Bunt

Tekst
Z serii: Hajmdal #3
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Bunt
Bunt
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,74  47,79 
Bunt
Bunt
Audiobook
Czyta Wojciech Masiak
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © by Dariusz Domagalski

All rights reserved

Copyright © by Drageus Publishing House Sp. z o.o.,

Warszawa

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Karolina Kaiser

Opracowanie e-wydania:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail: drageus@drageus.com

www.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-66375-00-0

ISBN MOBI: 978-83-66375-01-7

Dla Anny

SYSTEM
DELTA CANIS MAJORIS
SEKTOR WEWNĘTRZNY

Przestrzeń kosmiczna rozbłysła nuklearnymi eksplozjami. Valeria ryknęła triumfalnie, pociągnęła do siebie przepustnicę i jej myśliwiec natychmiast wykonał zwrot. Za nim poszły cztery pozostałe maszyny, należące do klucza czerwonego.

– Cel trafiony! – usłyszała w słuchawkach rozradowany głos Mubaadara, który był jej skrzydłowym. – Dopadliśmy drania.

Obejrzała się i przez tylną szybę kokpitu dostrzegła płonący cesarski torus. Nazwa bahiriańskich okrętów nie wzięła się znikąd, bowiem wyglądały jak wielkie obwarzanki, które Valeria jadła na ziemskiej kolonii na szóstej planecie w systemie Alnaira.

Tam też widziała ciężkiego i powolnego hipopotama z sześcioma nogami, który cały dzień przesiadywał w błocie, a do którego porównywała terrańskie myśliwce po tym, jak zostały przerobione przez pokładowych techników. Teraz wydawały się ślamazarne i pozbawione wszystkich wcześniejszych zalet bojowych. Ale kobieta pomyliła się w swojej pierwotnej ocenie i obiecała sobie, że jak tylko wróci na „Hajmdala”, przeprosi głównego inżyniera za nazwanie go tępym idiotą o zakutym łbie, który pragnie pozabijać wszystkich pilotów, i za wytarcie nim podłogi w hangarze. Całe szczęście, że nie wniósł oskarżenia, bo teraz siedziałaby w areszcie, zamiast polować na torusy.

Modyfikacja myśliwców była konieczna, co do tego nikt nie miał wątpliwości. Po wydarzeniach w systemie Zeta Monocerotis w hangarze „Hajmdala” zostało ich zaledwie osiem – i sporo części zamiennych. Dowództwo uznało, że w dalszych działaniach będą potrzebne maszyny uniwersalne, łączące w sobie cechy myśliwców przechwytujących, ciężkich i dalekiego zasięgu. Technicy zabrali się do przeróbek i w ciągu miesiąca stworzyli piętnaście hybryd – potworków takich jak ten, który Valeria właśnie pilotowała.

Daleko mu było do zwrotności i przyspieszenia myśliwców przechwytujących, ale oprócz działka laserowego posiadał wyrzutnię rakiet atomowych. I to było całkiem w porządku. Czarna co prawda wolałaby torpedy plazmowe wyposażone w nowoczesne systemy naprowadzania i głowice z ładunkiem rozrywającym struktury atomowe, ale niestety, wszystkie zostały zużyte podczas bitwy w systemie Epsilon Eridani. Wówczas dostała się do lacertańskiej niewoli. Zmarszczyła brwi. Nie chciała wracać do tego pamięcią.

– Wracamy na pokład – zakomunikowała nienaturalnym głosem. Teraz była dowódcą klucza i jeszcze nie nawykła do wydawania poleceń.

– Tak jest, Czarna – rozległ się w słuchawkach głos Rudolfa Shirona, najmłodszego pilota w eskadrze. Uśmiechnęła się. Gdy trafił do klucza czerwonego, usilnie tytułował ją panią porucznik, uważając, że w ten sposób okazuje szacunek. Wybiła mu to z głowy i teraz zwracał się do niej tak jak inni.

Wtem coś błysnęło. Wiązka laserowa minęła kokpit o milimetry. Valeria ujrzała ją na wyświetlaczu hełmu jako bladozieloną smugę, która od razu zniknęła w przestrzeni kosmicznej. Czarna natychmiast odbiła w prawo i zapoczątkowała serię zwrotów.

– Rozproszyć się!

