Księżyce MonarchyTekst

Z serii: Hajmdal #2
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Księżyce Monarchy
Księżyce Monarchy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,74  47,79 
Księżyce Monarchy
Księżyce Monarchy
Audiobook
Czyta Wojciech Masiak
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa




Warszawa 2018

Copyright © by Dariusz Domagalski

All rights reserved

Copyright © by Drageus Publishing House Sp. z o.o.,

Warszawa

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Ewa Jurecka

Opracowanie e-wydania:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail: drageus@drageus.com

www.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-65661-73-9

ISBN MOBI: 978-83-65661-74-6

Mojemu bratu, Maciejowi

SYSTEM ALFA PYXIDIS
OKRĘT FEDERACJI TERRAŃSKIEJ „HAJMDAL”

Pojawili się nagle. Wychynęli z nadświetlnej w odległości dwustu dziewięćdziesięciu pięciu milionów kilometrów od planety, wokół której orbitował „Hajmdal”. Chorąży Belinda Riley, ubrana w przepisowy niebieski mundur terrańskiej floty wojennej, ze stożkową czapką na głowie, zamrugała, pragnąc, żeby to, co widzi na hologramie stanowiska teledetekcji, okazało się tylko zwykłym złudzeniem.

Niestety.

Wróg ich odnalazł.

Na drednocie natychmiast ogłoszono trzeci stopień gotowości bojowej. Zawył alarm, włączono systemy uzbrojenia, wszystkie myśliwce, wysłane do przeprowadzenia zwiadu lotniczego na planecie, otrzymały rozkaz natychmiastowego powrotu.

Do tej pory na mostku panował spokój, z sufitu sączyło się blade światło, załoga w podstawowym składzie kontrolowała działanie najważniejszych systemów, a siedzący w fotelu dowódcy komandor Abram Peters zdawał się drzemać. Teraz zaczął się harmider. Uruchomiono wszystkie sprawne konsole, oficerowie potwierdzali gotowość swoich stanowisk i przekazywali sobie niezbędne informacje.

Chorąży Belinda Riley wyprężyła się jak struna i zasalutowała, podobnie jak pozostałych szesnaście osób obsady mostka, gdy do pomieszczenia wszedł mężczyzna o zmęczonej, pooranej zmarszczkami twarzy, w białym, lecz mocno już zabrudzonym mundurze admirała terrańskiej floty wojennej.

− Spocznij – rzekł Nathaniel Kashtaritu.

Abram Peters natychmiast ustąpił mu miejsca na fotelu dowódcy i stanął obok.

– Jak wygląda sytuacja? – spytał admirał.

− Sensory dalekiego zasięgu wykryły cztery okręty w odległości około szesnastu minut świetlnych od nas.

Na czole dowódcy „Hajmdala” pojawiła się głęboka bruzda.

− Wiemy, co to za jednostki?

Peters pokręcił głową.

− Skanowaliśmy przestrzeń sensorami pasywnymi. Aby dokonać pełnej identyfikacji, należałoby użyć lidaru, ale wysłane w ich stronę impulsy natychmiast zdradzą naszą pozycję. A tego przecież nie chcemy.

− Słusznie.

Po ucieczce z Epsilon Eridani wyszli z nadświetlnej w systemie Suhail, gdzie spędzili zaledwie trzy godziny. Nieprzyjaciel odnalazł ich. Pojawił się lacertański dywizjon krążowników. Następnie skoczyli do układu Merkeb i historia się powtórzyła. Tym razem była to eskadra velmeńskich niszczycieli. Niemożliwe, żeby wrogowie przeczesywali wszystkie systemy w odległości skoku nadprzestrzennego „Hajmdala”, więc oczywistym było, że dysponowali jakąś metodą namierzania trasy drednota.

Nathaniel Kashtaritu przywołał na główny hologram zrzut z ekranu teledetekcji i przez chwilę uważnie wpatrywał się w poruszające się czerwone punkty.

− Ryzykują – rzekł, marszcząc brwi. – Wyszli z nadświetlnej niezwykle blisko gwiazdy centralnej.

