Aż do śmierciTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Ta książka to głos oddany kobietom,

które głosu nigdy nie miały.

Kasia

Uciekła od męża przemocowca i trafiła na kolejnego mężczyznę, który ją bił. W drugim związku wytrwała cztery lata. W szamotaninie pierwsza złapała za nóż. Cios był śmiertelny.

Wyrok: 5 lat

Marta

Przez trzydzieści siedem lat znosiła codzienne upokorzenia męża tyrana. Mają troje dzieci. Po prawie czterech dekadach piekła, podczas kolejnej z awantur, zabiła.

Wyrok: 10 lat

Monika

Po dwóch latach związku, podczas kłótni, śmiertelnie ugodziła nożem partnera, który znęcał się nad nią i jej dziećmi.

Wyrok: 8 lat

Sylwia

Jej koszmar trwał trzy lata. W końcu broniąc się, zabiła znęcającego się nad nią konkubenta.

Wyrok: 11 lat

Ola

Ze swoim partnerem przeżyła dwadzieścia lat. Mają troje dzieci. Dla niej ten czas to horror okupiony wieloma próbami samobójczymi. Ostatnim razem, gdy on jak zwykle bił i wyzywał, chwyciła za nóż. Zadała trzy ciosy. Śmiertelne.

Wyrok: 5,5 roku

Iza

Przez przemoc rozwiodła się z mężem tyranem, ale pozwalała mu do siebie wracać ze względu na dwoje dzieci. Tego dnia, gdy zaczął ją dusić, wyrwała się i chwyciła za nóż. Jeden cios wystarczył.

Wcześniej karana za kradzież.

Wyrok: 12 lat

Małgorzata

On krzyczał, bił i zdzierał z niej ubranie. Chciał ją zgwałcić, jak zwykle. Tym razem coś w niej pękło, chwyciła za siekierę, która leżała obok kominka, i uderzyła. Zabiła.

Wcześniej odeszła od znęcającego się nad nią męża.

Wyrok: 10 lat

Alicja

Wyszła za obcokrajowca i wyjechała do jego kraju. Przez dziesięć lat była bita i maltretowana. Udało jej się uciec… w ramiona kolejnego mężczyzny, dla którego przemoc była normą. Tamtego feralnego wieczoru postanowiła się bronić.

Jako jedyna nie jest morderczynią. Jej partnera odratowano. Skazana za spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu znęcającego się nad nią konkubenta.

Wyrok: 9 lat


W końcu chwila z książką. To tak cenne, by znaleźć na nią czas. Może właśnie siedzisz na kanapie i popijasz ulubioną herbatę? Może czytasz te słowa, będąc w drodze do pracy lub czekając na spotkanie ze znajomym? Może zjadłeś wspaniałą kolację z rodziną i wieczór postanowiłeś wykorzystać na czytanie?

To twój moment wyciszenia. Twoja przestrzeń. Twój azyl.

Nie wszyscy mają tyle szczęścia.

Marta[1]

Miałam połamany nos, rozcięte usta. Bliznę na bliźnie. Bił mnie strasznie.

37 lat.

13 505 dni.

324 120 godzin.

Tyle trwało domowe piekło Marty…

Są ludzie, dla których dom to najniebezpieczniejsze miejsce na świecie. Są kobiety, które zbliżając się do tej, chciałoby się powiedzieć: „przystani”, nie czują bezpieczeństwa, a jedynie przeszywający strach o życie swoje i często swoich dzieci. Zamiast miłości przepełnia je nienawiść – do partnerów, siebie i całego świata.

Te kobiety przez lata, a czasem i całe dekady zamiast pocałunków od ukochanego otrzymywały uderzenia w twarz, zamiast czułych słów słyszały wyzwiska i przekleństwa, a zamiast małżeńskiego seksu doświadczały brutalnych gwałtów. Były bite, kopane, poniżane, wykorzystywane, zastraszane, cięte nożem, okaleczane. Rzucano w nie czym popadnie, a nawet zmuszano je do prostytucji. Taki los zapewnili im ich mężowie i partnerzy, ci sami, którzy niejednokrotnie wyznawali miłość, a przed ołtarzem ślubowali wierność.

