Tao zdrowia, seksu i długowiecznościTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Reguła: Skro­bię i cukier jedz osobno.

Melony. Melony świet­nie się nadają na pokarm dla ludzi, ponie­waż nie potrze­bują żad­nej obróbki w żołądku, toteż szybko prze­zeń prze­cho­dzą i docie­rają do jelita cien­kiego, gdzie są tra­wione i wchła­niane. Dzieje się tak jedy­nie wtedy, gdy żołą­dek jest pusty, a melony spo­ży­wane są bez dodat­ków lub w połą­cze­niu z innymi suro­wymi owo­cami. Jeżeli jed­nak towa­rzy­szą im inne potrawy, które wyma­gają zło­żo­nego tra­wie­nia w żołądku, melony nie mogą przejść do jelita cien­kiego, dopóki nie skoń­czy się tra­wie­nie tych potraw w żołądku. Wtedy zale­gają i szybko fer­men­tują, powo­du­jąc roz­ma­ite dole­gli­wo­ści gastryczne.

Reguła: Jedz melony bez dodat­ków albo wcale.

Mleko. Doszli­śmy do jed­nego z naj­bar­dziej kon­tro­wer­syj­nych skład­ni­ków zachod­niej diety. Ludzie Wschodu i Afry­ka­nie tra­dy­cyj­nie uni­kali mleka, trak­tu­jąc je co naj­wy­żej jako śro­dek prze­czysz­cza­jący. Za to w kul­tu­rze Zachodu ludziom zaleca się pić mleko każ­dego dnia, przez całe życie.

Z obser­wa­cji przy­rody wia­domo, że zanim młode osta­tecz­nie odzwy­czają się od mleka matki i zaczną spo­ży­wać inne pokarmy, jest ono ich jedy­nym poży­wie­niem. Po osią­gnię­ciu doj­rza­ło­ści ludzki orga­nizm zaprze­staje pro­duk­cji enzymu odpo­wie­dzial­nego za tra­wie­nie mleka – lak­tazy, co świad­czy o tym, że doro­śli ludzie potrze­bują mleka nie bar­dziej niż doro­słe tygrysy czy szym­pansy. Choć surowe mleko sta­nowi peł­no­war­to­ściowe źró­dło białka, w jego skład wcho­dzi także tłuszcz, a to ozna­cza, że łącze­nie go z innymi arty­ku­łami jest nie­wska­zane. Mimo to doro­śli wiele potraw popi­jają mle­kiem. W żołądku mleko natych­miast się zsiada, a powstałe grudki koagu­lują wokół innych czą­ste­czek pokar­mo­wych i nie dopusz­czają do nich soków tra­wien­nych, co opóź­nia ich tra­wie­nie i sprzyja gni­ciu. A zatem pierw­sza i naj­waż­niej­sza zasada spo­ży­cia mleka mówi: „pij mleko osobno albo wcale”.

Powszechna dziś prak­tyka paste­ry­za­cji mleka nisz­czy jego natu­ralne enzymy i zmie­nia budowę jego deli­kat­nego białka, przez co staje się ono jesz­cze gorzej strawne. Surowe mleko zawiera aktywne enzymy: lak­tazę i lipazę, które umoż­li­wiają mu samo­istne tra­wie­nie. Żołą­dek doro­słego czło­wieka nie jest w sta­nie stra­wić mleka paste­ry­zo­wa­nego, pozba­wio­nego lak­tazy i innych enzy­mów, a nawet nie­mow­lęta mają z tym pewne kło­poty, o czym świad­czą kolki, wysypki, cho­roby układu odde­cho­wego, gazy i inne dole­gli­wo­ści dość czę­ste u dzieci kar­mio­nych butelką. Ponadto brak enzy­mów oraz zmie­niona struk­tura bia­łek pra­wie unie­moż­li­wiają wchła­nia­nie wap­nia i innych skład­ni­ków mine­ral­nych mleka.

W latach trzy­dzie­stych minio­nego wieku dr M. Pot­ten­ger prze­pro­wa­dził dzie­się­cio­let­nią obser­wa­cję wpływu paste­ry­zo­wa­nego i suro­wego mleka na grupę dzie­wię­ciu­set kotów. Część kotów kar­miono wyłącz­nie suro­wym mle­kiem, pozo­sta­łym poda­wano tylko mleko paste­ry­zo­wane z tego samego źró­dła. Grupa kar­miona mle­kiem suro­wym dosko­nale się roz­wi­jała, zacho­wu­jąc zdro­wie i pełną aktyw­ność do końca życia. Koty kar­mione mle­kiem paste­ry­zo­wa­nym wkrótce stały się apa­tyczne, zdez­o­rien­to­wane i wysoce podatne na cały sze­reg cho­rób zwy­rod­nie­nio­wych, zwy­kle koja­rzo­nych z czło­wie­kiem, takich jak wady nerek, zabu­rze­nia tar­czycy, cho­roby układu odde­cho­wego, wypa­da­nie zębów, łam­li­wość kości, zapa­le­nie wątroby i inne. Ale naj­więk­szą uwagę dr. Pot­ten­gera zwró­ciło dru­gie i trze­cie poko­le­nie bada­nych kotów. Młode w gru­pie kar­mionej mle­kiem paste­ry­zo­wa­nym od uro­dze­nia miały słabe zęby i wątłe kości, co jest wyraźną oznaką nie­do­boru wap­nia i wska­zuje na brak jego absorp­cji z mleka paste­ry­zo­wa­nego. Potom­stwo kotów kar­mio­nych mle­kiem suro­wym oka­zało się rów­nie zdrowe jak ich rodzice. W następ­nym poko­le­niu w gru­pie kar­mionej mle­kiem paste­ry­zo­wa­nym uro­dziło się wiele mar­twych kociąt, a wszyst­kie pozo­stałe oka­zały się bez­płodne. W tym miej­scu eks­pe­ry­ment trzeba było prze­rwać, nie było bowiem czwar­tego poko­le­nia kotów kar­mio­nych mle­kiem paste­ry­zo­wa­nym, choć te kar­mione mle­kiem suro­wym cie­szyły się dobrym zdro­wiem i mogły się na­dal roz­mna­żać. Jeżeli wciąż nie czu­jesz się prze­ko­nany co do szko­dli­wo­ści mleka paste­ry­zo­wa­nego, weź pod uwagę i to, że nowo naro­dzony cie­lak kar­miony paste­ry­zo­wa­nym mle­kiem wła­snej matki żyje nie dłu­żej niż sześć mie­sięcy, o czym prze­mysł mle­czar­ski woli mil­czeć.

