ReliktTekst

Z serii: Hajmdal #5
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Relikt
Relikt
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,85  47,88 
Relikt
Relikt
Audiobook
Czyta Wojciech Masiak
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

SYSTEM 41 GEMINORUM
OKRĘT FEDERACJI TERRAŃSKIEJ „HAJMDAL”

Na mostku „Hajmdala” panowała cisza i przyjemny półmrok. Większość ekranów pozostawała wygaszona, pracowało zaledwie kilka stanowisk, na większości urządzeń migotały zielone diody, oznaczające stan czuwania. Z umieszczonych w suficie głośników sączyła się cicho muzyka. Symfonia skomponowana przez najsławniejszego z teegardeańskich kompozytorów, rozpisana na setkę instrumentów, najpierw malowała dźwiękiem obraz sielankowej planety położonej w centralnej satrapii imperium, żeby potem przejść w pełną chaosu i niepokoju kakofonię, oddającą bezmiar kosmicznej pustki. Powstała w czasach, gdy Arya wyruszali na swoje pierwsze wyprawy gwiezdne, a wszechświat wydawał im się miejscem zimnym i przerażającym.

Tycho Brahe, który niedawno został awansowany na porucznika i dzięki temu mógł pełnić obowiązki oficera trzyosobowej wachty kotwicznej, rozparł się wygodnie na fotelu dowódcy, przymknął oczy i delektował się muzyką. Nie podzielał miłości do teegardeańskiej kultury i sztuki, która dominowała w Galaktyce, ale akurat ta symfonia należała do jego ulubionych. Może dlatego, że opowiadała o tym, co doskonale znał i rozumiał? O podróży w nieznane.

Pochodził z małego księżyca krążącego wokół lodowego olbrzyma w systemie planetarnym należącym do Plutokracji Raasha. Urodził się jako syn niewolnika i nie miał szans na zdobycie bogactwa, a co za tym idzie podwyższenie swojego statusu społecznego. Nie miał jednak zamiaru skończyć jak większość przedstawicieli ludzkiego gatunku, którzy – zaprzęgnięci do ciężkiej pracy – nie dożywali nawet wieku średniego, więc przy pierwszej okazji postanowił uciec. A ona pojawiła się wraz z buntem niewolników.

Tycho dobrze wiedział, że gdy tylko wieści o powstaniu dotrą do stolicy Raasha, do systemu przybędzie flota pacyfikacyjna i rewolucja zostanie brutalnie stłumiona. Brahe nie zamierzał czekać. Wraz z grupą przyjaciół uciekł na niewielkim statku transportowym.

To był złom. Przestarzała elektronika na mostku zawodziła na każdym kroku, pordzewiała ładownia nie nadawała się praktycznie do użytku, a kiepskiej jakości ekranowanie kadłuba sprawiało, że promieniowanie kosmiczne dzień po dniu zabijało załogę. Ale statek posiadał napęd nadświetlny i to stanowiło jego najważniejszą zaletę.

Podróżowali od układu do układu, biorąc zlecenia, których inni nie odważyli się podjąć. Przewozili promieniotwórcze izotopy, kontrabandę z zewnętrznych satrapii Imperium Teegardeańskiego, dostarczali egzotyczne zwierzęta na Ushak i narkotyki tak zabójcze, że były zakazane na większości cywilizowanych światów.

Nie wybiegali myślami w przyszłość. Żyli chwilą, przyjmując to, co oferował im los. Nie znali strachu, a przynajmniej ukrywali go pod młodzieńczą brawurą. Nawet wówczas, gdy na jednej z wodnych planet należących do Abzu w strzelaninie z lokalnym gangiem stracili dwóch ludzi, a niedługo potem kolejnego członka załogi, który zmarł na chorobę popromienną.

Gdy pozostało ich tylko trzech, statek został ostrzelany przez lacertańskie torpedowce. Jakimś cudem udało im uciec, ale po zadokowaniu w najbliższym porcie okazało się, że transportowiec do niczego już się nie nadaje. Kolejna próba skoku nadświetlnego zakończyłaby się katastrofą. Bez żalu sprzedali statek na części i ich drogi się rozeszły.