Monika

To jest pułapka. To są ogromne wnyki. Jak człowiek się zakleszczy, to trudno jest je otworzyć. Za pierwszym razem jeszcze masz dużo siły, jeszcze się da, ale jak tego nie zrobisz, to później jest coraz trudniej. Na końcu te własne wnyki są otwarte już tak minimalnie, że nie da się nic zrobić, choćby nie wiem jak bardzo człowiek chciał je otworzyć.

„Nikt, kto tego nie przeżył, nie jest w stanie tego zrozumieć”. To z pozoru banalne zdanie często powracało w moich rozmowach z bohaterkami tej książki. Faktycznie, zwykle nie jesteśmy w stanie zrozumieć tego, że kobieta doświadczająca przemocy we własnym domu nie odchodzi od oprawcy. Może więc warto zastanowić się, dlaczego tak trudno otworzyć wnyki, o których mówi Monika, i jak pomóc bitym, cierpiącym, okaleczanym kobietom, by ocaliły swoje życie, zanim będzie za późno.

Małgorzata

Do dziś mam przed oczami policjanta, który siedział obok mnie, już na komisariacie, i trzymał mój dowód. Powiedział: „Zabiła pani zwierzę, a pójdzie pani siedzieć jak za człowieka”.

W książce oddaję głos ośmiu kobietom, w tym siedmiu morderczyniom, które po latach bycia ofiarami przemocy domowej odpowiedziały przemocą na przemoc i zabiły swoich wieloletnich oprawców. Jedna z kobiet ciężko zraniła partnera, ale po wielu operacjach przeżył. Moje rozmówczynie zgodziły się opowiedzieć swoje historie ku przestrodze i pod warunkiem zachowania anonimowości. Przytoczone wypowiedzi przedstawiają ich życie z subiektywnej perspektywy, są to ich uczucia i wspomnienia.

Ze wszystkimi bohaterkami rozmawiałam w więzieniach. Może to wydać się dziwne, ale gdy przekraczałam próg każdego z zakładów karnych, nie czułam strachu, wręcz przeciwnie. W więzieniu ludzie są sobą, nie mają przed kim udawać, nie muszą już stwarzać pozorów, wszyscy zdążyli ich ocenić i osądzić. Najgorsze, co mogło się wydarzyć, już się wydarzyło, ich życie legło w gruzach. Jeżeli akurat nie walczą o przedterminowe zwolnienie albo jakieś więzienne przywileje i już zgodzą się z tobą rozmawiać, zwłaszcza na tak specyficzny temat, jest olbrzymia szansa, że opowiedzą historię swojego życia bez udawania, koloryzowania czy przemilczania. To dla dziennikarza, a przynajmniej dla mnie, jest chyba najcenniejsze.

Ola

Zrobiłam to, co zrobiłam. Zabiłam człowieka, mimo że nikt nie dał mi takiego prawa. Teraz muszę ponieść karę. Choć znajomy ksiądz na rozprawie wstał i powiedział, że nastąpiła pomyłka, bo na ławie oskarżonych siedzi niewłaściwa osoba, a główny winny w tej sprawie już nie żyje.

Ta książka to opowieść o przemocy domowej i jej tragicznych skutkach.

[1] Imiona wszystkich bohaterek zostały zmienione.

Wiara–nadzieja–miłość



Marta

Obudziłam się o pierwszej po południu na wersalce w salonie. Salon mieliśmy duży, przestronny, z widokiem na ogród. On siedział w fotelu. Pomyślałam, że śpi. Podeszłam do niego. Był zimny.

Wtedy urywki świadomości zaczęły wracać.

Zadałam mu dwa ciosy nożem, drugi był śmiertelny.

