Księżyce Monarchy

Tekst
Z serii: Hajmdal #2
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Księżyce Monarchy
Księżyce Monarchy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,74  47,79 
Księżyce Monarchy
Księżyce Monarchy
Audiobook
Czyta Wojciech Masiak
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

SYSTEM ZETA MONOCEROTIS
PUSTYNNY KSIĘŻYC MONARCHA 23

Noc na pustyni zapada niemal w jednej chwili. Podobnie wstaje dzień – gwałtownie i szybko. Tak to już bywa na płaskich przestrzeniach, pozbawionych wzniesień, bez zacienionych miejsc. Niezwykłego efektu dopełnia jaskrawy piasek, który wypełnia krajobraz od horyzontu po horyzont. Na pustynnym księżycu olbrzymiego Monarchy nie było inaczej.

Powierzchnia naturalnego satelity mieniła się najróżniejszymi kolorami. Wydmy na widnokręgu na początku wydawały się pomarańczowe, wpadające w czerwień, ale szybko nabierały żółtej barwy. Ezra przyglądał się temu zjawisku z niezwykłą nostalgią, przypominając sobie wschody słońca na rodzinnej planecie.

Będąc dzieckiem, wstawał przed świtem i wymykał się z domu, gdy wszyscy jeszcze spali. Szedł na kraniec osady i dalej, na pustynię, tam gdzie żadne zabudowania nie przesłaniały widoku. Ojciec surowo mu tego zabraniał. Na Sãhr nigdzie nie było bezpiecznie, a już szczególnie dla małego chłopca, który wyszedł poza osadę.

Nad ranem z polowania wracały stada crocut − hienowatych zwierząt o zębach ostrych niczym brzytwa. Największe osobniki mierzyły ponad dwa metry długości i ważyły sto kilo. To byli padlinożercy żywiący się wszystkim, co ich żołądki zdołały strawić, ale zdarzało się, że polowały na pustynne gryzonie. Przyciągały je resztki, które wyrzucali ludzie, dlatego często podchodziły pod osady. Wówczas zdarzało się, że atakowały mieszkańców, rozrywając ich na strzępy. Ale Ezra nie bał się. Według niego warto było ryzykować dla tak cudownych widoków.

Idąc, zerkał cały czas w górę, na gwiazdy, które na Sãhr oszałamiały mnogością i układały się w fantazyjne konstelacje. Szeptem wymawiał ich nazwy. Nazwy, które mogły coś powiedzieć jedynie mieszkańcom rodzinnej planety. Dopiero gdy dorósł, uświadomiono mu, że w innych układach planetarnych nocne niebo wygląda inaczej. I gwiazdy, które na niebie Sãhr tworzyły na przykład Ostry Bułat, w innej części Galaktyki mogły należeć do innych gwiazdozbiorów, a nawet być zupełnie niewidoczne.

Gdy odszedł wystarczająco daleko, siadał na piasku i w napięciu oczekiwał na niezwykły spektakl. Najpierw niebo na horyzoncie wybuchało krwistą czerwienią, ale nie trwało to długo, bo zaraz Beta Cantri wznosiła się i zaczynała swoją wędrówkę po nieboskłonie, przeganiając mrok i zmieniając barwę piasku.

Wydawało mu się, że minęły wieki od tamtych wycieczek. A przecież dopiero przed sześcioma miesiącami opuścił rodzinną planetę. W tym czasie tak wiele się wydarzyło. Ezra Leahy na pewno nie był już tym samym młodzieńcem, wypełnionym idealistycznymi marzeniami o wojennej sławie, wyruszającym na podbój Galaktyki.

„Czy gdybym wiedział, co mnie czeka, opuściłbym Sãhr?” – zastanawiał się.

Zgłaszając się do terrańskich sił zbrojnych, marzył o wojennej chwale, o bitwach i akcjach bojowych, w których mógłby się wykazać. Nie sądził, że jego pragnienia tak szybko się zrealizują. I nie przypuszczał, że tak bardzo będą odbiegać od jego wyobrażeń.