Obserwowała na wyświetlaczu, jak czerwone punkty rozpoczynają obłędny taniec pomiędzy wizualizowanymi wiązkami laserowymi. Nagle atak ustał. Odetchnęła z ulgą, widząc, że wszystkie myśliwce klucza czerwonego wyszły bez szwanku.

– Gdzie jest ten skurwysyn?! – rozległ się spanikowany głos Czerwonego Cztery.

– Widzę go! – krzyknął Mubaadar. – Na mojej dziewiątej. To pierdolony torus.

Valeria zareagowała natychmiast, zmieniając kierunek. Manewrowanie w przestrzeni kosmicznej wcale nie było łatwe. Należało odpowiednio zwiększać lub zmniejszać ciąg silników i sterować ich odchyleniem względem kadłuba. Dodatkowo Czarna nie przyzwyczaiła się jeszcze do tego, że jej zmodernizowana maszyna reaguje o wiele wolniej, i wydawało się jej, że musi czekać całą wieczność, zanim ustawi się przodem do nieprzyjaciela.

Wreszcie przez przednią szybę kokpitu ujrzała cesarski okręt. Nadciągał od strony gwiazdy centralnej – białego nadolbrzyma, który na ludzkich mapach figurował pod nazwą Wezen. Załoga torusa dobrze wiedziała, co robi. Kierunek, z którego nadlatywali, nie był przypadkowy. Rozbłyski słoneczne tak jasnej gwiazdy powodowały zakłócenia przyrządów pokładowych, dlatego piloci myśliwców wcześniej nie spostrzegli okrętu. Dopiero bezpośrednia wizualna obserwacja potwierdziła jego obecność.

– Cwane sukinsyny – zagwizdał z podziwem Shiron.

W pierwszej chwili Valeria chciała go skarcić, ale musiała przyznać mu rację. Bahirianie potrafili stosować sprytne i skuteczne fortele.

– Formować szyk – rozkazała i natychmiast pięć myśliwców uformowało klin z nią na czele. – Namierzyć cel.

Okręt nieprzyjaciela wystrzelił kolejną salwę z laserów. Na szczęście żadna z maszyn nie oberwała. Czarna uśmiechnęła się z satysfakcją. Wyszkolenie załóg torusów pozostawiało wiele do życzenia. Trudno się dziwić, jako że Bahirianie nie byli zbyt zaawansowani technologicznie, ich sprzęt militarny był mocno przestarzały, a podboje udawały się tylko dlatego, że zalewali przeciwnika liczbą wojsk.

Cesarstwo posiadało tylko jeden typ okrętów – torusy, odpowiadające klasie niszczycieli w innych galaktycznych flotach. Miały słabe pancerze, niewiele wyrzutni rakietowych, toporną elektronikę, mizerne systemy naprowadzania i obrony bezpośredniej. Te okręty stanowiły łatwy łup, szczególnie dla jednostek liniowych. „Hajmdal” w pojedynkę mógłby poradzić sobie z całą flotą torusów, obecnie jednak nie nadawał się do walki. Drednot był niczym drapieżne zwierzę pozbawione kłów i pazurów. Trzy miesiące po opuszczeniu systemu Zeta Monocerotis większość systemów bojowych nadal pozostawała niesprawna, nie działały wyrzutnie rakiet na jednej bakburcie, z baterii energetycznych tylko rufowe nadawały się do czegokolwiek. Pozostały jedynie myśliwce.

Na wyświetlaczu hełmu zamigotała zielona dioda. Cel został namierzony i Valeria odetchnęła z ulgą. Obawiała się, że komputer pokładowy nie poradzi sobie w tych warunkach. Rozbłyski Wezen były bardzo silne, ale cel okazał się wystarczająco duży. Zintegrowany system naprowadzania, który był kolejną modyfikacją wprowadzoną przez techników, przekazał namiary do pozostałych jednostek.

– Wystrzelić rakiety!

W stronę torusa poleciało pięć ćwierćtonowych pocisków. Czarna nie czekała na efekt. Otworzyła przepustnicę i natychmiast zmieniła kierunek lotu, odbijając od płaszczyzny ekliptyki układu gwiezdnego. Teraz przez przednią szybę kokpitu miała doskonały widok na Wielki Obłok Magellana i zaraz obok niego Mały Obłok Magellana.