Tycho Brahe poszukał innego zajęcia, tym razem legalnego. Trafił na zdezelowany frachtowiec o nazwie „Quasimodo”. Uśmiechnął się na wspomnienie tego brzydkiego, nieforemnego kolosa, który na trzy lata stał się jego domem. Wówczas pierwszym oficerem frachtowca był Drafn Obrim, który zaopiekował się Tychem, nauczył go wszystkiego, co sam umiał, i traktował jak syna. Ten jowialny mężczyzna o łagodnym usposobieniu i gołębim sercu brzydził się przemocą i może właśnie dlatego tak bardzo oponował, gdy Brahe oznajmił, że ma już dosyć nudnych, rutynowych kursów, porzuca załogę i zaciąga się do teegardeańskiej floty pogranicza.

Od tamtego czasu nie rozmawiali. Ale Tycho dowiedział się, że Obrim został kapitanem „Quasimoda”. Miał nadzieję, że nadal żyje, cieszy się dobrym zdrowiem i bezpiecznie przemierza kosmiczną pustkę na zdezelowanym frachtowcu.

Brahe przeciągnął się leniwie i otworzył oczy. Spojrzał na wyświetlacz stanowiska dowodzenia i westchnął ciężko. Chronometr pokazywał, że do końca wachty pozostały jeszcze dwie standardowe godziny. Dwie godziny nudy.

Na pokładzie „Hajmdala” panował pierwszy stopień gotowości bojowej i nic nie wskazywało na to, żeby coś miało się zmienić. Drednot stacjonował na orbicie ósmej planety układu gwiezdnego 41 Geminorum.

Diohda twierdzili, że to nawiedzony glob. Ponoć od zawsze taki był. Działy się tutaj dziwne i niewytłumaczalne rzeczy. Zwiadowcy dokonujący rozpoznania terenu widywali widma unoszące się nad bagnami, w nocy rozbłyskały tajemnicze światła, przerażające szepty niosły się po moczarach. To zniechęciło Diohda do założenia tam osady. Planetę nazwali Karazan, co w ich języku oznaczało najgłębszy mrok. Trzymali się od niej z daleka. Ale nie ludzie.

Po przybyciu do systemu jajogłowi odkryli, że na planecie znajdują się dziwne ruiny dawnej cywilizacji, które nie należały do Diohda. Zdjęcia wykonane podczas lotów zwiadowczych wzbudziły zainteresowanie naukowców. Profesor Francis Boccard uzyskał od admirała pozwolenie na zebranie ekipy i zbadanie ruin.

Brahe uważał, że to zły pomysł. Nie wierzył w te bzdury o nawiedzonej planecie, ale coś musiało być na rzeczy, skoro Diohda na niej nawet nie lądowali. Naukowcom mogło grozić niebezpieczeństwo. Podzielił się swoimi obawami z admirałem, który częściowo przyznał mu rację i przydzielił ekspedycji ochronę.

Podporucznik Tycho Brahe przypomniał sobie, że miał ich wywołać na swojej wachcie i sprawdzić, czy wszystko w porządku, bo od kilkudziesięciu godzin nie było z nimi kontaktu. Na razie jeszcze nikt z tego powodu nie panikował. Czasami szwankowały komunikatory, czasami dawały o sobie znać dziwne zakłócenia pochodzące z dysku protoplanetarnego, a czasami jajogłowi, pochłonięci swoją pracą, po prostu zapominali o regularnych meldunkach.

Porucznik podniósł wzrok i wbił spojrzenie bursztynowych oczu w ekran, na którym widniał brunatno-zielony glob. Wyłaniało się zza niego pomarańczowe słońce. Czerwony nadolbrzym był dużą, gorącą gwiazdą i daleko mu jeszcze było do wypalenia. Wokół gwiazdy krążyło dwanaście planet, z których wszystkie nadawały się do zamieszkania. Nic więc dziwnego, że system został skolonizowany.

Przez ostatnie pięć miesięcy „Hajmdal” wykonał siedemnaście skoków nadprzestrzennych, wszystkie do opustoszałych systemów gwiezdnych, gdzie można było bezpiecznie uzupełnić zapasy. Ostatni raz drednot uczestniczył w bitwie w układzie Chi Aurigae, gdzie przyszło ludziom odeprzeć inwazję krwiożerczych Luusaat. Tycho Brahe spostrzegł, że od tego czasu załoga nieco zgnuśniała. Widać to było na każdym kroku.

