Powiem ci, kim jesteśTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Danuta Pytlak

Powiem ci, kim jesteś


ISBN 978-83-8116-128-2


Copyright © by Danuta Pytlak, 2017

All rights reserved Redaktor Karolina Kaczorowska Projekt okładki i stron tytułowych Izabella Marcinowska Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Powiem ci, kim jesteś

Od Autorki

1

Ilona patrzyła zamyślona na nocną panoramę miasta, widoczną z okna warszawskiego mieszkania mieszczącego się na ostatnim, osiemnastym piętrze nowoczesnego apartamentowca w prestiżowej dzielnicy, Wilanowie. Właśnie minęła trzecia. Z sypialni dochodziło potężne chrapanie Roberta, jej szefa i — od ponad roku — kochanka. Nie, nie kochała go. Nie była nawet zaangażowana emocjonalnie. Zgodziła się na taki układ, bo nie miała wyjścia. Robert dość długo robił jej awanse, odpierane przez nią skutecznie, ale w końcu pojawiły się aluzje, których nie mogła nie zrozumieć. Naprawdę nie miała wtedy wyjścia. Kredyt hipoteczny i chora matka na utrzymaniu wyleczyły ją szybko z sentymentów. Nie mogła stracić tej pracy.

Kiedy pierwszy raz poszli do łóżka, czuła do siebie obrzydzenie. Wiedziała, że Robert ma rodzinę i że nie jest jedyna. Od dawna bankowa poczta korytarzowa donosiła, że szef jest kobieciarzem i że każdy kolejny romans trwa około roku, potem była kochanka odchodzi z firmy, a jej miejsce zajmuje nowa.

Właśnie mijał trzynasty miesiąc ich związku. Ilona wiedziała, że nadchodzi jej koniec. Od pewnego czasu Robert zastawiał sidła na nową zdobycz. Widziała, jak stroszył piórka, tokował i tańczył wokół nowej szefowej zespołu rekrutacji. Awansował ją na to stanowisko ku zaskoczeniu wszystkich. Dziewczyna, oprócz tego, że była młoda i ładna, niczym więcej się nie wyróżniała. Średnio inteligentna, na spotkaniach menedżerskich milczała i sprawiała wrażenie, jakby nie do końca wiedziała, co tam robi. Chyba miała świadomość, że stanowisko, które tak niespodziewanie otrzymała, trochę ją przerasta.

Ciekawe, co na nią miał? Jako szef pionu zarządzania zasobami ludzkimi wiedział o swoich podwładnych niemal wszystko. O ich prywatnych kłopotach i zobowiązaniach również, co wykorzystywał — o czym Ilona się przekonała — bez skrupułów. Tak jak ponad rok temu perfidnie wykorzystał kiepskie położenie Ilony, a wcześniej wszystkich jej poprzedniczek.

Uchyliła drzwi na taras i drżąc z chłodu, zapaliła papierosa. Właściwie nie paliła, ale w chwilach silnego stresu i podekscytowania musiała, jak mawiała, puścić dymka. Z lubością się zaciągnęła i aż przymknęła oczy z zadowolenia.

Robert jej nie docenił. Z luźnych uwag rzucanych w pracy pod jej adresem i ze zdawkowych rozmów podczas jego seksualnych wizyt u niej wywnioskowała już jakiś czas temu, że będzie chciał się jej pozbyć. Ale tym razem jej to nie przerażało. Sytuacja, w której była rok temu, uległa diametralnej zmianie. Schorowana matka zmarła kilka miesięcy temu, pozostawiając Ilonie duże czteropokojowe mieszkanie w śródmiejskiej kamienicy. Właśnie zakończyło się postępowanie spadkowe, które w zasadzie było tylko oficjalnym potwierdzeniem testamentu matki; na mieszkanie czekał już z niecierpliwością bogaty kupiec, a uzyskane ze sprzedaży pieniądze będą dla Ilony jak manna z nieba. Spłaci kredyt hipoteczny zaciągnięty na zakup własnego lokum, a w dodatku sporo jej zostanie. W połączeniu z oszczędnościami, które zdołała zgromadzić, uzbiera się całkiem niezła sumka. I było jeszcze coś, o czym nikomu nie powiedziała. Czekała na właściwy moment, który — ku jej radości — zbliżał się wielkimi krokami. Dostała ofertę pracy i ją przyjęła. Mogła odejść z banku, zanim Robert ją o to poprosi. Będzie wolna.

