Zgodnie z prawdą

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zgodnie z prawdą
Zgodnie z prawdą
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 38,59  30,87 
Zgodnie z prawdą
Zgodnie z prawdą
Audiobook
Czyta Artur Ziajkiewicz
4,99  3,69 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Danuta Awolusi, 2021

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie na okładce

© Buffy Cooper/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Iwona Szopa

Korekta

Małgorzata Denys

ISBN 978-83-8234-760-9

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Joasi, wspaniałej przyjaciółce

CZĘŚĆ I. NIEPEWNI

Rozdział 1


Pierwszy skurcz totalnie mnie zaskoczył. Halo! Niespodziewanie mam startować na planetę „Mama”? Przecież moją cesarkę zaplanowano na trzy dni później. Klara wyraźnie chciała już znaleźć się na świecie, szkoda tylko, że wcześniej uśpiła moją czujność. Taka jakaś grzeczna była ostatnio. Nie szamotała się jak małe kocię w worku, tylko rozdawała przyjacielskie kopniaki, jakby chciała przypomnieć, że w ogóle tam jest.

Nie pozostało mi nic innego, jak zacząć działać. Chwała Bogu, że mój mąż dopiero się pakował na sesję i mogłam go jeszcze złapać. Nie panikowałam, nic z tych rzeczy. Po prostu nie jest fajnie być samą w takiej chwili.

– Miłooosz! Chodź tu!! – wrzasnęłam ile sił w płucach. Zapewne usłyszeli mnie również sąsiedzi. Mama zawsze mówiła, że mam mocny głos: „Drzesz się jak chłop na wsi, który sprzedaje ziemniaki z wozu”. Nie mogłam się z nią nie zgodzić.

– Co się stało? – Wychylił się z łazienki bez koszulki. Na policzki położył krem do golenia.

– Mam skurcze. Zaczęłam rodzić. Jedziemy do szpitala?

Wytrzeszczył oczy, jakbym zaczęła emanować magiczną poświatą.

– Rodzić? Przecież...

– Tak, wiem. Ale jak widać, Klara chce mnie jednak trochę pomęczyć i przyjść na świat już teraz. Bez skalpela. Nieźle się zaczyna, co nie?

– Chryste! Szybko do samochodu. Zadzwonię z trasy i odwołam sesję! – Miłosz wziął się w garść. Na jego przystojnej, poważnej twarzy odmalowało się zdecydowanie. Lubiłam, kiedy przejmował inicjatywę i otaczał mnie opieką. To mało powiedziane: właśnie za to go kochałam. Ogarniał moje nieogarnięcie równie wybujałe jak nieokiełzana burza loków, którą każdego ranka musiałam poskramiać. Zazwyczaj długie, kasztanowe sprężyny zwijałam w kok, bo w przeciwnym razie grzały mnie mocniej od wełnianej czapki, założonej w środku lata.

– Spokojnie. Na razie skurcze są łagodne. Klara nie wyskoczy niespodziewanie jak klaun z pudełka. Trochę jej to zajmie. – Mówiąc te słowa, poczułam jeszcze jeden skurcz: tym razem nie był to ból porodowy. To stres, który pojawił się w dniu, gdy poszłam do ginekologa, żeby potwierdzić ciążę.

*

Nie powiedziałam wtedy Miłoszowi, że idę do lekarza. Nie pisnęłam nawet słowa. Testy (a zrobiłam ich aż cztery) wyrzuciłam do śmietnika przy furtce, nie do kosza w łazience; nie kupiłam też bucików, żeby zrobić mu niespodziankę. Najpierw musiałam poważnie pogadać z lekarzem. Jadąc do przychodni, klepałam zdrowaśki, choć nie jestem religijna, w intencji niepotwierdzenia własnych obaw.

Jak się przekonałam, ani Maryja (niepokalana dziewica, więc w sumie czego się spodziewałam?), ani nikt inny z góry nie zadziałali na moją korzyść. Prośba została oddalona i nie wpisana do rejestru.

