Księżyce Monarchy

Tekst
Z serii: Hajmdal #2
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Księżyce Monarchy
Księżyce Monarchy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,74  47,79 
Księżyce Monarchy
Księżyce Monarchy
Audiobook
Czyta Wojciech Masiak
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

SYSTEM ZETA MONOCEROTIS
PUSTYNNY KSIĘŻYC MONARCHA 23

Wiatr ucichł nagle, zrobiło się przeraźliwie duszno. Zaniepokojone mastodonty zatrzymały się, siedzący na ich grzbietach Tamaskowie zamilkli. Zaległa śmiertelna cisza. Leahy’emu wydawało się, że czas stanął w miejscu.

Wtem powietrze rozdarł wysoki, metaliczny dźwięk. Ezra rozejrzał się i dopiero po chwili zorientował, że źródłem hałasu są miliardy ziarenek piasku zderzające się ze sobą w szalonym tańcu. Wstrzymał oddech, widząc gigantyczną, czarną ścianę kurzu i pyłu sunącą wprost na nich. Miała ponad dwa kilometry wysokości.

Wybuchł harmider. Rozległy się okrzyki i nawoływania. Kornacy ledwo panowali nad mastodontami, które ryczały oszalałe ze strachu. Instynkt nakazywał im natychmiastową ucieczkę. Kornacy wbili żeleźca ankusów w boki zwierząt, zmuszając je do posłuszeństwa. Olbrzymie mastodonty położyły się na piasku.

Tamaskowie, mimo przerażenia, nie wpadli w panikę. Zeszli z grzbietów zwierząt i skryli się za ich potężnymi cielskami. Kobiety ściągnęły z ramion chusty, okryły nimi potomstwo i przycisnęły do siebie, a same wtuliły się w ramiona wojowników.

Leahy zwinnie opuścił się po kłach mastodonta i wyciągnął rękę, żeby pomóc zejść Abigail, ale ona już stała obok niego. Czasami postrzegał ją jako bezbronną kobietę, którą należy się zaopiekować. Zapominał w tych chwilach, że dziewczyna przecież jest zwiadowcą, nie gorzej od niego wyszkolonym żołnierzem. A w niektórych dziedzinach radziła sobie znacznie lepiej.

Musiała dostrzec ten gest, bo uśmiechnęła się pod nosem. Ezra nie wiedział, czy wyraziła dezaprobatę dla jego zachowania, czy wręcz przeciwnie. Teraz jednak nie miał czasu tego rozważać.

Naciągnął apaszkę na usta i nos, bo gryzący pył już wdzierał się w nozdrza, a ziarenka piasku boleśnie siekły twarz. Wiatr wzmagał się, wzbijając w niebo kurzawę, a na ziemi formując głębokie leje. Ezra opuścił gogle i bacznie się rozejrzał. Musiał włączyć filtry, bo w promieniu kilku metrów nic nie widział. Wreszcie dostrzegł transporter stojący zaledwie pięćdziesiąt kroków od nich. Krzyknął do Abigail, żeby kierowała się do pojazdu. Nie usłyszała. Huk zagłuszył jego słowa. Ogromna ściana piasku właśnie zwaliła się na karawanę.

Ezra próbował się porozumieć z towarzyszką, tym razem przy użyciu radia, ale przestało działać, najwyraźniej burza zakłócała łączność. Leahy krzyknął raz jeszcze. Z mizernym skutkiem. Wskazał palcem w kierunku pojazdu. Abigail wyregulowała gogle i też dostrzegła transporter. Zrozumiała. Skinęła głową. Ruszyli.

W normalnych warunkach pokonanie dystansu zajęłoby im dosłownie kilkanaście sekund, ale to nie były normalne warunki. Wiało tak mocno, że każdy krok kosztował mnóstwo energii. W dodatku podmuchy raz za razem odrzucały ich do tyłu. Oprócz wiatru utrapieniem był piasek wciskający się do oczu, ust, pod ubrania.

