Grodzie rozwarły się i na mostek wszedł komandor Abram Peters. Pierwszy oficer dbał, żeby jego mundur był zawsze wyprasowany i nieskazitelnie czysty. Lśnił bielą podobnie jak jego włosy. Jeszcze do niedawna nie były siwe, ale czas i ciężkie przeżycia odcisnęły na mężczyźnie swoje piętno.

Komandor Peters jako ostatni dotarł na mostek, ale miał najdłuższą drogę do pokonania. W chwili podwyższenia stopnia gotowości bojowej znajdował się na końcu okrętu, nadzorując montaż nowego dopalacza. Inżynierowie pracowali nad nim od trzech miesięcy i niedawno zakończyli badania. Twierdzili, że dzięki nowej instalacji moc głównego silnika manewrowego „Hajmdala” zwiększy się prawie o dwadzieścia procent.

Peters zajął miejsce na fotelu pierwszego oficera. Admirał spojrzał na niego z niepokojem.

– Zdążyliście?

– Pewnie – odparł z uśmiechem komandor. – Wszystko działa bez zarzutu. Możemy ruszać do boju.

– Doskonale – ucieszył się Kashtaritu, ale jego uśmiech zaraz zgasł, gdy przeniósł wzrok na główny ekran, na którym widoczny był brunatno-zielony glob. – Jakieś wieści z Karazanu?

– Cały czas wywołujemy bazę, ale nikt nie odpowiada – rzekł Rookson i mocniej przycisnął słuchawkę do ucha. – Kontrola lotów zameldowała, że „Nadir” właśnie wyruszył na planetę z ekipą ratunkową na pokładzie.

– Niech informują nas na bieżąco o postępie poszukiwań.

– Tak jest!

– Proszę o meldunek z maszynowni.

– Silniki manewrowe są w końcowej fazie rozruchu – poinformował oficer odpowiedzialny za komunikację wewnętrzną. – Za dziewięć i pół minuty możemy startować.

– Panie Anderson?

Sternik uniósł kciuk. Zaraz jednak przypomniał sobie, że znajduje się na mostku okrętu terrańskich sił zbrojnych, a nie pirackiej łajbie, wyprostował się i przepisowo zameldował:

– Kurs wytyczony, panie admirale.

Kashtaritu skinął głową.

– Wygląda na to, że „Hajmdal” jest gotowy do boju.

Peters uśmiechnął się.

– Brakowało mi tego.

– Mnie też, przyjacielu, mnie też.

Podłoga zaczęła lekko drżeć, co oznaczało, że silniki są w ostatniej fazie rozruchu. Tycho Brahe poczuł, że ma ściśnięty żołądek. Ciężko przełknął ślinę. Tak reagował na stres. Wiódł niebezpieczny żywot i przez te wszystkie lata powinien się uodpornić, ale to było silniejsze od niego. Przed każdym starciem czuł niepokój, serce waliło mu jak oszalałe, oddech stawał się płytki. To wszystko jednak mijało, gdy tylko zaczynała się walka. Tętno wracało do normy, źrenice się zmniejszały, a on był skupiony i działał jak automat. Jakby posiadał velmeńskie cyberwszczepy. Wzdrygnął się na tę absurdalną myśl, podniósł wzrok na chorąży Gladys Gaumatę.

Kobieta pochodziła z systemu Tau Ceti, który do niedawna uważano za macierzysty układ Velmenów. Ale okazało się, że mieszkańcy pochodzą z Ziemi. To byli ludzie tacy jak Tycho, którzy trzysta lat temu wyruszyli w statku wielopokoleniowym na Proximę Centauri. Na pokładzie było wielu zdolnych naukowców, którzy eksperymentowali z cybernetyką i technologią wszczepów. Pragnęli udoskonalić swoje ciała na tyle, żeby przedłużyć życie i doczekać lądowania. Jednakże zatracili się w modyfikacjach i stali się zupełnie innym gatunkiem. Gatunkiem, który pragnął zniszczenia ludzkości. Ale nie wszyscy temu ulegli.

Gladys Gaumata spędziła dzieciństwo w ośrodku przygotowawczym, gdzie Velmeni elektronicznie implementowali jej wiedzę, aktywowali odpowiednie obszary mózgu i sterowali rozwojem intelektualnym. Jednocześnie poddawali ją udoskonaleniom. Wszczepiali elektronikę, amputowali części ciała i zastępowali biocybernetycznymi protezami. Uczyła się z nimi funkcjonować jak Velmeni. Pewnie gdyby nie to, że udało jej się uciec, stałaby się bez reszty jedną z nich.