– Jest pan doktor pewny, że właśnie wtedy doszło do zapłodnienia? – Gdy podał mi swoje obliczenia, zestrachałam się tak mocno, że zaczęłam się obawiać poronienia. Musiałam wziąć kilka głębszych oddechów, a później na osobności postanowić, co dalej.

– Tak, pani Patrycjo. Tak sprawa wygląda. Poród przewiduję na drugi tydzień listopada. Tylko proszę mieć na uwadze, że to tylko orientacyjny czas, bo z dziećmi nigdy nic nie wiadomo. W każdym razie na mikołajki dzidzia na pewno będzie już z wami.

– Mhm… Chrząknęłam, a następnie zatopiłam się w myślach, o jakie doktor Roznerski by mnie nie podejrzewał. Znał mnie od wielu, wielu lat, ale i tak w życiu by nie odgadł, co właśnie w tamtej chwili zaprzątało moją głowę. Tylko ja wiedziałam, kto tak naprawdę jest ojcem dziecka.

– Cieszę się, że tak się pani układa. Niedawno ślub, a teraz ciąża! Idealnie, prawda? – Pan doktor miał doskonały humor.

– No. Idealnie – przytaknęłam ironicznie.

– To już najwyższa pora, by rodzić. Organizm nie młodnieje!

– Panie doktorze, teraz kobiety rodzą nawet po czterdziestce. – Przewróciłam oczami, bo doktor Roznerski miał bardzo konserwatywne podejście do wielu spraw. – A ja mam dopiero trzydzieści dwa. Jak będę chciała, urodzę jeszcze piątkę.

Zachichotał, stukając w klawiaturę komputera.

– Piątka to wyzwanie, ale ja jestem gotowy prowadzić każdą pani ciążę. Zawsze będę miał dług u Adamowiczów.

– U mnie nie ma pan żadnego długu. U moich rodziców również, zaręczam.

Mama dała mu parę lat temu kosmiczny rabat na organizację wesela. To była skromna uroczystość na pięćdziesiąt osób. Jego drugi ślub. Lubiłam myśl, że jako wdowiec po wielu latach zdołał znaleźć miłość. Przynajmniej nie musiał starzeć się sam, ale w towarzystwie ukochanej osoby. Jego żona również była lekarzem, poznali się na sympozjum.

– No dobrze. To teraz pani opowiem co i jak, dam broszurkę do przeczytania. I proszę do mnie wracać, będziemy się badać.

Po wizycie u lekarza zabrałam samą siebie na kawę i wielkie ciastko. Stres, niestety, nigdy nie odbierał mi apetytu. Mogę jeść o każdej porze dnia i nocy, zawsze mam na coś ochotę. Co ciekawe, tłuszcz odkłada się w moim ciele dosyć łaskawie, jak na duże ilości kalorii, które pochłaniam. Mam wielki tyłek, pokaźny biust i wąską talię. Przy niskim wzroście faktycznie można nazwać mnie klepsydrą. Żaden powód do radości! Znaleźć spodnie na taką figurę graniczy z cudem. Właśnie z tego powodu musiałam się nauczyć szyć na maszynie. Serio, to ratuje mi życie.

Wstąpiłam do Słodkiej Strefy, mojej ulubionej cukierni, która została otwarta w Redzie raptem kilka miesięcy temu. Gdy moja mama zobaczyła, jak wieszają szyld, popędziła do nich szybciej niż przestraszony zając. Akurat szukała nowego partnera, który dostarczałby ciasta na wesela.

– Cześć, Pati! – Właścicielka, dziewczyna w moim wieku, dwoiła się i troiła, pucując ladę chłodniczą. – Dobrze, że jesteś. Weźmiesz dla mamy próbki ciast?

– Pewnie. – Wlepiłam pożądliwe spojrzenie w witrynę. – Nie znoszę cię, wiesz? – burknęłam, bo moje ślinianki zaczęły właśnie pracować jak szalone. A może to był już głód ciążowy?

– Nie jęcz, jeszcze żadne nasze ciastko ci nie zaszkodziło. Co najwyżej sprawiło, że wyglądasz jak Jennifer Lopez po ostrej trwałej.

Nie mogłam powstrzymać się od śmiechu.