Obie galaktyki karłowate wydawały się być na wyciągnięcie ręki, a przecież odległość do nich wynosiła grubo ponad dwieście tysięcy lat świetlnych i jak na razie żadna ze znanych cywilizacji jeszcze tam nie dotarła. Tak wyraźna ekspozycja satelitarnych galaktyk oznaczała jednak, że „Hajmdal” w swojej podróży mocno oddalił się od centrum Drogi Mlecznej.

Torus eksplodował. Mimo że osłona hełmu doskonale chroniła wzrok przed rozbłyskami, Valeria instynktownie zmrużyła oczy. Z ust kobiety nie schodził triumfujący uśmiech. Dwa zniszczone okręty Bahirian w ciągu jednego dnia to było osiągnięcie, jakim nie mógł się pochwalić żaden z dwóch pozostałych dowódców dywizjonu. Czy raczej eskadry, biorąc pod uwagę liczbę sprawnych jednostek.

Gdy „Hajmdal” został wprowadzony do służby, na pokładzie drednota znajdowało się osiem eskadr, a każda z nich liczyła dwanaście myśliwców. Teraz jednak pozostało zaledwie piętnaście maszyn podzielonych na trzy klucze: czerwony, niebieski i zielony. Czerwonym dowodziła Czarna, co przyjęła z umiarkowanym entuzjazmem. Nie lubiła władzy, wiedziała, że wiąże się z nią wielka odpowiedzialność. Miała nadzieję, że będzie umiała zadbać o swoich ludzi. Tak jak potrafił to Nelson.

Valeria posmutniała na myśl o mężczyźnie, którego nadal kochała, choć okazał się podłym draniem. Nie mogła mu wybaczyć, że ją opuścił. Najpierw odszedł do innej kobiety, a potem został na lacertańskim pancerniku, poświęcając siebie dla ratowania jej i pozostałych pilotów. Uznano go za zaginionego w akcji, ale trzy miesiące później dowództwo zmieniło status na poległego i Nelson otrzymał pośmiertne odznaczenie za bohaterstwo i odwagę. Ale Czarna wiedziała, że żyje. Tak podpowiadało jej serce.

 

Nie łudziła się. Wiedziała, że jeśli Uriah wróci, to nie do niej, tylko do Abigail Torres. Nadal nie mogła zrozumieć, co w niej widział. Zwykła szeregowa z wojsk rozpoznawczych, co prawda urodziwa, ale nic więcej. Żadnej charyzmy, dzikości, szaleństwa i brawury, które Nelson tak kochał w Valerii. Czarna jednak nie potrafiła nienawidzić rywalki. Nawet jej współczuła. Czasami widywała ją na stołówce. Dziewczyna siedziała przygaszona, dłubiąc plastikowym widelcem w tacy liofilizatów, niewiele przy tym jedząc. Valeria zastanawiała się, czy Torres pogodziła się już ze śmiercią Nelsona. A może cały czas miała nadzieję? Tak jak ona…

Potrząsnęła głową, próbując odsunąć od siebie niechciane myśli. Skupiła się na sterowaniu myśliwcem. Na zmodyfikowane maszyny najbardziej narzekał Frank Bennet, ale trudno się dziwić. Wcześniej latał tylko na przechwytujących i typowa walka myśliwska była jego żywiołem.

Liczący ponad czterdzieści standardowych lat mężczyzna miał już włosy posiwiałe na skroniach i ogromne doświadczenie jako pilot, ale przez długi czas pozostawał jedynie skrzydłowym. Leniwy i niezdyscyplinowany, nie potrafił wzbudzić sympatii dowództwa. Wszystko zmieniło się w systemie Zeta Monocerotis, gdzie na bagiennym księżycu Monarcha 64 wykazał się jako lider, prowadząc grupę myśliwców do ataku na velmeńskie maszyny. W uznaniu zasług otrzymał dowodzenie eskadrą niebieską. Czarna nie miała żadnych wątpliwości, że sobie poradzi w nowej roli, tym bardziej że zauważyła u niego sporą zmianę. W ciągu ostatnich trzech miesięcy spoważniał i zaczął zachowywać się, jak na dowódcę przystało.

Natomiast sporym zaskoczeniem była dla niej nominacja Joela Paka na stanowisko dowódcy klucza zielonego. Bardzo go lubiła, uważała za świetnego i odważnego pilota, ale niezbyt bystrego. Mocno wątpiła w jego kompetencje.