Leahy przerwał marsz. Rozważał, czy nie zawrócić i wzorem tubylców nie skryć się za cielskiem najbliższego mastodonta, ale w tej właśnie chwili z luku pojazdu wychynął szpakowaty łeb sierżanta Campbella, który ponaglił ich gestem. Ezra westchnął ciężko i ruszył dalej.

Po dwóch krokach znowu musiał się zatrzymać. Ugrzązł w naniesionym przez wichurę piachu i musiał z mozołem wyciągać nogi. Szedł dalej. Z trudem. Krok za krokiem. Obejrzał się, żeby sprawdzić, jak sobie radzi Abigail. I zamarł. Nie było jej!

Przerażony zaczął się rozglądać na wszystkie strony. Ale widoczność stawała się coraz słabsza i nie pomagały nawet filtry w goglach. Cofnął się kilka kroków i zaczął wołać dziewczynę, lecz nie słyszał nawet samego siebie. Wreszcie ją dostrzegł. Leżała na ziemi przysypana piaskiem. Próbowała się wygrzebać. Doskoczył do niej natychmiast i pomógł wstać. Pochyliła się, oparła dłonie o kolana i rozkaszlała się.

− Nie dojdziemy – wycharczał.

Wiedział, że go nie słyszy, ale musiała być podobnego zdania, bo wyprostowała się i obejrzała na prowizoryczny obóz tubylców. Podążył za jej wzrokiem. W kurzawie nie było nic widać. W powietrzu unosiły się tylko wirujące szaleńczo ziarenka piasku. Leahy nie wiedział, co robić. Decydując się na powrót, narażali życie. Wiatr mógł ich powalić i przysypać piaskiem. A wówczas zginęliby bez wątpienia. Wystarczyłoby kilka minut, żeby się udusili. Iść dalej też nie mogli.

Nagle usłyszał warkot, przebijający huk wiatru. Chwycił Abigail za ramię i pociągnął w bok. W samą porę, bo w miejscu, gdzie przed chwilą stali, pojawił się ciemny kształt. Smuga światła przebiła ścianę kłębiącego się pyłu. Ezra zmrużył oczy. Uśmiechnął się, rozpoznając przednie reflektory transportera.

Osłonięci przez pojazd załomotali w pancerz. Luk natychmiast się otworzył i Gabriel Ang wciągnął ich do środka.

− Podobno na zewnątrz nieźle wieje – rzekł, patrząc na nich z politowaniem. – Lepiej nie włóczyć się z autochtonami w taką pogodę.

− Zamknij się, Ang – odburknął Leahy i odłożył karabin. Runął zmęczony na siedzisko. W tylnej części transportera byli tylko we trójkę, bo Kruszyna z sierżantem siedzieli w przedniej kabinie.

Ezra rozkaszlał się. Trwało to dobrą minutę. Gdy skończył, uniósł gogle, zdjął z twarzy apaszkę i sięgnął po manierkę z wodą. Drżącymi rękami odkręcił korek i już unosił naczynie do ust, ale się zawahał. Najpierw podał je Torres. Dziewczyna piła zachłannie. Gdy oddała manierkę, nie było w niej prawie nic. Ezra nie przejął się tym. W wozie mieli wody pod dostatkiem. Sięgnął na półkę po nowy bukłak. Gdy pił, czuł ziarenka piasku na ustach, języku i między zębami. Ugasił pragnienie i przyjrzał się sobie krytycznie. Cały mundur pokryty był grubą warstwą kurzu, którego nawet nie próbował strzepywać.

− Rozpętało się piekło – rzekł Gabriel Ang już poważnym tonem, spoglądając przez wizjer przy otworze strzelniczym.

Leahy skinieniem głowy przyznał mu rację. Przeżył kilka burz piaskowych na Sãhr, ale żadna nie była aż tak silna. Kończyło się na kilku zerwanych dachach, uszkodzonej zagrodzie, ewentualnie czyjejś złamanej ręce bądź nodze. Słyszał, że na innych pustynnych planetach szaleństwo żywiołów może trwać setki dni, a burze swoim zasięgiem obejmują cały glob. „Czy podobnie miałoby być na tym niewielkim księżycu Monarchy?” – zastanawiał się Ezra. „Czy to jest ta Wielka Ciemność, o której mówił wódz Tamasków?”