– No dobra. Dzisiaj mogę sobie pozwolić na więcej.

– Świętujemy coś? – Rzuciła mi badawcze spojrzenie. Śmiało spojrzałam jej w oczy. Moja pokerowa mina nic jej nie mogła zdradzić.

– Nie. Po prostu jestem bardzo głodna i specjalnie nic nie jadłam, żeby napchać się u ciebie jak prosię. Dlatego ładuj mi tu tartę mango, sernik oreo i... na wynos kawałek sernika z solonym karmelem. A do tego oczywiście cappuccino.

Uwielbiałam ich lokal. Gdy go otworzyli, pomyślałam, że Reda to miasteczko idealne. Wszystko tu mieliśmy: widoki jak z pocztówki, blisko do morza, fajne kawiarnie, superludzi. Kiedyś myślałam, że po szkole, jak wielu moich znajomych, wyniosę się do Trójmiasta. Ale nie, moje miejsce było w Redzie. Nawet wszechświat mi to podpowiadał, bo pół roku wcześniej siostra mojej matki niespodziewanie wyjechała za granicę na stałe i przepisała na mnie swój mały domek. To się nazywa prezent ślubny!

– Dobra. Siadaj sobie, zaraz wszystko ci przyniosę.

Klapnęłam na wysokim stołku, pod szybą, żeby Kasia nie mogła obserwować mojej twarzy. Miałam zamiar jeść słodkie ciastka i poukładać sobie wszystko w głowie. To mogło mi zająć godzinę, a może kolejny rok, dlatego koniecznie potrzebowałam dużej porcji cukru, żeby cały proces przebiegł pomyślnie.

Gdy Kasia postawiła przede mną tartę i sernik, zastanawiałam się, od czego zacząć. Może od tego, że mój mąż Miłosz nie był ojcem dziecka, które właśnie zaczynało we mnie rosnąć? Tak, to zdecydowanie był problem i pomimo mojego pogodnego usposobienia przerażenie oraz poczucie winy otaczały mnie jak zbiry w ciemnym zaułku.

Tarta była cudownie słodka i kremowa. Skupiałam się na jej smaku, żeby gorycz myśli nie zdołała się przebić.

Powiedzieć mu? Czy w ogóle komukolwiek mówić? Nie, najlepiej dać sobie czas, uznałam. Gdy robiłam rzeczy na spontanie, zazwyczaj tego żałowałam. Czasem tak bardzo dotkliwie, że szkoda słów. Dlatego postanowiłam, że najpierw wtajemniczę Miłosza w swój stan, a później poczekam na odpowiedni moment, by powiedzieć mu, jaka jest prawda. Oby tylko nie czekał mnie drugi rozwód. Byłam stanowczo za młoda, żeby mieć na koncie kolejne nieudane małżeństwo, a do tego dziecko przy piersi.

Westchnęłam, zbierając opuszką palca resztki spodu tarty. Zanim zdążyłam wyobrazić sobie, jak Miłosz zareaguje na to wszystko, wbiłam widelczyk w pulchny sernik.

Rozdział 2


Pierwszy raz wychodziłam za mąż trochę na wariata (ale nie za!). To znaczy nie w kwestii przygotowań: tu rodzice zadbali, żeby o tym ślubie mówiono na całych Kaszubach. Dwieście zaproszonych osób na wesele. Ja w przepięknej sukni (wyglądałam jak przerośnięta beza). Na salę zajechaliśmy dorożką, a przed kościołem wypuszczono stado białych gołębi. Impreza skończyła się o czwartej rano, odsypiałam ją przez cały tydzień. Nie chciałam takiej pompy, ale gdy twoi rodzice prowadzą dom weselny z hotelem, trochę nie masz wyjścia. W tym wypadku szewc uszył sobie najlepsze, najdroższe buty i paradował w nich jak na pokazie mody. Byłam modelową panną młodą. I taką też miałam być żoną.

