Twoja wina

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Danuta Awolusi, 2020

Projekt okładki

Sylwia Turlejska

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce

© Mohamad Itani/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8169-931-0

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Mojej mamie, Urszuli

Teraz

Marcelina minęła dyżurkę pielęgniarek. Jedna z nich, starsza, przysadzista Teresa, skinęła jej głową na powitanie.

– Dzień dobry, pani Teresko – rzuciła w jej stronę.

– A dzień dobry. Pani znowu sama?

Marcelina uśmiechnęła się w odpowiedzi, a pielęgniarka tylko pokręciła głową na znak dezaprobaty. Lubiła tę dziewczynę, tym bardziej że od września miała zostać wychowawczynią jej wnuka. Cieszyła się, że malec będzie pod opieką kogoś, kto ma serce we właściwym miejscu. Poza tym, podobało jej się, że Marcelina okazuje tak duże zainteresowanie właściwie obcej osobie. Wiedziała o tym od Hanki, która również pracowała w tym szpitalu jako pielęgniarka – tak się złożyło, że właśnie tu leżała jej babka.

Gabinet lekarski znajdował się po drodze do sali numer pięć. Marcelina miała szczęście i akurat natknęła się na lekarza prowadzącego.

– Czy z babcią coś wiadomo? – zagadnęła go standardowo.

– Jest osłabiona przez zapalenie płuc. Ale myślę, że za tydzień ją wypiszemy. Tylko proszę ją namówić, żeby piła wodę. Ciągle odmawia.

– Oczywiście. Dziękuję. – Dziewczyna podążyła szybkim krokiem w kierunku sali.

Babcia Gabrysia przywitała ją słabym uśmiechem, Marcelina wątpiła nawet, czy chora w ogóle ją rozpoznała. Ostatnio staruszka jakby nie zdawała sobie sprawy z tego, kto do niej przychodzi. Jej stan był poważny. Babcia bez wątpienia kroczyła swoją ostatnią ścieżką, marząc już tylko, by poczuć ulgę. Na samą myśl o tym Marcelinie zaciskało się gardło ze wzruszenia. Babcia Gabrysia była serdeczną, pełną dobroci kobietą. Miała w sobie ciepło, które ogrzewało innych, nawet jeżeli nie należeli do rodziny. A Marcelina nie należała – jeszcze. Czy chciała? Oczywiście. O niczym innym nie myślała od kilku ostatnich miesięcy.

Niestety, ani matka Adama, ani tym bardziej jego siostra nie należały do osób odnoszących się z sympatią do innych ludzi. Tyle Marcelina zdołała zauważyć, choć nie znała obu zbyt dobrze. Nie przejmowała się tym, przecież jeszcze będzie czas, aby zaskarbić sobie względy przyszłej teściowej. Nie chodziło również o to, że Katarzyna traktowała ją z góry albo była nieuprzejma. Po prostu tak dziwnie patrzyła, jakby chciała ją przerazić, co w sumie się udawało. Marcelina unikała jej towarzystwa, nawet nie było to trudne, bo nie miały okazji do spotkań. Mimo to chciała należeć do tej rodziny. Adam bez wątpienia był tym, na którego czekała przez całe życie.

Babcia Gabrysia szybko zaskarbiła sobie jej miłość. Niby obca, a jednak bliższa niż Eugenia, rodzona babka Marceliny ze strony ojca. Choć stan zdrowia Eugenii także gwałtownie się pogorszył, Marcelina nie potrafiła współczuć jej z taką samą mocą i zaangażowaniem. Odnotowała w pamięci, że ją również trzeba jak najszybciej odwiedzić.

– Kociku. Cesia, moje słoneczko. Chodź tu, dziołszka. Czekałam na ciebie. – Gabriela wyciągnęła dłoń. Marcelina podeszła i uścisnęła rękę staruszki, wkładając w to cały swój żal i strach.

– Babciu, jak się czujesz? – szepnęła. Na więcej nie było jej stać.

– Dziołszka, jak dobrze, że przyszłaś.

– Babciu… – Na widok łez Gabrieli Marcelina natychmiast straciła panowanie nad sobą. A przecież nie chciała płakać, bo płacz w szpitalu zawsze pogarszał wszystkim nastrój.

– Kociku. Dziołszka – powtórzyła już któryś raz Gabriela, z trudem wymawiając każde słowo.