Istniało takie stare przysłowie, żeby uważać na to, czego sobie człowiek życzy, bo może się spełnić. Ezra Leahy przekonał się, że w wojnie nie ma nic romantycznego. Poznał za to zwierzęcy strach, ból i śmierć. Odwaga zaś nie wynika ze wzniosłych ideałów, a rodzi się zazwyczaj z desperacji.

Pomimo wszystko Leahy nie zawiódł. Przezwyciężył paraliżujący lęk i w czasie walk na „Hajmdalu” poprowadził szarżę, dzięki której udało się odbić platformę dziobową z rąk jaszczurów. Ezra otrzymał za to pochwałę od samego generała Cunninghama i awans na kaprala.

Spoglądając na wiszącą nad horyzontem gwiazdę systemu Zeta Monocerotis, która tak bardzo przypominała słońce jego rodzinnego systemu, zastanawiał się, co teraz robi jego matka na Sãhr. Czy podobnie jak on wita nowy świt? A może tam minęło już południe i poszła na targowisko? A może przygotowuje kolację? Od dawna nie miał z nią kontaktu, a wyglądało na to, że to się jeszcze długo nie zmieni.

Westchnął ciężko. Dzieliło go od matki ponad dwa tysiące lat świetlnych. W skali wszechświata to prawie nic, w skali Galaktyki pięćdziesiąta część jej średnicy, ale dla człowieka to przepaść. Biliony kilometrów pustej przestrzeni. A z każdym kolejnym skokiem nadświetlnym „Hajmdala” jeszcze bardziej oddalał się od swojej planety.

Ezra, podobnie jak każdy z załogi drednota, zastanawiał się, dokąd zmierzają. Oddalali się od centrum Galaktyki, zmierzając do Ramienia Zewnętrznego. Podnosiły się głosy, że to błąd, że z daleka od wszelkich cywilizacji, w rejonach jeszcze niezbadanych, nie mają czego szukać. Leahy należał do tych, którzy ufali admirałowi Kashtaritu i wierzyli, że ten ma jakiś plan.

Nagle coś błysnęło na niebie. Ezra zmrużył oczy, ale nic konkretnego nie dostrzegł. Założył gogle i włączył funkcję zbliżenia. Też nic. Przez dobrą minutę spoglądał w tamtą stronę, ale tajemniczy błysk nie powtórzył się. Zmarszczył brwi. Na pewno coś widział! A może mu się jednak przywidziało?

Rozejrzał się, żeby sprawdzić, czy ktoś jeszcze zauważył dziwny rozbłysk, ale wyglądało na to, że nie. Tubylcy zajęci byli zwijaniem obozowiska. Sprawnie złożyli namioty i pozostały ekwipunek, mocując wszystko na grzbietach mastodontów. Kobiety i dzieci zajęły już miejsca na howdach i były gotowe do podróży, ale wojownicy jeszcze zwlekali. Zawzięcie dyskutowali z wodzem. Z ich podniesionych głosów i wściekłych grymasów na twarzach wywnioskować można było, że są czymś mocno wzburzeni. Próbowali coś wyperswadować przywódcy, ale ten pozostawał nieugięty.

Ezra spostrzegł Abigail, stojącą niedaleko nich. Wpatrywała się w urządzenie translacyjne, które trzymała w wyciągniętej dłoni. Kruczoczarne włosy opadały kosmykami na twarz, zakrywając miodowe oczy, które tak bardzo urzekły młodzieńca. Ale ostatnio trudno było znaleźć w nich ten charakterystyczny błysk, który hipnotyzował mężczyzn, iskierki radości przynoszące otuchę wszystkim w jej otoczeniu. Gościł w nich wieczny smutek.

Abigail nie uporała się jeszcze ze stratą. Minęło zbyt mało czasu.

