Tao zdrowia, seksu i długowiecznościTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Yin i yang dziś

Yin i yang, być może naj­star­sza z zacho­wa­nych chiń­skich kon­cep­cji, do dziś nie prze­staje wywie­rać wpływu na codzienne życie Chiń­czy­ków. Chiń­scy archi­tekci wciąż zasię­gają rady u tao­istycz­nych geo­man­tów, nawet przy budo­wie nowo­cze­snych wie­żow­ców, chiń­scy leka­rze sto­sują dawne metody do sta­wia­nia dia­gnozy i lecze­nia pacjen­tów, chiń­scy mistrzo­wie kuchni dbają o odpo­wied­nie pro­por­cje i zesta­wiają smaki zgod­nie z ich natu­ral­nym pokre­wień­stwem itd. Jeśli chiń­scy stu­denci tak świet­nie radzą sobie ze współ­cze­sną teo­rią kwan­tową, to być może jest to zasługą wro­dzo­nego wyczu­cia yin i yang, kon­cep­cji, któ­rej współ­cze­sna fizyka jest coraz bliż­sza.

Cho­ciaż więk­szość zachod­nich naukow­ców wciąż igno­ruje dawną chiń­ską teo­rię yin-yang, są też i tacy, któ­rzy mając dość wyobraźni, żeby oce­nić ją obiek­tyw­nie, ze zdzi­wie­niem dostrze­gają jej nie­zwy­kłą traf­ność. Soulié de Morant, fran­cu­ski kon­sul w Szan­ghaju, któ­remu zawdzię­czamy spro­wa­dze­nie do Europy chiń­skiej aku­punk­tury, napi­sał w roku 1919:

Chiń­czycy okre­ślają pozy­tywną ener­gię mia­nem yang i wywo­dzą ją od słońca i gwiazd. Ener­gię nega­tywną okre­śla się mia­nem yin i wywo­dzi się ją z ziemi […]

Jak to moż­liwe, że sta­ro­żytni Chiń­czycy (są to bowiem kon­cep­cje zaczerp­nięte z dzieł pocho­dzą­cych z XXVIII w. p.n.e.) dostrze­gli te siły i ter­mi­nem „ener­gia yang” okre­ślili dodat­nie naelek­try­zo­wa­nie atmos­fery, a ter­mi­nem „ener­gia yin” ujemny ładu­nek ziemi?

Zagadkę tę można łatwo wyja­śnić, jeśli się pamięta o jed­nym z fun­da­men­tal­nych zało­żeń tao­izmu, że ludz­kie ciało jest mikro­ko­smo­sem, w któ­rym odbija się cały wszech­świat. Adepci tao­izmu zdo­by­wali głę­boką wie­dzę co do istoty uni­wer­sal­nych sił kosmicz­nych, obser­wu­jąc i odczu­wa­jąc ich dzia­ła­nie wewnątrz wła­snego ciała i wła­snych pól ener­gii. O ile nauka zachod­nia musiała pocze­kać na skon­stru­owa­nie przy­rzą­dów pozwa­la­ją­cych na pomiar i zapis fal świetl­nych, drgań elek­trycz­nych i czą­ste­czek ato­mo­wych, tao­iści tak długo „sie­dzieli nie­ru­chomo, nic nie czy­niąc”, aż w końcu budziła się w nich świa­do­mość „wewnętrz­nego kosmosu”.