Wtem coś huknęło o burtę pojazdu. Podskoczyli przestraszeni.

− Co to było? – spytał przestraszony Ang.

− Wiatr ciska odłamkami skał – odparł Ezra i zmarszczył brwi.

Uświadomił sobie, że gdy oni bezpiecznie grzeją tyłki za grubą płytą pancerza, na zewnątrz tubylcy walczą o życie. Przypomniał sobie dzieci wtulone w matki.

− Musimy im pomóc – oświadczył.

− Komu? – zdumiał się szturmowiec, ale zaraz w jego oczach pojawiło się zrozumienie. – Tamaskom? Ale co możemy zrobić? Do tylnej części transportera wejdzie najwyżej pięciu ludzi. A przecież oni są o wiele wyżsi od nas…

− Ale możemy wziąć przynajmniej młode – oświadczyła Torres, która dopiero teraz zdjęła gogle.

Wyjąwszy białe plamy wokół oczu, całą twarz miała umorusaną. Ezra zapewne wyglądał podobnie.

− Sierżancie. – Abigail włączyła komunikator. Burza mocno ograniczyła łączność, ale pomiędzy ścianami transportera nie było problemu.

− Co jest, Torres?

− Tamaskowie potrzebują naszej pomocy – odparła.

Na linii dało się słyszeć ciężkie westchnienie, a potem nastała długa cisza. Nie było widać, co się dzieje w przedniej części pojazdu, ale Ezra był przekonany, że sierżant i Kruszyna próbują coś wypatrzyć na monitorach. Wątpił jednak, czy przy takiej widoczności kamery umieszczone na kadłubie wozu wyłapią jakikolwiek obraz.

− Dobra – w słuchawkach rozległ się głos Campbella. – Podjedziemy do nich.

Transporter ruszył. Abigail z zadowoleniem pokiwała głową, następnie odłożyła karabin i podeszła do stelaży zajmujących niemal połowę tylnego przedziału. Znajdowało się tam wyposażenie rozpoznawcze, broń i skafandry termiczne. Sięgnęła po jeden z nich i zaczęła się przebierać. Ezra natychmiast zrozumiał, co zamierza, i poszedł w jej ślady.

Skafandry miały za zadanie chronić zwiadowców podczas misji na globach o niesprzyjającym klimacie. Nie tylko kontrolowały ciśnienie i temperaturę wewnątrz, ale również zabezpieczały przed promieniowaniem oraz niewielkimi odłamkami skał. Podobnie jak skafandry kosmiczne, zostały wykonane z kilkunastu warstw odpornych tworzyw, takich jak teflon, kevlar i teegardeański nylon powlekany uretanem. Leahy miał już okazję wypróbować je na planetach o trującej atmosferze, na wiecznej zmarzlinie i podczas deszczu kwasu siarkowego. Działały bez zarzutu i powinny sprawdzić się również podczas burzy piaskowej.

− Na co czekasz? – zwrócił się do Gabriela Anga, który spoglądał na nich zdumiony. – Zakładaj skafander.

− Po co?

Abigail przewróciła oczami. Szturmowiec nie był zbyt błyskotliwy.

− Wychodzimy na zewnątrz? – spytał.

− Zgadłeś, geniuszu – odparła Torres.

Wreszcie w jego oczach pojawiło się zrozumienie i sięgnął po skafander.

Transporter zatrzymał się akurat w momencie, gdy skończyli zakładać hełmy z zaciemnionymi szybami. Otworzyli luk i wyszli. Natychmiast rzuciło nimi o burtę pojazdu. Burza nie ustępowała.