Ktoś, kto rozmawiał z nią po raz pierwszy, nie potrafiłby jej zrozumieć, bo babcia zniekształcała poszczególne wyrazy, jednak Marcelina często tu przychodziła. O wiele częściej niż chociażby rodzony wnuk Gabrieli.

Adam zawsze powtarzał, że oglądanie babci w tak złym stanie całkowicie go przerasta. Gdy to mówił, z jego oczu biła rozpacz, więc Marcelina nigdy nie naciskała. Każdy ma prawo przeżywać cierpienie po swojemu. Dla niej kontakt z umierającą, choć tak trudny, jednocześnie był bezcenny.

– Jadłaś coś dzisiaj? – zapytała Marcelina, ocierając policzki. Łzy przyniosły jej ulgę i pozwoliły odzyskać głos. Choć tyle dobrego.

– Cesia, słuchaj, kociku… – Babcia Gabrysia znów złapała ją za rękę. Widać było, że bardzo chciała coś powiedzieć, choć sformułowanie jakiejkolwiek myśli kosztowało ją sporo wysiłku.

– Spokojnie. Nie denerwuj się, jestem tutaj.

– Wiem, wiem. Ale słuchaj, dziecko… Adaśko… – Staruszka urwała, łapiąc powietrze. Wyglądała na bardzo przejętą. Marcelina podała jej wodę. Chora upiła łyk i najwyraźniej nie zamierzała się poddawać.

– Adaśko, ten chłopiec. Kociku…

Można by uznać, że babcia bredzi. To był bełkot osoby po trzech udarach, z którą kontakt stawał się coraz bardziej ograniczony. Jednak w oczach Gabrieli połyskiwała ogromna determinacja, zmuszająca dziewczynę do uważnego wsłuchiwania się w każde słowo.

– Babciu, spokojnie. Powiedz jeszcze raz. Mamy czas, nie spiesz się.

Gabriela zacisnęła powieki i rozluźniła się cała. Po chwili łagodnie pokręciła głową.

– Dziołszka, nie wychodź…

– Nigdzie nie idę. Jestem tutaj, dopiero przyszłam – odparła miękko Marcelina. Wzruszyło ją, że babci zależy na jej obecności.

– Za niego.

Te dwa słowa miały piorunującą moc, Marcelina z przejęcia wstrzymała oddech. Czy dobrze usłyszała? Niemożliwe. To musiał być przypadek. Śmieszna gra słów.

– Babciu, może coś zjesz? Przyniosłam jogurt. – Zmieniła temat.

– Nie. Wychodź. Za niego. – Tym razem Gabrieli udało się złożyć całą wypowiedź. Marcelina zagryzła wargę. Czy babci aż tak bardzo pomieszało się w głowie?

– To co, jemy ten jogurt? – zapytała drżącym głosem.

Nie chciała drążyć dziwnego ostrzeżenia Gabrieli. Po tych słowach babcia wyraźnie się rozluźniła, co pokazywało, jak bardzo chciała to powiedzieć Marcelinie. Czy w nieistotne stwierdzenia wkłada się tyle wysiłku? Marcelina głośno wypuściła powietrze. Cała sytuacja wydawała się co najmniej dziwna.

– Teraz już wiesz. Ty jesteś dobra dziołszka – wykrztusiła z siebie chora.

Przez następne minuty babcia śledziła ją wzrokiem, posłusznie zjadając kolejne łyżeczki jogurtu. I znów nie było to zamglone spojrzenie kogoś, kto bredzi. Te oczy mówiły jeszcze więcej niż słowa. Błagały ją.

Nie wychodź za niego. Tylko dlaczego? Na dalsze wyjaśnienie nie starczyło sił. Gabriela, wyczerpana, zasnęła.

Dziewczyna wybiegła ze szpitala, potykając się o własne myśli. Dziwne słowa babci wciąż dźwięczały nieprzyjemnie w jej głowie, dopominając się o uwagę. Kiedy jednak zobaczyła, jak Adam wysiada z samochodu i uśmiecha się promiennie na jej widok, wszelkie wątpliwości znikły bez śladu. Zostały za szpitalnymi drzwiami, a może tylko tak jej się wydawało.

– Jak babcia? – zapytał ze stosowną powagą.

– Dzisiaj dobrze. Choć... – Urwała, nie wiedząc, co właściwie chce mu powiedzieć.