Oficerowie przytyli. Rzadko opuszczali swoje kwatery, a jeśli już, to tylko po to, żeby poczłapać na wachtę lub do stołówki. Nawet w mesie, niegdyś zawsze tłocznej, wypełnionej gwarem i śmiechem, teraz panowała cisza. Żołnierze piechoty snuli się po korytarzach znudzeni i ospali. Ożywiali się jedynie, gdy „Hajmdal” docierał do nowego układu i trzeba było przeprowadzić zwiad na jakiejś planecie. Natomiast piloci myśliwców całe dnie spędzali w hangarach, szukając okazji, żeby wystartować i polatać w przestrzeni kosmicznej.

Tycho pomyślał o Valerii i zaraz na jego czole pojawiła się głęboka bruzda. Kobieta ostatnio chodziła zła jak sadachbiańska osa. Wybuchała gniewem bez powodu i wylewała na nim frustrację. Coraz częściej się kłócili i wszystko wskazywało na to, że ich związek się rozpadnie. Porucznik posmutniał. Zależało mu na Czarnej.

Uchodziła za świetnego pilota, charyzmatyczną i przebojową oficer, ale również wredną sukę o ciętym języku i faktycznie, biorąc pod uwagę ich kłótnie, Tycho gotów był zgodzić się z tą ostatnią opinią. Ale Brahe zdążył ją dobrze poznać i wiedział, że potrafi też być wrażliwa i empatyczna. Właśnie za to ją kochał.

– Rookson – zwrócił do podchorążego obsługującego stanowisko teledetekcji. Młody mężczyzna nosił błękitny mundur terrańskiej floty i przepisową stożkowatą czapkę. Natychmiast wstał, wyprężył się jak struna i zasalutował.

– Na rozkaz!

Tycho Brahe skrzywił się. Nadgorliwość młodzieńca go drażniła. Z drugiej strony, pochlebiło mu, że podchorąży okazuje tak olbrzymi szacunek.

– Wyluzuj – burknął Tycho. – I siadaj.

Młodzieniec poczerwieniał i posłusznie zajął miejsce w fotelu. Brahe kątem oka dostrzegł, że bosman Mila Todorov – ostatnia z trójki oficerów wachtowych – uśmiecha się pod nosem.

– A ty z czego rżysz? – fuknął. W odpowiedzi kobieta wzruszyła tylko ramionami. Figlarny uśmiech jednak nie schodził jej z ust.

Ona nie miała dla Tycha żadnego respektu. Nie tylko dla niego. Pieguska była zadziorna, nie uznawała żadnych autorytetów i potrafiła dosadnie wyrazić opinię, krytykując nawet starszych stopniem. Doskonale jednak znała się na swojej robocie. Najpierw dowodziła sekcją dział pościgowych, a po przeniesieniu na mostek udoskonaliła procedury sekcji kierowania ogniem. Podczas wachty kotwicznej miała najmniej obowiązków. Cała jej praca polegała na sprawdzeniu gotowości systemów bojowych, co zajmowało jej najwyżej kwadrans.

– Prześlij mi dane z lidaru – Brahe zwrócił się do Rooksona.

– Tak jest!

Po chwili trójwymiarowy wyświetlacz na stanowisku dowodzenia rozbłysnął mnogością kolorowych punktów naniesionych na schemat układu gwiezdnego. Każdy z nich oznaczał jakąś jednostkę podróżującą w kosmicznej próżni. Były ich tysiące.

– Wyselekcjonuj jednostki należące do Federacji Terrańskiej – polecił Brahe.

Młody podchorąży zmarszczył czoło i spojrzał pytająco na przełożonego.

Mila Todorov przewróciła oczami i rzekła:

 

– Po prostu zlokalizuj pozycję klucza czerwonego, debilu!

Tycho spiorunował ją wzrokiem, ale nic nie powiedział. Nie było tajemnicą, że on i Valeria są parą. Nie ukrywali tego. Nie chciał jednak, żeby wszyscy wiedzieli, że się o nią martwi. Próbował w dyskretny sposób dowiedzieć się, gdzie teraz jest Czarna i czy wszystko z nią w porządku. Mila to jednak storpedowała.

– Aha. – W oczach młodzieńca pojawił się błysk zrozumienia. – Przykro mi, ale to niemożliwe.

– Czemu? – zdumiał się Brahe.