Na szczę­ście dla zachod­niej filo­zo­fii nauka zachod­nia prze­ła­mała w końcu barierę myśle­nia duali­stycz­nego i zaczyna potwier­dzać tra­dy­cyjne tao­istyczne podej­ście do mate­rii i ener­gii. Słynne rów­na­nie Ein­ste­ina E=mc2 nadaje naukowy sta­tus daw­nej tao­istycz­nej kon­cep­cji o zamien­no­ści mate­rii i ener­gii (nazy­wa­nych przez tao­istów „esen­cją” i „ener­gią”). Dzia­ła­nie pola magne­tycz­nego w pełni zga­dza się z kon­cep­cją yin-yang, a żaden prze­wod­nik nie prze­wo­dziłby prądu elek­trycz­nego bez pola­ry­za­cji ładun­ków dodat­nich i ujem­nych (yin i yang). Obec­ność yin i yang zazna­cza się także w fizyce mole­ku­lar­nej, gdzie o mate­rio­twór­czym „skle­ja­niu” czą­stek ato­mo­wych decy­duje przy­cią­ga­nie i odpy­cha­nie prze­ciw­staw­nych sił. Kiedy jed­nak mole­kuły te znów od sie­bie odej­miemy, oka­zuje się nagle, że cał­ko­wi­cie prze­stają ist­nieć jako mate­ria i stają się drga­ją­cymi wiąz­kami czy­stej ener­gii, ukła­da­ją­cymi się w pewne wzory, które dają złu­dze­nie czą­stek sta­łych. Ten fakt czę­ściowo wyja­śnia sta­ro­żytne tao­istyczne (a także bud­dyj­skie) stwier­dze­nie, że „forma jest pustką, a pustka formą”. Dostrze­gamy naresz­cie, że – jak zauwa­żył Ein­stein – wszystko jest względne i zależy od punktu widze­nia obser­wa­tora: forma roze­brana do poziomu czą­stek ele­men­tar­nych oka­zuje się niczym innym jak pustką, czy­sta ener­gia pustki zaś uło­żona w ryt­miczne wzory zaczyna wyglą­dać i zacho­wy­wać się jak forma.

Yin i yang są stale obecne we współ­cze­snym życiu, choć zwy­kle się ich nie zauważa. Samo­lot, któ­rym prze­mie­rzasz morza i kon­ty­nenty, wyko­rzy­stuje siłę odrzutu, w myśl zasady, iż „każ­demu dzia­ła­niu siły odpo­wiada równe mu, lecz odwrot­nie skie­ro­wane prze­ciw­dzia­ła­nie”. Ruch do przodu jest więc wyni­kiem wyrzu­ca­nia spa­lin z tyłu sil­nika. Współ­cze­sne bada­nia nad zdro­wym odży­wia­niem pod­kre­ślają zna­cze­nie zrów­no­wa­żo­nej diety oraz reak­cji bio­che­micz­nych, które zacho­dzą w żołądku w wyniku łącze­nia nie­któ­rych rodza­jów pokarmu, mię­dzy innymi kwa­sów z zasa­dami, bia­łek z węglo­wo­da­nami, sodu z fos­fo­rem itd. Toż to nic innego jak yin i yang, tyle że w nowo­cze­snym prze­bra­niu, czyli zasady, które już pięć tysięcy lat, od cza­sów świet­no­ści Żół­tego Cesa­rza, służą Chiń­czy­kom do zgłę­bia­nia zaga­dek wszech­świata.

Chiń­czy­ków cechuje nad­zwy­czajna zdol­ność przy­swa­ja­nia obcych wzo­rów, potra­fią też zna­ko­mi­cie dosto­so­wać się do wymo­gów współ­cze­sno­ści, ale ni­gdy nie odbywa się to kosz­tem głę­boko zako­rze­nio­nych tao­istycz­nych prze­ko­nań. W ich oczach nauka i tech­nika nie tyle prze­czą wie­lo­wie­ko­wym tra­dy­cjom, ile je uzu­peł­niają. To podej­ście także świad­czy o dzia­ła­niu zasady yin i yang, gdzie kla­syczna filo­zo­fia tao­istyczna sta­nowi intu­icyjny pier­wia­stek yin, współ­cze­sna nauka Zachodu zaś w dogod­nej for­mie uka­zuje dające się racjo­nal­nie uza­sad­nić powią­za­nia i sys­te­mowe zależ­no­ści pię­ciu pod­sta­wo­wych aktyw­no­ści. Yin i yang skła­dają się razem na pełny obraz, a każda ze stron czuwa nad tym, aby strona prze­ciwna nie nagi­nała fak­tów do swego spo­sobu postrze­ga­nia rze­czy­wi­sto­ści.

Ta mie­szanka tra­dy­cyj­nej kul­tury i nowo­cze­snej nauki ode­grała ogromną rolę w pro­ce­sie nie­wia­ry­god­nie szyb­kiej i sku­tecz­nej moder­ni­za­cji Azji Wschod­niej w cza­sie minio­nych dzie­się­cio­leci. Gdyby tylko świat zachodni potra­fił wchło­nąć filo­zo­fię Wschodu z taką łatwo­ścią, z jaką świat wschodni wchło­nął zachod­nią tech­no­lo­gię, w cudowny spo­sób radziłby sobie teraz z wie­loma dokucz­li­wo­ściami współ­cze­snego życia miej­skiego w zin­du­stria­li­zo­wa­nych spo­łe­czeń­stwach zachod­nich.

