Księżyce Monarchy

Tekst
Z serii: Hajmdal #2
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Księżyce Monarchy
Księżyce Monarchy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,74  47,79 
Księżyce Monarchy
Księżyce Monarchy
Audiobook
Czyta Wojciech Masiak
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

SYSTEM ZETA MONOCEROTIS
PUSTYNNY KSIĘŻYC MONARCHA 23

Sierżant dał się przekonać i Pluton 7 ruszył w podróż wraz z autochtonami. Transporter opancerzony terrańskich sił zbrojnych jechał za karawaną, podążającą do świętego miejsca Tamasków. Trudno powiedzieć, który z argumentów wysuniętych przez Torres przekonał Campbella, ale na pewno nie ten o konieczności zbadania kultury tubylców. Sierżant nie przepadał za jajogłowymi wątłuszami o skórze koloru pustyni. Prawdopodobnie stwierdził, że skoro powrót na okręt w tej chwili był niemożliwy i muszą siedzieć na tym pustynnym księżycu, to zamiast się kręcić w kółko, równie dobrze mogli towarzyszyć Tamaskom.

Na czele karawany jechał największy z mastodontów, na którego grzbiecie w zadaszonej howdzie siedział wódz plemienia otoczony przez pięciu wojowników, a także Abigail i Ezra. Torres została zaproszona do wspólnej podróży, gdy okazało się, że dzięki translatorowi tubylec mógł się z nią najlepiej porozumieć. Gabriel Ang był rozczarowany tym faktem, bo uważał, że w komunikacji z miejscowymi uczynił spore postępy. Na poważnie zastanawiał się nawet, czy po powrocie na „Hajmdala” nie przenieść się do działu lingwistów. Nikt ze zwiadowców nie skomentował tego pomysłu. Jedynie Campbell spojrzał na niego jak na wariata i pokręcił głową.

Na początku sierżant nie chciał się zgodzić, żeby Torres podróżowała na grzbiecie mastodonta z wojownikami Tamasków. Obawiał się o jej bezpieczeństwo. Lecz po tym, jak Leahy zaofiarował się, że będzie jej towarzyszył i w razie czego ochroni – co zresztą Abigail skwitowała śmiechem – wreszcie uległ. Wódz również nie oponował przeciwko obecności Ezry.

Potężne zwierzę posuwało się do przodu, stawiając krok za krokiem. Monotonia pustynnego krajobrazu i rytmiczne kołysanie sprawiły, że Leahy stawał się coraz bardziej senny. Na początku próbował przysłuchiwać się rozmowie Torres z wodzem tubylców. Translator rozpoznawał coraz więcej wzorców w języku Tamasków. Jednak konwersacja nie była zbyt ciekawa i po jakimś czasie Ezra poczuł się znużony. Przymknął powieki i uniósł głowę, ciesząc się ciepłymi promieniami słońca i suchym wiatrem.

Przeszkadzał mu tylko zapach. Mastodont był samcem w okresie godowym i wydzielał ohydną woń, która miała zwabić potencjalne samice. Ezra podejrzewał jednak, że w tylnej części transportera śmierdziało równie mocno. Wolał siedzieć na grzbiecie zwierzęcia niż w dusznym i ciasnym pojeździe, słuchając ciągłego gadania Anga.

Cieszył się również z towarzystwa Abigail. Co prawda dziewczyna była pochłonięta rozmową z Tamaskiem, a na niego w ogóle nie zwracała uwagi, ale Leahy’emu to nie przeszkadzało. Ważne, że był blisko i czuł jej obecność.

− Bogowie Tamasków żyją w twierdzy?! – zdumiała się Torres, spoglądając to na wodza, to na translator, któremu jeszcze nie do końca dowierzała. – Słyszałeś, Ezra? Niesamowite, prawda?

Kapral otworzył oczy, udając zaciekawienie.