Tak Marta wprowadza mnie w swój świat. Siedzimy naprzeciw siebie w jednej z cel więzienia dla kobiet. Moja pierwsza myśl na jej widok? Że kompletnie tutaj nie pasuje. Marta zaczyna opowiadać od początku:

Dzieciństwo miałam trudne, marzyłam, żeby uciec z domu. Gdy tylko skończyłam osiemnastkę, wyjechałam do większego miasta. Nareszcie miałam spokój. Zaczęłam pracować w kasie z biletami, zarabiałam na własne potrzeby, wynajęłam mieszkanie, miałam znajomych. Wtedy poznałam jego. Był zawodowym kierowcą. Był bogaty, a ja byłam biedna, ale nie przeszkadzało mu to. Zakochaliśmy się w sobie i było pięknie, wzięliśmy ślub. Najpierw zamieszkaliśmy u jego rodziców, później w tej samej wiosce kupiliśmy swoją chałupę. Założyliśmy gospodarstwo – mieliśmy krowy, świnie. Dom był obok lasu – cisza, spokój, piękne widoki. Jeszcze w tym samym roku urodziłam pierwsze dziecko… Wtedy wszystko się zaczęło. Kilka razy „sprzedał” mi liścia. Później przeprosił i parę dni było dobrze… i tak w kółko. Rok później urodziłam drugą córkę. On pracował, zarabiał, ja zostałam z dziećmi w domu. Coraz częściej przychodził z pracy pijany, awanturował się. Były wieczne krzyki, bicie, duszenie.

Ma ponad sześćdziesiąt lat, wygląda bardzo staro. Smutna, schorowana, przegrana. Rozmowę przerywa nam inna więźniarka, dużo młodsza. Wchodzi do celi bez pukania. Moja rozmówczyni próbuje ukryć płacz, posyła jej ciepły uśmiech, pyta, w czym pomóc. Namiastka normalności, myślę, chwila zwykłej ludzkiej życzliwości nawet w takich warunkach. Wkrótce jednak wracamy do naszej rozmowy, a jej łzy płyną dalej.

Raz z zamrażalki wyjął zamrożonego kurczaka. Rzucił nim we mnie, prosto w twarz, rozciął mi brwi… wszędzie mam blizny.

Blizny pokrywają sporą część jej ciała. Pokazuje mi je: na twarzy, szyi, rękach. Każda z nich to zapis jej historii. Dramatu, który doprowadził ją aż tutaj, do celi, w której odsiaduje wyrok za zabójstwo. Nie przeraża mnie to, ale też nie zamierzam jej usprawiedliwiać. Chcę zrozumieć, a właściwie to chcę po prostu poznać jej historię.

 

Później było tylko gorzej – coraz więcej pił i przynosił coraz mniej pieniędzy. Urodziło się trzecie dziecko. Trzeba było je nakarmić, obiad robiłam z czego się dało, jak one zjadły, to ja dopiero po nich resztki dojadałam.

37 lat.

13 505 dni.

324 120 godzin.

Tyle trwało domowe piekło Marty… zanim zaczęło się to inne.

Ja już nigdy nie będę żyć. Nie jestem człowiekiem. Nie uważam się za człowieka.

Ola

To był mój konkubent, ojciec trójki dzieci. Pierwszego syna urodziłam, jak miałam szesnaście lat, tak już zostało, byliśmy razem, żyliśmy razem.

Ola ze swoim o trzynaście lat starszym partnerem przeżyła prawie ćwierć wieku:

Początek znajomości był w miarę dobry, kochał mnie, starał się. Potem pojawił się alkohol, ja też się wciągnęłam, trudno było z tego wyjść. Pierwszy raz pobił mnie, gdy byłam w ciąży z pierwszym dzieckiem, uderzył mnie w brzuch. Dla mnie była to czerwona lampka. Pomyślałam, że coś może być nie tak, że może nie jest odpowiednim ojcem, ale dziecko już było w brzuchu, a on był ojcem. Przepraszał, mówił, że mnie kocha i że coś w niego wstąpiło, że nie wiedział, co robi. Wybaczyłam. Tak jak zawsze wybaczałam.

Ola przerywa i zawiesza głos. Patrzy w punkt. Po chwili dodaje:

Ostatnio znów to wszystko wróciło, wybudzało mnie w nocy i stawiało na równe nogi, poprosiłam o mocniejsze leki. Przeważnie to się dzieje, jak się położę. Pojawia się wtedy coś złego obok mnie, widzę przed oczami jakieś straszne obrazy. Biorę wtedy różaniec i modlę się. Czasami pomaga.