Pomimo róż­nic ter­mi­no­lo­gicz­nych naukę współ­cze­sną i tra­dy­cyjny tao­izm łączą iden­tyczne kon­klu­zje, a ponie­waż – jak powie­dział Laozi – „nazwa, którą można nazwać, nie jest praw­dziwą nazwą”, nie warto zawra­cać sobie głowy nazwami, warto się nato­miast sku­pić na siłach i rela­cjach, do któ­rych się odno­szą.

Trzy Skarby

Jed­ność zro­dziła dwie rze­czy,

Potem trzy…

DAODE­JING

Trzy Skarby życia to jing (esen­cja), qi (ener­gia) i shen (duch). Podob­nie jak yin i yang, każdy z Trzech Skar­bów jest cał­ko­wi­cie różny od pozo­sta­łych, ale też cał­ko­wi­cie od nich zależny. Jed­nak w prze­ci­wień­stwie do ener­gii yin i yang, które prze­ni­kają świat oży­wiony i nieoży­wiony, esen­cja, ener­gia i duch zwią­zane są z życiem, zwłasz­cza z życiem ludz­kim. Obej­mują one trzy pod­sta­wowe poziomy ist­nie­nia każ­dej żywej istoty, tj. poziom fizyczny, ener­ge­tyczny i umy­słowy. Trzy Skarby uwa­żane są za dro­go­cenne dary tao, natu­ralne dzie­dzic­two życia prze­ka­zy­wane każ­dej żywej isto­cie w momen­cie naro­dzin, i to wła­śnie ich względna siła i rów­no­waga decy­dują o ludz­kim zdro­wiu i dłu­go­wiecz­no­ści. Bio­rąc pod uwagę ich zasad­ni­cze zna­cze­nie w teo­rii i prak­tyce tao­izmu, Trzy Skarby można nazwać „tao­istyczną trójcą”. Wraz z yin i yang oraz pię­cioma aktyw­nymi żywio­łami two­rzą one teo­re­tyczny fun­da­ment chiń­skiej dia­gno­styki i tera­peu­tyki, a także chiń­skich sztuk walki i medy­ta­cji.

Jing: esen­cja życia

Jing wystę­puje w ciele w trzech posta­ciach. Pierw­szą z nich jest „esen­cja krwi”, która obej­muje wszyst­kie nie­zbędne skład­niki krwi, takie jak krwinki czer­wone i białe oraz skład­niki pokar­mowe wchła­niane w jeli­cie cien­kim ze stra­wio­nego poży­wie­nia. Drugą jest „esen­cja hor­monu”, która dzieli się na „esen­cję życia” i „esen­cję nasie­nia”. „Esen­cja życia” obej­muje wszyst­kie nie­zbędne do życia hor­mony, wytwa­rzane przez różne gru­czoły wydzie­la­nia wewnętrz­nego. Hor­mony te regu­lują wzrost, prze­mianę mate­rii, aktyw­ność płciową, odpor­ność, pro­ces sta­rze­nia się itd. Ter­min „esen­cja nasie­nia” odnosi się do spermy i pokrew­nych hor­mo­nów męskich (u męż­czyzn) oraz do komó­rek jajo­wych i pokrew­nych hor­mo­nów żeń­skich (u kobiet). Trzeci rodzaj „esen­cji” obej­muje płyny cięż­kie, takie jak limfa oraz maź ota­cza­jąca stawy i inne tkanki łączne (maź sta­wowa), a także łzy, pot i mocz. Te ostat­nie są odpo­wie­dzialne głów­nie za wyda­la­nie zbęd­nych pro­duk­tów prze­miany mate­rii oraz za roz­pra­sza­nie zale­ga­ją­cej ener­gii. Te trzy posta­cie „esen­cji”, w połą­cze­niu z qi, okre­śla się wspól­nym mia­nem „czte­rech humo­rów cie­le­snych”.