Leahy nie lubił Nelsona. Uważał go zarozumiałego i egoistycznego dupka, który wkurzał Ezrę olbrzymią pewnością siebie, hałaśliwą radością życia i powodzeniem u kobiet. Ezra był przekonany, że Uriah wykorzysta Torres i ją porzuci, bo czego innego można spodziewać się po pilocie myśliwca? Na pokładzie „Hajmdala” każdy z nich uchodził za bawidamka i lekkoducha o wybujałym ego. Ale Ezra pomylił się w tej ocenie.

Kapitan Nelson okazał się bohaterem, który nie tylko poprowadził dywizjon myśliwców i skutecznie wyeliminował z walki velmeński krążownik, ale także poświęcił życie, żeby uratować podkomendnych. Ponadto ze słów Abigail wynikało, że naprawdę był w niej zakochany i miał wobec niej poważne zamiary.

Teraz jednak nie miało to już żadnego znaczenia. Uriah Nelson został uznany za zaginionego, ale nikt nie miał złudzeń co do jego losu. Z relacji Valerii wynikało, że został zakatowany przez jaszczury na pokładzie lacertańskiego pancernika.

Abigail podniosła głowę, zauważyła Ezrę i uśmiechnęła się do niego. Smutno, nie tak jak kiedyś. Również odpowiedział uśmiechem i ruszył w jej stronę.

W tym trudnym dla niej czasie Leahy wspierał ją jak tylko mógł. Jak na prawdziwego przyjaciela przystało. Pogodził się z tą rolą, chociaż tak naprawdę czuł do niej coś więcej. Gdzieś głęboko tliła się nadzieja, że teraz, skoro Nelson zniknął, ma u niej jakieś szanse. Ale szybko zganił się za takie myśli. To byłoby nieuczciwe. Przynajmniej teraz.

− Co tam? – zagadnął, siląc się na wesoły ton.

− Próbuję znaleźć klucz do języka tubylców – odparła, przenosząc spojrzenie na owalne urządzenie. – Od czasu gdy spotkaliśmy autochtonów, nagrywam wszystkie ich wypowiedzi i rozmowy. Program translatora analizuje słowa, starając się znaleźć algorytmy i odpowiednie konotacje. Ale to może potrwać. Posługują się odrębnym i wcześniej nieznanym nam językiem.

− Myślałem, że Ang się tym zajmuje.

− Nie żartuj. – Rzuciła mu chmurne spojrzenie. – Ten kretyn nie jest w stanie ogarnąć swojego tyłka, a co dopiero znaleźć powiązania lingwistyczne w obcym języku.

Leahy uśmiechnął się. Miała rację. Szturmowiec przydzielony do ich plutonu wykazywał entuzjazm i zapał, co mu się chwaliło, ale jednocześnie był chodzącym chaosem. Ezra rozejrzał się i dostrzegł go karmiącego mastodonta. Gabriel podtykał mu pod nos zeschnięte liście i irytowało go, że ten nie chce ich jeść. Gdy wreszcie zwierzę się skusiło, parsknęło ze wstrętem, opluwając twarz żołnierza. Rozbawiło to kobiety i dzieci Tamasków, siedzące na grzbiecie mastodonta.

Sierżant Campbell, nie mogąc patrzeć na tę błazenadę, przywołał Anga do siebie i kazał pomóc Bethany przy transporterze. Kruszyna grzebała właśnie pod maską, dokonując drobnych korekt, które według niej były niezbędne, i przeklinała techników z pokładu hangarowego, zwalając na nich całą winę za stan techniczny transportera. Gdy dowiedziała się, że Ang ma jej pomóc, zaczęła kląć jeszcze bardziej. A po tym, jak podał jej zły zacisk pneumatyczny, fuknęła na niego, kazała stanąć z boku i tylko się przyglądać. Szturmowiec wzruszył ramionami i zastosował się do polecenia.

− Abigail? – zagadnął Ezra.

− Hm? – Nie spuszczała wzroku z translatora.

− Widziałaś ten błysk na niebie?

− Jaki błysk?

− Przed pięcioma minutami – wyjaśnił. – Na południowym wschodzie. Trwało to mgnienie oka.

Pokręciła głową.

− Ech… Coś mi się pewnie przywidziało.