− Większość prymitywnych kultur umiejscawia swoich bogów w niebie – mówiła, a on potakiwał. – Na niedostępnych szczytach gór, pośród chmur lub gwiazd. Zdarzają się również kulty chtoniczne, w których istoty rodzą się w łonie matki ziemi, żeby po śmierci do niej wrócić. Podkreśla to nierozerwalny związek narodzin i śmierci. Zazwyczaj to bóstwa ciemności, ale również płodności.

− Skąd to wszystko wiesz? – zdumiał się Leahy, pełen podziwu dla jej wiedzy. Torres uśmiechnęła się smutno.

− Odrobiłam lekcję – odparła. – Religia Khon-Ma na tym bazuje. Wierzą, że ich Pajęcza Bogini, matka wszechrzeczy, żyje pod ziemią.

− To prawda – przypomniał sobie Leahy. – Głęboko w czeluściach każdego globu czai się jej boska manifestacja. Brrr… Myślisz, że te istoty wyznają wiarę pajęczaków?

− Wątpię. W ich mitologii jest mowa o wielu bogach. I wcale nie żyją pod ziemią.

− Bogowie – dobiegł ich głos z translatora. – Tylko oni potrafią obronić nas podczas Wielkiej Ciemności.

Urządzenie doskonale już sobie radziło z tłumaczeniem całych zdań. Równie dobrze przekładało mowę ludzką.

− Co masz na myśli, mówiąc o Wielkiej Ciemności? – zapytała Abigail, spoglądając na wodza.

− Na początku nasz świat był wyjałowionym i pustym miejscem – rozpoczął opowieść. – Nic tu nie było oprócz wszechobecnego piasku i wiatru szarpiącego wyschnięte gałęzie drzew. A potem zjawił się Wielki Ptak. Trzykrotnie okrążył świat i nie spodobało mu się to, co zobaczył. Postanowił dokonać dzieła…

Translator wykrztusił z siebie kilka niezrozumiałych słów. Program analizujący nie poradził sobie tym razem.

− Lud Tamasków został stworzony z pustynnego piasku, dlatego skórę mają jasną. Następnie powstali nasi wrogowie, przebiegli i okrutni Nihwa. Wielki Ptak uczynił ich z iłów, dlatego posiadają skórę barwy ochry. Wyposażył ich też w kły, żeby oczywistym było, że podobni są do zwierząt i jako istoty podległe powinni nam służyć.

Ezra zauważył, jak w oczach Torres błysnął gniew. Abigail była niezwykle wrażliwa na tym punkcie. Uważała, że wszystkie istoty rozumne są równe sobie. Nie uznawała niewolnictwa. Dorastała w Imperium Khon-Ma i to na pewno miało wpływ na jej poglądy. Pajęczaki nie tolerowały innych gatunków. Uważały, że tylko one mają prawo do wszechświata, który otrzymały w darze od swojej bogini. Najwidoczniej lud Tamasków miał podobne zdanie o Nihwa.

Abigail nie skomentowała jednak słów wodza, tylko mocniej zacisnęła usta.

− Wielki Ptak, dopełniwszy dzieła stworzenia, odleciał i już nigdy więcej się nie pojawił. Zostawił nas samym sobie. Zupełnie bez opieki. Musieliśmy walczyć nie tylko z jałową ziemią, ale również z Nihwa. Zazwyczaj o tereny łowieckie. I przegrywaliśmy tę wojnę.

Błękit w głęboko osadzonych oczach wodza ustąpił ciemnemu, smutnemu granatowi.

− Nihwa zazwyczaj atakują, gdy nadchodzi Wielka Ciemność. A zdarza się to często i potrafi trwać bardzo długo. Nasze oczy przyzwyczajone są do światła, ich widzą w ciemnościach. To daje im przewagę. Gdy słońce gaśnie, atakują. Zanim zjawili się Żelaźni Bogowie, Nihwa wymordowali większość naszych pobratymców. Wydawało się, że już po nas i Tamaskowie wyginą. Stało się jednak inaczej.