Zasada głosiła, że im dalej od centrum systemu, tym wyjście i wejście w nadprzestrzeń jest bezpieczniejsze. Wszystko zależy od masy gwiazdy, której grawitacja powoduje zakłócenia w zakrzywianiu czasoprzestrzeni. Z tego względu obszary wejścia i wyjścia zazwyczaj znajdowały się na rubieżach układów planetarnych. Zdarzali się szaleńcy, którzy wykonywali skoki wewnątrzsystemowe, ale zazwyczaj kończyły się one katastrofą. Bezpieczną odległością był jeden parsek, jednak i tak większość dowódców nie odważyłaby się na skok poniżej czterech lat świetlnych.

− Widać, jak bardzo im zależy – odparł Peters.

Admirał spojrzał na niego. Siwowłosy mężczyzna wpatrywał się w główny hologram, z uwagą śledząc poruszające się na nim trójwymiarowe punkty oznaczające wrogie jednostki.

− Polują na nas, to pewne – rzekł zastępca dowódcy.

− Velmeni dysponują bardzo czułymi przyrządami. Jeśli to oni, mogli już nas wykryć.

− Wątpię – odparł Peters, wskazując na niebieski punkt, oznaczający pozycję „Hajmdala”. – Gdyby tak było, ruszyliby prosto na nas. Okręty wroga poruszają się w głąb systemu ze stałym przyspieszeniem, ale połową ciągu silników. Wygląda na to, że skanują układ planetarny.

Kashtaritu pokiwał głową, zgadzając się z oceną swojego zastępcy.

− Nie mają łatwo – dodał Peters z ponurą satysfakcją.

W systemie Alfa Pyxidis wokół błękitnego olbrzyma krążyło osiemnaście planet, a towarzyszyło im ponad trzysta księżyców, trzy pierścienie planetoid i mnóstwo pyłu kosmicznego, jako że układ znajdował się blisko płaszczyzny dysku galaktycznego. To sprawiało, że nawet najbardziej czułe sensory zupełnie głupiały. Istniała zatem szansa, że dopóki „Hajmdal” nie włączy silników lub nie użyje sensorów aktywnych, pozostanie niezauważony.

„Tylko na jak długo?” – zastanawiał się admirał.

− Wszystkie myśliwce są już w hangarze „Hajmdala” – zameldował jeden z podoficerów.

Dowódca skinął z zadowoleniem głową i spojrzał na ekran wizualny, podziwiając błękitną planetę, nad którą orbitowali. Kashtaritu wysłał na patrol wszystkie sprawne myśliwce w poszukiwaniu zasobów i żywności. Musieli uzupełnić zapasy i miał nadzieję, że w systemie Alfa Pyxidis będą mieli kilka godzin spokoju. Pomylił się.

„Hajmdal” był potężnym okrętem liniowym, mierzącym ponad kilometr długości. Wyposażony w napęd nadświetlny najnowszej generacji, trzydzieści sześć ciężkich dział laserowych, sześćdziesiąt lekkich baterii, dwadzieścia cztery wyrzutnie rakiet kierowanych i osiemnaście niekierowanych oraz cztery wyrzutnie torped plazmowych, stanowił jeden z najlepszych okrętów w Galaktyce. Posiadał solidny, dobrze opancerzony kadłub, trzy pokłady z hangarem zdolnym pomieścić sto myśliwców i dwa promy desantowe oraz olbrzymie magazyny, które obecnie wypełnione były w połowie.

Drednot opuścił stocznię zaledwie dwa tygodnie przed bitwą, jaką musiał stoczyć z połączonymi flotami Velmenów i Lacertan. Większość systemów bojowych dopiero testowano, załoga zgrywała się, technicy pracowali nad wyeliminowaniem usterek i dopiero zaopatrywano okręt w niezbędne zasoby.

W założeniu „Hajmdal” miał operować w systemie Epsilon Eridani, broniąc światów zamieszkałych przez Togarian, a tam posiadałby pełny dostęp do baz zaopatrzeniowych. W obecnej sytuacji, gdy został zmuszony do ucieczki i tułania się po kosmosie, właśnie tego wsparcia najbardziej brakowało.