− Niekoniecznie – odparła. – To mógł być jakiś rodzaj wyładowania atmosferycznego.

Ezra zmarszczył brwi.

− Nie jestem przekonany – rzekł. – To nie wyglądało na zjawisko naturalne…

− Mamy coś! – krzyknęła niespodziewanie Abigail. – Translator wreszcie znalazł odpowiednie korelacje pojęciowe. Nie rozpoznaje jeszcze związków frazeologicznych…

 

− Mów po ludzku!

Torres westchnęła ciężko i przewróciła oczami.

− Program translatora będzie potrzebował jeszcze kilku godzin, żeby rozpracować język tubylców i dokładnie tłumaczyć wszystkie zdania oraz ich kontekst, ale w ograniczonym zakresie już możemy ich rozumieć.

Ezra mrugnął i zapytał:

− To na co czekamy?

Podeszli bliżej sprzeczających się autochtonów, kierując w ich stronę translator. Ich mowa brzmiała jak szuranie ziarenek piasku, a gdy byli zdenerwowani, przechodziła w okropny zgrzyt, niezbyt miły dla ludzkiego ucha. Zwiadowcy skrzywili się, ale translatorowi ten fakt nie przeszkadzał. Zdołał przetłumaczyć niewielką część z tego, co mówili.

Okazało się, że ich wyprawa była czymś w rodzaju pielgrzymki. Zmierzali do świętego miejsca, gdzie mieli oddać pokłon bogom i złożyć ofiary. Kłócili się o trasę dalszej podróży. Wódz upierał się, żeby jechać bardziej uczęszczanym i bezpiecznym szlakiem. Wojownicy chcieli przeciąć drogę, pojechać na skróty, żeby dotrzeć do celu jak najszybciej. Obawiali się jakiejś ciemności, która miała niedługo nadejść.

Ezra zdziwił się, bo dzień na księżycu dopiero się rozpoczął. Tutaj dni nie trwały zbyt długo, ze względu na małą wielkość globu i jego dość szybki obrót, ale Leahy podejrzewał, że nie o nadejście nocy tutaj chodziło.

− Co mówią? – spytał młodzieniec, nie potrafiąc rozpoznać słów poprzez trzaski i zgrzyty wydobywające się z translatora. Abigail mocniej przyłożyła ucho do głośniczka.

− Wojownicy twierdzą, że poradzą sobie z każdym zagrożeniem – odparła. – Wódz jednak pozostaje nieugięty.

Tamaskowie rozeszli się.

− Ciekawe, co to za święte miejsce – zadumała się Abigail, spoglądając na szykującą się do drogi karawanę. – Może powinniśmy to sprawdzić?

Ezra skrzywił się. Po historii ze świętym miastem Khon-Ma i przygodą w zigguracie, która o mały włos nie zakończyła się ich śmiercią, miał dosyć wszelkiej mistyki i religii.

− Chodźmy – rzuciła i pociągnęła go za sobą.

− Dokąd?

− Do sierżanta – odparła.

− Po co? – jęknął Leahy.

− Musimy go przekonać.

− Do czego? – zapytał, chociaż znał już odpowiedź.

Nie podobało mu się to zupełnie. Może przez ten tajemniczy rozbłysk? A może po prostu instynkt podpowiadał mu, że czekają ich kłopoty? Duże kłopoty…

SYSTEM ZETA MONOCEROTIS
OKRĘT FEDERACJI TERRAŃSKIEJ „HAJMDAL”

Doktor Sandra Thushpa wyszła spod prysznica, wytarła się ręcznikiem i całkiem naga opuściła łazienkę. Czuła się swobodnie i naturalnie. Nie musiała się nikim przejmować, bo była zupełnie sama w pomieszczeniu.

Przydzielono jej kajutę wcześniej należącą do dowódcy dywizjonu myśliwców, zaginionego podczas bitwy w systemie Epsilon Eridani. Pomieszczenie nie było dużo większe niż to, które zajmowała na stacji orbitalnej krążącej wokół Aquaris. Zupełnie jej to nie przeszkadzało. Najważniejsze, że z nikim nie musiała dzielić przestrzeni mieszkalnej. Lubiła samotność.