Wódz przerwał opowieść, przekrzywił jajowatą głowę, spoglądając w stronę południowego horyzontu. Przez dłuższy czas wpatrywał się w jakiś punkt na widnokręgu. Musiał coś tam dostrzec, bo nakazał kornakowi siedzącemu za łbem mastodonta zmienić kierunek jazdy. Ten trącił zwierzę ankusem, skręcając na zachód.

− Wielki Ptak dowiedział się o naszej niedoli i zlitował nad Tamaskami – wódz kontynuował opowieść. – Przysłał do naszego świata Żelaznych Bogów, aby nam pomogli. W świętym miejscu wybudowali olbrzymią twierdzę, gdzie przeprowadzają magiczne rytuały.

− Magiczne rytuały? – zainteresowała się Abigail.

− Pierwszy został przeprowadzony na moim prapradziadzie – odrzekł wódz, dumnie się prężąc. – Tamaskowie szykowali się do nadejścia Wielkiej Ciemności, najdłuższej w tamtym roku. Zepchnięci daleko poza własne terytorium, szukali kryjówek wśród skalistych szczelin, ale nie mieli wystarczającej ilości pożywienia, żeby przetrwać zły czas. Wiedzieli, że Nihwa ich dopadną i będzie to koniec całego plemienia.

Wódz ponownie przerwał opowieść i spojrzał na południe. Pokręcił głową i krzyknął na kornaka, żeby zwiększył tempo. Mastodont przyspieszył.

− Co się dzieje? – zaniepokoił się Ezra. Translator gładko przetłumaczył pytanie na mowę tubylców.

− Nadciąga burza – odparł wódz.

− Nic nie widzę – stwierdził Leahy, próbując coś wypatrzyć na południu, ale nawet przy użyciu funkcji przybliżenia nic nie mógł dostrzec. Wódz Tamasków zarechotał.

− Nie patrz oczami, tylko przez surun-eze.

− Przez co?!

− To coś w rodzaju duszy – wyjaśniła Abigail. − Tamaskowie wierzą, że mają ich po trzy. Pierwsza przebywa z dala od nich, w siedzibie Wielkiego Ptaka. Jest czymś na kształt wzorca, pierwotnego archetypu, którym każdy został obdarzony. Drugą oddają za życia Żelaznym Bogom. Ale tylko jeśli jej zażądają. Trzecia zaś, zwana właśnie surun-eze, pozostaje z nimi na zawsze. Po śmierci właściciela opuszcza ciało i błąka się po świecie. I dlatego właśnie tylko używając surun-eze, można rozpoznać zjawiska naturalne, mające miejsce na pustyni.

− Teraz rozumiem – odburknął Ezra.

− Gdy wydawało się, że już nic nie uratuje naszych przodków, Żelaźni Bogowie zaoferowali pomoc – wódz podjął opowieść. – Rozkazali, żeby do świętego miejsca przybyło pięcioro wojowników. Ich polecenie zostało spełnione. Przed bramą twierdzy stawiło się pięciu najsprawniejszych wojowników. Jak wcześniej wam już wspomniałem, był wśród nich mój dziad.

Dopiero teraz Ezra spostrzegł, że na południu faktycznie zbierają się czarne chmury. Tubylec miał rację. Zanosiło się na burzę.

− Wojownicy podeszli do wrót twierdzy i załomotali w nie trzykrotnie. Następnie każdy wykrzyczał swoje imię, również trzykrotnie, tak głośno, żeby słychać je było za linią horyzontu. Ale brama pozostawała zamknięta. Usiedli zatem i czekali. Czekali cały dzień i całą noc. Po trzykroć. I gdy znużeni i głodni chcieli już wracać do swoich plemion, wrota wreszcie się rozwarły. Wyszli z nich Żelaźni Bogowie i zaczęli przyglądać się wojownikom. Długo i uważnie, niczym zwierzętom sprzedawanym na targu. Wreszcie dokonali wyboru. Padł on na mojego dziada.