„Esen­cja” i ener­gia pozo­stają ze sobą w ści­słym związku: „Qi włada krwią. Kiedy qi się poru­sza, poru­sza się krew”. Skoro krew podąża za odde­chem, jest rze­czą zro­zu­miałą, że pra­wi­dłowe oddy­cha­nie regu­luje i wzmac­nia krą­że­nie, co jest głów­nym celem tao­istycz­nych ćwi­czeń odde­cho­wych.

Zgod­nie z tra­dy­cyjną chiń­ską medy­cyną za natu­ralne mecha­ni­zmy obronne i odpor­ność na cho­roby odpo­wiada przede wszyst­kim „esen­cja życiowa” orga­ni­zmu. Oto kolejny przy­kład na to, jak medy­cyna chiń­ska wyprze­dza medy­cynę zachod­nią o ponad dwa tysiące lat. „Time” z 31 marca 1980 r. zamie­ścił szcze­gó­łowy raport naukowy na temat nie­zwy­kłej sku­tecz­no­ści lecz­ni­czej nowo odkry­tego czyn­nika immu­no­lo­gicz­nego, inter­fe­ronu. Inter­fe­ron nie jest pro­duk­tem syn­te­tycz­nym, jak więk­szość zachod­nich środ­ków lecz­ni­czych, potwier­dza się zatem pod­sta­wowe zało­że­nie chiń­skiej medy­cyny, że odpor­ność jest natu­ralną cechą orga­ni­zmu i ma postać oczysz­czo­nej „esen­cji” wytwa­rza­nej przez ten orga­nizm. Co cie­kaw­sze, bada­nia naukowe wyka­zały, że źró­dłem inter­fe­ronu są tylko trzy rodzaje komó­rek w orga­nizmie, dokład­nie te, które odpo­wiadają trzem posta­ciom „esen­cji”, od dawna uzna­wa­nym przez chiń­skich leka­rzy za pod­stawę układu odpor­no­ścio­wego.

 

Pierw­szym źró­dłem inter­fe­ronu są leu­ko­cyty, czyli krwinki białe, które sta­no­wią odpo­wied­nik „esen­cji krwi”. Dru­gim rodza­jem komó­rek, które pro­du­kują inter­fe­ron, są fibro­bla­sty, czyli spe­cjalne komórki zwią­zane z tkanką łączną. Odpo­wia­dają one pły­nom obec­nym w sta­wach i tkance łącz­nej, które chiń­ska teo­ria medyczna uznaje za dru­gie źró­dło czyn­ni­ków immu­no­lo­gicz­nych. Trze­cim źró­dłem inter­fe­ronu są tzw. lim­fo­cyty T, które wytwa­rzają odmianę inter­fe­ronu bez­po­śred­nio współ­pra­cu­jącą z czą­stecz­kami DNA przy kopio­wa­niu infor­ma­cji gene­tycz­nej, a więc odmianę zwią­zaną z pły­nami płcio­wymi. Chiń­czycy w „esen­cji hor­monu”, a zwłasz­cza w hor­mo­nach płcio­wych, upa­trują trze­ciego głów­nego źró­dła czyn­ni­ków odpor­no­ścio­wych. Jeżeli ist­nieje nie­za­prze­czalny dowód na to, że nauka zachod­nia potwier­dza pra­dawne odkry­cia tao­istów, to wła­śnie go przed­sta­wi­li­śmy.

Qi: ener­gia życia

Jedną z głów­nych prze­sła­nek tra­dy­cyj­nej chiń­skiej medy­cyny, wywo­dzącą się wprost z filo­zo­fii tao­istycz­nej, jest prze­ko­na­nie, że wszyst­kie formy życia we wszech­świe­cie oży­wia fun­da­men­talna życiowa moc zwana qi. Qi zna­czy dosłow­nie „oddech” oraz „powie­trze”, a także „ener­gia”, i jest dokład­nym odpo­wied­ni­kiem ter­minu prana w hin­du­skiej jodze. Podob­nie jak tao, qi jest nie­wi­dzialna, niema, bez­kształtna – lecz prze­nika wszystko.