Kasia

On pracował za granicą, ja w Polsce. Przyjeżdżał tylko na weekendy, nie kłóciliśmy się, nie było o co. Potem częściej bywał w domu, trzy, cztery dni w tygodniu miał wolne. Nigdy nie powiedział, dlaczego jego sytuacja w pracy się zmieniła, ale wtedy zaczął pić. Pojawiła się chorobliwa zazdrość, bicie, awantury, przepychanki, ranienie nożem. Niech pani zobaczy, niech pani na mnie spojrzy.

Blizny. Znowu je widzę, i to na samym początku rozmowy. Nacięcia, choćby na rękach, to dokumentacja przeszłości tych kobiet – pokazując mi je, wprowadzają mnie w swój świat, już to wiem. Na ich ciele jest namacalny dowód piekła, które przeżyły. Na początku pozwalam im mówić wszystko, co chcą. Czas na pytania przyjdzie później.

Obok nas mieszkał przyjaciel, starszy sześćdziesięcioletni pan. Mam padaczkę, więc dogadaliśmy się z T., że ten sąsiad będzie mi pomagał pod jego nieobecność. T. nie miał nic przeciwko temu, ale później, gdy zaczęła się zazdrość, wszystko mu przeszkadzało. O to była nasza pierwsza kłótnia. Wróciłam z pracy, a on już siedział wypity. Zaczęły się sceny, oskarżenia o zdrady, awantura. Wtedy pierwszy raz podniósł na mnie rękę.

Rękę podnosił przez kolejne cztery lata, gdy był zazdrosny, gdy był pijany, gdy był niezadowolony albo bez żadnego powodu. Tak samo było tamtego dnia, a był to przedostatni dzień września.

Byłam wystraszona, nie wiem, jak to się stało. On krzyczał: „Zabiję cię!”. Ja go szarpnęłam za koszulkę. Potem nóż – chwyciłam go nieświadomie. To był odruch. Ten moment jest dla mnie bardzo trudny, nawet żeby sobie przypomnieć. Gdy usłyszałam: „Nie żyje”, popadłam w histerię. Z tego czasu pamiętam tylko tyle, że kazano mi się rozebrać i dano dres. Nigdy wcześniej, nawet w kłótni, nie powiedziałam mu, że go zabiję.

Alicja

Wychowywała mnie ulica. Często uciekałam z domu. Chciałam uciec na stałe, byle jak najdalej od cierpienia. Gdy miałam osiemnaście lat, wyjechałam do Niemiec, tam go poznałam i zakochałam się. Bardzo potrzebowałam ciepła, wsparcia, miłości. Po ślubie wyprowadziłam się do kraju, w którym mieszkała jego rodzina. Gdy urodziłam dziecko, skończyły się romantyczne sceny, skończyła się miłość, zaczęło się prawdziwe piekło. Przez dziesięć lat byłam bita, maltretowana i trzymana w zamknięciu. Jego ulubionym sposobem na poniżanie mnie było przypalanie. Przez cały ten czas tłumiłam to wszystko w sobie, aż w końcu uświadomiłam sobie, że więcej tego nie zniosę.

Alicja uciekła. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że prawdziwy dramat dopiero się zacznie:

To była dla mnie pułapka, sytuacja bez wyjścia. Żadne rozwiązanie nie było dobre, z żadnej strony nie miałam pomocy. Moje życie było jedną wielką czarną dziurą, która wciąga na dno i z której nie można się wydostać. Miałam poczucie, że idzie koniec, że lepiej nie będzie.