Ist­nieją więc naukowe dowody na szko­dli­wość mleka paste­ry­zo­wa­nego i dobro­czynny wpływ suro­wego, wia­domo też, że do początku XX wieku ludzie z pożyt­kiem dla zdro­wia pili mleko surowe, a mimo to obec­nie sprze­daż suro­wego mleka jest w więk­szo­ści sta­nów Ame­ryki zabro­niona. Paste­ry­za­cja mleka prze­dłuża jego trwa­łość, co przy­nosi prze­my­słowi mle­czar­skiemu okre­ślone zyski, choć pozba­wione w ten spo­sób swych natu­ral­nych war­to­ści odżyw­czych mleko ani tro­chę nie przy­czy­nia się do prze­dłu­że­nia ludz­kiego życia. Co wię­cej, jeśli paste­ry­za­cja prze­pro­wa­dzana jest w nie­hi­gie­nicz­nych warun­kach, tylko czę­ściowo uniesz­ko­dli­wia zarazki znaj­du­jące się w mleku pocho­dzą­cym od cho­rych krów, zabi­ja­jąc nie­które z nich, lecz nie wszyst­kie, co także prze­ma­wia na nie­ko­rzyść prze­my­słu mle­czar­skiego.

Kotom dr. Pot­ten­gera wystar­czyły tylko trzy poko­le­nia, aby ulec dege­ne­ra­cji obja­wia­ją­cej się bez­płod­no­ścią i poważ­nym osła­bie­niem. O wiele wię­cej poko­leń Ame­ry­ka­nów i Euro­pej­czy­ków wycho­wało się na paste­ry­zo­wa­nym mleku. Dziś bez­płod­ność jest jed­nym z naj­częst­szych pro­ble­mów mło­dych mał­żeństw, a nie­do­bór wap­nia tak się roz­po­wszech­nił, że ponad 90% ame­ry­kań­skich dzieci cierpi na chro­niczną próch­nicę zębów. Co gor­sza, obec­nie mleko pod­daje się zazwy­czaj homo­ge­ni­za­cji, aby zapo­biec oddzie­la­niu się śmie­tany. Polega to mię­dzy innymi na roz­drob­nie­niu i pul­we­ry­za­cji czą­ste­czek tłusz­czu do tego stop­nia, że nie można ich potem oddzie­lić od pozo­sta­łych skład­ni­ków mleka. W rezul­ta­cie dro­biny tłusz­czu zawar­tego w mleku bez trudu prze­do­stają się przez kosmki jelita cien­kiego, co wybit­nie zwięk­sza ilość wchła­nia­nych przez ludzki orga­nizm bez­u­ży­tecz­nych tłusz­czów i cho­le­ste­rolu. Homo­ge­ni­zo­wane mleko dostar­cza orga­nizmowi wię­cej tłusz­czu niż czy­sta śmie­tana!

Kobiety, które oba­wiają się oste­opo­rozy (poro­wa­to­ści kości), powinny się poważ­nie zasta­no­wić nad tymi fak­tami. Wśród Ame­ry­ka­nek, które spo­ży­wają mnó­stwo roz­ma­itych paste­ry­zo­wa­nych prze­two­rów mlecz­nych, odse­tek zacho­ro­wań na oste­opo­rozę jest naj­wyż­szy na świe­cie, z czego jasno wynika, że prze­two­rzone w ten spo­sób mleko nie zapew­nia dosta­tecz­nej ilo­ści wap­nia. Nawet surowa kapu­sta dostar­cza orga­ni­zmowi wię­cej łatwo przy­swa­jal­nego wap­nia niż paste­ry­zo­wane mleko, jogurt, twa­róg lub inne pro­dukty mleczne.

Bada­nia prze­pro­wa­dzone w Human Rese­arch Cen­ter w Grand Forks w Dako­cie Pół­noc­nej wyka­zały, że pier­wia­stek o nazwie bor także odgrywa istotną rolę w pro­ce­sie wchła­nia­nia wap­nia z pokarmu i prze­twa­rza­nia go w tkankę kostną. Co cie­kaw­sze, stę­że­nie estro­ge­nów we krwi kobiet, któ­rym poda­wano odpo­wied­nią ilość boru, wzro­sło ponad­dwu­krot­nie, w związku z czym kura­cja estro­ge­nowa – powszechny na Zacho­dzie pół­śro­dek prze­ciwko oste­opo­ro­zie – prze­stała być potrzebna. A gdzie można zna­leźć bor? W świe­żych warzy­wach i owo­cach, zwłasz­cza w jabł­kach, grusz­kach, wino­gro­nach, orze­chach, kapu­ście i innych warzy­wach o jadal­nych liściach, czyli tam, gdzie znaj­duje się także wapń. Natura dostar­cza nam goto­wych źró­deł wszyst­kich potrzeb­nych skład­ni­ków pokar­mo­wych w syner­gicz­nych kom­bi­na­cjach, ale czło­wiek uparł się, żeby swe poży­wie­nie goto­wać i pod­da­wać innym zabie­gom kuli­nar­nym, a potem się dziwi, że jego dieta oka­zuje się nie­od­po­wied­nia.