– Melduję posłusznie, że nowe sensory nie wyłapują tak małych obiektów jak myśliwce.

– Kurwa – wymsknęło się porucznikowi i zaraz tego pożałował, widząc pobladłą twarz Rooksona.

Podchorąży nie był niczemu winien, przekazał tylko złe wieści. Tycho nie był wściekły na niego, tylko na sytuację. Przed rokiem „Hajmdal” przeszedł gruntowny remont w cesarskiej stoczni, ale Bahirianie nie dysponowali takim potencjałem technologicznym jak Togarianie, którzy zbudowali okręt. Nie udało im się w pełni odtworzyć całego wyposażenia i zastąpili większość urządzeń uboższymi wersjami. Dotyczyło to również sensorów.

– Nie przejmuj się – rzucił pojednawczo do Rooksona, który odetchnął z ulgą. – Nic na to nie poradzimy.

– Niekoniecznie…

– Słucham?

Podchorąży nie odpowiedział od razu. Nałożył słuchawki, pochylił się nad konsolą, a jego palce zaczęły śmigać po wirtualnej klawiaturze.

– Może uda mi się namierzyć źródło emisji fal radiowych. Oczywiście jeśli piloci klucza czerwonego nie otrzymali rozkazu zachowania ciszy w eterze.

– Nie sądzę.

– Udało się! – rozmyślania Brahego przerwał triumfalny okrzyk podchorążego. – Zlokalizowałem ich. Znajdują się blisko dysku protoplanetarnego w sektorze D-89.

Tycho Brahe zerknął na wyświetlacz. W tym rejonie lidar wykrywał jedynie cztery jednostki. Wszystkie posiadały sygnatury frachtowców należących do Diohda.

– Poruczniku?

– Tak?

Brahe przeniósł spojrzenie z powrotem na Rooksona. Podchorąży chwycił słuchawki i przycisnął je do uszu. Na jego twarzy pojawił się niepokój.

– Coś jest nie tak – zakomunikował.

SYSTEM 41 GEMINORUM
SEKTOR ZEWNĘTRZNY

Olbrzymi okręt wynurzył się z pyłu i lodu, ukazując się w pełnym majestacie. Budził grozę samym swoim widokiem. Było w nim coś przerażającego i fascynującego zarazem. Posiadał liczne prostokątne wypustki, strzeliste wieżyczki z działami laserowymi, romboidalne osłony kryjące otwory wyrzutni rakiet i emanował czernią tak głęboką, że promienie słońca gubiły się w licznych zagłębieniach na jego kadłubie. Przywodził na myśl gotycką katedrę, którą Valeria widziała kiedyś na jakimś holograficznym obrazku, pokazującym monumentalne budowle na Ziemi.

Okręt naprawdę przywodził na myśl widmo – ducha, który pojawiał się nagle, wzbudzając grozę i niosąc zagładę. Teraz Czarna już wcale nie dziwiła się, że Diohda uważali go za wcielenie bogini wojny, okrutną Inanę-Szatur o szponach ostrych jak brzytwa i skrzydłach splamionych krwią. Mit głosił, że od czasu do czasu bogini manifestuje się w materialnym świecie, żeby siać śmierć i zniszczenie. Karmi się cierpieniem i znika dopiero, gdy zaspokoi apetyt. Valeria gotowa była w to uwierzyć, spoglądając na potężny, widmowy okręt.

Ale wówczas przypomniała sobie inną legendę, pochodzącą z Ziemi, z czasów gdy ludzkość mieszkała jeszcze na ojczystej planecie i pływała po morzach. Opowiadała o żaglowcu „Latającym Holendrze” i jego kapitanie, nieustraszonym i doświadczonym wilku morskim, który popłynął w bardzo niebezpieczny rejs.

Podróż przebiegała gładko aż do Przylądka Dobrej Nadziei, do momentu gdy statek wpłynął na burzliwy akwen. Rozpętał się sztorm, wiatr łamał maszty, rozrywał żagle, potężne fale zmywały ludzi z pokładu, ale kapitan się tym nie przejmował. Na nic zdały się prośby i błagania marynarzy. Statek płynął dalej, a kapitan zaczął miotać obelgi i bluźnić Bogu. Zaklinał się, że opłynie Przylądek Dobrej Nadziei pomimo przeciwności losu i na przekór siłom natury.