Małgorzata

Nasze małżeństwo trwało dwadzieścia lat, z czego dziesięć lat to prawdziwy koszmar. Byliśmy z jednej wsi, nasze rodziny się znały. Mój mąż po dziesięciu latach małżeństwa zaczął wyjeżdżać za granicę, ja pracowałam w Polsce. Zaczęła się zazdrość. Wpadł w jakiś obłęd, chciał kontrolować każdy mój krok, zaczął się nade mną psychicznie znęcać. Namawiał sąsiada, żeby mnie śledził i obserwował. Gdy był na miejscu, zaglądał mi w majtki i w buty, sprawdzał, czy są wilgotne i ciepłe. Jak popił, to mnie bił, ale już wolałam, żeby mnie bił. Psychiczne wykańczanie jest dużo gorsze niż bicie. Bałam się go, żyłam w strachu, groził, że jak odejdę, to mnie zabije. Jak wytrzeźwiał, to przepraszał. I tak żyliśmy. Bił mocno, ale prawie nigdy w twarz. Był sprytny, wiedział, że chodzę do pracy i nie mogę mieć lima. Bił mnie po ciele, po głowie. Miałam napuchnięte ucho, rękę, posiniaczone ciało.

Małgorzata nie zabiła męża, który przez dziesięć lat ją katował. Zabiła tego, na którego trafiła później:

Gdybym nie odeszła od tego pierwszego, być może to wszystko wydarzyłoby się wcześniej. Po prostu nie dałam rady, moja psychika leżała w gruzach. Ten pierwszy tak mnie gnębił, że nieraz, jak stałam w kuchni z nożem, to miałam takie myśli, że odwrócę się i zakończę moje cierpienie, ale zawsze coś mnie blokowało – praca, dzieci, rodzina. Teraz nie było niczego, co by mnie blokowało, nie było dzieci. To był amok, wiem, że uderzyłam, ale dlaczego akurat w tym momencie coś we mnie pękło, tego nie wiem do dziś.

Obiecałam sobie, że żadnej apelacji nie będzie, mimo że wszyscy mówili, że mam szansę znacznie obniżyć wyrok. Policjanci mnie namawiali, adwokat już miała przygotowane pismo. Odpowiadałam im, że ja to zrobiłam i ja muszę ponieść karę.

***

Daria Górka: Pamięta pani, kiedy pierwszy raz panią uderzył?

Monika: W marcu zaczęłam się z nim spotykać, w październiku już padały jakieś poważne deklaracje. Szybko razem zamieszkaliśmy. Potem zaczął podnosić rękę na moje dzieci. W trakcie procesu okazało się, że dobierał się do moich córek. Jak się o tym dowiedziałam, to było już na drugiej rozprawie, miałam tylko jedną myśl w głowie, że chyba dobrze… że dobrze, że to się stało… Jak on mógł?

Cisza.

Jak kiedyś zaczął bić dzieci, to mu oddałam. Rozmawiał z nim też mój brat, że ma się odczepić ode mnie i od dzieci, ale on przychodził, przepraszał na klęczkach, przynosił kwiatki i czekoladki: „Ja już nie będę, kochanie, nie podniosę już na was ręki, kochanie, przepraszam”. Za dwie godziny przychodził pijany, naćpany, po jakichś tabletkach.

Z Sylwią i Izą rozmawiam w więzieniu w Czersku.

Sylwia

Teraz, tutaj, w więzieniu, inaczej myślę, inaczej funkcjonuję, inaczej widzę to wszystko. Gdybym mogła cofnąć czas, od razu bym od niego odeszła, z miejsca, nie byłoby siły, która by mnie przy nim zatrzymała.

Gdy przemoc działa się w czterech ścianach jej domu, te reakcje były jednak inne:

Na początku bardzo się bałam, później zdarzało się, że walczyłam, że nawet mu oddałam, ale co to takie moje oddanie. On był silny, silniejszy ode mnie.

Izabela

No… znęcał się… popychał mnie, z pięści mnie bił, meble mi wynosił z domu, żeby mieć na alkohol… Jak przychodziłam, to były gołe ściany. Rozwiodłam się z nim. Byłam panią sytuacji. A potem powiedziałam: „Jedź, synek, po ojca, bo ja już nie mogę patrzeć na to, że on tak nisko upadł”, i po rozwodzie dalej z nim żyłam. No i po co mi to było?