Doro­śli powinni jesz­cze raz prze­my­śleć rolę mleka w swej codzien­nej die­cie, chyba że mają moż­li­wość naby­wa­nia suro­wego mleka dobrej jako­ści, które jest cen­nym arty­ku­łem żyw­no­ścio­wym. Zmu­sza­nie dzieci do picia paste­ry­zo­wa­nego mleka, aby rosły silne i zdrowe, musi wydać się czy­stym sza­leń­stwem, kiedy uświa­do­mimy sobie, iż nie są one w sta­nie wchło­nąć zawar­tych w nim skład­ni­ków odżyw­czych. Nie tylko więc dzieci, ale i doro­śli powinni usu­nąć ze swej diety wszyst­kie paste­ry­zo­wane pro­dukty mleczne, zanie­czysz­cza­jące jelito cien­kie war­stwami śli­skiego szlamu, który utrud­nia wchła­nia­nie orga­nicz­nych skład­ni­ków pokar­mo­wych.

Reguła: Zre­zy­gnuj cał­ko­wi­cie z paste­ry­zo­wa­nego i homo­ge­ni­zo­wa­nego mleka. Jeżeli w sprze­daży dostępne jest surowe mleko wyso­kiej jako­ści, spo­ży­waj je osobno, ni­gdy jako doda­tek do innych potraw.

Desery. Po więk­szym posiłku należy uni­kać wszel­kich słod­kich dese­rów, ponie­waż łącze­nie ich z czym­kol­wiek może mieć nie­po­żą­dane skutki. Zaraz po posiłku nie­wska­zane jest nawet jedze­nie świe­żych owo­ców, które nie­stra­wione utkną w żołądku i zaczną fer­men­to­wać. Jeżeli jesteś łasu­chem i nie możesz żyć bez cia­ste­czek i innych słod­ko­ści, od czasu do czasu daj upust swo­jemu łakom­stwu, ukła­da­jąc z nich osobny posi­łek. Nie staną się przez to zdrow­sze, ale przy­naj­mniej nie będą źró­dłem tylu tok­sycz­nych związ­ków, a w kon­se­kwen­cji także dole­gli­wo­ści gastrycz­nych, jak po spo­ży­ciu ich bez­po­śred­nio po posiłku.

Reguła: Po obfi­tym posiłku zło­żo­nym z białka lub węglo­wo­da­nów uni­kaj słod­kich dese­rów i owo­ców.

 

Wła­ściwe łącze­nie pro­duk­tów żyw­no­ścio­wych ma zasad­ni­czy wpływ na sku­tecz­ność tra­wie­nia i prze­miany mate­rii. Upo­śle­dze­nie funk­cji tra­wien­nych powo­duje, że skład­niki pokar­mowe – nawet z naj­zdrow­szego źró­dła – są tylko czę­ściowo przy­swa­jane przez orga­nizm. Co wię­cej, nie­cał­ko­wite tra­wie­nie i nie­sku­teczny meta­bo­lizm to główne przy­czyny odkła­da­nia się tłusz­czu i cho­le­ste­rolu. Nisko­ka­lo­ryczna dieta zło­żona z nie­wła­ści­wie przy­rzą­dza­nych i łączo­nych potraw i tak nie uchroni nikogo przed oty­ło­ścią, a ponadto pozo­stawi w arte­riach lepki osad, podob­nie jak nie­od­po­wied­nia mie­szanka paliw pozo­stawia zwę­gloną sko­rupę na świe­cach zapło­no­wych sil­nika, blo­kuje tłoki i nie daje nic prócz kłę­bów smro­dli­wych spa­lin. Jeśli jed­nak posiłki skła­dają się z wła­ści­wie dobra­nych pro­duk­tów, to – nie­za­leż­nie od liczby kalo­rii i zawar­to­ści cho­le­ste­rolu – nie spo­wo­dują oty­ło­ści i nie będą zapy­chać żył i narzą­dów, zwłasz­cza wtedy, gdy co naj­mniej połowę pro­duk­tów spo­żywa się na surowo.

Prze­strze­ga­nie zasad tro­fo­lo­gii zwal­nia cię z obo­wiązku cią­głego kon­tro­lo­wa­nia tego, co jesz, nie­ustan­nego licze­nia kalo­rii czy spraw­dza­nia zawar­to­ści cho­le­ste­rolu. Warto też pamię­tać, że nie ist­nieje pro­dukt zło­żony w 100% z białka lub węglo­wo­da­nów. Liczy się to, czy białko lub węglo­wo­dany sta­no­wią główny skład­nik danego arty­kułu. Z grub­sza bio­rąc, pięt­na­sto­pro­cen­towa zawar­tość białka kwa­li­fi­kuje pro­dukt jako bogaty w białko (lub po pro­stu biał­kowy), pro­dukt węglo­wo­da­nowy zaś to taki, który co naj­mniej w 20% składa się z węglo­wo­da­nów. Pod­czas łącze­nia pro­duktów odro­bina białka dodana do potrawy, w któ­rej prze­wa­żają węglo­wo­dany, lub vice versa, nie ma więk­szego zna­cze­nia, zwłasz­cza jeśli danie uzu­peł­niają liczne surowe warzywa, źró­dło czyn­nych enzy­mów i błon­nika. Doda­tek I na końcu tego roz­działu zawiera listę pro­duktów podzie­lo­nych na takie kate­go­rie, jak białka, arty­kuły skro­biowe, tłusz­cze, owoce i warzywa. Jak wynika z tej listy, ist­nieje mnó­stwo god­nych pole­ce­nia pro­duktów, z któ­rych można ukła­dać zdrowe posiłki bez się­ga­nia po pro­dukty sztucz­nie oczysz­czone i che­micz­nie prze­two­rzone. Doda­tek II pre­zen­tuje przy­kła­dowy tygo­dniowy zestaw posił­ków.