Teraz wszyscy już dostrzegli nadciągającą burzę. Kornacy popędzali mastodonty, jakaś kobieta zaczęła biadolić, ale szybko została przywołana do porządku przez mężczyznę, który warknął ostrzegawczo. Na to wszystko rozpłakała się dwójka dzieci. Wódz nic sobie z tego nie robił. Ciągnął dalej swoją opowieść:

− Żelaźni Bogowie zabrali mojego dziada, a pozostałym wojownikom kazali wracać do swoich i czekać. Ci spytali, na co. Otrzymali odpowiedź, że na ratunek. Żelaźni Bogowie odwrócili się i odeszli, zamykając wrota. Wojownicy postąpili zgodnie z poleceniem. A cóż innego mogli począć?

 

Tubylec westchnął ciężko.

− Nadeszła Wielka Ciemność, najpotężniejsza i najstraszliwsza od wielu, wielu cykli. Nihwa zbliżali się. W oddali słychać już było ich skowyt. Nadchodziło ich tysiące tysięcy. Nasi przodkowie, pochowani wśród skał i szczelin, trzęśli się ze strachu, pogodzeni z tym, co miało ich spotkać. Pierwsza fala napastników została odparta przez wojowników pilnujących wejść do jaskiń. Przegonili Nihwa włóczniami i ogniem. Ale nasi wrogowie nie są tępymi zwierzętami i swój rozum mają. Przegrupowali się i zaatakowali ponownie. Tym razem uderzając z brutalną siłą, używając kłów i pazurów, zdołali przedrzeć się przez strażników. A gdy zaczęli mordować kobiety i dzieci, zdarzył się cud.

Ezra, zasłuchany w opowieść wodza, nie spostrzegł nawet, kiedy powietrze zaczęło niebezpiecznie drżeć, a wiatr stał się silniejszy. Ciemne chmury nadciągały w zastraszającym tempie.

− Pojawił się on! Mój prapradziad. Ale nie wyglądał jak przedtem, ledwo przypominał Tamaska. Żelaźni Bogowie przerobili go na swój obraz i podobieństwo. Odprawili nad nim magiczne rytuały i dzięki temu posiadał siłę stu wojowników, szybkość wiatru, zręczność zwierzęcia, a zamiast miękkiej skóry w wielu miejscach wyrósł mu żelazny pancerz. W rękach dzierżył włócznię strzelającą błyskawicami. Sam jeden pokonał całą hordę Nihwa i przegnał wrogów za setną wydmę. Tamaskowie zostali uratowani.

− Co się stało z twoim prapradziadem? – spytała Torres. – Został z wami?

Wódz pokręcił głową.

− Musiał odejść. Nie należał już do naszego plemienia. W połowie był Tamaskiem, a w połowie bogiem. Został Pierwszym Strażnikiem. Po nim byli następni. Tuż przed nadejściem Wielkiej Ciemności wyruszamy do świętego miejsca, żeby złożyć ofiarę.

− Ofiarą jest jedno z was – uświadomiła sobie Torres.

− Zgadza się. Najwaleczniejszy z wojowników dostępuje zaszczytu zostania Strażnikiem. Tym razem będzie to mój syn.

Wskazał z dumą najwyższego z mężczyzn na mastodoncie jadącym za nimi.

− Kr’Athan − wypowiedział jego imię. − Żelaźni Bogowie zabiorą go do twierdzy, gdzie odprawią rytuał przejścia. Potem Kr’Athan wróci wraz z innymi Strażnikami, żeby walczyć z Nihwa podczas Wielkiej Ciemności.

Torres zmarszczyła czoło, głęboko się nad czymś zastanawiając.

− Ilu obecnie jest Strażników?

Wódz wzruszył ramionami.

− Trudno zliczyć – odparł. – Na pewno trzy razy po stokroć.

− To chyba wystarczająca liczba, żeby obronić Tamasków przed atakami Nihwa. Po co więc cały czas składacie ofiary?

Przywódca tubylców zmarszczył brwi.

Nie zdążył odpowiedzieć.