– Coś się stało?

– Nie. Po prostu szybko się zmęczyła. Teraz śpi.

Pocałował ją z czułością i Marcelinę znów przeszedł dreszcz. Sam widok Adama potrafił wywołać w niej drżenie. Gdy wsiadła do auta, wiedziała już, że nie ma czym się martwić. Nie mogła spotkać nikogo lepszego niż on, babci po prostu musiało coś się pomylić.

Rozdział 1

Niecały rok wcześniej życie Marceliny nabrało nowych barw. Stało się intrygujące jak przepyszna potrawa, której skład nie jest nam do końca znany. Być może nawet zima w lipcu zaskoczyłaby ją odrobinę mniej niż to, co ją spotkało.

Karo wychodziła za mąż. Za chłopaka, którego poznała jeszcze w podstawówce i z którym była od gimnazjum. Marcelina przyjaźniła się z nimi od lat, więc wiadomość o zaręczynach nie stanowiła niespodzianki. Właściwie to nawet zalatywało nudą. Taki przechodzony związek, z kimś, kto po tak długim czasie jest już chyba bezpieczną opcją, a nie szaloną miłością. Choć z drugiej strony Karo naprawdę kochała narzeczonego i wydawała się bardzo zadowolona ze zbliżającego się ślubu. Bardziej niż Marcelina, która od dawna nikogo nie miała. Nie czuła z tego powodu żalu, ale stała się jedną z ostatnich singielek w towarzystwie. Dziewczyny ze studiów często żartowały, że czeka na miłość od pierwszego wejrzenia. Albo też na cegłę, która walnie ją któregoś dnia w głowę i wybije pomysł czekania na kogoś wyjątkowego. Być może po cichu jej zazdrościły, że uzbroiła się w tak wielką cierpliwość. Nie bierze pierwszego lepszego Zenka, który wciąż jest synkiem mamusi. Czy też Janka, który nie potrafi posprzątać skarpetek ani zrobić sobie kanapek do pracy. Albo, co gorsza, Artura, z którym było się od zawsze, zatem niczym nie może już zaskoczyć.

– Gotowa na wieczór pełen wrażeń, nagich mężczyzn i strumieni alkoholu? – Daria powiększyła i tak już głęboki dekolt i poprawiła diabelskie rogi, tkwiące na jej głowie niczym korona. Motywem przewodnim wieczoru panieńskiego stały się diablice. Kobiety z piekła rodem, które uwodzą samców, ale same za nic nie pozwolą się uwieść. Obowiązywały małe czarne, szpilki, czerwona szminka na ustach i oczywiście rogi, kupione wcześniej na Allegro. Rogi mogły świecić, co Daria uznała za dodatkowy atut diabelskiej stylizacji. Chciała dorzucić jeszcze czerwone soczewki, ale Donia i Łutka stanowczo zaprotestowały. Wkładanie czegoś takiego do oczu napawało je obrzydzeniem.

 

– No jasne, że jestem gotowa. Idziemy na imprezę, Karo musi się wyszumieć – zaśmiała się Marcelina, ruszając w stronę klubu. W środku czekała na nich loża, drinki, głośna muzyka i totalna dyspensa, jeżeli chodzi o wieszanie się na szyjach obcych facetów. Miały przykuwać uwagę, śmiać się głośno i zapamiętać tę noc jako beztroską zabawę bez końca. Oczywiście bez przesady, bo każda z nich była porządną dziewczyną. A Marcelina, w głębi duszy, wcale nie lubiła głośnych klubów. Kochała tańczyć, choć niekoniecznie w takich butach. Drażniło ją również, że sukienka niebezpiecznie podjeżdża do pośladków, odsłaniając smukłe, umięśnione uda. Miała się czym pochwalić, wolała jednak eksponować swoje ciało w inny sposób. Na przykład w stroju sportowym, kiedy jako instruktorka prowadziła zajęcia fitness w miejscowym klubie.

– Ej, laski, wbijamy. Karo, ty za nami. – Daria parła do przodu, przedzierając się przez gęsty tłum. – Ja i Cesia idziemy do baru – wrzasnęła, przekrzykując muzykę. – A wy siadajcie!

Barman polewał równo i ze stoickim spokojem. Wyglądał jak ktoś, kto pracuje w zupełnie innym miejscu – nie podrygiwał w rytm muzyki, nie flirtował z dziewczynami i nie zgrywał twardziela. Po prostu polewał, co kto chciał.