Wła­ści­wie nale­ża­łoby spo­ży­wać tylko jeden rodzaj poży­wie­nia pod­czas jed­nego posiłku. Przy­roda dostar­cza na to wielu dowo­dów. Zwie­rzęta mię­so­żerne ni­gdy nie jedzą mięsa w połą­cze­niu ze skro­bią, choć nie­kiedy żują dziko rosnące rośliny o wła­ści­wo­ściach lecz­ni­czych, aby popra­wić tra­wie­nie albo prze­czy­ścić kiszki. Miło­śnicy pta­ków już dawno zauwa­żyli, że o jed­nej porze dnia jedzą one robaki i owady, a o innej ziarno i jagody, ni­gdy jed­nak nie jedzą obu tych rze­czy naraz. Dla­czego pod wzglę­dem tra­wie­nia mie­li­by­śmy aż tak bar­dzo się róż­nić od pozo­sta­łych gatun­ków?

Mimo że tra­dy­cyjna chiń­ska dieta w znacz­nej mie­rze opiera się na ryżu, bliż­sza obser­wa­cja nawy­ków żywie­nio­wych Chiń­czy­ków pozwala dostrzec, że aż do połowy wieku XX ryż przy­rzą­dzano zgod­nie z prze­pi­sami tro­fo­lo­gii. Chiń­skie posiłki domowe skła­dają się przede wszyst­kim z potraw warzyw­nych z nie­wiel­kim dodat­kiem mięsa. Pod­czas wiel­kich przy­jęć w restau­ra­cji ryżu pra­wie ni­gdy się nie podaje, bo prze­szka­dzałby w tra­wie­niu mięsa, ryb i dro­biu, które przy takich oka­zjach są zawsze obecne w jadło­spi­sie. Nie­stety współ­cze­sny styl życia zmie­nił kuli­narne przy­zwy­cza­je­nia Chiń­czy­ków miesz­ka­ją­cych w dużych mia­stach, co odbija się teraz na ich zdro­wiu i dłu­go­wiecz­no­ści.

W latach dwu­dzie­stych ubie­głego wieku, jesz­cze zanim styl życia w Chi­nach tak bar­dzo się uwspół­cze­śnił, naukowcy zachodni prze­pro­wa­dzili bada­nia porów­naw­cze chiń­skich i ame­ry­kań­skich nawy­ków żywie­nio­wych. Obser­wa­cji pod­dano lud­ność wiej­ską w cen­tral­nej i nad­brzeż­nej czę­ści Chin, gdzie tra­dy­cyjny tryb życia oraz nawyki żywie­niowe od wie­ków nie ule­gły zmia­nom, a dłu­go­trwały pokój i dobro­byt zapew­niły miej­sco­wym rodzi­nom nie­ogra­ni­czony wybór pro­duk­tów. Bada­nia wyka­zały, że aż 90% poży­wie­nia prze­cięt­nego Chiń­czyka sta­no­wiły zboże i pro­dukty zbo­żowe, 1% potrawy mię­sne, a pozo­stałą część świeże warzywa. Dieta zawie­ra­jąca 90% węglo­wo­da­nów i 1% białka, uzu­peł­niona enzy­mami i włók­ni­stymi czę­ściami świe­żych owo­ców oraz warzyw, jest ide­alna dla czło­wieka.

Jeśli cho­dzi o typo­wych Ame­ry­ka­nów, te same bada­nia wyka­zały, że śred­nio 39% ich poży­wie­nia sta­no­wiło zboże, 38% pro­dukty zwie­rzęce, a pozo­stałe 23% oczysz­czony cukier. Warzywa i owoce sta­no­wiły nikłą część ame­ry­kań­skiej diety. Z tro­fo­lo­gicz­nego punktu widze­nia trudno sobie wyobra­zić gorzej uło­żony jadło­spis. Pamię­tajmy, że – jak wynika z eks­pe­ry­mentu dr. Pot­ten­gera z kotami – nega­tywne skutki nie­od­po­wied­niej diety mogą się prze­no­sić na następne poko­le­nia.