SYSTEM ZETA MONOCEROTIS
TROPIKALNY KSIĘŻYC MONARCHA 47

Uderzenie w burtę transportera rzuciło go na pobliskie drzewo. Pojazd poleciał niczym piórko, ściął wysmukłą kłodzinę, która trzasnęła jak zapałka, a nie pień solidnego drzewa. Pofrunęły drzazgi, niektóre wielkości ludzkiej dłoni. Kilka z nich trafiło szarżującego gada, który tego nawet nie poczuł. Odbiły się od zrogowaciałych tarczek na skórze, nie czyniąc mu żadnej krzywdy. Co najwyżej połaskotały. Ale cała ta sytuacja jeszcze bardziej rozwścieczyła stwora.

Ryknął gniewnie, przeganiając ptactwo z najbliższej okolicy, ogłaszając wszem wobec, że to jego teren. To on był tu królem, panem i władcą, rządzącym niepodzielnie, a każdego, kto usiłował mu zagrozić, czekała surowa kara. Zazwyczaj kończyło się spuszczeniem solidnego łomotu i przegonieniem nieproszonego gościa, ale bywało, że zabijał rywala. Wszystko tak naprawdę zależało od rozwoju sytuacji i zaciętości przeciwnika. Niektórzy wycofywali się po pierwszej wymianie ciosów, uznając, że jeszcze nie nadszedł ich czas, inni tak bardzo pragnęli zająć jego pozycję, że zawodził ich instynkt samozachowawczy.

Samiec miał swoje lata i może właśnie to rozzuchwaliło młode osobniki, bo coraz częściej wkraczały na jego teren. W ostatnim czasie stawało się to nagminne i nie było dnia, żeby nie musiał udowadniać, że nadal jest silny, szybki i szalenie niebezpieczny. W swoim długim życiu stoczył mnóstwo walk, powalił wielu przeciwników, których kości bielały na przestrzeni setki kilometrów. Żaden inny przedstawiciel jego gatunku nie rządził tak olbrzymim obszarem. Nic dziwnego, w końcu był największy i najsilniejszy z nich wszystkich. I na razie niepokonany. Oczywiście do czasu. W końcu znajdzie się lepszy. Ale nie zamierzał poddawać się bez walki.

Ruszył. Ziemia zadudniła, zatrzęsły się pobliskie drzewa i ostatnie ptaki kryjące się w koronach salwowały się ucieczką. Gad pochylił trójkątną głowę i tryknął nią pojazd z jeszcze większym impetem niż za pierwszym razem. Transporter trzykrotnie przekoziołkował, ścinając paprocie, a następnie zniknął w zielonej gęstwinie. Samiec fuknął zadowolony. Ale to nie był koniec. Musiał dać solidną nauczkę pretendentowi, za jakiego uznał transporter opancerzony terrańskich sił zbrojnych Plutonu 1.

Kolce na grzbiecie gada zabarwiły się soczystą czerwienią, potężna szczęka rozwarła się, ukazując szereg ostrych zębów, każdy wielkości ceremonialnego miecza lacertańskich żołnierzy, głowa obracała się to w jedną, to w drugą stronę, oczy zaś dziko łypały, szukając śmiałka.

Wreszcie go spostrzegł. Schowany był za liśćmi, które niemal w całości go oblepiły. Nie poruszał się. Zgniłozielony stwór o skórze twardszej niż jego własna okazał się groźnym przeciwnikiem. Nie wydał żadnego jęku i nie ryczał z bólu, jak miały to w zwyczaju inne stworzenia tak okrutnie potraktowane. To zaniepokoiło gada.

Z początku wydawało się, że łatwo poradzi sobie z nieproszonym gościem, zniszczy w jednym zdecydowanym natarciu. O wiele mniejszy przeciwnik nie posiadał kolców, szczęk, ani nawet chwytnych łap, którymi mógłby zadawać rany. Samiec po raz pierwszy spotkał się z czymś takim, a przecież widział już wiele w swoim życiu.