Skończyła palić i niedopałek, jak zwykle, wcisnęła palcem w doniczkę z pelargonią. Zmarznięta otuliła się szlafrokiem i wróciła do mieszkania. Nie chciało jej się spać. Zresztą nie mogłaby w takim hałasie. Robert naprawdę potężnie chrapał. Na szczęście jutro sobota, będzie mogła i odespać zmęczenie, i obmyślić strategię działania. Musi ubiec Roberta. Musi! To będzie jej decyzja!

Usiadła przy biurku i czekała, aż w laptopie załadują się wszystkie programy i aplikacje. Oparła brodę na złożonych dłoniach i dumała nad swoją przyszłością. Była szczęśliwa, że ten etap życia lada moment będzie miała za sobą. Ale byłaby jeszcze szczęśliwsza, gdyby mogła na odchodnym czymś dopiec Robertowi. Zrobić coś takiego, co go zaskoczy i zaboli, ale czemu nie zdoła się sprzeciwić. To będzie jej nagroda.

W prywatnej poczcie nie znalazła nic ciekawego. Zajrzała na Facebooka, ale o tej porze nikogo nie było. Postanowiła jeszcze raz prześledzić całą korespondencję związaną z przyjęciem oferty pracy. Radość ze sfinalizowania mało obiecującej propozycji, którą otrzymała pocztą, a która w rzeczywistości była intratną i prestiżową ofertą nie do odrzucenia, o mało jej nie rozsadziła. Na prośbę nowego pracodawcy jeszcze nikomu o tym nie powiedziała. Pracę tam miała rozpocząć dopiero za kilka miesięcy. To nowy projekt znanej międzynarodowej firmy, do którego poszukiwano najlepszych specjalistów, a to trwało. I Ilona znalazła się w tym gronie.

Już sobie wyobrażała minę Roberta w chwili, gdy złoży wypowiedzenie. I zazdrość pozostałych. Wiedziała, że wielu jej kolegów poszukuje nowego zajęcia, ale ze względu na sytuację na rynku pracy — wciąż bezskutecznie. Dlatego każdorazowo czyjeś odejście z banku budziło wielkie emocje, głównie zazdrość. Lub głębokie współczucie i łączenie się w bólu, jeśli odejście następowało z inicjatywy banku. I tego właśnie Ilona chciała uniknąć. Tego współczucia. Zazdrość przyjmie z satysfakcją. Wiedziała, że niektórzy tylko czekają, aż Robert jej podziękuje. Nie da im do tego okazji, o nie!

Spojrzała na zegarek i ze zdziwieniem stwierdziła, że dochodziło wpół do piątej. Za oknem zaczynało świtać. Ilona ziewnęła i przeciągnęła się zmęczona. Spróbuję zasnąć, postanowiła. Z sypialni nie dochodziło już donośne bulgotanie Roberta. Teraz cicho poświstywał.

Delikatnie wsunęła się pod kołdrę i ułożyła na boku, tyłem do kochanka.

— Mmmm — zamruczał i przylgnął do jej pleców. — Gdzie byłaś?

Nie oczekiwał odpowiedzi. Wcisnął nos gdzieś za jej ucho i zaczął całować. Prawą ręką przesunął po piersiach, ściskając lekko sutki, aż zesztywniały, następnie pogładził brzuch i pośladki i wreszcie lekko rozsunął jej nogi. Wszedł w nią gwałtownie, brutalnie. Zaskoczona krzyknęła z bólu. Zacisnęła pięści i przygryzła wargi, aż poczuła słony smak krwi. Czekała, aż skończy, udając, że odczuwa przyjemność. Kiedy sapanie ucichło, odsunęła się od niego, z trudem hamując obrzydzenie. To już ostatni raz, pomyślała. Ostatni raz!

Żebyś pękł, bydlaku! Żebyś pękł!

2

Budzik w telefonie dzwonił i dzwonił, coraz głośniej i natarczywiej. Adam z trudem wracał do rzeczywistości. Z natury był śpiochem i zawsze potrzebował dużo snu, a dzisiejszej nocy nie pospał wiele. U sąsiadów studentów za ścianą była impreza. Już trzecia w tym tygodniu. Głośna muzyka, gadanie i śmiechy podpitego towarzystwa skutecznie zakłóciły jego nocny wypoczynek. Był nieprzytomny.