Przyj­rzyjmy się teraz nieco bli­żej słyn­nemu ame­ry­kań­skiemu daniu, roz­po­wszech­nio­nemu na całym świe­cie przez ogromną sieć restau­ra­cji typu fast food i odpo­wie­dzial­nemu za sze­rze­nie się roz­ma­itych dole­gli­wo­ści tra­wien­nych i meta­bo­licz­nych. Ten ogól­no­ame­ry­kań­ski posi­łek składa się z che­ese­bur­gera i fry­tek popi­ja­nych kok­taj­lem mlecz­nym albo słodką coca-colą. Che­ese­bur­ger zawiera dwa rodzaje białka – mięso i żółty ser, umiesz­czone w dużej puszy­stej bułce z oczysz­czo­nej mąki – sama skro­bia. Do tego podaje się dużą por­cję ziem­nia­ków sma­żo­nych na nie­świe­żym oleju, co zwięk­sza udział skrobi w posiłku, tu dodat­kowo nasą­czo­nej tłusz­czem. Aby kata­strofa była zupełna, wszystko to popija się zim­nym kok­taj­lem mlecz­nym, tak więc do mięsa, skrobi i tłusz­czu docho­dzą jesz­cze paste­ry­zo­wane mleko i kilka łyżek bia­łego cukru. Zła­mać jedną czy dwie zasady tro­fo­lo­gii pod­czas posiłku to już grzech, a co tu dopiero mówić o tym ame­ry­kań­skim daniu, które łamie co naj­mniej sześć! Nic dziw­nego, że w son­dażu na temat zdro­wia, któ­rego wyniki zna­leźć można w biu­le­ty­nie agen­cji Asso­cia­ted Press z lipca 1986 r., 49% Ame­ry­ka­nów przy­znało się do prze­wle­kłego bólu żołądka, zabu­rzeń żołąd­kowo-jeli­to­wych, obstruk­cji i innych scho­rzeń układu tra­wien­nego.

Die­te­tyczna sytu­acja spo­łe­czeństw zachod­nich jest o wiele gor­sza, niż wła­dze któ­re­go­kol­wiek z kra­jów Zachodu byłyby skłonne przy­znać. W dużej mie­rze wynika to stąd, że branża spo­żyw­cza stała się jedną z naj­więk­szych i naj­bar­dziej wpły­wo­wych gałęzi gospo­darki na Zacho­dzie, a zwłasz­cza w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, gdzie przed­sta­wi­ciele prze­my­słu prze­twór­czego two­rzą jedną z naj­sil­niej­szych grup naci­sku w Waszyng­to­nie. Urząd do spraw Żyw­no­ści i Leków (Food and Drug Admi­ni­stra­tion, FDA), który decy­duje o dopusz­cze­niu pro­duk­tów żyw­no­ścio­wych na rynek, zatrud­nia przede wszyst­kim zawo­do­wych urzęd­ni­ków, a nie spe­cja­li­stów w zakre­sie żywie­nia, toteż nie prze­pro­wa­dza wła­snych ana­liz, pole­ga­jąc na wyni­kach badań przed­sta­wia­nych przez firmy, które chcą wpro­wa­dzić na rynek nowy pro­dukt. Jak wspo­mnia­łem, w wielu sta­nach obo­wią­zuje zakaz sprze­daży suro­wego mleka. Toteż Ame­ry­ka­nie nie­odmien­nie przo­dują pod wzglę­dem odsetka cier­pią­cych na cho­roby serca, zabu­rze­nia tra­wienne, raka i inne groźne przy­pa­dło­ści.

Ponie­waż fakty mówią same za sie­bie, zaj­rzyjmy do opra­co­wa­nego przez ame­ry­kań­skich naukow­ców wstrzą­sa­ją­cego spra­woz­da­nia na temat diety i nie­do­ży­wie­nia w USA, które uka­zało się w mar­cowo-kwiet­nio­wym nume­rze „Ame­ri­can Jour­nal of Cli­ni­cal Nutri­tion” z 1958 r. Po dokład­nym porów­na­niu diety i stanu zdro­wia indyj­skich żebra­ków i zdro­wych – zda­wa­łoby się – ame­ry­kań­skich nasto­lat­ków oka­zało się, że dzienne spo­ży­cie kalo­rii jest u żebraka w Indiach śred­nio o ponad połowę mniej­sze niż u prze­cięt­nego Ame­ry­ka­nina. Mimo to jedy­nie 6,25% żebra­ków miało choćby lek­kie objawy nie­do­ży­wie­nia, pod­czas gdy aż u 75% ame­ry­kań­skich nasto­lat­ków stwier­dzono objawy poważ­nego nie­do­ży­wie­nia. Tylko 1,25% indyj­skich żebra­ków i aż 90% mło­dych Ame­ry­ka­nów miało kło­poty z zębami. Wnio­sek: skromna dieta prze­cięt­nego żebraka w Indiach jest zdrow­sza niż „bogata” dieta prze­cięt­nego nasto­latka w Sta­nach.

Podobne bada­nia na tere­nie Mek­syku dopro­wa­dziły do podob­nych wnio­sków. Wrze­śniowy numer „Har­per’s Maga­zine” z 1951 r. przed­sta­wia wyniki wie­lo­let­niej obser­wa­cji nawy­ków żywie­nio­wych wśród mek­sy­kań­skich chło­pów, prze­pro­wa­dzo­nej przez dr. Roberta Har­risa z Mas­sa­chu­setts Insti­tute of Tech­no­logy. W spra­woz­da­niu z tych badań czy­tamy mię­dzy innymi:

Ku zasko­cze­niu bada­czy u dotknię­tych nędzą Mek­sy­ka­nów zaob­ser­wo­wano mniej obja­wów nie­do­ży­wie­nia niż u dzieci w wieku szkol­nym w sta­nie Michi­gan […].

Cało­ściowa ana­liza ich poży­wie­nia, doko­nana przez grupę dr. Har­risa, wyka­zała, że India­nie Ottomi (zamiesz­ku­jący nie­uro­dzajne obszary doliny Mesqu­ital na pół­noc od sto­licy), podob­nie jak miesz­kańcy slum­sów w mie­ście Mek­syk, otrzy­my­wali pra­wie wszyst­kie nie­zbędne skład­niki pokar­mowe, z wyjąt­kiem rybo­fla­winy. Prawdę mówiąc, ich dieta oka­zała się dużo lep­sza niż dieta miesz­kań­ców oko­lic Bostonu i Nowego Jorku.