Parkiet wibrował, a duszne powietrze oblepiało skórę potem, choć klimatyzacja dmuchała chłodem. Marcelinie coraz mniej podobała się atmosfera, postanowiła jednak robić dobrą minę do złej gry. Na wieczorze panieńskim nie wolno stroić fochów.

Przez kolejne trzy godziny przekrzykiwała koleżanki, kołysała biodrami na parkiecie i od czasu do czasu zamawiała dla wszystkich drinki. Sama stroniła od alkoholu, głównie z powodu cukrzycy. Widząc jednak, jak Daria staje się coraz bardziej wstawiona, cieszyła się ze swojego wyboru. Zerknęła na Karo – na policzki przyszłej panny młodej wkradł się rumieniec, oczy jej błyszczały. Dobrze się bawiła, a więc zadanie zostało wykonane. Kamień z serca, przyjaciółka może iść do ołtarza z myślą, że niczego nie traci. Amen.

Marcelina znów z zaciekawieniem popatrzyła na barmana. Jak on mógł pracować w tak potwornym hałasie? Czy klub wypłacał jakiś ekwiwalent za uszczerbek na zdrowiu? I czy taką pracę można wykonywać do końca życia?

Z zamyślenia wyrwało ją światło. A właściwie blask. Na lewo od ich stolika, w odległości kilku kroków, stał mężczyzna. To od niego biła owa przedziwna, hipnotyzująca łuna. Marcelina wlepiła wzrok w jego twarz. Boże, co za ciacho, pomyślała, badając każdy szczegół. Nigdy nie widziała nikogo równie atrakcyjnego. Jego uroda była onieśmielająca i doskonała, a jednocześnie bardzo męska. Wysoki i dobrze zbudowany. Szczupły i wyprostowany, na luzie, choć z klasą. Szatyn. Twarz o proporcjach, jakich nie powstydziłby się sam Michał Anioł, a do tego piękny uśmiech. Takim uśmiechem otwiera się drzwi, wygrywa każdą sprawę, można nim kupować wszystko, nie mając grosza w portfelu.

Rozmawiał z kimś. Stał oparty o bar i spoglądał z uwagą na swoją rozmówczynię. Lekki zarost tylko podkreślał jego usta, zmysłowe i fascynujące, można było patrzeć na nie przez długie minuty. Marcelina straciła rachubę czasu. Ile już gapiła się na tego obcego faceta? To musiało dziwnie wyglądać. Właśnie zamierzała w końcu oderwać od niego wzrok, gdy nagle mężczyzna podniósł oczy i spojrzał prosto na nią. Uśmiech nie zniknął z jego ust, może nawet stał się jeszcze piękniejszy. Ten moment trwał kilka sekund. A może całą wieczność. Wystarczająco długo, by serce Marceliny zaczęło walić jak młotem. Tymczasem mężczyzna nie przestawał patrzeć, jakby chciał ją do czegoś sprowokować. Marcelina zebrała całą siłę woli, by wreszcie zerknąć na barmana, i ruszyła w jego stronę, zamierzając odebrać drinki.

Zapomniałaś, jak się chodzi? Najpierw jedna stopa, potem druga, upomniała się w duchu. Postanowiła udawać, że mężczyzny tam nie ma. Sęk w tym, że on nie tylko był, nadal wysyłał fale, ultradźwięki, które Marcelina odbierała ukrytymi, nieznanymi sobie wcześniej zmysłami. Jakaś podniecająca siła ciągnęła ją ku niemu, więc w akcie rozpaczy chwyciła się kurczowo blatu. Barman uniósł lekko brwi, bo nie wyglądała na pijaną. Może pomyślał, że zasłabła? Niewiele się pomylił.

Wróciła do stolika, gdzie dziewczyny właśnie wręczały Karo prezent, kusą bieliznę i piżamę z dziurą w kroczu. Zaśmiewały się do rozpuku, widząc zaczerwienioną twarz przyszłej panny młodej.

– Laska! Aż takie kolejki do barmana? Nie było cię chyba z pół godziny! – rzuciła Donia i natychmiast upiła spory łyk ze swojej szklaneczki.

Marcelina odpowiedziała jej uśmiechem i opadła na skórzany puf. Czuła się wyczerpana, jakby przetańczyła całą noc. A dopiero minęła pierwsza.