Sąsiedztwo robiło się coraz bardziej męczące. Trzeba pomyśleć o zmianie mieszkania, długo tak nie pociągnę, postanowił kilka tygodni temu. Mimo rozmów z lokatorami zza ściany, z administratorem i ochroną budynku beztroski tryb życia sąsiadów nie ulegał zmianie. Przeciwnie, gdy alkohol zaczynał szumieć im w głowach, przekornie wykrzykiwali pod adresem Adama inwektywy, walili w ścianę, zapewne aby mu dokuczyć, specjalnie tupali pod jego drzwiami. Na wycieraczce znajdował dużo petów, a raz nawet zużytą prezerwatywę. Na dodatek zaczął się bać. Mieszkał w wynajętym mieszkaniu na parterze, sam, podczas gdy u sąsiadów zawsze kręciło się kilka dodatkowych osób, przeważnie z puszką piwa w ręce. Groźby wykrzykiwane pod jego oknem były coraz bardziej nasączone jadem. Jeden na trzech lub czterech osiłków? Na pewno nie dam rady, myślał. Nerwy miał napięte do granic, histerycznie reagował na każde puknięcie na klatce schodowej, na każdy ruch pod oknem. Dojrzewał do decyzji. Dzisiejsza noc była kroplą, która przelała czarę jego goryczy.

— To koniec! — powiedział głośno sam do siebie. — Koniec, kurwa! Koniec! — Dla wzmocnienia swojej wypowiedzi walnął pięścią w łóżko, ale nie odczuł ulgi.

 

Umył się i ubrał szybko, i bez śniadania wyszedł do pracy. Przedtem odwrócił do ściany głośniki wieży stereo i włączył na cały regulator radio. Pod drzwiami sąsiadów zatrzymał się na chwilę, wcisnął kilka razy dzwonek, załomotał pięścią, wrzasnął: — Pobudka, skurwysyny! — i z satysfakcją odnotował gwałtowny ruch w mieszkaniu. Żałował, że nie może trzasnąć drzwiami klatki schodowej, tak dla ukoronowania zemsty. Z wściekłości aż w nim wrzało. Musiał wyglądać jak uosobienie furii, bo na stacji metra ludzie pryskali przed nim na boki. W drodze do pracy złość powoli gasła. Kiedy w centrum przesiadł się do tramwaju, żeby dojechać do biura na Saskiej Kępie, ochłonął już całkowicie. Wciąż był zły, nawet bardzo zły, ale wrócił mu rozsądek. I co teraz będzie? zastanawiał się ponuro. Wpierdzielą mi jak nic. Zadarłem z nimi na amen. Przypomniał sobie o wykrzykiwanych pod jego adresem groźbach. Zimny pot spłynął mu po plecach.

— A pan jak zwykle spóźniony — przywitała go pani Jadwiga, szefowa działu, w którym pracował. Zdziwiony spojrzał na zegarek. Do ósmej brakowało jeszcze trzech minut. Już otwierał usta, żeby zaprotestować, ale kobieta go ubiegła, zalewając potokiem niezasłużonych wyrzutów.

— Nigdy nie można na pana liczyć, nigdy! O cokolwiek poproszę, pozostaje bez echa! Powtarzam! To nie instytucja charytatywna! Nie podoba się praca? To fora ze dwora! Są tacy, co tylko czekają na pana miejsce, z pocałowaniem ręki! I bez żadnej łaski!

Adam nie wiedział, o co jej chodziło. Czuł powracającą furię, wypływające na twarz i szyję krwiste plamy wściekłości. Nie! Nie! Nie! Kurwa, nie! Za dużo tego jak na jeden poranek! Widział wokół siebie pochylone głowy współpracowników, jakby chcieli skurczyć się i zapaść pod ziemię, stać się niewidzialni! Patrzył na nabrzmiałą wściekłością twarz szefowej i miał wrażenie, że sam za chwilę eksploduje. Postawił na podłodze przy krześle plecak, wziął pod ramię panią Jadwigę i odwrócił ją do ściany, na której wisiał zegar. Wskazał go palcem i zapytał:

— Widzi pani, która jest godzina?