Qi przy­biera wiele róż­nych postaci w ludz­kim orga­ni­zmie. Naj­bar­dziej pod­sta­wową jest tzw. Yuan qi, czyli dosłow­nie „pier­wotna ener­gia”. Ter­min ten odnosi się do eks­plo­zji czy­stej ener­gii w chwili poczę­cia, ener­gii będą­cej tchnie­niem życia w płód w macicy. Yuan qi można porów­nać do poten­cjal­nej ener­gii zma­ga­zy­no­wa­nej w bate­rii. W chwili naro­dzin ener­gia ta zaczyna się roz­pra­szać, a tempo roz­pra­sza­nia decy­duje o dłu­go­ści życia. Dzieci są o wiele bar­dziej aktywne i pełne ener­gii niż doro­śli mię­dzy innymi dla­tego, że nie zdą­żyły jesz­cze zepsuć i roz­pro­szyć swo­jej pier­wot­nej ener­gii w takim stop­niu jak doro­śli. Rów­nież dla­tego objawy nie­wła­ści­wego oddy­cha­nia i odży­wia­nia są u dzieci mniej widoczne niż u doro­słych: wciąż chroni je silna bate­ria pier­wot­nej ener­gii. Kiedy jed­nak są zmu­szone wyko­rzy­sty­wać tę ener­gię, by rekom­pen­so­wać skutki nie­wła­ści­wego odży­wia­nia się i innych złych nawy­ków, przy­spie­szają tempo jej roz­pra­sza­nia i przy­czy­niają się do chro­nicz­nego złego samo­po­czu­cia w życiu doro­słym. Yuan qi można pomna­żać i wzmac­niać za pomocą diety, ziół, pra­wi­dło­wego oddy­cha­nia, ure­gu­lo­wa­nej aktyw­no­ści płcio­wej i innych tao­istycz­nych zabie­gów, któ­rych celem jest doła­do­wa­nie pier­wot­nej bate­rii i opóź­nie­nie pro­cesu roz­pra­sza­nia ener­gii, a co za tym idzie – prze­dłu­że­nie życia.

Inną posta­cią qi jest yang qi, czyli ener­gia życiowa w swej ulot­nej, ruchli­wej i czyn­nej postaci. Jest to ten rodzaj ener­gii, który gro­ma­dzi się w ciele pod­czas aktu płcio­wego i jest gwał­tow­nie uwal­niany w chwili orga­zmu. Yang qi koja­rzy się z cie­płem, świa­tłem i ruchem. Można ją przy­rów­nać do ener­gii czer­pa­nej z bate­rii w postaci prądu elek­trycz­nego. Ten typ ener­gii „wdy­chamy” bez­po­śred­nio z atmos­fery.

Ciało pro­du­kuje dwie różne posta­cie qi bez­po­śred­nio ze skład­ni­ków pokar­mo­wych uzy­ska­nych w pro­ce­sie tra­wie­nia z poży­wie­nia i wody. Pierw­sza postać to tzw. ying qi, czyli „ener­gia odżyw­cza”, którą uzy­skuje się z naj­czyst­szych pro­duk­tów tra­wie­nia i która zasila w ener­gię narządy, gru­czoły, nerwy, kości oraz wszyst­kie tkanki. Druga postać to wei qi, czyli „ener­gia ochronna”, która powstaje z mniej szla­chet­nych pro­duk­tów ubocz­nych tra­wie­nia. Wei qi krąży po powierzchni ciała, tuż pod skórą, chro­niąc cały orga­nizm przed wtar­gnię­ciem z zewnątrz nie­po­żą­da­nych ener­gii, takich jak gorąco, zimno, suchość, wiatr itd. Gdy się poru­sza, wywo­łuje wra­że­nie cie­płej wody obmy­wa­ją­cej powierzch­nię ciała.

Kiedy qi ziemi, uzy­skana z pokarmu i wody, spo­tka się z qi nieba, wchło­niętą z powie­trza, łączą się ze sobą we krwi, two­rząc swo­istą odmianę ener­gii życio­wej, która oży­wia ludzki orga­nizm. Dla­tego też kon­trola diety i odde­chu, dwóch głów­nych źró­deł ener­gii życio­wej, sta­nowi naj­pew­niej­szą gwa­ran­cję zdro­wia i dłu­go­wiecz­no­ści. W Księ­dze Żół­tego Cesa­rza czy­tamy: „Dzie­sięć tysięcy dole­gli­wo­ści ma swe źró­dło w ener­gii. Brak rów­no­wagi ener­ge­tycz­nej może się stać powo­dem każ­dej dole­gli­wo­ści”.