Tycho Brahe wzdrygnął się. Po okręcie krążyły pogłoski, że na pokładzie znajdują się velmeńscy szpiedzy, a wywiad ich rozpracowuje. Nic nie wskazywało na to, żeby Gaumata do nich należała. Niejednokrotnie udowodniła już lojalność względem terrańskiej floty. Podczas bitwy w systemie Epsilon Eridani przywróciła sprawność wszystkich systemów bojowych, w czasie buntu załogi w układzie Jota Orionis stanęła po stronie admirała. Ale Tycho i tak czuł się nieswojo w jej towarzystwie. Podobnie jak większość załogi.

– Admirale? – rzekła chorąży Gaumata, z niepokojem spoglądając na wyświetlacz lidaru.

– Tak?

– Zbliżają się do nas trzy obiekty.

SYSTEM 41 GEMINORUM
BAGNISTA PLANETA KARAZAN

Piloci nie odważyli się lądować promem na bagnistej powierzchni planety. „Nadir” zawisł czterdzieści metrów nad ziemią i dwunastka zwiadowców desantowała się metodą „szybkiej liny”. Ezra Leahy nie miał nic przeciwko temu. Wolał to niż skok ze spadochronem.

Przeszedł go zimny dreszcz, gdy przypomniał sobie lądowanie na planecie Sykion w systemie Jota Orionis. Wówczas o mały włos pożegnałby się z życiem. Zaraz po otwarciu spadochronu jedna z komór czaszy zapadła się pod wpływem silnego wiatru. Próbował szarpać za linki sterownicze, żeby wyprostować czaszę, ale to nic nie dało. Po chwili spadochron złożył się na pół i Ezra musiał go odciąć. Otworzył zapasowy i na początku wszystko było w porządku, ale po chwili zapadł się tak samo jak pierwszy. Trzeciego spadochronu już nie miał. Ogarnęła go panika, był kompletnie bezradny. Na polu bitwy mógł coś zrobić. Strzelić, uciec, ukryć się. Ale w takiej sytuacji mógł tylko czekać na nieuniknioną śmierć. Zaczął wściekle szarpać linkami bez większej nadziei na sukces, a wówczas zdarzył się cud. Dwie skrajne komory wypełniły się powietrzem i spadochron zadziałał.

– Twoja kolej – z rozmyślań wyrwała go Elektra Ramos. Kobieta położyła mu dłoń na ramieniu i brodą wskazała linę zwisającą z promu. Oplótł ją rękoma i nogami, następnie wziął głęboki oddech i ruszył w dół.

Trenował to setki razy, na różnych planetach i w różnych warunkach. Podczas szkolenia wstępnego sierżant Campbell zabrał ich raz na lodowy księżyc, na którym tryskały gejzery. Lądowanie na powierzchni tego globu było istnym szaleństwem. Dwóch rekrutów trafiło potem do ambulatorium, a jeden zrezygnował ze służby w oddziałach rozpoznawczych i złożył podanie o przyjęcie do żandarmerii wojskowej. Ezra widywał go czasami patrolującego korytarz i pilnującego porządku na pokładach „Hajmdala”. Nie wyglądał na szczęśliwego.

Leahy czuł pęd powietrza i z przerażeniem zauważył, że wiatr zrywa mu maskę filtrującą, której nie zdążył dobrze dopasować. Mógł to zrobić podczas lotu na planetę, ale był tak zdenerwowany zaginięciem Abigail, że zupełnie o tym zapomniał. Dopiero przed skokiem sięgnął po pierwszą lepszą maskę znajdującą się na wyposażeniu promu, tym razem jednak zwracając uwagę na model.

Nie mógł przytrzymać maski dłonią, bo obiema rękami kurczowo trzymał się liny. Gdyby chociaż na chwilę ją puścił, runąłby na ziemię. Miękka powierzchnia planety zamortyzowałaby upadek, ale na pewno złamałby nogi. A to oznaczałoby dla niego koniec misji.

Poczuł, jak maska zsuwa mu się z twarzy, i w ostatniej chwili przytrzymał ją ramieniem, dokonując przy tym ekwilibrystycznych wygibasów. To sprawiło, że lufa karabinu mocno wbiła mu się w żebra.

Z ulgą wylądował w błotnistej mazi. Natychmiast przyklęknął na jedno kolano i odbezpieczył broń. Omiótł spojrzeniem teren, ale nie spostrzegł niczego niepokojącego.

 

– Czysto! – zameldował.