 

Mówiąc na wariata, miałam na myśli siebie i Krzyśka. Moja pierwsza, wielka miłość. Facet, za którego dałabym się pokroić i którego zawsze byłam pewna. Nigdy się nie wahałam, czy to ten jedyny, choć cały nasz związek przypominał upalne, duszne lato: albo gorąco jak w piekarniku, albo burze z piorunami, które wyrywają drzewa. Tacy byliśmy: nie mog­liśmy bez siebie żyć, ale zrywaliśmy średnio co pół roku. Problem tkwił w tym, że obydwoje mieliśmy temperamenty niczym wkurzony instruktor tańców latynoamerykańskich. A Krzysiek, dodam, nigdy nie zdołał wydorośleć. Może źle go oceniam, to wyłącznie moje zdanie, ale on zawsze wyznawał trzy zasady: impreza, dobre jedzenie i jak najmniej obowiązków. Dlatego moja mama nigdy nie zdołała go polubić. Gdy jej powiedziałam, po trzech latach małżeństwa, że wracam do domu i się rozwodzę, tylko uniosła brwi i pokręciła głową. Nawet nie próbowała mnie przekonać, że warto zawalczyć o ten związek. Miałam jej to później za złe.

W każdym razie ja i Krzysiek byliśmy burzliwą parą. Nie wiem, jakim cudem w naszym wynajmowanym mieszkaniu drzwi nie powypadały z futryn, bo trzaskaliśmy nimi namiętnie kilka razy dziennie. A później, w ramach przeprosin, lądowaliśmy w łóżku. To wszystko męczyło mnie strasznie, ale jednocześnie uwielbiałam to życie. Lubiłam być w tym ogniu, czułam, że nikogo nie muszę udawać.

Krzysiek zaraz po szkole otworzył wypożyczalnię samochodów (rodzice wsparli go finansowo), a w garażu założył minibrowar. Wraz z przyjaciółmi przesiadywaliśmy tam przez całe lato, rok za rokiem. Beztroska była pyszna jak lody włoskie z automatu. Nie musieliśmy się o nic martwić. Ja pracowałam u rodziców (o tym później), on miał swój biznesik, w domu wszyscy zdrowi. Czego więcej mogliśmy pragnąć? Korzystaliśmy z tego, co mieliśmy, nie ruszając się praktycznie z miejsca.

Któregoś lipcowego wieczoru zaprosiliśmy znajomych na posiadówkę. Nic niezwykłego, robiliśmy tak raz, czasem nawet dwa razy w tygodniu. Impreza rozkręciła się mocniej niż zwykle. Krzysiek zaproponował, żebyśmy poszli nad Redę i wskoczyli na golasa do rzeki. CAŁY ON.

– Na łeb upadłeś? Piłeś, utopisz się! – krzyknęłam, ale tak naprawdę śmieszyło mnie to. Krzysiek był zabawny i spontaniczny. O nudzie między nami nie mog­ło być mowy.

– Idziemy! Bierzcie browary i w drogę! – zadecydował i wszyscy, jak zwykle, ruszyliśmy za nim.

Było nas chyba z dziesięć osób, a wśród nich Marzena, nasza wspólna koleżanka ze szkoły. Zresztą wszyscy znaliśmy się od podstawówki i pewnie dlatego stanowiliśmy tak zgraną ekipę. Już dawno skończyliśmy szkołę, a większość znalazła pracę gdzieś w Trójmieście. Nie uśmiechało im się codziennie dojeżdżać, więc woleli mieszkać w Gdyni albo Sopocie.

Marzeny nie nazwałabym przyjaciółką, byłyśmy po prostu koleżankami, które lubią swoje towarzystwo, ale nie zwierzają się sobie z najgłębszych sekretów. Kiedyś jej nawet nie lubiłam, jeszcze w liceum. Później jednak wydoroślałam i wyleczyłam się z bezzasadnej niechęci wobec ludzi, bo ja ogólnie bardzo ich lubię.

Dotarliśmy nad rzekę piechotą. Wesoła wycieczka przemierzyła kilka ulic i dotarła do polany, z dala od jezdni. Chłopacy od razu zaczęli zdejmować ubrania, świecąc gołymi tyłkami w ciemności. My natomiast zostałyśmy w bieliźnie.