Enzymy – kuli­narna iskra życia

Kolejna istotna zasada diety tao głosi, że do kon­sump­cji należy w miarę moż­li­wo­ści wybie­rać pro­dukty świeże i „żywe”, uni­ka­jąc nad­psu­tych i „mar­twych”, oraz że należy je spo­ży­wać na surowo lub lekko ugo­to­wane.

Naj­lep­szą robo­czą defi­ni­cję „żywego poży­wie­nia” podał dr McCul­lum z John Hop­kins Uni­ver­sity: „Do zje­dze­nia nadaje się wszystko, co pod­lega zepsu­ciu i gni­ciu, ale jesz­cze zanim to nastąpi!”. I tak na przy­kład oczysz­czona biała mąka nie zepsuje się, w prze­ci­wień­stwie do świeżo zmie­lo­nego peł­nego ziarna. Szczury kar­mione białą mąką szybko umie­rają z wycień­cze­nia. Nie­któ­rzy hur­tow­nicy w Sta­nach Zjed­no­czo­nych sto­so­wali odra­ża­jącą prak­tykę prze­dłu­ża­nia trwa­ło­ści świe­żego pro­duktu za pomocą sil­nych dawek pro­mie­nio­wa­nia gamma. Robaki i bak­te­rie nie zaata­kują jabłka lub główki kapu­sty, które zostały napro­mie­nio­wane, ponie­waż nie nadają się one do spo­ży­cia, ale pra­cow­nicy prze­my­słu spo­żyw­czego dobrze wie­dzą, że z powodu igno­ran­cji na temat żywie­nia ludzie zje­dzą pra­wie wszystko.

Świeży pro­dukt okre­śla się jako „żywy” tylko wtedy, gdy w jego skła­dzie znaj­dują się czynne enzymy. Leka­rze tao­iści okre­ślają ten czynny pier­wia­stek życia zawarty w poży­wie­niu mia­nem qi. Enzy­ma­tyczna qi sta­nowi zde­cy­do­wa­nie naj­waż­niej­szy dla zdro­wia skład­nik pokar­mowy. Nauka zachod­nia dosko­nale wie, że enzymy to deli­katne związki, które łatwo ule­gają znisz­cze­niu pod wpły­wem wyso­kich tem­pe­ra­tur, wil­goci, tlenu, napro­mie­nio­wa­nia i związ­ków syn­te­tycz­nych, czyli tego wszyst­kiego, na co enzymy nara­żone są pod­czas goto­wa­nia, pusz­ko­wa­nia, rafi­no­wa­nia, kon­ser­wo­wa­nia i paste­ry­zo­wa­nia arty­ku­łów żyw­no­ścio­wych. W tem­pe­ra­turze wyż­szej niż 55°C wszyst­kie enzymy ule­gają roz­pa­dowi. Jak wia­domo, tem­pe­ra­tura wrze­nia wody wynosi 100°C, a tem­pe­ra­tura paste­ry­za­cji ok. 60°C.

Tra­dy­cyjne wschod­nio­azja­tyc­kie sys­temy żywie­nia opie­rają się na dwóch boga­tych źró­dłach arty­ku­łów enzy­ma­tycz­nie czyn­nych: świe­żych, suro­wych pro­duk­tach, takich jak warzywa i owoce (a w Japo­nii także surowe ryby), oraz potra­wach, do któ­rych dodano enzymy kro­pi­dlaka, pomocne w tra­wie­niu bia­łek, węglo­wo­da­nów i tłusz­czów.

Kro­pi­dlak jest szcze­gól­nie bogaty w enzymy, toteż tej rośliny od wie­ków używa się w Azji do przy­rzą­dza­nia takich pożyw­nych i tera­peu­tycz­nie czyn­nych pro­duk­tów, jak tofu (twa­róg z nasion soi), yuba (kożu­szek z takiego twa­rogu), nado (sfer­men­to­wane kiełki soi), miso (sfer­men­to­wana kasza jęcz­mienna, ryżowa lub sojowa) i innych tra­dy­cyj­nych potraw. Czynne enzymy kro­pi­dlaka dodane do ugo­to­wa­nych zbóż i nasion zastę­pują te, które zostały znisz­czone w trak­cie goto­wa­nia. Każdy kęs tofu, nado czy miso dostar­cza orga­ni­zmowi pokaź­nej dawki enzy­mów, które są iskrą życia.

Ostat­nimi czasy na opa­ko­wa­niach komer­cyj­nych arty­ku­łów spo­żyw­czych poważ­nie nad­używa się ter­minu „pro­dukt natu­ralny”. Można go spo­tkać wszę­dzie, od paste­ry­zo­wa­nego jogurtu po słod­kie i pełne skrobi wafelki. Według naszej defi­ni­cji pro­dukt można uznać za natu­ralny tylko wtedy, gdy wszyst­kie natu­ralne enzymy, wita­miny, skład­niki mine­ralne itp. pozo­stały nie­tknięte. Taka defi­ni­cja wyklu­cza pra­wie wszystko to, co na rynku opa­trzone jest ety­kietką „pro­dukt natu­ralny”. Zresztą nie­które suszone pro­dukty, na przy­kład rodzynki, śliwki i figi, zacho­wują swe życio­dajne enzymy w sta­nie uśpie­nia – pod warun­kiem że nie kon­ser­wo­wano ich siarką, tylko suszono na słońcu. Pod wpły­wem cie­pła i wil­goci w jamie ust­nej i żołądku enzymy te powra­cają do stanu czyn­nego.