Pomimo wiel­kiej roli, jaką qi odgrywa w tao­istycz­nej trójcy „esen­cji”, ener­gii i ducha, wciąż spra­wia ona naj­wię­cej trud­no­ści zachod­nim adep­tom kla­sycz­nej chiń­skiej medy­cyny. Choć uczeni zachodni bez naj­mniej­szych kło­po­tów radzą sobie z rada­rem, radiem, pro­mie­niami gamma, ultra­fio­le­tem, elek­trycz­no­ścią i innymi nie­wi­dzial­nymi for­mami ener­gii, za nic nie potra­fią pogo­dzić się z myślą, że podobne prądy kosmiczne prze­pły­wają przez ludzki orga­nizm i nim kie­rują.

Aby tę zasad­ni­czą kwe­stię przy­bli­żyć umy­sło­wo­ści zachod­niej, musimy poświę­cić kilka stron na dokładną ana­lizę qi z zachod­niego, nauko­wego punktu widze­nia. Ponie­waż nie ma angiel­skiego [ani pol­skiego] odpo­wied­nika ter­minu qi albo prana, będziemy się posłu­gi­wać ter­mi­nem „ener­gia bio­niczna” lub „bio­elek­tryczna”. Ter­min ten koja­rzy się z ener­gią życiową, cha­rak­te­ry­styczną wyłącz­nie dla orga­ni­zmów żywych (bio-), z ener­gią elek­trycz­no­ści (-elek­tryczna), a także z jonami nała­do­wa­nymi ujem­nie (-joniczna), co wszystko razem – jak się zaraz prze­ko­namy – składa się na istotę qi.

Qi pisana dużą literą doty­czy cał­ko­wi­tej sumy ener­gii we wszech­świe­cie, włą­cza­jąc w to gra­wi­ta­cję, magne­tyzm, elek­trycz­ność, ener­gię sło­neczną, fale radiowe itp. Pisana małą literą, qi ozna­cza ener­gię bio­niczną, która „napę­dza” orga­ni­zmy żywe. Qi jest dla istot żyw­nych tym, czym prąd elek­tryczny dla kom­pu­tera. Bez niego cały ten skom­pli­ko­wany mecha­nizm utyka w mar­twym punk­cie. W wypadku orga­ni­zmów żywych pola­ry­za­cja yin i yang two­rzy dyna­miczne pole siłowe potrzebne do ruchu qi, podob­nie jak bie­guny dodatni i ujemny powo­dują ruch prądu elek­trycz­nego. Dyna­mika yin i yang utrzy­muje qi w cią­głym ruchu, zarówno w śro­do­wi­sku zewnętrz­nym, jak i wewnątrz ludz­kiego orga­ni­zmu. Obni­że­nie poziomu ener­gii bio­nicz­nej w ciele pro­wa­dzi do utraty wital­no­ści całego orga­ni­zmu oraz do zwięk­szo­nej podat­no­ści na cho­roby, złe samo­po­czu­cie i przed­wcze­sną śmierć.

W książce Chri­sto­pha Hufe­landa Die Kunst das men­schli­che Leben zu verlängern, wyda­nej w Jenie w roku 1797, znaj­du­jemy taki opis qi:

Uważna obser­wa­cja siły wital­nej w świe­cie istot zor­ga­ni­zo­wa­nych umoż­li­wia dostrze­że­nie nastę­pu­ją­cych wła­ści­wo­ści i praw: siła witalna jest naj­sub­tel­niej­szym, naj­prze­ni­kliw­szym i naj­skryt­szym zja­wi­skiem, jakie dotąd udało nam się odkryć w przy­ro­dzie. Pod tym wzglę­dem prze­wyż­sza nawet świa­tło, elek­trycz­ność i magne­tyzm, z któ­rymi pod innymi wzglę­dami, jak się wydaje, ma naj­wię­cej wspól­nego […]. Mię­dzy siłą witalną a magne­tyzmem zna­leźć można ude­rza­jące podo­bień­stwo. Siła życiowa może ist­nieć w sta­nie wol­nym lub uta­jo­nym i pod tym wzglę­dem przy­po­mina cie­pło i elek­trycz­ność.

Wygląda na to, że kon­cep­cja qi jest bli­ska rów­nież Fran­cu­zom. Weźmy na przy­kład takie zda­nie dr. J. Belota:

Roz­pa­tru­jąc życie orga­niczne od strony bio­fi­zyki, musimy dojść do wnio­sku, że u pod­łoża wszel­kiego życia komór­ko­wego leżą zja­wi­ska elek­tryczne, a wszystko spro­wa­dza się w osta­tecz­no­ści do ładunku elek­trycznego.