Ezra rozejrzał się. Na szybie hełmu wyświetlił obraz okolicy, oczyszczony przez filtry. To, co zobaczył, zjeżyło mu włosy na głowie. Jeden z mniejszych mastodontów, nie tak silny jak dorosłe osobniki, został przewrócony przez wiatr. Jego cielsko zmiażdżyło grupę Tamasków. W innym miejscu Leahy spostrzegł wojownika z rozłupaną czaszką. Obok leżał spory odłamek skały. Ujrzał kobietę próbującą utrzymać dwójkę dzieci. Jedno z nich krzyknęło rozdzierająco i wymsknęło się z jej ramion. Wiatr porwał je i z olbrzymią siłą cisnął na transporter.

Leahy natychmiast uruchomił wspomaganie w skafandrze i rzucił się z pomocą. Wiedział jednak, że nie zdąży. Wydawało mu się, że porusza się niczym mucha w smole, i oczyma wyobraźni widział już, jak kruche ciało malca roztrzaskuje się o burtę wozu.

 

Nagle spostrzegł jakiś błyskawiczny ruch. Szybszy niż mgnienie oka. To była Bethany Rayburn. Wyskoczyła z pojazdu i chwyciła dziecko w ostatniej chwili. Ezra otworzył szerzej oczy ze zdumienia. Kruszyna nie miała na sobie skafandra. W przedniej części transportera ich nie było. Bethany zasłoniła dziecko przed wiatrem, piaskiem i skalnymi okruchami, które z potężną siłą uderzały w jej plecy, a następnie wepchnęła je do pojazdu.

Leahy odetchnął z ulgą. Nie miał czasu na zastanawianie się, jakim cudem Rayburn to zrobiła, bo teraz trzeba było działać. Abigail szturchnęła go i wskazała troje dzieci tulących się do mastodonta. Ich matka leżała trzy kroki dalej. Ruszyli w ich stronę.

Pierwszy dotarł do nich Gabriel Ang. Chwycił dwójkę pod ramiona i ruszył z nimi do transportera. Leahy zabrał trzecie, a Abigail pochyliła się nad kobietą. Okazało się, że jeszcze żyje. Dziewczyna poderwała ją z ziemi i zaczęła nieść do pojazdu.

Do transportera wcisnęli jeszcze dwójkę dzieci i jedną matkę. Więcej miejsca nie było. Zrobili wszystko, co było w ich mocy, a teraz sami musieli się gdzieś ukryć. Wiatr cały czas się wzmagał i nie pomagały nawet serwomechanizmy skafandrów.

Ktoś szarpał Ezrę za rękaw. Spojrzał w zaciemnioną szybę hełmu Anga. Widocznie szturmowiec coś mówił, ale komunikacja radiowa nadal nie działała. Zniecierpliwiony Gabriel przeszedł na język gestów i dopiero wówczas Leahy zrozumiał, o co tamtemu chodzi. Musiał przyznać, że to był dobry pomysł.

Trójka żołnierzy wpełzła pod podwozie transportera. Tutaj byli w miarę bezpieczni.

Szarpnęło mocniej. Kadłub zatrzeszczał, koła lekko się uniosły i Leahy przestraszył się, że wiatr zaraz porwie pojazd i rzuci nim jak piórkiem. Na szczęście wóz ważył trzydzieści ton i nie było łatwo go przewrócić.

Ezra, przyciśnięty do ziemi, próbował wypatrzyć Rayburn. Obawiał się, że po brawurowej akcji Kruszyna została na zewnątrz. Bez skafandra nie miała prawa przeżyć. Czasami człowiek zdolny jest do szalonych czynów, dzięki adrenalinie dokonuje niemożliwego, ale prędzej czy później musi za to zapłacić. Pewnych ograniczeń nikt nie jest w stanie pokonać. Siła woli przegra z żywiołem natury.

Bethany niestety nigdzie nie było.

Wtem coś się zmieniło. Pogrążony w ponurych myślach Ezra z początku nie zarejestrował tego faktu. Dopiero po chwili dotarło do niego, że przestało tak mocno trząść pojazdem. Wiatr tracił na sile. Zrobiło się jaśniej i poprawiła się widoczność. Leahy zdjął hełm i odetchnął świeżym powietrzem.

Wtem zauważył tuż przed swoim nosem wojskowe buty.