Kobieta usiłowała wywinąć się z jego uścisku, ale trzymał mocno.

— O co panu chodzi? — Była do głębi oburzona. — Proszę mnie natychmiast puścić! — zapiszczała.

— Pytam: czy pani widzi? — Adam mówił cicho, ale tak dobitnie, że w pokoju biurowym zapadła niemal namacalna cisza. — A jak pani nie widzi, to niech pani zmieni okulary! — huknął.

— O ósmej ma pan już siedzieć przy biurku! I pracować! A nie wchodzić do biura! — Wreszcie udało jej się oswobodzić. Na wszelki wypadek odsunęła się od Adama, poprawiła zmięty rękaw sweterka i zamierzała coś jeszcze powiedzieć, ale tym razem on jej nie pozwolił.

— I ciekaw jestem, w czym panią tak zawiodłem! Co? No w czym? — Wściekły wygrażał jej teraz wskazującym palcem. — Pracuję tutaj od trzech lat i ani razu nie zawaliłem terminu! Teraz ja mówię! — znowu na nią huknął, bo otwierała usta, żeby coś powiedzieć. — Byłem na każde pani skinienie, poświęcałem prywatny czas na pilne zadania, za nędzne grosze, które nazywacie wynagrodzeniem, a pani mi wyjeżdża z takim tekstem?

— Jak pan śmie! — wrzasnęła. — Jak pan śmie tak do mnie mówić!

Adam pierwszy raz widział ją w takim stanie. Czerwona twarz, jakby za chwilę miał ją trafić szlag, trzęsące się ręce i zaciśnięte usta. Ale i on był rozwścieczony do granic możliwości.

— A śmiem! — Teraz krzyczeli już oboje. — A śmiem! Nie życzę sobie takich oskarżeń! — Jednym ruchem wyszarpał z biurka szufladę i sypnął zawartością pod nogi kierowniczki. — To też się pani nie podoba? — Zgarnął z półki nad biurkiem segregatory, które spadając, pootwierały się i strąciły pudełko ze spinaczami. Teraz wszyscy wokół z zapartym tchem obserwowali awanturę. Ale nikt nie uczynił nawet jednego gestu, żeby uspokoić adwersarzy.

— Powiedziałam już! Nie podoba się praca, to fora ze dwora! Fora ze dwora! — Piskliwy dyszkant wściekłej pani Jadwigi przebił ściany pokoju i zwabił pod drzwi pracowników z innych działów. Stali teraz stłoczeni, przestraszeni, ale i zaciekawieni, przysłuchując się wywrzaskiwanej wymianie zdań.

Nieoczekiwanie dla siebie samego Adam nagle się uspokoił. Popatrzył z pogardą na swoją szefową, na kolegów i koleżanki z pokoju, na zbiegowisko przy otwartych drzwiach i podjął decyzję. Odchodzi. Już, natychmiast! Wyjął z szafki w kąciku kuchennym swój ukochany kubek, schował go do plecaka i ukłonił się wszystkim szarmancko.

— Żegnam państwa i życzę dalszych sukcesów.

Ruszył do wyjścia. Niektórzy odwrócili głowy, jakby zawstydzeni, ale większość patrzyła bez skrępowania.

— A pan dokąd? — Pani Jadwiga zastąpiła mu drogę. — Opuszcza pan miejsce pracy bez pozwolenia!

— Mam w dupie pani pozwolenie.

Ominął ją i wyszedł. Nie zamierzał tu więcej wracać.

3

Ilona była bardzo niezadowolona. Tydzień temu Robert zlecił jej wybór kandydata do pracy w zespole organizacji szkoleń. Przesłał jej mejlem plik z wyselekcjonowanymi ofertami, grafik spotkań i wyjechał na tygodniowy zagraniczny urlop. Mówił, że musi odpocząć w samotności, ale dziwnym trafem w tym samym czasie na urlop wyjechała też Marta, nowa kierowniczka zespołu rekrutacji. Ilona nie była głupia, wiedziała, że to nie jest zbieg okoliczności. Słyszała szepty za swoimi plecami, kiedy przechodziła korytarzem, zauważyła, że milkną rozmowy, kiedy tylko pojawiała się niespodziewanie przy jakiejś grupce znajomych osób. Nie obchodziło jej to. Jej dni tutaj były już policzone, ale — na szczęście — nie przez Roberta, a przez nią samą. Znała już datę rozpoczęcia nowej pracy. Z radością czekała na chwilę triumfu, którą przeżyje, gdy oficjalnie oznajmi, że odchodzi. Wypowiedzenie mogłaby złożyć nawet i dzisiaj, ale chciała zobaczyć minę Roberta. Tego sobie nie odmówi. Poczeka na jego powrót.