Przybył z południa, gdzie rosła gęstsza dżungla, deszcze padały niemal nieustannie, a zwierzęta były bardziej jadowite. Wodopoje parowały trującą mgłą, zwisające z drzew pnącza potrafiły zadusić, grzyby wypuszczały śmiercionośne zarodniki, a wszystko przenikała potworna wilgoć. Instynkt nakazał udanie się na północ w celu znalezienia bardziej przyjaznego miejsca do życia.

Podczas wędrówki trwającej kilka lat przemierzył olbrzymie połacie terenu, stoczył mnóstwo walk, zostawiając za sobą szlak usiany trupami oraz kalekami ze zmiażdżonymi kończynami i przetrąconymi kośćmi. Nie zabijał bez powodu. W przeciwieństwie do swoich pobratymców, Lacertan, którzy ewoluowali na wyższy stopień rozwoju i lubowali się w zadawaniu cierpień, okrucieństwo nie leżało w jego naturze, a było wynikiem instynktu przetrwania. A teraz ten sam instynkt podpowiadał mu, żeby uważał, a najlepiej uciekał. To było dziwne, bowiem górował nad przeciwnikiem siłą i masą, miał więcej zębów, a dodatkowo już dwukrotnie go powalił. Każdy normalny stwór uznałby jego wyższość i uciekł z pola walki.

Jednak gad był istotą zbyt prymitywną, żeby przeanalizować sytuację i wyciągnąć z niej konstruktywne wnioski. Zaprogramowany na określone sytuacje, konkretne okoliczności i wyposażony w proste schematy działania oraz wzorce zachowań, aktywowane pod wpływem bodźca, a wynikające z jego zwierzęcej natury, nie mógł wiedzieć, że nie ma do czynienia z innym osobnikiem należącym do świata Monarchy 47, lecz z machiną służącą do zabijania. Teraz poobijaną, z obłupanym pancerzem, wgniecioną blachą, zmiażdżoną wieżyczką obrotową i zniszczonymi kołami prawej burty, która przyjęła pełny impet uderzenia, ale nadal śmiertelnie niebezpieczną, bowiem w środku znajdował się osobnik, który również zaprogramowany został na określone sytuacje, konkretne okoliczności, wyposażony w proste schematy działania oraz wzorce zachowań, aktywowane pod wpływem bodźca, ale nie wynikające ze zwierzęcej natury, tylko ze świetnego wyszkolenia terrańskich sił zbrojnych.

− Wypierdalać z pojazdu! – wrzasnął Odyn przez radio, żeby rozkaz usłyszeli także żołnierze siedzący w tylnej części transportera. Następnie naparł barkiem na drzwi od strony pasażera. Zaklął paskudnie, gdy stawiły opór. Spróbował raz jeszcze, bez skutku. Powyginana blacha pancerza zablokowała wyjście.

− Tędy! – krzyknął Bishop, który był już na zewnątrz. – Od mojej strony!

Odyn przecisnął się przez przyrządy pomiarowe, ekrany, panel kierownicy i wygrzebał z pojazdu. W ostatniej chwili, bo olbrzymi gad szarżował ponownie.

Obaj mężczyźni skoczyli w bok, w gęstwinę paproci i iglastych krzewów. Kątem oka spostrzegli, że trójka zwiadowców również zdążyła się ewakuować z tylnego przedziału. Wylądowali miękko na turkusowym mchu i natychmiast się obejrzeli. W samą porę, żeby zobaczyć, jak ważący dwanaście ton opancerzony transporter rozpoznawczy Plutonu 1 przelatuje w powietrzu ponad dziesięć metrów i z głośnym trzaskiem ląduje na kolejnym drzewie.

Tobias Bishop z przerażeniem i niezdrową fascynacją spoglądał na zdewastowany pojazd, który powinien przyjąć na siebie ostrzał z ciężkiej broni, a nawet wytrzymać bezpośrednie trafienie rakietą. A teraz był wrakiem i spowodowała to jedna przerośnięta jaszczurka. Zwiadowca poczuł wypełniającą go wściekłość. Przebiła się nawet przez strach i zagłuszyła przerażenie. Warknął gniewnie, chwycił kłodę drewna i stanął na nogi, gotowy ruszyć na potwora, który śmiał zniszczyć jego OTR.