− Wyłaźcie – usłyszał dźwięczny głos Bethany Rayburn. – Już po wszystkim.

SYSTEM ZETA MONOCEROTIS
TROPIKALNY KSIĘŻYC MONARCHA 47

Tobias Bishop siedział na trawie o turkusowej barwie i spoglądał na ścianę zieleni oddaloną o ponad sto metrów. Widok nieco przesłaniały workowate, brązowe kokony ze zwisającymi parzydełkami. Tobias nie miał pojęcia, co to właściwie jest, ale też jakoś szczególnie go to nie interesowało. Ważne, że nie miało olbrzymich zębów i nie próbowało go pożreć.

W przeciwieństwie do olbrzymiego gada, który już od kwadransa demolował ich transporter.

Bishop wątpił, żeby pojazd nadawał się jeszcze do użytku, ale nie mogli tego sprawdzić, dopóki stwór się przy nim kręcił.

Na razie nic nie mogli na to poradzić. Nie znaleźli sposobu, żeby gada przegonić, a zabić go nie było jak. Nie mieli przy sobie żadnej broni. Pozostało czekać, aż bestii znudzi się niszczenie pojazdu i wreszcie sobie pójdzie. Bishop westchnął zrezygnowany i przeniósł wzrok na pozostałych członków plutonu.

Odyn podwinął lewy rękaw munduru i uruchomił nadajnik umieszczony na nadgarstku. Ściszonym głosem próbował wezwać pomoc, ale „Zenit” nie odpowiadał. W eterze panowała cisza. Tobias podejrzewał, że piloci siedzą na „Hajmdalu”, grzejąc tyłki w kantynie i zupełnie nie przejmując się zwiadowcami pozostawionymi na tym niegościnnym księżycu. Ale równie dobrze prom mógł zostać skierowany do innych zadań, bo miał podjąć zwiadowców dopiero za kilka godzin. Jednak do tego czasu wszyscy żołnierze oddziału mogą być już martwi.

Pluton 1 dysponował silniejszym nadajnikiem, z którego można było bezpośrednio połączyć się z „Hajmdalem” i wezwać pomoc, ale problem polegał na tym, że sprzęt znajdował się w transporterze. A ten obecnie był workiem treningowym gada.

Dhiraj Maharaj siedział na uboczu, tyłem do dżungli, skubiąc źdźbła trawy. Nieobecnym wzrokiem spoglądał gdzieś w przestrzeń, na ciągnącą się po horyzont kolonię dziwnych, latających kokonów. Ziemista cera żołnierza przybrała bledszy kolor, pojawiły się głębsze bruzdy. Wyglądało na to, że mężczyzna jest w szoku. Trudno się dziwić. Wywalił w przerośniętego jaszczura pół tysiąca pocisków kalibru dwanaście, a gad nadal żył. Według Bishopa to było wbrew naturze. Każdy powinien paść po oberwaniu serią wystrzeloną z karabinu typu Perun. Tak przynajmniej podpowiadała logika.

Miriam Funke udzielała pierwszej pomocy Ramos. Ramię Elektry było zniekształcone, złamana kość przebiła skórę, tworząc brzydką ranę. Kobieta zaciskała zęby, żeby nie wyć z bólu, w jej oczach błyszczały łzy. Funke założyła prowizoryczny opatrunek osłaniający ranę i unieruchomiła rękę przy pomocy własnej kurtki mundurowej. To na razie musiało wystarczyć.

− Najlepiej nie ruszać jej z miejsca – oznajmiła Miriam.

Odyn przerwał próby połączenia się z promem i zerknął na cierpiącą Ramos.

− Na razie jej to nie grozi – oznajmił i przeniósł spojrzenie na dżunglę. Z miejsca, gdzie się znajdowali, nie widzieli gada, tylko zza ściany zieleni dochodziło wściekłe ryczenie i monotonne uderzenia w stalowy pancerz.

− Prędzej czy później mu się znudzi – rzekł Bishop, chociaż wcale nie był tego taki pewien. Wyglądało na to, że stwór ma niespożytą energię.