– O, ja pierdzielę, dziewczyny, widziałyście TO? – Daria wypięła pierś i wyprostowała plecy, przyjmując kolejną seksowną pozę.

Spojrzały wszystkie na parkiet, gdzie stał oczywiście nie kto inny, jak mężczyzna z baru. W ręku trzymał szklaneczkę z mocnym alkoholem, która pasowała do niego idealnie, jakby był właścicielem tego miejsca.

– Chyba raczej GO. Masakra. Ale ciacho. Nigdy nie widziałam tak zajebistego gościa. Aż się, normalnie, spociłam – sapnęła Donia.

– Bez kitu, startuję do niego. Raz się żyje. Taki to może mnie przelecieć i nawet potem nie zadzwonić. Niech stracę! – zachichotała Łutka, choć Marcelina dostrzegła, że tamta nie żartuje. Trochę ją to ubodło. Ba, nawet poczuła nutkę zazdrości. Ale czy można być zazdrosnym o kogoś obcego, kogo widziało się przypadkiem i przelotnie?

Nagle stało się coś, czego żadna nie mogła przewidzieć. Daria zakrztusiła się drinkiem, a Karo pisnęła:

– Dziewczyny, kto to? To jakaś niespodzianka? On tu IDZIE. Jezu, co za bóstwo!

– No przecież widzę, ślepa nie jestem. Dziewczyny, on jest mój – odparowała Daria.

– Masz męża, idiotko! – odkrzyknęła Donia.

Szybkim ruchem poprawiła wycięcie sukienki, by wyeksponować pełny biust. Marcelina siedziała sparaliżowana nieznaną sobie emocją. Dziewczyny zachowywały się jak napalone nastolatki, choć łatwo to było zrozumieć. Obecność nieznajomego oszałamiała. Może pracował jako anestezjolog i znieczulał pacjentów bez użycia żadnych środków medycznych? Tymczasem mężczyzna był już naprawdę blisko. I patrzył na nią, Marcelinę, co sprawiło, że nagle poczuła się dziwnie lekka. Muzyka ucichła, a paplanina przyjaciółek dobiegała do niej jakby z oddali. Usłyszała tylko jego głos. Wyraźny, głęboki, niski.

– Cześć. Dasz się zaprosić do tańca?

Wyciągnął rękę. Marcelina podała mu dłoń i pozwoliła przyciągnąć się zdecydowanym ruchem. Musiał mocno ją trzymać, bo w tym momencie jej nogi postanowiły odmówić posłuszeństwa.

Resztę nocy spędzili na parkiecie. On miał na imię Adam i zachowywał się jak dżentelmen. Nie próbował jej obmacywać, za to pozwalał czuć bliskość swojego ciała. Był od niej wyższy, więc ciągle miała wrażenie, że otacza ją ramionami. Pragnęła więcej. Bała się panicznie, że gdy tylko do klubu wpadnie blask świtu, Adam zniknie. Ty kretynko, jaki świt? Jaki blask? Tu nie ma okien!, pomyślała i poczuła gwałtowną falę radości. No przecież! Tu nie ma okien, a on nie jest wampirem czy zjawą, tylko żywym człowiekiem.

Na koniec przyciągnął ją do siebie. Blisko. Marcelina przywarła do niego, mając nadzieję, że zaraz poczuje smak pocałunku, ale tylko się uśmiechnął.

– Dasz mi swój numer? Chciałbym później zadzwonić.

Rozdział 2

Dziewczyna, z którą rozmawiał przy barze, była całkiem ładna. I, jak każda inna, która znalazła się naprzeciw niego, onieśmielona. Mógłby pstryknąć palcami i jeszcze tej nocy skończyliby w jego mieszkaniu. Wynajmował dwa pokoje z kuchnią w Tarnowskich Górach. Niewielki metraż, za to nówka od dewelopera, wypieszczona przez projektanta wnętrz. To zawsze robiło wrażenie na dziewczynach, nawet jeżeli nie były materialistkami.