– Szlag, ale komary żrą. Może lepiej wracajmy? Jutro będę wyglądać, jakbym miała ospę – rzuciłam do Marzeny, która kiwała się na boki, jak gdyby ktoś zaczął grać na gitarze i śpiewać. Dopiero wtedy zauważyłam, że naprawdę mocno się zaprawiła. Jak nigdy. Jej wzrok stał się szklisty. Stała z butelką piwa w ręce i gapiła się na chłopców, ze smętnym uśmiechem na ustach.

– Ja pierdolę. Miał większego. – Zachichotała, gdy zaczęli kręcić piruety, dyndając przyrodzeniami. Odwróciłam szybko wzrok, onieśmielona tym widokiem.

– Ale kto? Jacek?

– Jacek-wacek. – Znów zaczęła się śmiać. – Nieee, twój mąż.

– Czemu się gapisz na fiuta mojego męża? – Chciałam ją szturchnąć, ale jej wyraz twarzy zbił mnie z tropu. Posmutniała. – Hej, Marzena, wszystko gra?

Podeszłam do niej, bo zaczęła się zataczać. Łapała równowagę, jakby ziemia robiła wszystko, by uciec jej spod stóp.

– Nic nie gra, Pati – bąknęła.

– Chyba będziesz rzygać. Lepiej teraz niż później. Wezwać taksówkę? Chodź, pójdziemy na drogę i zamówię taksę.

Sama też sporo wypiłam, ale zawsze szczyciłam się mocną głową. Nigdy nie urwał mi się film, dlatego byłam zmuszona ogarniać Krzyśka. Ten to nigdy nie pamiętał, jak się znalazł w domu.

Marzena objęła mnie ramieniem i stawiała chwiejne kroki. Była wyższa niż ja (każdy był), więc miała utrudnione zadanie. Zostawiłyśmy za sobą rozbawione towarzystwo, które właśnie zaczęło pluskać się w Redzie. Miałam nadzieję, że woda ich otrzeźwi i nikt się nie podtopi. Byłoby fatalnie, gdyby nasze miasto zamieniło się na chwilę w plan CSI: Kryminalne zagadki Redy. Tytuł odcinka: Jakim cudem banda dorosłych facetów utopiła się w płytkiej wodzie? To na pewno musiało być morderstwo.

– Pamiętasz, jak byliście narzeczeństwem? Ty i Krzysiek – zaczęła Marzena dziwnym tonem. – Pamiętasz?

– No jasne – burknęłam, coraz mniej zadowolona z tego, co się dzieje. Wyglądało na to, że jako jedyna zachowałam trzeźwość umysłu. Cała reszta wyglądała jak przedszkole wypuszczone do lasu bez opieki.

Było mi coraz bardziej niewygodnie. Postanowiłam, że klapniemy sobie na chwilę na trawie, żeby nabrać sił. Opadłyśmy na ziemię jak dwa klocki drewna.

– Ja ci muszę o czymś powiedzieć – wyszeptała nagle. Zapadła cisza. Słyszałam cykanie świerszczy i radosne piski dobiegające znad rzeki. Jednak pomiędzy mną i Marzeną panowało duszne milczenie. Jakiś instynkt kazał mi uważniej wsłuchiwać się w to, co do mnie mówi.

– Marzena, dobrze się czujesz? – Nie brałam na poważnie jej zachowania.

– Sypialiśmy wtedy z Krzyśkiem. Trzy razy. Nie mówiłam ci, ale teraz mówię – wypaliła i od razu załkała. Przez moment myślałam, że puściła pawia, ale nie. Chyba walczyła ze łzami.

Tymczasem ja poczułam się tak, jakby wyjęła zza pleców patelnię i zdzieliła mnie w głowę.

– Co ty pieprzysz? – parsknęłam. Zrobiło mi się strasznie gorąco i nie miało to nic wspólnego z upałem.

– Pieprzę? Wtedy tak. Teraz już nie, po waszym ślubie ani razu. – Zbliżyła się do mnie, zionąc zapachem piwa. – Przepraszam! Wybaczysz mi? Baaardzo przepraszam.