– Jest jeszcze jeden! – usłyszała w słuchawkach krzyk Mubaadara. Jej skrzydłowy miał najlepszy wzrok ze wszystkich pilotów, jakich Valeria znała. – Na naszej trzeciej.

Czarna spojrzała w prawo, w samą porę, żeby dostrzec bladozieloną wiązkę laserową. Zaraz po niej pojawił się rozbłysk.

– Dostałam! – rozległ się spanikowany głos dziewczyny pilotującej Czerwonego Pięć. To był jej pierwszy lot bojowy. – Rozjebało mi skrzydło i jeden z silników manewrowych!

– Wracaj na „Hajmdala” – poleciła Valeria.

– Tak jest – w głosie dziewczyny zabrzmiała ulga. Pomimo uszkodzeń udało jej się zawrócić maszynę i pomknęła w stronę centrum układu planetarnego. Tam znajdowały się trzy gazowe olbrzymy, z których służby techniczne pobierały wodór, niezbędny do dalszej podróży.

„Hajmdal” przemierzał terytorium Cesarstwa Bahiriańskiego, wykonując krótkie skoki nadświetlne między systemami gwiezdnymi zamieszkałymi przez tę dziwną, humanoidalną rasę. Liczebność populacji Bahirian przyprawiała o zawrót głowy. Zamieszkiwali pół miliona światów, a ich wpływy obejmowały obszar ponad tysiąca lat świetlnych. W każdym układzie planetarnym stacjonowały ich wojska – przynajmniej jedna eskadra torusów patrolująca przestrzeń kosmiczną oraz garnizon piechoty na wszystkich zamieszkałych globach. I w żadnym z tych systemów „Hajmdal” nie spotkał się z ciepłym przyjęciem.

Valeria nie rozumiała, czemu admirał Nathaniel Kashtaritu pcha się przez to wrogie imperium. Tylko on znał cel wędrówki i nie chciał go zdradzić nawet najwyższym rangą oficerom. Na pokładzie drednota szeptano, że popadł w szaleństwo i prowadzi wszystkich na pewną śmierć. Jednak Czarna wierzyła w zdrowy rozsądek admirała, który niejednokrotnie wydobywał ich z opresji i udowodnił, że jest świetnym przywódcą. Miała zamiar rzetelnie wykonywać jego rozkazy. Na dzisiejszej odprawie jej klucz otrzymał polecenie patrolowania wewnętrznych sektorów systemu Delta Canis Majoris i likwidowania wszelkich zagrożeń.

Przywołała na wyświetlacz hełmu obraz pokazujący widok z kamery umieszczonej z tyłu myśliwca i z zadowoleniem stwierdziła, że Czerwony Pięć oddalił się na bezpieczną odległość.

– Reszta za mną! – rzuciła w eter i zaczęła wykręcać pętlę, żeby nagle ją złamać i runąć na torusa. Pozostałe trzy maszyny klucza poszły za nią. Wystrzelili już wszystkie rakiety, pozostały im jedynie działa laserowe. Valeria nacisnęła spust.

– Kurwa mać! – warknęła, widząc, jak zwizualizowane zielone wiązki wchłaniane są przez osłony energetyczne torusa. Żeby się przez nie przebić, musieli się bardziej zbliżyć. Nie było to jednak proste. Torusy dzięki swojemu kształtowi wszystkie działa miały rozmieszczone równomiernie, nie posiadały ślepych punktów. Bahirianie rozpoczęli ostrzał.

Czarna odbiła. Lecący za nią Mubaadar oberwał, ale na szczęście wiązka tylko musnęła kadłub myśliwca i pilot mógł kontynuować lot. Spróbowali ataku, raz jeszcze nurkując na wrogi okręt i wystrzeliwując serię za serią. Nic z tego.

– Wycofać się – warknęła Valeria.

Wykonali zwrot. Oddalali się od torusa, ścigani ostrzałem z lekkich dział laserowych. Było kwestią czasu, kiedy Bahirianie wreszcie odpowiednio skalibrują swoje działa i zaczną trafiać precyzyjnie. Czarna gorączkowo myślała, co robić. Nie chciała tak skończyć. Nie na tym zadupiu.

Wtem dostrzegła na wyświetlaczu pięć punktów zmierzających w ich stronę. Leciały w szyku bojowym, jeden obok drugiego.