− I co wtedy? – spytała Funke. Tobias przesunął spojrzeniem po jej nienagannej figurze i pełnych piersiach, piętrzących się pod koszulką moro. Szybko podniósł wzrok na oczy. Bladozielone, oszałamiające.

− Wrócimy do transportera i wezwiemy pomoc – odparł. – To oczywiste.

− A jeśli gad zacznie szukać nas?

O tym Tobias nie pomyślał. Skrzywił się, rozważając taką ewentualność, bo wcale mu się nie podobała. Rozejrzał się. Utknęli na otwartym terenie. Workowate kokony unoszące się metr nad ziemią nie stanowiły żadnej osłony. Zaklął.

− Obawiam się, że powiedziałaś to w złą godzinę, Funke – rzekł ponuro Odyn.

− Co jest? – spytał zaskoczony Tobias i natychmiast uświadomił sobie, że coś się zmieniło. Przeszedł go dreszcz. Od kilku chwil nie było słychać uderzeń w transporter.

Przeniósł spojrzenie na dżunglę. Wierzchołki najwyższych paproci zafalowały. Zatrzęsły się zarośla. Bishop pobladł i przełknął z trudem ślinę. Gad wyłonił się z dżungli w pełnej okazałości, z kolcami zabarwionymi na purpurowo, jakby ten kolor wyrażał całą jego frustrację i gniew. Zaryczał potężnie, prezentując pełne uzębienie.

− O kurwa – jęknął Tobias.

Ich prześladowca przystanął na skraju równiny, rozejrzał się, a następnie poruszył nozdrzami, próbując coś wywąchać. Nozdrza gada były szeroko rozstawione, a to oznaczało, że węszył przestrzennie i potrafił kierunkowo namierzać ofiary. Zwrócił trójkątny łeb w stronę ich kryjówki. Zwiadowcy zamarli. Siedzieli struchlali, bojąc się nawet oddychać.

Olbrzymi gad postąpił dwa kroki do przodu. Serce Bishopa waliło jak oszalałe. Tobias spodziewał się, że stwór zaraz na nich ruszy, a wówczas na otwartym terenie nie mają żadnych szans. Zostaną staranowani. Jedyną szansą było rozproszenie.

W pierwszym odruchu paniki Bishop chciał zerwać się do ucieczki. To podpowiadał mu instynkt. Potem przyszło opamiętanie. Przecież nie mógł zostawić rannej Ramos. Zwiadowcy nie porzucali towarzyszy. Nigdy. Szczególnie w obliczu zagrożenia. Podobnie musieli myśleć pozostali żołnierze Jedynki, bowiem żaden z nich się nawet nie poruszył. Spojrzenia czterech par oczu powędrowały na Elektrę.

Twarz kobiety była trupio blada, zrosiły ją kropelki potu. W półprzytomnych oczach dostrzec można było potworne cierpienie. Gorączkowała już, a nie mieli przy sobie żadnych lekarstw. Koniecznie trzeba było zaaplikować jej środki przeciwbólowe i antybiotyki, a apteczka pozostała w transporterze. Teraz jednak nie to było ich największym zmartwieniem.

Gad postąpił znowu krok do przodu i przystanął. „Na co on czeka?” – zastanawiał się Tobias. Przecież ich zauważył i miał jak na patelni. Stwór ponownie ryknął, wyrażając swoją wściekłość. Bishop aż zadrżał.

− Dlaczego nie atakuje? – zdziwił się Dhiraj Maharaj.

− Najwidoczniej czegoś się boi – odparł cicho Odyn, mrużąc zdrowe oko.

− Ale czego?

Zaniepokojony dowódca Plutonu 1 rozejrzał się. Myślał przez chwilę, że ujrzy za plecami potężnego drapieżnika, który byłby większy od gada i stanowił dlań realne zagrożenie. Ale nic takiego nie dostrzegł. Oprócz unoszących się w powietrzu kokonów niczego tutaj nie było. Odyn wzruszył ramionami.

Tymczasem gad zaczął chodzić to w jedną, to w drugą stronę, na granicy dżungli i równiny, uważając, żeby jej nie przekroczyć. Głośno przy tym prychał i od czasu do wydawał ponure warknięcia.