Na szczęście tuż przed atakiem admirał zarządził manewry i wyposażenie bojowe zostało w pełni przygotowane. W magazynach znajdowała się wystarczająca liczba rakiet i torped, żeby drednot mógł samodzielnie prowadzić działania wojenne. Co prawda część wystrzelono podczas ćwiczeń artyleryjskich w wewnętrznym pasie asteroid, ale okręt nadal dysponował potężnym arsenałem. Nikt jednak nie przypuszczał, że „Hajmdalowi” przyjdzie się mierzyć z dwiema flotami wroga.

Po bitwie w systemie Epsilon Eridani drednot był w fatalnym stanie. Przywrócono sprawność głównych systemów, ale szesnaście sektorów nadal pozostawało rozhermetyzowanych, w kadłubie ziały olbrzymie dziury, jeden z silników manewrowych nie działał, połowa wyrzutni rakiet uległa uszkodzeniu, a baterie laserowe mogły strzelać tylko pod warunkiem przekierowania do nich całej mocy z osłon energetycznych. Nathaniel Kashtaritu zdawał sobie sprawę, że w takim stanie okręt nie przetrwa kolejnego starcia. Pozostawała tylko ucieczka.

− Obiekty zmieniły kurs – zakomunikowała chorąży Riley. – Lecą prosto na nas. Zwiększyły ciąg.

− Koordynaty?

− Plus dwieście trzydzieści, minus pięćdziesiąt dwa, minus trzydzieści osiem.

Liczby wyznaczały odległości w milionach kilometrów względem osi „Hajmdala”. Minusy i plusy określały pozycjonowanie z bakburty lub sterburty drednota, z góry lub dołu. Ten system od dawna funkcjonował na jednostkach, na których załogę stanowili ludzie.

− Wykryli nas – oznajmił Peters.

Admirał pokiwał głową.

− Nie ma na co czekać – rzekł. – Ogłosić czwarty stopień gotowości bojowej!

Cały personel ruszył na stanowiska, postawiono na nogi służby medyczne i ekipy naprawcze. Włączono silniki manewrowe, napęd nadświetlny i wszystkie aktywne sensory. Ukrywanie się nie miało już sensu.

 

− Sternik! – Kashtaritu zwrócił się do Jonathana Andersona, niskiego mężczyzny o zapadniętych policzkach, który jeszcze niedawno uchodził za najokrutniejszego pirata na rubieżach Galaktyki, a teraz wypełniał posłusznie rozkazy dowódcy „Hajmdala”. – Zwrot o trzydzieści pięć stopni i cała naprzód!

− Nie unikniemy starcia – zauważył Peters.

− Wiem – przyznał admirał. – Zyskamy jednak trochę czasu, zanim napęd nadświetlny się rozgrzeje.

− Rozumiem – odparł komandor.

Na konsoli stanowiska teledetekcji zamigotała zielona dioda. Belinda Riley natychmiast przywołała na hologram dane.

− Admirale – zwróciła się do dowódcy okrętu.

− Tak?

− Mam odczyt z lidaru.

− Melduj.

− To Velmeni.

Kashtaritu pokiwał głową, upewniając się w swoich przypuszczeniach.

− Klasa okrętów?

− Według wstępnej analizy mamy do czynienia z ciężkimi krążownikami.

Admirał zaklął, choć na tyle cicho, żeby nie usłyszała go obsada mostka. Nie chciał siać paniki wśród załogi, ale nie wyglądało to dobrze. Ciężkie krążowniki posiadały dużą przestrzeń magazynową, niezbędną do prowadzenia długiego pojedynku rakietowego. Oznaczało to, że wcale nie musiały zbliżać się do „Hajmdala” na odległość zasięgu dział laserowych.

Napęd nadprzestrzenny potrzebował dokładnie sześćdziesięciu trzech minut, aby rozgrzać się na tyle, żeby wykonać najkrótszy skok. To ograniczało możliwości wyboru systemów, do których mogli się udać. Kashtaritu miał wrażenie, jakby ktoś bawił się z nimi w przysłowiowego kotka i myszkę, próbując zwabić w pułapkę. W tym wypadku zaś zmusić do ucieczki w stronę określonego układu planetarnego.

− Za ile wejdziemy w zasięg rakiet nieprzyjaciela? – zapytał.