Dr René Allendy doszedł do podob­nych wnio­sków:

W prze­szło­ści medy­cyna i bio­lo­gia inter­pre­to­wały życie jako pro­stą reak­cję che­miczną, tj. cał­ko­wi­cie mecha­niczną wymianę ato­mów i czą­ste­czek. Dziś na­dal tak uwa­żamy, lecz potra­fimy wyja­śnić ten pro­ces z więk­szą dokład­no­ścią, wiemy bowiem, że owa wymiana zależy od poten­cjału elek­trycz­nego, a zatem istota zja­wi­ska leży nie w ato­mie, lecz w elek­tro­nie.

Tao­iści od ponad trzech tysięcy lat twier­dzą dokład­nie to samo – że wszel­kie życie jest bez­wa­run­kowo uza­leż­nione od qi (ener­gii bio­nicz­nej) i że wszyst­kie funk­cje życiowe są uza­leż­nione od obec­no­ści qi w narzą­dach wewnętrz­nych, sta­wach, ner­wach, krwi i wszyst­kich tkan­kach orga­ni­zmu. Spo­so­bem na opóź­nie­nie pro­cesu sta­rze­nia się i zapo­bie­ga­nie cho­ro­bom jest regu­larne „doła­do­wy­wa­nie” tka­nek nowymi por­cjami czy­stej ener­gii qi czer­pa­nej ze świe­żego poży­wie­nia, świe­żej wody, świe­żego powie­trza i zdro­wego życia płcio­wego. O ile pro­cesy bio­che­miczne mają dla życia duże zna­cze­nie, o tyle one same cał­ko­wi­cie zależą od dosta­tecz­nej ilo­ści ener­gii bioelek­trycznej, która musi je zapo­cząt­ko­wać i napę­dzać.

Na układ ener­ge­tyczny czło­wieka wpły­wają róż­nego rodzaju ener­gie zewnętrzne, a w szcze­gól­no­ści warunki pogo­dowe, które Chiń­czycy traf­nie nazy­wają tian qi, „ener­gią nie­biań­ską”. Czło­wiek, jak i wszyst­kie inne istoty żywe, umiesz­czony jest mię­dzy dodat­nim bie­gu­nem yang nieba a ujem­nym bie­gu­nem yin ziemi, stąd też „nie­biań­ska ener­gia” pogody prze­pływa przez ludzki układ ener­ge­tyczny tak jak prąd elek­tryczny przez prze­wod­nik. Chiń­czycy dostrze­gli bli­ski zwią­zek ludz­kiego zdro­wia z warun­kami atmos­fe­rycz­nymi już tysiące lat temu, pod­czas gdy nauka zachod­nia dopiero teraz zaczyna roz­pra­co­wy­wać tę zagadkę.

W tym miej­scu docho­dzimy do nie­zwy­kle istot­nej kwe­stii zanie­czysz­cze­nia powie­trza. W marcu 1968 r. fran­cu­ski dzien­nik „Le Monde” napi­sał, że obec­ność jonów ujem­nych w powie­trzu, które wdy­chamy, uła­twia wchła­nia­nie tlenu oraz wyda­la­nie dwu­tlenku węgla w pęche­rzy­kach płuc­nych, pod­czas gdy jony dodat­nie mają dzia­ła­nie prze­ciwne. Gazy tru­jące, pyły, zanie­czysz­cze­nia prze­my­słowe itp. przy­bie­rają w atmos­fe­rze postać dużych, chłon­nych jonów dodat­nich, które wychwy­tują i absor­bują lek­kie i małe jony ujemne, nie­mal cał­ko­wi­cie pozba­wia­jąc powie­trze war­to­ści ożyw­czej. W czy­stym powie­trzu wiej­skim na jeden jon dodatni przy­pa­dają śred­nio dwa jony ujemne. W mie­ście sto­su­nek ten spada do jed­nego jonu ujem­nego na 300–600 jonów dodat­nich! A zatem to nie tlen decy­duje o czy­sto­ści powie­trza, lecz jony ujemne, czyli qi. Zdrowy orga­nizm potrafi oczy­ścić się z zawar­tych w powie­trzu tok­syn, lecz jest bez­silny wobec braku qi w powie­trzu, któ­rym oddy­cha.