Wtedy na pokładzie pojawił się anioł, ale kapitan „Latającego Holendra” nie oddał mu należytej czci. Co więcej, zaczął mu ubliżać i wypalił do niego z pistoletu. W odpowiedzi niebiański przybysz uniósł się gniewem i oznajmił, że statek i jego załoga już nigdy nie zaznają spokoju. Żeglować będą po morzach i oceanach przez całą wieczność. Od tamtej pory „Latający Holender” zwiastował nieszczęście wszystkim, którzy mieli okazję go ujrzeć.

Valeria zawsze twardo stąpała po ziemi i nie wierzyła w przesądy. Nie sposób było ją nastraszyć mrocznymi historyjkami o duchach, nawiedzonych miejscach i widmach. Ale teraz zdjęta grozą wpatrywała się w zbliżający się potężny okręt i zastanawiała się, czy w legendach jednak nie tkwi jakieś ziarno prawdy.

– O ja pierdolę! – z odrętwienia wyrwał ją przerażony głos Luis Picton. Czarna potrząsnęła głową, próbując jak najszybciej odegnać od siebie mroczne myśli i wrócić do rzeczywistości. Dowodziła grupą myśliwców, była odpowiedzialna za swoich ludzi i musiała natychmiast podjąć decyzję.

– Zawracać! – krzyknęła na całe gardło, jakby chciała, żeby jej rozkaz przebił się przez pancerną szybę i dotarł wprost do uszu pilotów. – Uciekamy na „Hajmdala”!

Sześć myśliwców natychmiast wykonało zwrot i pognało w stronę gwiazdy centralnej.

Valeria przywołała na wyświetlacz hełmu dane dotyczące kursu i prędkości lotu wroga. Tak jak się spodziewała, podążał za nimi. Potężne silniki okrętu pracowały na pełnej mocy, co oznaczało, że szybko osiągnie większe przyspieszenie niż ich maszyny. Obliczenia wskazywały, że nieprzyjaciel doścignie klucz w ciągu trzydziestu siedmiu minut. Czarna nie miała jednak pojęcia, kiedy myśliwce znajdą się w zasięgu rażenia broni tajemniczej jednostki. Mogła tylko zgadywać, jakim uzbrojeniem dysponuje nieprzyjaciel. Nigdy nie widziała podobnej jednostki. Komputer pokładowy przeszukujący bazę danych wszystkich znanych flot również niczego nie znalazł.

Valeria zastanawiała się, jak to możliwe, że ktoś zdołał utrzymać w tajemnicy posiadanie tak wielkiego okrętu. To bez wątpienia był superdrednot. A według wiedzy Czarnej okręty tej klasy królowały w Galaktyce tysiące lat temu, ale nie produkowano ich od przeszło dwustu lat. Słyszała, że po raz ostatni użyto ich w drugiej wojnie o Gromadę Quintuplet, w wyniku której Lacertanie zostali wyparci przez Arya z wewnętrznych rejonów Galaktyki do Ramienia Strzelca. Potem jeszcze niektórzy satrapowie Imperium Teegardeańskiego posiadali je w swoich flotach, ale bardziej dla postrachu i prestiżu niż ich realnej siły. Wyszły z użycia, ponieważ koszty utrzymania okazały się zbyt wysokie.

Obecnie tak olbrzymie kolosy posiadali jedynie Khon-Ma, ale okręt widmo nie przypominał straszliwego toch-emu. Valeria miała nadzieję, że nie jest on dziełem pajęczaków.

Na przesłonę hełmu ponownie przywołała obraz tajemniczej jednostki. Zadrżała. Wzięła głęboki oddech, żeby się uspokoić i na chłodno ocenić sytuację. Przyjrzała się uważnie wieżyczkom dział laserowych i stwierdziła ponad wszelką wątpliwość, że to ciężkie baterie. Dopatrzyła się również szeregu wyrzutni rakiet oraz dziwnych wypustek, które prawdopodobnie skrywały jakąś straszliwą broń. Uświadomiła sobie, że jeśli zaraz czegoś nie wymyśli, wkrótce z myśliwców terrańskich sił zbrojnych pozostanie jedynie wspomnienie.