 

Po bliż­szym zapo­zna­niu się z mecha­ni­zmem dzia­ła­nia enzy­mów staje się jasne, dla­czego są one tak istotne dla pra­wi­dło­wego tra­wie­nia, sku­tecz­nej prze­miany mate­rii i ogól­nego zdro­wia fizycz­nego.

Enzymy to bio­che­miczne kata­li­za­tory wydzie­lane przez trzustkę i inne gru­czoły oraz narządy wewnętrzne. Nie­które wyko­rzy­sty­wane są przy tra­wie­niu, inne prze­do­stają się do krwi, by oczy­ścić orga­nizm z groź­nych drob­no­ustro­jów, mar­twych i uszko­dzo­nych komó­rek oraz tok­syn. W żołądku znaj­duje się około pię­ciu milio­nów mikro­sko­pij­nych gru­czo­łów, które wydzie­lają różne enzymy nie­zbędne do tra­wie­nia, mię­dzy innymi pep­synę. Każdy enzym działa w sobie tylko wła­ściwy spo­sób i jest dokład­nie przy­sto­so­wany do tych reak­cji bio­che­micz­nych, w któ­rych bie­rze udział, tak jak klucz pasuje tylko do okre­ślo­nego zamka. Kiedy wsku­tek sprzecz­nych sygna­łów „nada­wa­nych” przez nie­od­po­wied­nie kom­bi­na­cje pokar­mowe dwa nie­zgodne ze sobą enzymy wydzie­lane są rów­no­cze­śnie, ich dzia­ła­nie słab­nie lub zanika.

Lecz enzymy to coś wię­cej niż zwy­kłe kata­li­za­tory w tra­dy­cyj­nym, ści­śle che­micz­nym rozu­mie­niu tego słowa. Dr Edward Howell, jeden z czo­ło­wych auto­ry­te­tów w zakre­sie enzy­mów, mając za sobą ponad­pięć­dzie­się­cio­let­nie doświad­cze­nie kli­niczne, napi­sał w jed­nym z nume­rów „Heal­thview New­slet­ter”:

Kata­li­za­tory to sub­stan­cje bierne. Nie ma w nich tej życio­wej ener­gii, jaką obser­wu­jemy w enzy­mach. Na przy­kład bio­rąc udział w jakiejś reak­cji, enzymy emi­tują swego rodzaju pro­mie­nio­wa­nie, czego nie można powie­dzieć o kata­li­za­to­rach.

Popro­szony o sko­men­to­wa­nie obser­wa­cji dr. Howella na temat enzy­mów pewien tao­istyczny lekarz z Taj­pej powie­dział:

Tak działa qi. Qi obja­wia się na tym świe­cie w postaci pro­mie­nio­wa­nia, które dla zwy­kłego oka na zawsze pozo­staje nie­wi­doczne. Tylko ci, któ­rzy poświę­cili się roz­wi­ja­niu w sobie tej szcze­gól­nej umie­jęt­no­ści, są w sta­nie je uchwy­cić. Qi można także zmie­rzyć przy uży­ciu skom­pli­ko­wa­nej tech­no­lo­gii. Pro­mie­nio­wa­nie enzy­mów, o któ­rym mówisz, to ich qi uwal­niana pod­czas reak­cji, w któ­rych uczest­ni­czą.

Można tu dostrzec godną uwagi zgod­ność mię­dzy oświe­co­nym leka­rzem zachod­nim i kon­ty­nu­ato­rem tra­dy­cyj­nych tao­istycz­nych tech­nik lecze­nia.

Ponie­waż „cywi­li­zo­wana” dieta składa się pra­wie wyłącz­nie z goto­wa­nych, prze­two­rzo­nych i sztucz­nie oczysz­czo­nych pro­duk­tów, nie ma w niej miej­sca na natu­ralne enzymy. W rezul­ta­cie nasze ciało zmu­szone jest pro­du­ko­wać wła­sne enzymy potrzebne do tra­wie­nia tych ogrom­nych ilo­ści nie­świe­żego, mar­twego pokarmu, które współ­cze­sny czło­wiek pochła­nia każ­dego dnia. Więk­szość tych enzy­mów pocho­dzi z trzustki, narządu, który wsku­tek chro­nicz­nego prze­pra­co­wa­nia wyraź­nie się u czło­wieka roz­rósł. Obec­nie gatu­nek ludzki ma naj­więk­szą w sto­sunku do masy ciała trzustkę w przy­ro­dzie. „W sto­sunku do masy ciała – twier­dzi dr Howell – ludzka trzustka jest ponad dwa razy cięż­sza od trzustki krowy”.