Odyn chwycił go i gwałtownym szarpnięciem zwalił z powrotem na ziemię.

− Odjebało ci?!

Tobias najpierw spojrzał na dowódcę ze złością, potem chciał się wyrwać, wreszcie zerknął na kłodę długości najwyżej metra i na ogromnego gada szykującego się do kolejnej szarży. Porównanie wypadło mizernie. Na niekorzyść kłody. Bishop wziął głęboki oddech i natychmiast się uspokoił. Przywarł mocniej do podłoża.

Stwór nie odpuszczał. Ziemia ponownie zadudniła i zwiadowcy cofnęli się w głąb chaszczy. Cielsko olbrzyma minęło ich zaledwie o kilka kroków. Bishop pobladł ze strachu, widząc furię i determinację gada. Wiedział, że gdyby stanął mu na drodze uzbrojony jedynie w kawał drewna, ten po prostu by go stratował i nawet nie zauważył. Tobias musiał przyznać, że winien jest Odynowi podziękowanie oraz flaszkę dobrego trunku.

Wtem przez odgłos dudnienia przebił się nowy dźwięk, tak charakterystyczny, że nie było żołnierza w terrańskich siłach zbrojnych, który by go nie rozpoznał. Warkot karabinu maszynowego. Tobias uniósł się lekko i rozejrzał. Natychmiast spostrzegł Miriam Funke.

Zgubiła gdzieś hełm i kosmyki włosów opadały na zmarszczone czoło. W promieniach słońca, przenikających przez liście paproci, przybrały krwistoczerwoną barwę. Na wąskich ustach kobiety tańczył złowrogi uśmiech, w oczach płonął ogień, gdy pruła z karabinu do olbrzymiego gada. Wyglądała niczym walkiria z dawnych ziemskich legend, jak skrzydlata Inana-Szatur − bogini wojny humanoidalnej rasy, zamieszkującej system Diohda, jak Hpuathuantli – bogini zniszczenia białoskórych Whrdów. Tobias rozwarł usta w podziwie.

− Kocham tę kobietę – wyszeptał.

Karabin szturmowy typu Agresor, dzięki zespołowi obrotowych luf, posiadał niezwykłą szybkostrzelność i potrafił wyrzucić kilka tysięcy pocisków na minutę. Gad, obsypany gradem kul, ryknął rozdzierająco. To już nie były drzazgi i chociaż żaden pocisk nie przebił się przez zrogowaciałą skórę, i tak zabolało.

Samiec dostrzegł malutką postać, która była sprawcą jego cierpienia, i natychmiast zmienił kierunek natarcia. W oczach Funke błysnęło przerażenie, ale nawet na moment nie opuściła broni, cały czas posyłając kule w stronę szarżującego potwora.

Nagle odezwał się drugi karabin. Dhiraj Maharaj walił z dwudziestokilogramowego peruna, którego zabrał, wyskakując z wozu. Nie miał jednak czasu na zamocowanie broni do pasa, przez co mechanizm stabilizujący nie mógł rozłożyć ciężaru karabinu na całe ciało i stłumić siły odrzutu. Po wystrzeleniu pierwszej serii żołnierz nie utrzymał się na nogach i poleciał na plecy. Ale osiągnął upragniony efekt. Pociski teleskopowe kalibru dwanaście milimetrów trafiły gada. Niektóre z nich zdołały przedrzeć się przez grubą warstwę pancerza i trysnęła krew.

Stwór ryknął rozdzierająco, kolce na grzbiecie przybrały purpurową barwę, co można było wziąć za oznakę olbrzymiego wzburzenia, a gad ruszył na Maharaja. Mężczyzna zerwał się i próbował wycelować broń w nacierające zwierzę. Tobias wiedział jednak, że nie zdąży ponownie wystrzelić. Funke stanęła obok mężczyzny i posłała serię z agresora. To jednak nic nie dało. Potwór nadal nacierał.