Ciekawe, kto obejmie jej stanowisko. Chętnych na pewno nie zabraknie, ale prawdę mówiąc, nie widziała tutaj odpowiedniego kandydata. A właściwie co mnie to obchodzi? pomyślała złośliwie. To już nie mój problem. Robert z całą pewnością poradzi sobie z tym, jak zwykle wytrząsając jakiegoś asa z rękawa. Ma dużą rodzinę i liczne grono znajomych.

Teraz jednak musiała udać się na kolejne, na pewno bezowocne spotkanie z kolejnym, na pewno beznadziejnym kandydatem do pracy. Zlecenie przez Roberta uczestnictwa w tych rozmowach odczytała jako złośliwość z jego strony. Wiedział, że tego nie cierpi, i dotychczas to szanował. Aż do teraz.

Westchnęła ciężko i otworzyła teczkę z portfolio kandydata, który już na nią czekał w sali konferencyjnej na trzecim piętrze. Przebiegła wzrokiem informacje na temat wykształcenia, przebiegu pracy zawodowej, zainteresowań. Wyglądało nieźle, ale nauczona doświadczeniem wiedziała, że rzeczywistość najczęściej odbiega bardzo daleko od fantazji umieszczonej w CV. Dzisiaj ludzie nie wahali się przed użyciem kłamstwa, upiększali swoje nędzne osiągnięcia, byle tylko dostać się na rozmowę rekrutacyjną. Jakby nie wiedzieli, że wszystko można zweryfikować i sprawdzić. Polska mentalność — jakoś to będzie. Potem udzielali książkowych odpowiedzi na książkowo zadawane pytania. To nie był problem, wystarczyło poszperać w internecie.

Spojrzała na zdjęcie. Twarz wydała jej się znajoma, ale nie mogła sobie przypomnieć skąd. Westchnęła po raz drugi i poszła na to spotkanie jak na ścięcie.

Teraz siedziała naprzeciw kandydata i w skupieniu słuchała jego rzeczowych, cichych wypowiedzi. Gdy tylko weszła do sali konferencyjnej, gdzie na nią czekał, wiedziała, że już się spotkali. Przypomniała sobie nawet gdzie. Kilka miesięcy temu na konferencji dotyczącej coachingowego zarządzania personelem nawet przez przypadek trafili do jednej grupy roboczej. Podobał jej się ten młody i przystojny, trochę smutny człowiek. Miał ciekawe, nowatorskie spojrzenie na coaching, interesujące pomysły na rozwój swój i firmy, w której wtedy pracował, a także zniewalający uśmiech rozświetlający całą jego twarz. Dobrze im się rozmawiało, mówił z pasją i bardzo żywo, potrafił zainteresować słuchacza. Z przyjemnością słuchała jego wywodów. Umówili się wstępnie na spotkanie biznesowe, ale... No właśnie. Ani ona, ani on nie znaleźli na to czasu.

Dzisiaj żadne z nich nie dało po sobie poznać, że się znają. To dobrze, pomyślała Ilona, tak jest lepiej. Zerknęła na notatki rekruterki zrobione podczas pierwszej rozmowy: „Kandydat zamknięty w sobie, trudno do niego dotrzeć. Wydaje się, że jest mało zainteresowany tematem szkoleń. Indywidualista, nie rokuje dobrej współpracy z zespołem. Nie rekomendujemy zatrudnienia”.

Ciekawe, dlaczego Robert, mimo braku rekomendacji, zdecydował się jednak na drugie spotkanie? Ilona nie zgadzała się z opinią rekruterki. Młody człowiek siedzący przed nią był, według niej, najlepszym kandydatem. Miał wiedzę, pasję i chciał się rozwijać. To bardzo dużo.