Poczuł się nieswojo. Od czasu gdy został dowódcą plutonu, to jemu żołnierze składali meldunek. Ale akcją dowodziła kapral Elektra Ramos, choć była niższa stopniem. To był warunek Campbella. Wolał, żeby misję prowadził ktoś niezaangażowany emocjonalnie. Ezra nie miał nic przeciwko temu. Ramos była świetnym żołnierzem i dowódcą. To zdawało się o tyle dziwne, że nigdy nie podnosiła głosu i była wyrozumiała dla podwładnych, a te cechy nie były nigdy preferowane w wojsku na stanowiskach dowódczych. Mimo to posiadała autorytet i posłuch pięciu rosłych facetów. Z tego, co słyszał, podczas akcji cechował ją spokój i zimna kalkulacja. I zawsze dbała o swoich ludzi. Leahy nie wątpił, że Elektra jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Obawiał się jednak, że może przerwać misję, jeśli uzna, że żołnierze są zagrożeni. A Ezra miał zamiar odnaleźć Abigail. Za wszelką cenę.

– Wszyscy do mnie! – w słuchawkach rozległ się melodyjny głos Ramos, która wylądowała kilka metrów dalej. Niedbale przewiesiła C-24 przez lewe ramię i z niesmakiem rozejrzała się po okolicy. Planeta nie wyglądała na przyjazną i pewnie była ostatnim miejscem, na którym pragnęła się znaleźć. Pod maską Ezra nie widział jej ust, ale mógłby pójść o zakład, że skrzywiły się w grymasie obrzydzenia.

Zwiadowcy stali po kolana w błocie, w jakiejś gęstej brązowej brei, której zapach docierał do nich pomimo zastosowania najsilniejszych filtrów. Ezra nawet nie chciał myśleć, co by było, gdyby nie mieli masek.

Wokół roztaczała się bagnista równina gdzieniegdzie przetykana kępkami szarej trawy. Na stalowym niebie wisiały kłębiaste chmury, zza których wyłaniały się dwa nieregularne księżyce, blade, bo na Karazanie jeszcze trwał dzień. Widoczność jednak ograniczała upiorna, bladozielona mgła, snująca się nad powierzchnią planety. Gdy wiatr ją nieco rozwiał, ukazał się las karłowatych drzew z fantastycznie powyginanymi konarami.

– Słuchajcie uważnie, bo nie mam zamiaru powtarzać – rozpoczęła Ramos, gdy jedenastka zwiadowców otoczyła ją kręgiem. – To nie jest misja bojowa. Naszym celem jest odnalezienie ekspedycji naukowej. Dokonamy rozpoznania terenu, a jeśli natrafimy na wroga, wycofamy się i poczekamy na wsparcie.

– Pierdolenie – burknął Ezra.

– Otrzymaliśmy wyraźne rozkazy od kapitana Hezala.

– Kapitan Hezal to gryzipiórek, który nigdy nie znalazł się w ogniu walki – wycedził Leahy, zdając sobie sprawę, że urządzenia rejestrujące wszystko nagrywają i po powrocie na „Hajmdala” odpowie dyscyplinarnie za swoje słowa.

Ale teraz Hezal nie mógł mu nic zrobić. Zakłócenia nie pozwalały na bezpośrednie monitorowanie akcji z pokładu drednota, a kapitan nie palił się z nimi lecieć.

– Nie mam zamiaru czekać z założonymi rękoma, gdy Torres potrzebuje pomocy. Żaden tępy chuj nie będzie mi mówił, co mam robić. – Ezra był wyraźnie rozłoszczony. Interesowało go jedynie odnalezienie Abigail. Całej i zdrowej. Najszybciej jak to możliwe.

– Sierżancie Leahy! – fuknęła Ramos tonem tak ostrym, że Ezra mimowolnie się wyprostował. – Powściągnijcie język. Tutaj ja dowodzę i nie życzę sobie żadnej niesubordynacji. Jeszcze jedna taka uwaga i wylatujecie z misji. Zrozumiano?

Ezra zacisnął mocno zęby, spojrzał na otaczających go żołnierzy. W ich oczach ujrzał dezaprobatę. Nawet u Tobiasa Bishopa. Wziął głęboki oddech, próbując uspokoić nerwy.

– Tak jest.

– Świetnie. – Kapral Elektra Ramos z zadowoleniem skinęła głową, nie spuszczając jednak surowego spojrzenia z Ezry. – Zastosujemy się do wytycznych dowództwa i będziemy postępować zgodnie z procedurami.

Leahy jedynie skrzywił usta pod maską.

– Musimy dotrzeć do obozu ekspedycji naukowej – rozpoczęła kapral Ramos, uruchamiając urządzenie na nadgarstku. Pojawiła się trójwymiarowa mapa okolicy. – Według ostatnich namiarów znajduje się cztery kilometry stąd w kierunku północnym.

– Tam? – zapytał Bishop, wskazując brodą las.

– Tak.

– Dlaczego desantowano nas tak daleko od celu?