– Tu Zielony Jeden – rozległ się głos w słuchawkach. – Potrzebujecie pomocy?

– Przydałaby się – odparł Valeria, dziękując opatrzności za Joela Paka. Zadaniem jego klucza było patrolowanie centralnych rejonów układu planetarnego, ale widocznie na pokładzie „Hajmdala” wykryto zagrożenie i skierowano ich tutaj.

– Teraz my się nim zajmiemy – rzekł młodzieniec. – Do zobaczenia na pokładzie hangarowym.

– Powodzenia, Zielony Jeden.

Nie odpowiedział, skupił się na zadaniu. Valeria słyszała w eterze, jak pewnym siebie głosem wydaje polecenia pilotom, jak nakazuje im zachowanie cierpliwości, jak ich ruga za łamanie szyku, jak ich uspokaja podczas walki, jak reaguje w sytuacjach zagrożenia i jak się cieszy, gdy kolejny torus ulega zniszczeniu.

Czarna musiała przyznać, że Joel Pak jednak nadawał się na dowódcę.

TERYTORIUM CESARSTWA BAHIRIAŃSKIEGO
OKRĘT FEDERACJI TERRAŃSKIEJ „HAJMDAL”

Ezra Leahy obudził się otulony przez mrok. Zerwał się przerażony, przekonany, że znajduje się w zawalonym tunelu zigguratu na wulkanicznej planecie Thagga. Próbował wzrokiem przebić ciemność, wypatrując płonącej lawy i wlepionych w niego pajęczych ślepi Khon-Ma. Ale niczego takiego nie dostrzegł, otaczały go stalowe ściany kajuty. Odetchnął z ulgą i opadł z powrotem na koję. Znajdował się na „Hajmdalu”.

Zacisnął mocno powieki, próbując ponownie zasnąć, ale już po chwili uświadomił sobie, że nic z tego nie będzie. Westchnął ciężko i ponownie otworzył oczy. Zerknął na umieszczony nad drzwiami kabiny chronometr, który migotał wściekłą zielenią. Ezra zaklął bezgłośnie. Był środek pokładowej nocy. Spał zaledwie cztery godziny, czyli o wiele za mało.

Leahy próbował sobie przypomnieć, kiedy po raz ostatni przespał spokojnie całą noc, i wyszło mu, że było to wówczas, gdy drednot stacjonował w Dominium Epsilon Eridani. Zanim to wszystko się zaczęło.

Od ucieczki „Hajmdala” minęły zaledwie cztery miesiące, ale jemu wydawało się, że działo się to wieki temu. Przez ten czas okręt przemierzył szmat drogi, podążając w stronę rubieży Galaktyki, a Leahy zdążył okrzepnąć i dorosnąć, gubiąc gdzieś młodzieńczy entuzjazm, który towarzyszył mu przy wstępowaniu do terrańskich sił zbrojnych.

Przybył do Epsilon Eridani z pustynnej planety Sãhr w systemie Beta Cantri, z nadzieją w sercu, pełen wiary w zjednoczenie ludzkości. Po trzystu latach od zniszczenia Ziemi dzięki powołaniu do życia Federacji Terrańskiej wreszcie wydawało się to możliwe. W Dominium Epsilon Eridani, pod protektoratem Togarian, mieli otrzymać własną planetę, ziścić marzenia. Ludzie rozproszeni po całej Drodze Mlecznej mieli znaleźć swój dom.

Stało się inaczej. Z jakichś powodów najpotężniejsze mocarstwa w Galaktyce postanowiły zdusić całą inicjatywę w zarodku. Nadzieja prysła wraz ze zniszczeniem Aquaris – siedziby Federacji Terrańskiej.

Ezra zadrżał. Przed oczami ponownie stanął mu obraz, którego nie potrafił zapomnieć. Toch-em! Ohydny okręt Khon-Ma, z organicznymi bulwami, naroślami grzybiczymi i nabrzmiałymi arteriami, zbudowany z żywej pulsującej materii, który jednym strzałem rozsadził planetę. Czy to był ten sam, który zniszczył Ziemię? Bo wszyscy na okręcie już wiedzieli, że za zagładą kolebki ludzkości stały pajęczaki.