Nasza zdol­ność wytwa­rza­nia enzy­mów nie jest jed­nak nie­ogra­ni­czona. „Kiedy orga­nizm nie jest już w sta­nie wytwa­rzać pew­nych enzy­mów, czło­wiek umiera”, pisze dr Howell w swo­jej książce pt. Enzyme Nutri­tion. Zasad­ni­czo jest to pogląd zgodny z tao­istycz­nym prze­ko­na­niem, że kiedy ciało prze­staje wytwa­rzać nasie­nie, hor­mony i inne postaci jing („esen­cji życio­wej”, w któ­rej skład wcho­dzą m.in. hor­mony), nastę­puje śmierć. Enzymy zawie­rają iskrę qi, a zatem do ich pro­duk­cji potrzebny jest stały jej dopływ. Zapas qi w każ­dym żywym orga­ni­zmie jest ogra­ni­czony: im szyb­ciej zosta­nie on zużyty, tym szyb­ciej można się spo­dzie­wać końca. Dieta zło­żona z mało­war­to­ścio­wych, pod­da­nych zbyt inten­syw­nej obróbce ciepl­nej potraw poważ­nie nad­we­ręża naszą enzy­ma­tyczną wydaj­ność. Dr Howell jest zda­nia, że to nie­po­trzebne i nie­na­tu­ralne prze­cią­ża­nie naszych enzy­ma­tycz­nych moż­li­wo­ści jest „jedną z naj­waż­niej­szych przy­czyn przed­wcze­snego sta­rze­nia się i wcze­snej śmierci” oraz „ukry­tym źró­dłem pra­wie wszyst­kich cho­rób zwy­rod­nie­nio­wych”.

Aby obróbka pozba­wio­nej enzy­mów masy pokar­mo­wej w żołądku stała się moż­liwa, innym czę­ściom ciała – na przy­kład mózgowi, mię­śniom, sta­wom czy ner­wom – nie­ustan­nie odbiera się enzymy nie­zbędne do ich nor­mal­nego funk­cjo­no­wa­nia, w czym należy upa­try­wać źró­dła wielu przy­krych dole­gli­wo­ści. Bada­nia ska­mie­nia­łych szcząt­ków czło­wieka nean­der­tal­skiego, który żywił się głów­nie spa­loną na węgiel zwie­rzęcą padliną, opie­kaną w jaskini nad ogniem, wyka­zały, że cier­piał on na para­li­żu­jący artre­tyzm już 50 tys. lat temu. Eski­mosi, któ­rych tra­dy­cyjna dieta składa się nie­mal wyłącz­nie z suro­wego mięsa, suro­wego tłusz­czu i suro­wych ryb, ni­gdy nie skar­żyli się na artre­tyzm, cho­roby serca ani inne prze­wle­kłe przy­pa­dło­ści, dopóki nie zaczęli jeść prze­two­rzo­nych pro­duk­tów pod­su­wa­nych im przez „cywi­li­zo­wa­nych” Ame­ry­ka­nów. Eski­mosi to jedyny lud w całej Ame­ryce Pół­noc­nej i Połu­dnio­wej, który ni­gdy nie znał funk­cji ple­mien­nego zna­chora, bo pra­wie nikt ni­gdy nie cho­ro­wał. Samo słowo „Eski­mos” wywo­dzi się ze sta­rego indiań­skiego okre­śle­nia ozna­cza­ją­cego „tego, który je suro­wi­znę”. Tu wła­śnie tkwi sekret zdro­wia i dłu­go­wiecz­no­ści daw­nych poko­leń Eski­mosów.

Dieta pozba­wiona enzy­mów ude­rza w naj­czul­szy punkt „esen­cji życio­wej” orga­ni­zmu, układ wewnątrz­wy­dziel­ni­czy. Zacy­tuję znów dr. Howella:

Wyniki badań dowo­dzą, że goto­wane, pozba­wione enzy­mów poży­wie­nie przy­czy­nia się do pato­lo­gicz­nego powięk­sze­nia gru­czołu przy­sad­ko­wego, który regu­luje dzia­ła­nie innych gru­czo­łów. Według innych badań nie­mal u 100% umie­ra­ją­cych nagłą śmier­cią ludzi w wieku powy­żej pięć­dzie­siątki wykryto nie­pra­wi­dłowe funk­cjo­no­wa­nie gru­czołu przy­sad­ko­wego.

Dieta zło­żona z pro­duk­tów, które wsku­tek inten­syw­nej obróbki ciepl­nej tracą swą natu­ralną war­tość enzy­ma­tyczną, pro­wa­dzi do oty­ło­ści, bez względu na to, jak czuj­nie kon­tro­luje się war­tość kalo­ryczną spo­ży­wa­nego jedze­nia.

Far­me­rzy ame­ry­kań­scy już dawno zauwa­żyli, że świ­nie kar­mione suro­wymi ziem­nia­kami nie chcą tyć, za to ugo­to­wane ziem­niaki tuczą je bar­dzo szybko. Czynne enzymy zawarte w suro­wych pro­duk­tach odgry­wają praw­dzi­wie donio­słą rolę w pro­ce­sach tra­wien­nych, jako że nie tylko uwal­niają orga­nizm od przy­krych skut­ków gni­cia i fer­men­ta­cji resz­tek pokar­mo­wych, ale też umoż­li­wiają sku­teczne spa­la­nie kalo­rii, co zapo­biega odkła­da­niu się tkanki tłusz­czo­wej. Zresztą znaczna część tego, co u osób oty­łych nazy­wamy „tłusz­czem”, nie jest wcale tkanką tłusz­czową, ale grubą war­stwą śluzu i sub­stan­cji tok­sycz­nych, wypy­cha­jącą ścianki jelit, pod­gar­dle, węzły chłonne i inne czę­ści ciała, w któ­rych tego typu zbędne pro­dukty się gro­ma­dzą. Róż­nica mię­dzy suro­wymi i goto­wa­nymi kalo­riami jest taka jak mię­dzy świe­żym i zanie­czysz­czo­nym powie­trzem. „Z moich doświad­czeń prak­tycz­nych wynika – notuje dr Howell – że ludzie, któ­rzy jedzą wyłącz­nie surowe pro­dukty, ni­gdy nie tyją, nie­za­leż­nie od war­to­ści kalo­rycz­nej spo­ży­wa­nych posił­ków”.