Panika zapukała do mojego serca. To, co wygadywała Marzena, było absurdalne, prędzej bym uwierzyła, że w Redzie można zobaczyć wieloryba. Gdy jednak dziewczyna wybuchła płaczem, zrobiło się jeszcze dziwniej.

– Dobra. Wezwę ci taksówkę. Okej? – Chciałam jak najszybciej zakończyć całą akcję i odetchnąć. Myśli mieszały mi się w głowie, szok nie pozwalał wysuwać żadnych wniosków.

Załadowałam ją do taryfy jak worek z mąką. Marzena praktycznie straciła przytomność. Całe szczęście znałam kierowcę i mogłam mu zaufać. Pan Michał kursował w okolicy od lat.

– Zapłacę za nią i proszę pod adres. Pomoże jej pan wysiąść?

– Nic się nie martw, pomogę. Znam jej matkę, już widzę, jak będzie ględziła. – Zaśmiał się pod wąsem i ruszył.

Mój problem odjechał, oświetlając ciemną, piaskową dróżkę. Za to ja zostałam sama, otoczona chmarą wygłodniałych komarów i własnych, niemniej krwiożerczych myśli.

Wróciłam nad Redę. Starałam się nie analizować tego, co powiedziała Marzena, ale wyobraźnia podsuwała mi straszne obrazy. Krzysiek i Marzena w łóżku...? Między nami było różnie, ale kochaliśmy się na zabój. Nikt trzeci nie był nam potrzebny! Marzenie musiało się coś pomylić. To znaczy, owszem, była bardzo atrakcyjna. I wiedziałam, że podoba się wszystkim, nawet mnie. To jednak nie powód, by uwierzyć, że...

– Krzysiek!!! – wrzasnęłam. – Wracamy!

Nie było łatwo zataszczyć go do mieszkania. Dużo wypił i słabo kontaktował. A we mnie wściekłość rosła i rosła, ale nie wiedziałam jeszcze, co z nią zrobię.

Gdy wchodziliśmy do mieszkania, pozwoliłam sobie szarpnąć małżonkiem w taki sposób, by wpadł na framugę i boleśnie rąbnął się w sam środek czoła. Mściwa satysfakcja szybko mnie opuściła. Obawiałam się, że jeżeli to wszystko, co usłyszałam, okaże się prawdą, zabiję go własnymi rękami.

– Ooooo – zajęczał, ale szedł dalej.

– Śpisz dzisiaj na kanapie – warknęłam. Nie musiałam nic mówić, bo Krzysiek i tak nie dałby rady dojść do sypialni. Zaległ na naszej małej sofce i odpłynął. Na jego czole zaczęła dojrzewać mała śliwka.

– I dobrze ci tak, sukinsynu.

Wlazłam pod prysznic i zaczęłam płakać. Dawno nie ryczałam w taki sposób. Całym ciałem wstrząsały spazmy, a żołądek ciągle ściskały bolesne skurcze. Mog­łam sobie wmawiać, że Marzena bełkotała po pijaku, ale przecież nie wymyśliłaby czegoś TAKIEGO. Chrystusie... Czy ja brałam udział w castingu do tego pieprzonego dramatu? Nie, nawet się nie wpisywałam na listę, a tu nagle główna rola.

Kierowana nagłym przypływem wściekłości wyskoczyłam z łazienki, ociekając strumieniami wody. Paliła mnie żądza, żeby już teraz złapać go za fraki i wypieprzyć z mieszkania. Co za...!!! Marzena twierdziła, że spali ze sobą jeszcze przed naszym ślubem, co oznaczało, że przez trzy lata żyłam w niewiedzy. To podawało w wątpliwość wszystko. Przekreślało dekadę naszego związku. W dupie miałam, jak wiele nas łączyło i jaką namiętną parą byliśmy. Przez mój gniew i ból przebijała się tylko jedna myśl: nigdy nie zdołam mu wybaczyć. Nigdy!!!

Podeszłam z furią do śpiącego winowajcy i brutalnie szarpnęłam go za ramię.