− To mi się nie podoba – oznajmiła Funke.

− Mnie też – rzekł Tobias. – Ale wreszcie mu się znudzi.

− Może – w głosie dowódcy brzmiało powątpiewanie.

Znudziło mu się po dwóch godzinach. Przez ten czas zwiadowcy siedzieli w ponurym milczeniu, gapiąc się na potwora. Tobias czasami przenosił spojrzenie na Miriam, która na powrót spięła włosy w koński ogon, czego Bishop nie mógł odżałować, bo wyglądała atrakcyjnie z rozwiewanymi przez wiatr kosmykami. Musiał przyznać, że kobieta coraz bardziej mu się podobała. Zdawał sobie sprawę, że kontakty seksualne pomiędzy żołnierzami tej samej jednostki były surowo wzbronione, ale on przecież oficjalnie należał do Siódemki. Obiecał sobie, że jeśli wyjdą z tego żywi, spróbuje się z nią umówić.

Pod tym względem o wiele gorzej miał Ezra. Nie chciał się do tego przyznać, ale podkochiwał się w Abigail. Tobias poznał go już na tyle dobrze, że nie umknęło mu, jak jego przyjaciel patrzy na Torres i jak o niej mówi. Uważał jednak, że Leahy jest skazany na porażkę. Po pierwsze, Abigail należała do tego samego oddziału, po drugie, traktowała Ezrę niemal jak brata, a po trzecie, właśnie zginął jej facet i ostatnią rzeczą, na jaką miała teraz ochotę, był nowy związek. Szkoda, bo Tobias lubił obydwoje i życzył im jak najlepiej.

Bishop uświadomił sobie nagle, że tęskni za Siódemką. Zastanawiał się, gdzie teraz jest i co robi jego pluton. Z tego, co pamiętał, mieli zostać wysłani na jakiś pustynny księżyc Monarchy. „Pewnie są na nudnej wycieczce po wydmach” – pomyślał Tobias. „I na pewno nie są tak głęboko w tyłku jak my”.

Z rozmyślań wyrwał go głos Odyna:

− Poszedł sobie.

− Wreszcie! – Miriam pierwsza zerwała się na nogi. – Chodźmy do transportera.

− Nie tak szybko – powstrzymał ją Odyn. – Nie wiadomo, czy jest bezpiecznie.

− Musimy podać jej leki. – Miriam wskazała leżącą w trawie Ramos. Kobieta drżała z zimna, chociaż słońce systemu Zeta Monocerotis stało niemal w zenicie, oczy jej uciekały i było kwestią czasu, kiedy straci przytomność.

− Najpierw sprawdzimy teren – nie ustępował dowódca. – Funke, zajmij się Ramos. Zostawię wam Maharaja.

Siedzący na uboczu mężczyzna skinął głową i przysunął się bliżej kobiet.

− Bishop, za mną!

− Tak jest – odparł Tobias i ruszył za Odynem.

Szli ostrożnie, starając się nie dotykać workowatych kokonów i parzydełek, które samoistnie do nich lgnęły. Bishop wzdrygnął się, gdy jedno owinęło mu się na nadgarstku, jakby chciało go przytrzymać. Natychmiast uwolnił się od obrzydliwej macki.

Dotarli na skraj równiny i zatrzymali się. Nasłuchiwali. Od strony dżungli docierały najróżniejsze dźwięki, od szumu liści poruszanych wiatrem, poprzez świergot ptaków, aż po przerażające szuranie, które przyprawiało Tobiasa o gęsią skórkę. Domyślał się tylko, że mogły to być odgłosy wydawane przez potężne wije, buszujące wśród mchów. Natomiast nie słychać było żadnych ryków ani dudnienia kroków gada. Wyglądało na to, że wyniósł się z tej okolicy. Przynajmniej na razie.