Czarna wyświetliła mapę sektora, w którym znalazł się jej klucz. Zmarszczyła czoło. Nie wyglądało to dobrze. Na obszarze stu dwudziestu milionów kilometrów rozciągała się jedynie kosmiczna pustka. Co prawda niedługo myśliwce miały przeciąć orbitę jedenastej planety systemu 41 Geminorum, ale sam glob, otoczony trzema pierścieniami pyłowymi, w których można było spróbować się ukryć bądź zmylić pogoń, znajdował się po drugiej stronie czerwonego nadolbrzyma. Nie dostrzegła również żadnych stacji bojowych ani diohdańskich jednostek wojennych, które mogłyby przyjść z pomocą. Tylko kilka frachtowców zmierzało w stronę centrum układu. Zrezygnowana pokręciła głową.

W czasie gdy Czarna przyglądała się mapie, komputer pokładowy przeanalizował dane z kamer i czujników skierowanych na wielki okręt i dokonał oceny jego potencjalnego arsenału. Obliczył, że jeśli nic się nie zmieni, myśliwce znajdą się w zasięgu nieprzyjacielskiego ognia w ciągu niecałych czterech minut. Statystyczny błąd obliczeń wynosił aż dwadzieścia pięć procent, ale minuta w tę czy tamtą stronę nie miała żadnego znaczenia.

Piloci klucza czerwonego stanowili elitę. Należeli do najlepszych z najlepszych i bez wątpienia potrafili walczyć. Valeria wiedziała, że dadzą z siebie wszystko, będą próbowali unikowych, karkołomnych manewrów, forteli oraz maksymalnie wykorzystają moc maszyn. Ale walka nie potrwa dłużej niż kilka sekund. Nie przy takiej sile uderzenia, jaką dysponował nieprzyjaciel.

Valeria włączyła komunikator nadprzestrzenny, żeby spróbować raz jeszcze połączyć się z „Hajmdalem”. Wiedziała, że w żaden sposób nie zmieni to dramatycznej sytuacji. Drednot nie zdąży na ratunek. Zanim rozgrzeje silniki manewrowe, wyznaczy odpowiedni kurs i doleci na miejsce, minie kilka godzin. Ale jeśli uda się przekazać wiadomość, to przynajmniej admirał Kashtaritu dowie się o miejscu przebywania okrętu widmo i „Hajmdal” przybędzie, żeby go zniszczyć. Na tę myśl Czarna uśmiechnęła się drapieżnie. Szkoda tylko, że ona już tego nie zobaczy.

– Tu Czerwony Jeden do „Hajmdala”, słyszycie mnie? – zapytała z nadzieją. Odpowiedzią były jedynie głuche trzaski. Spróbowała jeszcze dwukrotnie wywołać kontrolę lotów, ale bezskutecznie. Z ciężkim westchnieniem wyłączyła komunikator.

Komputer pokładowy poinformował, że pozostały trzy minuty. Ostatnie trzy minuty życia. Westchnęła ciężko. Taki był los pilota myśliwców. Taką drogę wybrała. Niczego nie żałowała i nic by nie zmieniła. Wiedziała, że prędzej czy później czeka ją śmierć, i wolała zginąć w kabinie swojego myśliwca, niż umrzeć ze starości.

– Szefowo? – odezwał się Shiron. W jego głosie brzmiał strach. – Co robimy?

Valeria milczała. Nie miała pojęcia, co powiedzieć swoim ludziom. Mogła się tylko z nimi pożegnać, podziękować za wspólne akcje oraz wszystkie dobre i złe chwile. Powiedzieć im, że są najlepszymi pilotami, z jakimi przyszło jej współpracować, i jest dumna, że mogła nimi dowodzić. I to wszystko zajęłoby najwyżej minutę. A potem nastąpią dwie długie minuty, pełne grozy i oczekiwania na to, co nieuniknione. Najbardziej przerażające minuty w ich życiu. Nie będą mogli nic zrobić. Będą jak skazańcy oczekujący na egzekucję.

„Nie!” – pomyślała, zgrzytając zębami. „Tak to się nie skończy”. Nie podda się bez walki. Należy do najbardziej kreatywnego i zdeterminowanego gatunku w Galaktyce. Wola ludzka nie zna granic. Znajdzie jakiś sposób.

Spojrzała na mapę. Wpatrywała się w nią dobrą chwilę i nagle oczy jej rozbłysły. Jak mogła na to nie wpaść wcześniej?! Jej usta drgnęły w uśmiechu.

– Zawracamy!