Leahy potrząsnął głową, odpędzając ponure myśli. Uniósł się lekko na łóżku, oparł na łokciu i spojrzał na śpiącą obok kobietę. Koc zsunął się, odsłaniając jej nagie ramiona, cudownie wyrzeźbione piersi, kształtne biodra. Smuga bladego blasku z wyświetlacza monitującego stan kabiny musnęła ciemnobrązowe włosy, zasłaniające twarz. Ezra odgarnął je delikatnie. Poczuła jego dotyk, uśmiechnęła się przez sen. Młodzieniec z zachwytem spojrzał na posągowe usta, kształtne kości policzkowe i symetryczne rysy twarzy.

Sandra Thushpa była niezwykle piękną kobietą, lecz zarazem dziełem inżynierii genetycznej – została ukształtowana już w łonie matki.

Leahy zmarszczył brwi. Wrócił wspomnieniami na pustynny księżyc Monarchy. Pluton 7 odkrył tam tajną bazę, która okazała się ośrodkiem badawczym. Placówką dowodziła kobieta poddana licznym velmeńskim modyfikacjom. W pierwszej chwili Ezra nie wiedział, czy ma do czynienia z żywą istotą, czy cyborgiem stworzonym na podobieństwo człowieka, bowiem ilość elektronicznych wszczepów kazała wątpić w to, że należała do gatunku ludzkiego.

Kobieta nosiła czarną, koronkową suknię z gorsetem, która dawno już wyszła z mody. Z kolorem stroju kontrastowała trupio blada twarz z wtopionymi w nią metalowymi implantami. Niebieskie oczy, wyblakłe i elektronicznie udoskonalone, nadawały jej groteskowy, a jednocześnie przerażający wygląd. Ale nawet w tak zeszpeconej twarzy Leahy dostrzegł oznaki dawnego piękna. Tego samego piękna, które cechowało Sandrę.

Dziewczyna niewiele mówiła o swojej matce. Leahy dowiedział się tylko, że była naukowcem i zajmowała się kognitywistyką. Nie przepadała za ludźmi, reprezentowała typ samotnika. Za to fascynowali ją Velmeni. Pewnego dnia zostawiła wszystko – męża, dziecko, karierę naukową – i ruszyła na wyprawę do ich systemu gwiezdnego, z którego już nie wróciła. Sandra nic nie wiedziała o jej dalszych losach. Ale Ezra je znał. A przynajmniej domyślał się, co zaszło.

Matka Sandry została omamiona przez technokapłanów, przyjęła ich religię, a wraz z nią zaczęła poddawać się procesowi udoskonalenia. Przyjmowała kolejne cyberwszczepy, zatracając własne człowieczeństwo. W pewnym momencie osiągnęła znaczną pozycję w społeczności Velmenów i zdobyła ich zaufanie. Na tyle duże, że przeznaczono ją do działań operacyjnych.

Werbowała szpiegów wśród ludzi nieszczęśliwych i niestabilnych emocjonalnie, którzy szukali pocieszenia i wsparcia. I znajdowali je w religii oferowanej przez technokapłanów. Dzięki cyberwszczepom mogli odciąć się od emocji, od egzystencjonalnego bólu. Wierzyli, że każda kolejna modyfikacja przybliża ich do doskonałości. Jedną z takich ofiar była Bethany Rayburn.

Leahy posmutniał. Przypomniał sobie Kruszynę. Dziewczyna była kierowcą transportera Plutonu 7, świetnym mechanikiem, doskonałym żołnierzem i dobrym człowiekiem. Dwukrotnie uratowała mu życie. I chociaż dokonała sabotażu na „Hajmdalu” i działała na szkodę ludzkości, meldując mistrzyni o wszystkim, co działo się na okręcie, Ezra wspominał ją dobrze. Żałował, że zginęła.

„Czy to mogło się skończyć inaczej?” – zadręczał się myślami.

Nie łudził się. Prawdopodobnie po powrocie na „Hajmdala” sąd wojenny, złożony z wyższych rangą oficerów, i tak skazałby ją na śmierć, ale w ostatnich chwilach życia, zanim Tobias Bishop rozsadził ją pociskiem wystrzelonym z granatnika rewolwerowego, zatliła się w niej iskra człowieczeństwa. I umarła jako wolna istota. Przynajmniej Ezra miał taką nadzieję.