Weszli do dżungli, kierując się tam, gdzie po raz ostatni stał transporter. Uważnie się rozglądali w obawie, że bestia wróci i ich zaatakuje. Na szczęście dotarli bezpiecznie na miejsce. Tak jak się spodziewali, pojazdu tam nie było. Znalazł się jakieś sto kroków dalej, wciśnięty między dwa olbrzymie drzewa.

 

Przedstawiał sobą obraz nędzy i rozpaczy. Wszystkie koła były pourywane, blachy powgniatane, drzwi zamieniły się w harmonijkę, maska była rozerwana, a silnik i pozostałe części leżały rozciągnięte na przestrzeni kilku metrów.

− No to już nigdzie nie pojedziemy – ocenił Bishop z przekąsem.

Nie musiał dodawać, że pojazd nadawał się tylko do złomowania. Tobias uświadomił sobie, że to już drugi zniszczony transporter Plutonu 1 w ciągu ostatnich kilku dni. Poprzedni pochłonęła rozgrzana do czerwoności lawa podczas misji na planecie Thagga w systemie Epsilon Eridani. Bishop wiedział, że Odynowi oberwie się za to od pułkownik Sarah Wheeler, która dowodziła działem pojazdów mechanicznych. Nie było w tym niczyjej winy, ale gdy coś szło nie tak, wyżsi rangą oficerowie znajdowali sobie kozła ofiarnego i wyżywali się na nim jak mogli. Taka wojskowa tradycja. Bishop popatrzył ze współczuciem na dowódcę, który minę miał nietęgą. On również wiedział, co go czeka.

− Nic nie poradzimy – rzekł z ciężkim westchnieniem. – Znajdź broń, weź apteczkę i wracaj do Ramos. Ja spróbuję nawiązać łączność z „Hajmdalem”.

− Tak jest.

Tobias szybko zanurkował w rozbebeszony transporter i wygrzebał apteczkę. Znalazł swój C-24 i przewiesił przez ramię, ale zaraz zmarszczył czoło. Standardowy karabin maszynowy wojsk zwiadowczych w żaden sposób nie powstrzyma potężnego gada. Nawet pociski z agresora nic mu nie zrobiły. Potrzebowali solidniejszej broni.

Wydobył ze skrzyni z amunicją pas z ładownicą, wyszukał odpowiednie magazynki i zostawiając Odyna samego w wozie, poszedł do miejsca, gdzie stoczyli walkę ze stworem. Zajęło mu to chwilę, ale wreszcie w gęstych zaroślach odnalazł peruna, porzuconego przez Maharaja. Uśmiechnął się triumfalnie, dźwignął karabin i stęknął. Broń ważyła dwadzieścia kilogramów i nie wyobrażał sobie, żeby dał radę przejść z takim ciężarem do miejsca, gdzie się obecnie ukrywali. A w każdym razie za jednym zamachem. Musiałby co jakiś czas zatrzymywać się i odpoczywać. A nie mógł zmarnować ani chwili. Ramos potrzebowała pomocy. Z ciężkim sercem zostawił karabin, odpiął niepotrzebny pas z ładownicą i ruszył w stronę równiny.

Przedzierając się przez chaszcze, spostrzegł półtorametrowego krabopająka, który stanął mu na drodze, ale zanim zdążył ściągnąć C-24 z ramienia i przeładować, stwór poszedł w swoją stronę. Tobias odetchnął z ulgą, bo nie był przekonany, czy pociski wystrzelone z jego karabinu zdołają przebić pancerz takiego cudaka. Obiecał sobie, że po powrocie solidnie potrenuje na siłowni, żeby w plutonie zostać specjalistą od broni ciężkiej. Dawała większe poczucie pewności.

Opuścił gąszcz i nagle stanął zdumiony. Brązowe kokony kołysały się jak oszalałe i wystrzeliwały w górę chmury jakiegoś pyłu, który zaraz opadał.

Wśród nich dostrzegł Funke i Maharaja, którzy trzymali między sobą powłóczącą nogami Ramos i próbowali uciec z pola kokonów. Tobias rzucił się na pomoc.

− Nie podchodź! – usłyszał stanowczy głos Miriam. – Zostań, gdzie jesteś!

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?