– Z tego samego powodu, dla którego nie mogliśmy użyć transporterów opancerzonych – odparła kobieta. – To tereny podmokłe. Tutaj wszędzie są trzęsawiska i podczas zrzutu moglibyśmy się potopić. Zresztą według meldunków ekipy naukowej w samym lesie jest równie niebezpiecznie. Należy uważnie patrzeć pod nogi, bo można wpaść po uszy w gówno. Znaczy się błoto.

– Niezbyt radosna perspektywa – mruknął Bishop.

– Czy ja wiem? – wtrącił Julius Malahki. – Dla Ardhanari bagno to symbol spokoju i zadowolenia. Ich filozofowie wywodzą, że obleczony nim jesteś niczym płód, bezpieczny w łonie rodziciela. Natomiast Arya postrzegają w bagnie symbol nieświadomości.

– Że co?!

– To nieakceptowalne wyobrażenia, pierwotne popędy, skrywane pragnienia, które spychane przez świadomość próbują wydostać się na zewnątrz. Niektóre są tak silne, że mogą dać znać o sobie w marzeniach sennych, lękach, obsesjach i pociągnąć na dno zupełnie jak bagno.

– Brednie – roześmiał się Bishop.

– Jak uważasz. – Julius wzruszył ramionami. – Ale pamiętaj, że Arya stworzyli jedno z najpotężniejszych imperiów w Galaktyce, a ich kultura, wiedza i myśl filozoficzna daleko wyprzedzają to, co osiągnęliśmy na Ziemi…

– Skończyliście pierdolić? – przerwał mu Ezra. – To idziemy!

Pierwszy ruszył w kierunku karłowatego lasu. W jego ślady poszli pozostali zwiadowcy. Zdawał sobie sprawę, że rozkaz wymarszu powinna dać Elektra, ale stracili już wystarczająco dużo czasu. Abigail gdzieś tam była i potrzebowała pomocy.

Ramos udała, że nic się nie stało. Wysłała dwóch zwiadowców z Plutonu 1 na szpicę i cofnęła Björka z perunem na tył kolumny. Odyn spytał, czy może dołączyć do żołnierzy na czele kolumny, a kapral wyraziła zgodę. Mijając Ezrę, jednooki pokręcił głową z dezaprobatą. Leahy wzruszył jedynie ramionami.

Woda chlupała pod ciężkimi wojskowymi butami, chociaż żołnierze szli ścieżką, którą musiały wydeptać tutejsze zwierzęta. Na razie nie widzieli ich zbyt wiele. Zaledwie kilka niedużych gadów o stalowoszarej, zrogowaciałej skórze, umykających na beczułkowatych nóżkach, trochę ptaków i jakieś włochate ssaki ukrywające się w krzakach. Na każdy podejrzany dźwięk zwiadowcy czujnie unosili lufy karabinów, ale na szczęście nie spostrzegli żadnego zagrożenia. Z raportów egzobiologów wynikało, że na planecie nie ma form życia zagrażających ludziom, ale lepiej było dmuchać na zimne.

Elektra zrównała się z Ezrą, obejrzała do tyłu na idących zwiadowców, a następnie wyłączyła mikrofon.

– Pojebało cię?! – wysyczała przytłumionym głosem zza maski filtrującej. Ezra zerknął na nią. W zazwyczaj łagodnych brązowych oczach tym razem kipiała wściekłość. – Zachowujesz się jak kompletny dureń! Chcesz pogrzebać swoją karierę?

W odpowiedzi znów wzruszył ramionami.

– Posłuchaj, Ezra – powiedziała Ramos łagodniejszym tonem. – Wiem, że martwisz się o Abigail, ale zachowując się w tak głupi sposób, w żaden sposób jej nie pomożesz. Co najwyżej zaszkodzisz sobie. Jeśli kapitan Hezal dowie się o twojej niesubordynacji…

– Złożysz na mnie raport? – prychnął Leahy.

Elektra Ramos przystanęła i gwałtownie chwyciła Ezrę za ramiona, zmuszając go, żeby spojrzał je w oczy.

– Nie zrobię tego – odparła zimno kapral Ramos. – Ale jeśli przez ciebie zginie jakikolwiek człowiek pod moją komendą, osobiście cię zastrzelę.

Mówiła prawdę. Ezra ujrzał to w jej oczach. Nawet ją rozumiał. Na jej miejscu zrobiłby to samo. Ale nie był na jej miejscu.

– Wiem, że jesteś starszy stopniem, ale to mnie Campbell powierzył dowodzenie. I mam zamiar przeprowadzić misję bez strat w ludziach. Zrobimy to po mojemu.

Leahy przeniósł spojrzenie na las. Miał ochotę puścić się tam biegiem, wołać Abigail, w obłąkańczym szale szukać jej śladów, ale był żołnierzem terrańskich sił zbrojnych, wyszkolonym zwiadowcą. Rozsądek wziął górę.