− Czterdzieści siedem minut – odpowiedziała natychmiast Riley, bo już wcześniej poleciła komputerowi przeanalizować przyspieszenie „Hajmdala” oraz obecną prędkość okrętów wroga.

Admirał spojrzał na chronometr, potem przeniósł wzrok na główny hologram, gdzie w prawym górnym rogu pojawiła się informacja o stanie gotowości napędu nadświetlnego. Dokonał błyskawicznej kalkulacji i wyszło mu, że przez jedenaście minut będą zmuszeni toczyć pojedynek rakietowy z czterema ciężkimi krążownikami. Jedenaście minut to podczas bitwy kosmicznej wieczność.

Rozparł się wygodnie w fotelu. Nic więcej nie mógł zrobić. Pozostało czekać.

Minęło dokładnie czterdzieści dziewięć minut od momentu, gdy admirał zadał pytanie o czas wejścia w zasięg nieprzyjacielskich rakiet, gdy okrętem wstrząsnęło. Boje ECM i wabiki nie poradziły sobie z salwą osiemdziesięciu pocisków nuklearnych, wystrzelonych z wyrzutni dziobowych czterech ciężkich krążowników. Z siedmiu rakiet, które przedarły się przez systemy defensywne „Hajmdala”, trzy zostały strącone przez lekkie działa laserowe, ale pozostałe cztery rozpruły kadłub w części dziobowej, niszcząc dwa magazyny i jedną wyrzutnię, która wraz z załogą zniknęła w potężnej eksplozji. Drednot nie wypadł jednak z kursu i ciągnąc za sobą krystaliczną mgiełkę uwalniającej się atmosfery, pędził do przodu, aby znaleźć się jak najdalej od ścigających ich velmeńskich okrętów.

− Zwrot o czterdzieści stopni na sterburtę! – Kashtaritu wydał rozkaz, ustawiając okręt tak, żeby móc wystrzelić z większej liczby sprawnych wyrzutni rakiet. Na prawej burcie było ich więcej. Wyczekał, aż drednot wykona skręt, i krzyknął: – Ognia!

Pociski pognały do celu.

W pełni sprawny „Hajmdal” mógłby posłać salwę burtową liczącą setkę pocisków, ale obecnie wyrzutnie wystrzeliły zaledwie dwadzieścia sześć rakiet. Drednot przypominał kalekiego olbrzyma, który opędza się od bandy karłów. Ciężkie krążowniki same w sobie były potężnymi okrętami, jednak każdy z nich miał rozmiary trzykrotnie mniejsze od „Hajmdala”.

Velmeńskie krążowniki wystrzeliły wabiki mające odciągnąć rakiety jak najdalej od okrętów. Na ekranie można było dostrzec odległe błyski. Nathaniel Kashtaritu przeniósł spojrzenie na hologram i zmełł w ustach przekleństwo. Żaden pocisk nie przedarł się przez obronę nieprzyjaciela. Admirał domyślał się, że krążowniki sprzęgły swoje systemy defensywne, co zwiększyło ich skuteczność.

− Jednostki wroga wystrzeliły drugą salwę pocisków – zameldowała Riley. – Dotrą do nas za osiemdziesiąt dwie sekundy.

− Ile do skoku? – admirał zwrócił się do stanowiska obsługi napędu nadświetlnego.

− Niecałe trzy minuty – odparł blady podoficer, zdając sobie sprawę, że nie zdołają uciec przed rakietami.

Kashtaritu spokojnie pokiwał głową, jakby spodziewał się usłyszeć taką właśnie odpowiedź.

− Wystrzelić wabiki! – rozkazał. – Manewry unikowe! Oficer nawigacyjny?

− Tak jest! – odpowiedział młody podporucznik ze stanowiska znajdującego się za plecami admirała.

− Wprowadzić koordynaty skoku – zarządził Nathaniel, który po tym, jak wyśledzono ich w systemie Suhail, wprowadził zasadę wyznaczania nowego celu tuż przed samym wejściem w nadprzestrzeń. Wierzył, że to pozwoli uniknąć namierzenia przez wroga.

− Mamy niewiele opcji, admirale – skrzywił się podporucznik. – Na tym etapie rozgrzania napędu nadświetlnego pozostaje nam tylko jeden system.

− Jaki?

− Zeta Monocerotis.