Litość. Litość to zbrodnia. On miał taki charakter, tak potrafił mnie podejść, że człowiek zapominał zaraz, a i dzieci za nim były…


Izabela

Za każdym razem mówił, że już nie będzie pić, że się zmieni, bo on to tak tylko pod wpływem alkoholu…

Marta

Byłam w stanie znieść bardzo dużo. W imię czego? Szkoda mi było tego wszystkiego, co mam. Miałam swoje gniazdko. Jak był trzeźwy, to było nam razem dobrze. Planowaliśmy wakacje, wyjeżdżaliśmy. Mimo wszystko miałam namiastkę domu, namiastkę ciepła. To dużo. Miałam z kim iść w niedzielę na mszę do kościoła. Wpadłam w monotonię, cieszyłam się z krótkich dobrych momentów.

Sylwia

Przepraszał mnie. Przebaczałam mu i wszystko było dobrze przez dwa, trzy dni, może przez tydzień.

Izabela

Mam z nim dwójkę dzieci, dlatego tak trzymałam się przy nim, bo to tatuś… Baba to jest jednak głupia istota.

Małgorzata

Bałam się go. Mówił, że jak mnie zobaczy z kimś innym, to od razu mnie zabije. Był do tego zdolny.

Marta

Nie miałam wyjścia, musiałam trwać w tym związku, bo nie miałam gdzie pójść. Co z dziećmi, co z nimi? Do rodziny zastępczej? W życiu bym sobie nie wybaczyła, gdybym je zostawiła. Sama mogłabym uciec, ale co z nimi?

Monika

Za każdym razem miałam wrażenie, że więcej upokorzeń nie zniosę, ale potem wstawał rano, mówił, że już więcej nie będzie, że już nic nie wypije, że już nic nie weźmie. Dawałam się wkręcać w jego manipulacje. Tak, to była manipulacja, ale dopiero dzisiaj to wiem. Później, jak mi mówił, że będzie dobrze, a ja wychodziłam z domu, bo musiałam coś załatwić, to podświadomie wiedziałam, że jak wrócę, to on i tak będzie pijany i zacznie się jazda. W ogóle przestawałam słuchać jego tłumaczenia. Sama dałam się złapać we własną pułapkę. To była moja głupota.

Ola

Odeszłam raz – opiekowałam się starym, schorowanym wujkiem z rodziny, mieszkałam tam, ale wujek umarł, a on błagał o wybaczenie i wspólne życie, obiecywał, że się zmieni. Wybaczyłam.

Kasia

Żałuję, że wcześniej nie odeszłam, że pozwalałam mu wracać. Wtedy sama przed sobą tłumaczyłam jego zachowanie – że to alkohol, że to złe towarzystwo, wpływ ludzi, którzy go otaczają.

***

Trzy kobiety, z którymi rozmawiałam, odeszły od bijącego je partnera – jednak ich kolejny związek okazał się podobny.

Małgorzata

Zastanawiałam się, dlaczego tak się dzieje. Czy ja jestem taka zła? Co robię nie tak?

Jak mu odpyskowałam albo przyszłam do domu spóźniona, to bił jeszcze mocniej, raz pobił mnie pałą. W końcu zdecydowałam się odejść, dzieci już były dorosłe. Pamiętam ten dzień, przyjechał wtedy z zagranicy, upił się, strasznie mnie zwyzywał. Powiedziałam do córki, że on mnie wykończy, że już dłużej tego nie zniosę. Spakowałam się i wyjechałam do swojej ciotki, dzieci zostały przy nim. Bałam się o nie, ale z drugiej strony wiedziałam, że nigdy nie zrobi im krzywdy. Poszłam do nowej pracy, chciałam się odciąć, zacząć wszystko od nowa, ale on nadal mnie nachodził. Wiedział, jakim autobusem jeżdżę do pracy, śledził mnie, wydzwaniał do mnie. W końcu znudziło mu się, dał spokój, a ja dostałam rozwód. Po jakimś czasie poznałam drugiego. Po półtora roku związku przeprowadziłam się do niego. Okazał się seksoholikiem i jeszcze gorszym zazdrośnikiem niż ten pierwszy. Jak ta historia się skończyła, już pewnie się pani domyśla…