– Obudź się! Ty kłamco!! JAK MOGŁEŚ?! – wrzeszczałam ile sił w płucach, ale on tylko rozchylił powieki. Wzrok miał mętny, nic do niego nie docierało. – Pijany jak świnia! BRZYDZĘ SIĘ TOBĄ – syknęłam. Czekała mnie bezsenna, pełna gorzkich łez, noc.

– Auuuuu. – Krzysiek stęknął i złapał się za czoło. Zapewne bolała go nie tylko wielka śliwa na czole, ale też całe ciało, bo nasza sofa należała do wyjątkowo niewygodnych. Do tego dochodził paskudny kac, bo impreza wymknęła się spod kontroli.

Późnym rankiem siedziałam naprzeciw mojego zdradzieckiego męża na fotelu, który dostaliśmy w prezencie od rodziców. Wpatrywałam się w faceta, który przez ostatnie dziesięć lat był mi tak cholernie bliski. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, jak bardzo byłam z nim zżyta.

– Krzysiek, muszę cię o coś zapytać – zaczęłam ostro, bo ze wszystkich uczuć, które kotłowały się we mnie od wczorajszego wieczoru, na prowadzenie wciąż wysuwała się złość. Dosłownie dzwoniła mi pomiędzy zębami, szczęki nerwowo uderzały o siebie, a nozdrza falowały.

– Pati... – wychrypiał. – Przyniesiesz mi lód i coś do picia? Zdycham. Jezu, co się wczoraj działo? Łeb mi napieprza. Wdałem się w jakąś bójkę czy coś?

Zmrużyłam oczy.

– Nie. Wpadłeś na drzewo.

– Drzewo? – Zawiesił się, próbując najwyraźniej odtworzyć to zdarzenie w pamięci. Szybko się poddał. – Pati, miej litość, błagam. Lód!

– Krzysiek! – Za moment miałam wpaść w szał. – Spałeś z Marzeną??

– Co? – pisnął. – Co?

– Gadaj zaraz, bo... gadaj!!

– Pati, ja tu umieram, a ty...

– Powiedziała mi!!! Nie kłam, mów prawdę. TERAZ. Tylko to może cię uratować. Kumasz?? – ostatnie słowa wyplułam przez zaciśnięte zęby. Zamieniłam się w wielką kulę gniewu. Do serca wdarła się nienawiść. Nagle Krzysiek wydał mi się paskudny, jego twarz stała się przebiegła. Co za oszust! Może nie tylko z Marzeną miał romans? Nachodziły mnie coraz straszniejsze myśli.

Usiadł, pojękując przy każdym ruchu. Nie spojrzał mi w oczy, nawet nie podniósł głowy. Szkoda, zobaczyłby spakowaną walizkę przy drzwiach. W tamtym momencie wiedziałam już, że żegnamy się na zawsze. Znaliśmy się kopę lat, byliśmy blisko siebie, nawet w chwilach rozstania. Obydwoje wiedzieliśmy, że wrócimy do siebie, ale tym razem wszystko wyglądało inaczej. Nigdy nie czułam się tak źle, nigdy nie zostałam zdradzona. Moje proste jak dotąd życie zwinęło się niczym serpentyna.

Nie miałam nigdy innego faceta poza Krzyśkiem, a on nie miał innej dziewczyny. I nagle okazało się, że jednak ja nie wystarczałam.

 

– Patrycja, posłuchaj... Możemy pogadać, jak się lepiej poczuję? Serio, nie mogę nawet zebrać myśli.

– Ja pierdolę, czyli JEDNAK!!! – Zerwałam się gwałtownie na nogi. Nie musiałam usłyszeć ani słowa więcej.

– Czekaj! Dokąd idziesz? PATI! – wołał za mną, ale się nie podniósł z kanapy.

Zatrzasnęłam z furią drzwi. Mogłabym odwrócić role i wywalić go na zbity pysk, ale żałowałam energii na szarpaninę. Miałam dokąd pójść, a oglądanie go choćby minutę dłużej mogło zaowocować morderstwem w afekcie. Niestety, nie nadawałam się do kryminału. Przy każdym myciu głowy wszędzie walałyby się moje włosy – w żadnym więzieniu nikt by tego nie wytrzymał.