Kashtaritu zmarszczył brwi. Nic mu to nie mówiło.

− Gwiazda ciągu głównego – oficer nawigacyjny odpowiedział na niezadane pytanie. − Krąży wokół niej tylko jedna planeta, olbrzym gazowy o nazwie Monarcha, posiadający siedemdziesiąt osiem księżyców.

− Brzmi dobrze – stwierdził admirał. – Wykonać!

Wbił wzrok w główny hologram. Pozostało mieć nadzieję, że „Hajmdal” przetrwa kolejną salwę i zdoła uciec w nadświetlną.

SYSTEM ZETA MONOCEROTIS
PUSTYNNY KSIĘŻYC MONARCHA 23

Piasek osuwał się pod ciężkimi butami, ale Ezra Leahy wspinał się niestrudzenie, aby osiągnąć szczyt najwyższej wydmy w okolicy. Młodzieniec miał na sobie polowy mundur maskujący. Na naramiennikach widniały dwie kreski, oznaczające stopień kaprala. Co jakiś czas Leahy ocierał pot z twarzy szarą apaszką, przewiązaną na szyi. Na głowie nosił kompozytowy hełm, na oczach przyciemnione gogle, zabezpieczające przed jaskrawym słońcem, wiatrem i pyłem, a do ładownic włożył dwa zapasowe magazynki. Dysponował karabinem C-24. To było całe jego uzbrojenie. Nie zanosiło się na walkę. Misja bardziej przypominała wycieczkę krajoznawczą niż wojskowy zwiad.

Ciężko dysząc, dotarł wreszcie do celu. Zerknął ze złością na nisko wiszące słońce systemu Zeta Monocerotis. Pomimo wieczornej pory upał wcale nie zelżał. Ezra sięgnął do paska po manierkę z wodą i ugasił pragnienie. Dopiero wówczas dotknął palcem gogli, przełączając zwykłe widzenie na funkcję lornetki. Spojrzał na wschód.

Wszędzie tylko piach i piach. Pustynia zdawała ciągnąć się w nieskończoność. Próżno by na niej szukać jakichkolwiek oznak życia. Żadnych zwierząt czy roślin. Tylko monotonna żółć. Wszechobecna i wszechogarniająca, wypełniająca każdy skrawek tego niewielkiego księżyca.

Pustynny krajobraz nie robił na młodym kapralu większego wrażenia. Wychował się na Sãhr, gdzie panowały podobne warunki. Tam jednak znajdowały się kwitnące oazy, a w nich wspaniałe ogrody, strzeliste pałace, a nawet fontanny tryskające wodą. Tutaj nie spodziewał się znaleźć niczego takiego. Monarcha 23 wyglądał na glob niezamieszkany i zupełnie pozbawiony życia.

Ezra westchnął, przesunął gogle na hełm i przetarł zmęczone oczy. Od ucieczki z Epsilon Eridani minęło pięć standardowych dni i nocy, a on w tym czasie przespał najwyżej osiem godzin. „Hajmdal” cały czas uciekał przed wrogami i na pokładzie obowiązywał podwyższony stan gotowości bojowej. Wydawało się, że nieprzyjaciel wreszcie odpuścił i w systemie Zeta Monocerotis będzie można złapać oddech, ale nic z tego. Misje zwiadowcze na księżycach Monarchy okazały się niezwykle wyczerpujące.

Po służbie Leahy teoretycznie mógł przespać się kilka godzin, ale nic z tego nie wychodziło. Niespokojnie wiercił się na koi, nie mogąc zasnąć. A gdy wreszcie udawało mu się zapaść w sen, dręczyły go koszmary.

Ponownie znajdował się na Thagdze, dusił się uwięziony w podziemiach zigguratu w ruinach mitycznego Ssshah i uciekał przed wrzącą lawą, która pochłaniała wszystko na swojej drodze. Następnie przenosił się na „Hajmdala” i znowu walczył z jaszczurami. Widział ich złe, przerażające żółte oczy i trząsł się ze strachu. Ale nie to było najgorsze.