Sandra Thushpa spędziła prawie sto standardowych dni na orbicie Aquaris zupełnie sama. Badała atmosferę, analizowała pływy oceaniczne, ruchy płyt tektonicznych i wahania temperatur. Nie potrzebowała do tego personelu, wystarczały przyrządy pomiarowe oraz programy analityczne, które sama konfigurowała. Wychodziła z założenia, że inni tylko by jej przeszkadzali w pracy.

Czas spędzony na orbicie Aquaris z pozoru nie poszedł na marne. Okazało się, że naukowcy wcześniej badający planetę pomylili się i warunki panujące na globie wcale nie wpływały źle na jakość gleb, a co więcej, wystarczyło trochę pomóc siłom natury, żeby rozkwitło tam rolnictwo. Sandra opracowała nawet specjalny system terraformingu, który można byłoby od razu wdrożyć przy pomocy togariańskiej technologii. Ale teraz to już nie miało żadnego znaczenia. Aquaris została zniszczona.

Kobieta zmarszczyła brwi, mocno zacisnęła posągowe usta, a jej oczy o barwie morskiej toni pociemniały. Wydawało się, że szaleje w nich sztorm, a fale bezsilnej wściekłości nie mogą znaleźć ujścia. W sercu doktor Sandry Thushpy płonęła prawdziwa nienawiść. Do pajęczaków.

Nienawidziła ich za to, co zrobili, za zagładę całej planety, za wymordowanie tysięcy ludzi, ale przede wszystkim za to, że obrócili jej pracę wniwecz. Wiedziała, że to egoistyczne, ale nic nie mogła na to poradzić. Taki już miała charakter.

Sandra Thushpa nawet nie starała ukryć tego, że jest inna niż wszyscy. Nie przejmowała się ludźmi. Zupełnie jej nie obchodziło, co o niej sądzą i jak ją postrzegają. A zazwyczaj kierowała nimi zazdrość i zwykła zawiść. Sandry to zupełnie nie interesowało.

Genetycznie ukształtowana w łonie matki, była nie tylko piękna, ale również piekielnie inteligentna. Nudzili ją ludzie i zwykłe, codzienne sprawy. Gardziła rozrywką i wszelkimi formami interakcji społecznych. Miała problemy z okazywaniem uczuć i empatią. Może właśnie dlatego uchodziła za arogancką? Ale to jej nie przeszkadzało. Przynajmniej nie musiała zajmować się podtrzymywaniem kontaktów towarzyskich. Mogła cały swój czas poświęcić nauce i pracy. Przynajmniej tak jej się wydawało.

Sandra Thushpa musiała jednak przyznać, że coś pęka w murze, którym odgrodziła się od świata i ludzi. Czuła, jak lód w jej sercu kruszeje, już nie była tak zimna i wyrachowana jak dawniej. Podejrzewała, że miało to związek z tym, co stało się w systemie Epsilon Eridani, gdzie omal nie zginęła. Widziała tyle nieszczęść i śmierci, że nawet ona nie mogła przejść nad tym do porządku dziennego. A może wpływ na zmianę miało coś innego? Uśmiechnęła się pod nosem na wspomnienie pewnego mężczyzny. Zaraz jednak potrząsnęła głową, jakby chciała odpędzić natrętne myśli, które od pewnego czasu coraz częściej ją prześladowały.

Spojrzała na zegar nad drzwiami kajuty. Wskazywał za kwadrans dziesiątą czasu pokładowego i jeśli miała zjeść śniadanie, powinna się pośpieszyć. Poranne posiłki wydawano tylko do dziesiątej. Ale Thushpa nie była głodna, a ponadto nie miała ochoty na papkę podawaną w stołówce. Co prawda mogła pójść do mesy oficerskiej, gdzie na pewno karmiono o niebo lepiej, ale nie chciała korzystać z żadnych przywilejów. Dobrze wiedziała, że miejsce przy stole dla wyższych rangą oficerów zaproponowano jej nie za zasługi w dziedzinie nauki, ale ze względu na pokrewieństwo z prezydentem Federacji Terrańskiej. Emmanuel Kopp był jej ojcem.