Dzisiaj jednak nie szukał wyłącznie przygody. Miał przeczucie, że coś się wydarzy, dlatego przeczesywał wzrokiem salę, podwajając czujność. Aż w końcu to poczuł – czyjś palący wzrok, który wwiercał się w niego bez litości. Spojrzał przed siebie i zobaczył dwa świecące rogi. Wyróżniały się na tle mrocznej sali, migając do niego złowieszczą, czerwoną poświatą. Ich właścicielka, diablica, brunetka o nienagannej figurze i dużych oczach, nie olśniewała urodą, ale była wystarczająco atrakcyjna, by wzbudzać zainteresowanie. Po dłuższej chwili ona pierwsza zerwała kontakt wzrokowy i podeszła do barmana. Rafał polewał, jak zawsze, nie angażując się zbytnio w rozmowy z klientami. Adam niespecjalnie go lubił, bo tamten nawet z nim nie chciał nawiązać kontaktu. A przecież zazwyczaj wszyscy do niego zagadywali, bez względu na płeć. Miał dar przekonywania ludzi i szybkiego nawiązywania relacji, który zdawał się nie działać na tego faceta. Jednak właściciel klubu był z niego zadowolony. „Stary, wyrabia normę i jest dostępny. A że nie taki jak ty? No wiesz, nie przykuwa tak uwagi? Mam to gdzieś”.

Adam Swoboda od dawna znał właściciela klubu. Jako przedstawiciel handlowy robił z nim interesy, choć na razie dostarczał jedynie kawę, herbatę i soki. W przyszłości chciał to zmienić, uderzyć wyżej. Wszystko w swoim czasie, na razie było mu dobrze.

Diablica odeszła, niosąc w rękach dwa drinki. Adam nie namyślał się zbyt długo. Bez słowa opuścił swoją rozmówczynię i ruszył w kierunku loży.

Już z daleka dostrzegł, że dziewczyny spłoszyły się na jego widok. Wieczór panieński? Lubił takie imprezy, choć pomysł, aby się wyszumieć przed ślubem, był co najmniej niedorzeczny. Zwolnił krok, by móc zrobić jeszcze większe wrażenie. Nie musiał patrzeć wyłącznie na nią, ale aż za dobrze wiedział, że właśnie w tym momencie rodzi się pomiędzy nimi szczególna więź. Mała diablica nie zapomni o nim przez długi czas. Zresztą, i tak by jej na to nie pozwolił.

W końcu wyrwał ją do tańca. Z bliska dostrzegł, że ma niebieskie oczy, które pięknie kontrastowały ze śniadą karnacją i ciemnymi włosami. Na razie te oczy zrobiły się cielęce i ogromne, ale nie pozwolił sobie okazać rozbawienia. Kobiety zawsze tak reagowały, bez względu na wiek i stan cywilny.

Diablica miała na imię Marcelina. Gdy tańczyli, coraz odważniej i bliżej siebie, naszła go pewna intrygująca myśl. Może właśnie przyszedł moment, aby spojrzeć na Marcelinę nieco inaczej? Uważniej? W końcu mężczyzna w wieku dwudziestu ośmiu lat może zacząć myśleć o kimś poważnie. A diablica miała w sobie coś, co lubił. Jeszcze jej nie znał, zauważył jednak, że w przeciwieństwie do koleżanek jest całkowicie trzeźwa. Grzeczna dziewczynka? Tańczyła świetnie. Wiedziała, jak się ruszać, ale nie była wyzywająca. Starała się zachować twarz, choć przecież roztapiał ją wzrokiem.

O trzeciej nad ranem wziął od niej numer telefonu. Pożegnali się, gdy na parkiecie pozostała już tylko garstka najwytrwalszych i najbardziej pijanych.

Lubliniec nocą nie przedstawiał się szczególnie ciekawie. Mimo to wolał dzisiaj zaszaleć tutaj niż w Katowicach. I, jak się okazało, warto było. Uśmiechnął się do siebie i wyjął telefon.

„Co robisz dzisiaj? Może kawa? Adam” – napisał SMS.

Odpowiedź przyszła niemal natychmiast.

„Chętnie”.

Spojrzał z zadowoleniem na wiadomość. Tego się spodziewał, a więc wszystko szło w dobrym kierunku. Marcelina mogła rokować na coś więcej. Kiedy ostatni raz był w związku? Na co dzień nie rozpamiętywał takich rzeczy, ale może nadszedł czas, by znów się ustatkować? Przycumować gdzieś na dłużej, dać się usidlić?

Włączył silnik samochodu i wyjechał z parkingu. Tej nocy miał jeszcze jedno spotkanie. Zdąży wrócić, przespać się i spotkać z Marceliną.