Pod koniec każdego snu pojawiał się toch-em. Nabrzmiały żyłami, z organicznymi bulwami i grzybiczymi naroślami, ohydny okręt pajęczaków przemierzał kosmiczną pustkę, lecąc wprost na Ezrę. A im bardziej się zbliżał, tym mocniej młodzieniec czuł jego tchnienie życia, pulsowanie tętna i głód. I gdy okręt już miał go pochłonąć, Leahy budził się z krzykiem. Na szczęście nikt ze współlokatorów mu tego nie wypominał. Wszyscy, którzy widzieli toch-em, miewali podobne koszmary i nadzieję, że już nigdy więcej nie zetkną się z tym przerażającym zjawiskiem.

Leahy odpędził mroczne myśli, skupiając się na zadaniu. Założył gogle i system okularów automatycznie wyregulował ostrość. Ezra omiótł spojrzeniem zachodni horyzont. Piach i nic więcej. Szczypały go oczy. Potrzebował odpoczynku. Bardzo. Ale w najbliższym czasie raczej nie mógł na to liczyć. Zwiadowcy mieli zbyt dużo roboty.

− Widzisz coś? – zawołała Bethany Rayburn, która właśnie wygramoliła się z ich nowego transportera. Poprzedni został zniszczony przez rozżarzony do czerwoności głaz, wyrzucony z wulkanu. OTR nie różnił się niczym od poprzedniego, ale Bethany miała na ten temat zupełnie inne zdanie. Kruszyna twierdziła, że to złom, który nigdy nie powinien opuścić hangaru technicznego. Według jej oceny silnik pojazdu miał za mało mocy, amortyzatory nie pracowały jak należy, układ hamulcowy był do wymiany, a ponadto coś nieustannie turkotało przy wale napędowym. Nikt oprócz niej tego nie słyszał, ale upierała się przy swoim. I prawdopodobnie było coś na rzeczy, bo filigranowa blondynka o wiecznie zdumionych, zielonych oczach nie bez przyczyny uchodziła za jednego z najlepszych mechaników na okręcie.

− Tylko wydmy! – odkrzyknął Leahy. – Aż po horyzont.

− Do dupy.

Leahy musiał przyznać jej rację. Wyglądało na to, że księżyc jest martwym, wyjałowionym globem i wrócą na okręt z pustymi rękami. Jednak Ezra nie ruszył się z miejsca. Stał nadal na wydmie, lustrując piaszczysty ocean żółci. Nie spieszyło mu się. Cieszył się, że może rozprostować kości, odetchnąć świeżym powietrzem, nawet jeśli upał strasznie doskwierał i buchało gorącem jak na rozgrzanej patelni. W tylnej części transportera było ciasno, duszno i cuchnęło potem. Trudno się dziwić, jako że była to już siódma godzina patrolu.

Dowództwo wysyłało ich raz za razem. Należało zbadać siedemdziesiąt osiem księżyców. Zeta Monocerotis był pierwszym systemem, w którym się zatrzymali na dłużej. Potrzebowali zasobów, niezbędnych do dalszej podróży. Przede wszystkim wody, pożywienia i metanu do produkcji paliwa.

Według gwiezdnych katalogów Zeta Monocerotis był niezamieszkany. Posiadał tylko jedną planetę, ale za to jaką! Leahy spojrzał na blady kształt wiszący na niebie. Monarcha zajmował ogromną jego połać. Gazowy olbrzym w pełni zasłużył na swoje miano. Majestatyczny, dostojny, potężny, krążył wokół żółtej gwiazdy ciągu głównego. Słońce układu Zeta Monocerotis może nie dawało zbyt wiele ciepła, ale i tak na tym pustynnym księżycu ledwo dało się wytrzymać. Pech chciał, że właśnie tutaj została wysłana Siódemka.

Wcześniej wcale nie było lepiej. Na początku trafili na najdalszy księżyc Monarchy, lodowy glob z wieczną zmarzliną, gdzie nie znaleźli nic godnego uwagi. Za to o mało nie zginęli. Na skutej lodem powierzchni nie brakowało głębokich rozpadlin i gdy ich transporter opancerzony wpadł w poślizg, niemal runął w jedną z nich. Życie zawdzięczali niezwykłym umiejętnościom Rayburn. Udało jej się opanować pojazd i zatrzymać przy samej krawędzi przepaści.