− Uciekajcie! – krzyknął Tobias. – Teraz!

− Nie możemy – odparła Miriam, wskazując na Ramos, która klęczała niedaleko niej i trzymała się za zwisające bezwładnie ramię. – Elektra jest ranna.

 

Bishop zaklął. Ręka kobiety wyglądała na złamaną. To musiało się stać, gdy pojazd koziołkował. Tobias podniósł się i zaczął biec na ratunek. Nie wiedział, jak może pomóc, ale musiał coś zrobić. Stwierdził, że coś wymyśli, gdy już dotrze na miejsce. Z ulgą spostrzegł, że Maharaj zdołał jednak posłać w gada serię pocisków i trafiony stwór zatoczył się. Pech chciał, że w stronę Bishopa. Tobias natychmiast przywarł do ziemi.

Tymczasem Funke skończyła się amunicja, a nie miała przy sobie zapasowego magazynka. Odrzuciła karabin, chwyciła półprzytomną Elektrę i próbowała odciągnąć ją jak najdalej od gada. Serie z peruna mocno go spowolniły, ale nadal był groźny.

Nagle Tobias uświadomił sobie, że nigdzie nie widzi Odyna. Odwrócił się i spostrzegł dowódcę biegnącego do transportera. To zdumiało Bishopa. Nie podejrzewał Odyna o tchórzostwo, więc ten na pewno miał jakiś plan. Tylko jaki? W jednej chwili spłynęło na Tobiasa olśnienie.

− Niezły pomysł – przyznał, zerwał się z ziemi i pobiegł za Odynem.

Dobiegli do wraku niemal w tym samym czasie, bo Bishop był niezłym sprinterem i podczas szkolenia na krótkich dystansach nie miał sobie równych. Tobias skrzywił się, widząc liczne wgniecenia kadłuba, zdemolowaną wieżyczkę i zniszczony ciężki karabin maszynowy. Odyn już się pochylał i sprawdzał, czy można wykorzystać miotacz ognia.

− Nic z tego − mruknął pod nosem, wskazując zniszczone pojemniki mieszanki zapalającej.

Nagła cisza zagrzmiała im w uszach. Zamarli w przerażeniu. Perun umilkł. Spojrzeli jednocześnie w stronę Dhiraja Maharaja. Mężczyzna mocował się z bronią, która najwyraźniej się zacięła.

Gad poczuł się pewniej, dlatego chociaż krwawił z licznych ran i zataczał z bólu, ponownie ruszył do ataku.

− Łap! – krzyknął Odyn i Tobias w ostatniej chwili chwycił walcowaty przedmiot. Zerknął na niego. To był granat dymny, służący do stawiania zasłony podczas działań operacyjnych. Bishop pojął intencje dowódcy i skinął głową. W tej samej chwili odpalili granaty i rzucili w stronę gada. Potem nasunęli okulary na oczy. Nie mieli wiele czasu, dym rozwiewał się po jakichś dwóch minutach.

Ruszyli w stronę kobiet, przebiegając tuż obok oszalałego stwora, który nic teraz nie widział. Zwiadowcy zaś, dzięki odpowiednim filtrom, orientowali się doskonale w otoczeniu. Maharaj porzucił ciężkiego peruna i dołączył do nich.

Wspólnymi siłami dźwignęli Ramos i zaczęli uciekać w drugą stronę, jak najdalej od transportera. Wiedzieli, że kiedy dym opadnie, gad ponownie zaatakuje pojazd. Przystanęli dopiero, gdy daleko za plecami usłyszeli głośne ryki zwierzęcia i głuche uderzenia o stalową burtę wozu.

Runęli na trawę, ciężko oddychając. Dym rozwiał się. Zwiadowcy spostrzegli, że znajdują się na równinie, ze wszystkich stron otoczeni dziwnymi, skórzastymi kokonami, unoszącymi się w powietrzu.

Kołysały się w niepokojącym rytmie.