Leahy wrócił myślami do tajemniczej mistrzyni. Velmeni powierzyli jej dowodzenie placówką i nadzór nad ważnym projektem. W tajnej bazie pracowano nad nowym rodzajem kamuflażu, który sprawiał, że velmeńskie myśliwce były niewidoczne nie tylko dla przyrządów pomiarowych, ale również dla ludzkiego oka.

Ezra zastanawiał się, czym matka Sandry zasłużyła sobie na takie wyróżnienie. Przecież była tylko człowiekiem, a Velmeni nie pałali miłością do gatunku ludzkiego. Ani do żadnego innego. Tym dziwniejszy wydawał się ich sojusz z Lacertanami, z którymi wspólnie dokonali najazdu na Epsilon Eridani. Leahy nie potrafił tego zrozumieć. Ale przecież był tylko zwykłym żołnierzem, więc nie mógł się równać z analitykami sztabu prezydenta, specjalistami od politycznych machinacji. Niech oni się nad tym głowią. On miał inne zmartwienia.

 

Przyglądał się śpiącej Sandrze, zastanawiając się, co zrobić. Ona jeszcze nie wiedziała. Nie powiedział jej o matce. Nie dlatego, że nie był pewien, iż właśnie ją spotkał. Nie mógł się pomylić. Obie kobiety miały podobne rysy twarzy, niemal identyczną sylwetkę, te same ruchy i gesty. Ezra nie miał wątpliwości. Matka i córka.

Dziwiło go tylko, że Abigail tego nie spostrzegła. Jedyna osoba, która oprócz niego widziała mistrzynię i przeżyła wyprawę na Monarchę 23.

„Czyżby w tym wypadku zawiodła ją spostrzegawczość?” – zastanawiał się Ezra. A może zauważyła podobieństwo, bo niewiele rzeczy uchodziło jej uwagi, tylko z jakiegoś powodu milczała?

Obie kobiety nie darzyły się sympatią i trzymały od siebie z daleka. To ułatwiało sprawę i pozwalało na zachowanie tajemnicy.

Ezra wiedział jednak, że prędzej czy później będzie musiał wyjawić sekret. Obawiał się reakcji Sandry. Podejrzewał, że przy najbliższej okazji opuści „Hajmdala” i wyruszy na poszukiwanie matki. A Leahy nie chciał jej stracić.

To nie była żadna wielka miłość. Ani on nie kochał jej, ani ona jego. W normalnych okolicznościach pewnie nigdy by się nie spotkali, a już na pewno nie wylądowaliby w łóżku. On był zwykłym żołnierzem, bez wykształcenia i koneksji, niczym niewyróżniającym się młodym człowiekiem, pochodzącym z prowincjonalnej planety. Ona z kolei była piękną i inteligentną, posiadającą kilka doktoratów córką prezydenta Federacji Terrańskiej.

Ale okoliczności nie były normalne. Trwała wojna.

Sandra wzdrygnęła się, jej usta wykrzywił grymas. Coś jej się śniło i nie było to nic przyjemnego. Nikt z załogi „Hajmdala” nie spał spokojnie. Dziewczyna zaczęła się wiercić i Ezra przestraszył się, że zaraz otworzy oczy. Ale po chwili uspokoiła się, wymamrotała coś pod nosem i odwróciła się na drugi bok.

Ezra opuszkami palców przeciągnął po plecach kochanki. Skóra była idealnie gładka. Sandra mruknęła przez sen. Leahy uśmiechnął się smutno. Łączyła ich namiętność, zwykłe pożądanie. I chyba nic więcej. No, może jeszcze strach. Strach przed samotnością. W pustce kosmosu, w olbrzymiej przestrzeni, gdy podążało się w nieznane, nikt nie chciał być sam. Każdy kogoś potrzebował.

Ezra cofnął dłoń.

Niemal każdy mężczyzna na pokładzie „Hajmdala” oddałby wszystko, żeby być teraz na jego miejscu, ale nie on. On pragnął być z kimś innym. Westchnął ciężko i ostrożnie, żeby nie obudzić Sandry, wstał. Ubrał się i wyszedł z kajuty.

Sandra Thushpa otworzyła oczy, gdy tylko usłyszała cichy syk zamykanych grodzi. Nie spała już od dłuższego czasu. Dobrze się złożyło, że Ezra wyszedł. Ona też musiała się zbierać. A on nie mógł wiedzieć dokąd.