Na drugą misję zostali wysłani na skalisty księżyc, płaski niczym placek i niezwykle mały. Okrążyli go w ciągu zaledwie czterech godzin, a potem nudzili się, czekając na „Zenit”, który miał ich zabrać z powrotem. Siedzieli na pancerzu transportera i grali w Mintaka.

Trzeci naturalny satelita Monarchy również nie zachwycił. To był górzysty, pozbawiony atmosfery glob, który musieli przemierzać na piechotę w ciężkich skafandrach, bo OTR nie mógł wjechać na skaliste szczyty. Na szczęście niska grawitacja sprawiła, że zbytnio się nie zmęczyli. Rekonesans przeprowadzili, skacząc z jednej skalnej półki na drugą. Dobrze się bawili, ale ponownie nic nie znaleźli.

Inne plutony zwiadowcze również nie miały szczęścia. Odkryto zaledwie jeden księżyc posiadający wodę i promy desantowe przewiozły na „Hajmdala” wystarczające zapasy. To już było coś, ale nie stanowiło priorytetu. Najważniejsze było znalezienie metanu, co umożliwiłoby dalszą podróż. Na razie żadna z grup zwiadowczych nie trafiła na złoża tego gazu. Zbadano jednak dopiero jedną trzecią księżyców.

 

Każdy rekonesans trwał osiem godzin, potem wracali na „Hajmdala”, mieli zaledwie cztery godziny odpoczynku i ponownie lecieli na misję. Żołnierze z oddziałów rozpoznawczych niemal cały czas byli na nogach, co wynikało z poważnych braków kadrowych.

Podczas bitwy o Epsilon Eridani i pojedynku rakietowego w systemie Alfa Pyxidis zginęło mnóstwo ludzi. Nie podano jeszcze oficjalnej liczby, ale mówiło się o ponad trzystu ofiarach. Leahy uświadomił sobie, że to blisko jedna trzecia załogi „Hajmdala”.

Największe straty ponieśli szturmowcy i zwiadowcy, którzy odparli abordaż jaszczurów, ale wśród poległych znajdowało się również wielu pilotów, załogi mostka, dział, a także mechaników, techników, medyków. Ginęli w ogniu pożarów, w wybuchach rakiet, umierali przeszywani laserami, wyrzucani w przestrzeń kosmiczną i rozrywani przez pociski wystrzeliwane z lacertańskich zalzarachów. Ale nikt nie poddał się bez walki. Załoga „Hajmdala” z powodzeniem przeszła chrzest bojowy.

Na braki personalne miała również wpływ spora liczba rannych, przebywających w ambulatorium. Do niedawna znajdowała się wśród nich również Abigail Torres. Medycy nie pozwolili jej wrócić do oddziału, zalecając tydzień odpoczynku w obawie, że rana w boku może się otworzyć. To było jej zupełnie nie w smak. Leahy uśmiechnął się na wspomnienie awantury, jaką urządziła. Obrzuciła lekarzy wyzwiskami, ciskając w nich czym popadnie. Dopiero interwencja sierżanta Campbella i stanowczy rozkaz pozostania w ambulatorium nieco ją uspokoiły.

Grzecznie przeleżała w łóżku trzy pierwsze misje Plutonu 7, ale tylko na tyle wystarczyło jej cierpliwości. Torres wróciła do służby i nawet naczelna lekarz „Hajmdala”, doktor Camira Dheran, nie potrafiła jej przekonać, że to zbyt wcześnie.

Żaden z plutonów zwiadowczych nie posiadał pełnego składu. Niektóre zupełnie przestały istnieć, w części znaleźli się całkiem inni żołnierze, jak choćby w Jedynce, z której przeżył tylko Odyn. Na czas reorganizacji łatano dziury doraźnymi przydziałami. Nawet żołnierzami z oddziałów szturmowych.

Gdyby tydzień wcześniej ktoś powiedział, że szturmowcy będą razem ze zwiadowcami wyruszać na patrole, zostałby wyśmiany. Ale wydarzenia ostatnich dni wiele zmieniły. Żołnierze obu formacji walczyli ramię w ramię w bitwie o Epsilon Eridani, toczyli ciężkie boje na pokładach „Hajmdala”, bohatersko odbijali pomieszczenie za pomieszczeniem, umierali razem i razem zwyciężali. W ogniu walki wykuły się więzi potężniejsze niż uprzedzenia. Narodziły się przyjaźnie ponad podziałami. Narodziło się braterstwo broni.