Zdecydowała, że daruje sobie śniadanie i wyjdzie z kajuty dopiero na obiad. Ten czas poświęci na pracę. Wiedziała, że następny posiłek też pewnie przegapi i zje coś dopiero na kolację. Westchnęła ciężko. Powinna bardziej o siebie dbać.

Krytycznie spojrzała na leżący na koi uniform, który na „Hajmdalu” nosił personel techniczny i naukowy. Nie podobał jej się ani jego krój, ani kolor. Szary i nijaki. Wolała swój dawny, w morskich barwach, idealnie pasujący do jej oczu, ze złotymi lampasami i podniesionym wysoko kołnierzem. Lecz tamten przepadł wraz z Aquaris.

Zastanawiała się, czy nie poprosić o taki sam. Główny kwatermistrz „Hajmdala” na pewno nie odmówiłby córce prezydenta, ale nie chciała wyjść na arogancką zdzirę, która zmusza personel okrętu do wykonywania dodatkowych prac. Z dezaprobatą pokręciła głową i założyła szary uniform. Następnie spięła włosy w koński ogon, żeby jej nie przeszkadzały podczas pracy, i rozsiadła się w fotelu.

− Komputer!

Na środku niewielkiego pomieszczenia pojawiła się błękitna poświata.

− Doktor Sandra Thushpa.

− Weryfikacja głosowa potwierdzona – zagrzmiały głośniki umieszczone w ścianach. Poświata zmieniła się w holograficzny interfejs.

− Najwyższy poziom dostępu do materiałów objętych klauzulą tajności – wyrecytowała kobieta i czytnik zeskanował tęczówkę jej oka. Tęczówka u człowieka kształtuje się w ciągu pierwszych kilku lat życia i nie zmienia się aż do śmierci. U każdego jest inna, nawet u bliźniaków jednojajowych, co stanowi lepsze zabezpieczenie tożsamości niż kod DNA. Ta wiedza została przyswojona przez Sandrę w dzieciństwie, podobnie jak setki tysięcy informacji z najróżniejszych dziedzin nauki. Nie było w tym nic dziwnego. Uchodziła za geniusza.

− Weryfikacja potwierdzona.

− Kod dostępu trzy-zero-pięć-jeden-siedem-osiem.

− Dostęp udzielony.

Skinęła z zadowoleniem głową i przesunęła dłonią po holograficznym interfejsie, otwierając katalog z tajnymi informacjami. Odszukała odpowiedni plik, do którego dostęp miało zaledwie kilka osób na pokładzie, w tym właśnie ona. I tym razem nie dlatego, że była córką prezydenta, ale ze względu na rozległą wiedzę w dziedzinie historii i antropologii kulturowej.

Włączyła nagranie z misji zwiadowczej na Thaggę. Trójwymiarowy obraz wypełnił całe pomieszczenie. Oglądała ten film dziesiątki razy i za każdym razem nieodmiennie wprawiał ją w zdumienie.

W tańczącym świetle latarek ujrzała mroczną komnatę w dawno porzuconej świątyni Khon-Ma. Pajęczaki zazdrośnie strzegły tajemnic zigguratów i nikt oprócz ich kapłanów nie miał wstępu do wnętrza świątyni. Dla antropologa i badacza kultury to nagranie było niczym Święty Graal.

Następnie na filmie pojawił się stół z wyrytymi runami. Sandra nie miała wątpliwości, że to ołtarz, na którym składano żywe ofiary. Krew nieszczęśników spływała wyżłobieniami i skapywała na ziemię, żeby karmić okrutne bóstwo. Kobieta dobrze znała legendy Khon-Ma, którzy wierzyli w Pajęczą Boginię. Według nich manifestacje bogini żyją w sercu każdego globu.