— A czym pan się obecnie zajmuje? — zapytała jeszcze, choć była już zdecydowana.

— Od miesiąca nie pracuję — powiedział to jakoś smutno.

— Chce pan o tym porozmawiać? — Ilona sama nie wiedziała, dlaczego zadała to pytanie. Spojrzał na nią dziwnie i pokręcił przecząco głową.

— Nie będę ukrywał, że odszedłem w wyniku konfliktu z moją przełożoną, ale nie chcę o tym mówić — powiedział niechętnie w odpowiedzi na pytanie w jej oczach. — To nie byłoby fair. Wiele tam się nauczyłem i teraz z tego korzystam. Konflikty się zdarzają, a ja skłamałbym, gdybym powiedział, że był to stan ciągły. Po prostu w nieodpowiedniej chwili zbyt dużo zostało powiedziane przez obie strony i nie było już odwrotu.

Podobał jej się coraz bardziej. Lojalny do końca. To rzadka cecha. Uśmiechnęła się do niego z sympatią i podała mu rękę.

— Dziękuję panu za rozmowę. Odezwiemy się do pana.

Jakoś tak ironicznie drgnęły mu kąciki ust, ale nic nie powiedział, tylko uścisnął jej dłoń, skinął głową i wyszedł.

W dużo lepszym humorze wróciła do swojego gabinetu. Na dzisiaj koniec.

4

— I jak poszło? — spytała Ewka, przyjaciółka Adama, u której waletował od tygodnia, odkąd wyprowadził się z wynajmowanego mieszkania. Właśnie wróciła z pracy i wyciągała z torby zrobione po drodze zakupy.

— Jak zwykle kiepsko. — Adam był wyraźnie przygnębiony i nic nie było w stanie go rozchmurzyć, nawet batonik mars, który Ewka dla niego kupiła.

— Dlaczego tak uważasz?

W odpowiedzi wzruszył ramionami i usiadł ze smętną miną w fotelu.

— Jadłeś obiad?

Znowu wzruszył ramionami.

— Przecież nie będę cię objadał. — Obracał w dłoniach nierozpakowany batonik.

— A walnął cię ktoś? Tak dla otrzeźwienia? — Ewka wyjęła z lodówki gar pomidorowej.

— Nie, ale ty możesz walnąć. Tylko zrób to raz a dobrze.

— Naprawdę cię walnę! — zdenerwowała się.

Lubił ją. Nawet bardzo lubił. Przez kilka lat byli parą, potem to zepsuł głupim skokiem w bok. Przez jakiś czas nie utrzymywali kontaktów, Ewka była zbyt zraniona jego postępkiem i nie chciała go znać. Ale okazało się, że przyjaźń, na której zbudowali swój związek, była silniejsza od miłości. Adam wiedział, że Ewka nie przestała go kochać, ale nie narzucała się ze swym uczuciem. Zadowoliła się przyjaźnią. Prawdziwą, szczerą przyjaźnią. Zawsze mogli na siebie liczyć. „Gdybym była młodsza, powalczyłabym o ciebie, o nas — powiedziała mu kiedyś — ale nie jestem, więc nie będę ci pieprzyć życia. Widocznie musisz już iść swoją drogą, beze mnie. A mnie wystarczy to, co było”. Potem dodała, że były to najlepsze lata w jej życiu. I więcej nie wracała do tematu.

Teraz też go nie zawiodła. Pokiwała tylko głową i zapytała, co ma zamiar zrobić. Nie rozwodziła się, jak jego ojciec, nad okolicznościami, w jakich odszedł z pracy. Nie załamywała rąk, choć może w głębi duszy martwiła się o niego, jak zwykle, bo zawsze trochę mu matkowała. Bez słowa zrobiła dla niego miejsce w szafie i na półkach w łazience, pomogła w wyprowadzce ze znienawidzonego wynajmowanego mieszkania.

— Znajdziesz pracę, nie histeryzuj — uspokajała go i choć nie wierzył w to ani trochę, załamany brakiem odzewu na wysyłane przez siebie oferty, chciał, żeby to mówiła. Jej wiara w niego i w lepsze jutro była balsamem dla jego zbolałej duszy.

— Jedz — powiedziała i postawiła przed nim talerz dymiącej zupy.