Braki kadrowe w oddziałach rozpoznawczych sprawiły, że decyzją generała Edwina Cunninghama do misji zwiadowczych skierowano szturmowców. Jednym z nich był Gabriel Ang, który otrzymał przydział do Siódemki.

Wcześniej należał do Plutonu H, ale ten został wybity prawie do nogi. Z całego oddziału bitwę przeżyli jedynie on i sierżant Shadracg Khaidu, który został dowódcą Plutonu A w miejsce zdegradowanego Czachy.

Ang nie miał żadnego problemu z zaakceptowaniem przydziału. Nawet się z tego powodu ucieszył. Stwierdził, że woli to niż sprzątanie bałaganu na okręcie. Szturmowcy, którzy nie latali na misje, pomagali ekipom porządkowym.

Gabriel Ang walczył już u boku Plutonu 7 podczas abordażu jaszczurów. Wspólnymi siłami odparli atak Lacertan na platformę dziobową i wówczas miał okazję ujrzeć odwagę zwiadowców. Widział szaleńczą szarżę Ezry i śmierć Cyrusa Tana. Zgodził się go zastąpić do czasu przydzielenia Siódemce nowego specjalisty od broni ciężkiej. On sam liczył na to, że gdy misje na księżycach Monarchy dobiegną końca, otrzyma przydział do Plutonu A. Jednak Ezra wiedział, że się tak nie stanie.

Dwa dni wcześniej Leahy spotkał sierżanta Khaidu, który próbował go zwerbować do swojego oddziału. Ezra ponownie odmówił, twierdząc, że jego miejsce jest w Siódemce. Spytał, dlaczego nie weźmie Gabriela Anga, skoro służyli w jednym plutonie. Khaidu odparł, że to dobry żołnierz, ale nieprzewidywalny i brakuje mu zimnej krwi.

Gabriel Ang niewątpliwie był nadpobudliwy. Nie znosił bezczynności, zawsze znajdował sobie jakieś zajęcie, wszystkich ponaglał i wszędzie mu się spieszyło. Ale najgorsze było to, że ciągle gadał. Gęba mu się nie zamykała. Pod tym względem bił na głowę nawet Tobiasa.

Leahy podejrzewał, że przyczyną takiego zachowania Anga mogły być środki psychotropowe. Najnowszej generacji pancerze kompozytowe, noszone przez szturmowców, posiadały wbudowany hiperaktywator, pozwalający użytkownikom na odpowiednie wydzielanie adrenaliny i endorfin. To pomagało w walce, ale miało też swoje konsekwencje.

Badania wykazały, że co prawda aplikowane związki chemiczne podwyższały sprawność bojową, tłumiły odczuwanie bólu, pozwalały pokonywać strach, ale również wzmagały agresję i powodowały późniejsze zmiany w psychice. Przynajmniej takie krążyły plotki, rozsiewane przez załogantów w białych uniformach służb medycznych. Ponoć dowództwo znało problem i w najbliższym czasie miało temu zaradzić. Na razie jednak pancerz pozostawał na wyposażeniu oddziałów szturmowych. Ezra miał tylko nadzieję, że Gabriel podczas misji nie zrobi niczego głupiego, co mogłoby zagrozić całemu oddziałowi.

Zmierzchało. Zachodząca gwiazda nadawała wydmom złoty, miękki kolor. Za niespełna godzinę zapadnie noc.

− Do wozu, Leahy! – w słuchawkach rozległ się głos Setha Campbella. – Nic tu po nas.

− Tak jest, panie sierżancie – odparł i już przymierzał się do zejścia, gdy nagle coś przykuło jego uwagę. Spostrzegł niewielkie czarne punkty przemieszczające się po oceanie piasku. Najpierw pomyślał, że ma mroczki przed oczami. Zamrugał. Punkciki nie zniknęły. Nadal tam były. Ezra wyregulował gogle. Nie mógł uwierzyć w to, co widzi.

Przez pustynię ciągnęła karawana.