Doktor Thushpa pochyliła się w napięciu i oczekiwaniu, chociaż doskonale wiedziała, co zaraz zobaczy. Przeszedł ją dreszcz, gdy snop światła przesunął się po olbrzymiej rzeźbie, sięgającej niemal pod sklepienie.

Nagle obraz zadrżał i Sandra ujrzała spadające odłamki skał oraz przestraszoną twarz Ezry. Uśmiechnęła się blado, gdy go zobaczyła. Zaraz jednak przewinęła nagranie o trzydzieści sekund – do momentu, gdy kamera znów najechała na monumentalną rzeźbę.

Posąg przedstawiał mężczyznę i kobietę, nagich, w miłosnym uścisku. On miał przymknięte powieki, usta muskały jej włosy. Ona opierała dłonie o jego tors, uśmiechała się. Artysta, kimkolwiek był, doskonale oddał szczęście malujące się na twarzach kochanków.

Sandra zatrzymała nagranie. Urzeczona wpatrywała się w posąg. Nie miała pojęcia, z jakiego materiału został wykonany, kto go zrobił, ani skąd się wziął w zapomnianej świątyni pajęczaków. Według jej oceny liczył przeszło dziesięć tysięcy lat. A to oznaczało, że przedstawiciele gatunku Khon-Ma odwiedzali Ziemię, gdy ludzkość była dopiero na początku rozwoju cywilizacyjnego, stawiała pierwsze miasta, budowała pierwsze imperia.

„Czy wówczas doszło do spotkania z przedstawicielami Khon-Ma?” – zastanawiała się Thushpa. A jeśli tak, musiał pozostać jakiś ślad ich odwiedzin. W mitach i sztuce starożytnych cywilizacji.

Sandra żałowała, że po zniszczeniu Ziemi tak niewiele przetrwało źródeł, w których mogłaby to sprawdzić. Przejrzała już wszystkie książki, filmy, prace naukowe, jakie dostępne były w bazie danych komputera pokładowego, ale nie trafiła na nic konkretnego. Oczywiście znalazła mnóstwo poszlak, jednak żadnego dowodu na kontakty ludzi z pajęczakami.

Pajęcze bóstwa można było znaleźć w wielu mitach z różnych okresów historycznych i wśród ludów mieszkających w odległych od siebie miejscach. Sumerowie mieli swoją Uttu − boginię haftu i tkactwa. W starożytnej Grecji Atena wskrzesiła Arachne pod postacią pająka. W Afryce wierzono w Anansiego, pajęczego boga, który miał jakoby stworzyć świat. Ale to były tylko mity i wymysły zupełnie niepasujące do groźnych Khon-Ma.

Sandrę zaciekawiła jednak mistyczna symbolika pająków. Od tysiącleci ludzkości znany był archetyp opiekuńczej pajęczej matki, tkającej cały wszechświat. To zgadzało się z wierzeniami Khon-Ma. Thushpa postanowiła wyszperać więcej na ten temat. Z jej badań wynikało, że pająk i jego sieć symbolizują tkanie ludzkiego losu. A także równowagę pomiędzy przeszłością i przyszłością.

Zmarszczyła brwi. Podobne słowa już gdzieś słyszała. Mistyczną opowieść o przeznaczeniu, wypełnieniu proroctwa i poszukiwaniu pomostu między tym, co było, a tym, co nadejdzie.

I nagle ją olśniło! To mówił Trzeci Preodroj Czternastej Eklezji Klanu Pamiętających − Togarianin, który znalazł się na pokładzie „Hajmdala” podczas bitwy i wraz z okrętem został zmuszony do ucieczki. Wówczas myślała, że bredzi lub że translator błędnie interpretuje słowa wypowiadane w szeleszczącej mowie, ale teraz nie była tego taka pewna.

Doktor Thushpa spotkała Pamiętającego w kajucie admirała na tajnym spotkaniu, w którym uczestniczyło zaledwie kilka osób. Oprócz niej, Nathaniela Kashtaritu i Togarianina obecni byli także komandor Abram Peters, generał Edwin Cunningham i oczywiście jej ojciec. Wówczas również po raz pierwszy zobaczyła to nagranie. Zwiadowcy z Plutonu 7, którzy odkryli świątynię, zostali zobowiązani do zachowania milczenia. Admirał obawiał się plotek na okręcie. I bez nich mieli wystarczająco wiele kłopotów.

 

To właśnie wtedy usłyszała o przeznaczeniu, które musi się wypełnić, i o tym, że przeszłość, teraźniejszość oraz przyszłość są ze sobą nierozerwalnie związane. Pamiętający obejrzał w całości nagranie i wydawał się zadowolony z tego, co ujrzał. Później dowiedziała się, że to właśnie Togarianie zlecili wyprawę na Thaggę, zupełnie jakby czegoś tam szukali. Może właśnie tego posągu? Togarianin nie chciał jednak nic więcej zdradzić. Powiedział, że w swoim czasie wszystko stanie się jasne.

Doktor Sandra Thushpa nie chciała czekać. Postanowiła rozwiązać zagadkę, która stawała się coraz bardziej intrygująca. Pragnęła poznać odpowiedź nie tylko z naukowej ciekawości, ale również dlatego, żeby uniknąć kolejnej katastrofy. Podświadomie czuła, że posąg ma coś wspólnego nie tylko z tym, co stało się w systemie Epsilon Eridani, ale również z zagładą Ziemi. Zadrżała na samą myśl o tym. To była bardzo odważna hipoteza. Ale właśnie ta myśl nie dawała jej spokoju.

Odchyliła się na fotelu i przymknęła oczy. Zaraz pojawił się obraz ohydnego toch-emu, przypominającego odwłok obrzydliwego robala. Wyrastały z niego organiczne bulwy i grzybicze narośle. Nabrzmiałe żyły pulsowały. Okręt zbudowany został z żywej materii, ale złej, strasznej, jakby kpiącej z naturalnych praw rządzących wszechświatem. Doktor Thushpa wiedziała, że ten obraz będzie ją prześladował do końca życia. Będzie się budzić ze strachem i nic nie zdoła przyćmić koszmaru. Nic nie ukoi jej snów. Nigdy nie zapomni.

Okręt pajęczaków jednym strzałem zniszczył całą planetę. Aquaris przestała istnieć, a Sandra tylko cudem się uratowała. Ale tysiące ludzi poniosły śmierć. Dlatego właśnie doktor Thushpa musiała poznać prawdę. Dowiedzieć się, czemu Khon-Ma, Velmeni i Lacertanie tak bardzo pragną zagłady ludzkości. Instynkt podpowiadał jej, że posąg znaleziony w wymarłym mieście Ssshah zawiera odpowiedź.

Otworzyła oczy i ponownie uruchomiła nagranie. Przyspieszyła film do momentu, gdy mierząca ponad dwadzieścia metrów rzeźba pogrąża się w bulgoczącej magmie. Doktor Thushpa poczuła złość. Obserwowała, jak to fenomenalne znalezisko ginie na zawsze. Nigdy nie ujrzy posągu na własne oczy, nie przebada go, nie dowie się, z czego został wykonany, nie przeprowadzi testów, nie przyjrzy mu się z bliska i nie znajdzie szczegółów, które mogłyby naprowadzić ją na jakiś trop.

Wyciągnęła dłoń w stronę hologramu. Palce przeszły przez trójwymiarowy obraz, ale ona niemal fizycznie poczuła fakturę rzeźby. Spojrzała na usta mężczyzny, które wydawały się teraz skrzywione w grymasie potwornego bólu. A może to był żal? Za życiem? Za kobietą, która coraz bardziej się od niego oddalała, znikając we wrzącym szkarłacie lawy? Wyciągała rękę w stronę kochanka w niemej prośbie o ratunek. Ale on nie mógł jej pomóc. Pogrążała się coraz bardziej, aż wreszcie zatonęła. Chwilę potem figura mężczyzny również osunęła się w kipiącą lawę. Czerwona tafla przykryła ich niczym wieko trumny.

Sandra cofnęła dłoń. Po policzkach spływały jej łzy.