Do dzia­ła­nia qi potrze­buje sil­nego pola elek­trycz­nego, które wpra­wia ją w ruch. Tao­iści mówią o potrze­bie dyna­micz­nego napię­cia mię­dzy yin i yang. Nauka zachod­nia dopiero teraz zaczyna rozu­mieć, jak zasad­ni­cze zna­cze­nie dla zdro­wia i żywot­no­ści czło­wieka ma obec­ność w atmos­fe­rze sil­nych pól elek­trycz­nych, o czym mistycy Orientu wie­dzieli już tysiące lat temu. Bada­nia naukowe w USA potwier­dzają ogromny wpływ prą­dów elek­trycz­nych i pól elek­trycz­nych na ludz­kie zdro­wie. Wyniki tych badań przed­sta­wił ze szcze­gó­łami André van Lyse­beth w swej zna­ko­mi­tej książce na temat oddy­cha­nia pt. Pra­na­jama: dyna­mika odde­chu:

Zna­cze­nie tej zasady i jej sze­ro­kie zasto­so­wa­nie staje się jasne w świe­tle ostat­nich odkryć prof. Wart­burga z Nie­miec, doty­czą­cych komó­rek rako­wych. Zdrowe komórki umiesz­czone w warun­kach unie­moż­li­wia­ją­cych im nor­malne oddy­cha­nie [komór­kowe] zaczy­nają „fer­men­to­wać”, a następ­nie prze­kształ­cają się w komórki rakowe.

 

Ener­gię potrzebną do tra­wie­nia i przy­swa­ja­nia pro­duk­tów koń­co­wych czer­piemy z powie­trza atmos­fe­rycz­nego. Towa­rzy­szy temu zło­żony pro­ces elek­tryczny, w któ­rym nośni­kiem ener­gii jest praw­do­po­dob­nie wyso­ko­ener­ge­tyczny ade­no­zy­no­tri­fos­fo­ran (ATP). Pole elek­tro­sta­tyczne ma więc w przy­ro­dzie duży wpływ na cykl odde­chowy, pod­czas któ­rego tlen atmos­fe­ryczny staje się dosta­tecz­nie „aktywny”.

Brak prądu elek­trycz­nego jest zawsze czymś nie­po­żą­da­nym i szko­dzi wital­no­ści czło­wieka, a nawet może nie­bez­piecz­nie wpły­wać na jego płod­ność. Dłu­go­wiecz­ność cywi­li­zo­wa­nego czło­wieka w dużym stop­niu zależy od cią­głego oddzia­ły­wa­nia dosta­tecz­nie sil­nego pola elek­trycz­nego. Pole to ma pozy­tywny wpływ na naj­waż­niej­sze funk­cje fizjo­lo­giczne, takie jak aktyw­ność serca, oddy­cha­nie, tra­wie­nie, prze­miana mate­rii itd. Źró­dłem wielu tzw. cho­rób cywi­li­za­cyj­nych jest cał­ko­wity brak lub znaczne osła­bie­nie naturalnych pól elek­trycz­nych w wiel­kich mia­stach. Ludzie czę­sto zmu­szeni są miesz­kać w budyn­kach i pomiesz­cze­niach o meta­lo­wych ele­men­tach kon­struk­cyj­nych, które wyka­zują fizyczne wła­ści­wo­ści klatki Fara­daya, czyli brak jakie­go­kol­wiek pola elek­trycz­nego, stąd tak szybko ule­gają oni zmę­cze­niu i wyczer­pa­niu.

Co wię­cej, współ­cze­sne życie miej­skie tak bar­dzo odda­liło się od natury, że miesz­kań­ców miast zaczęło w końcu ota­czać „pole ujemne”. Perio­dyk „Pro­duct Engi­ne­ering”, publi­ko­wany w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, podał defi­ni­cję takich dewi­ta­li­zu­ją­cych pól ujem­nych (13 marca 1967 r.):

Pola ujemne: nie­które przed­mioty z pla­stiku, cza­sami na przy­kład karo­se­rie samo­cho­dowe, mogą nawet wytwa­rzać ujemne pola elek­tryczne (pola, które odpy­chają jony ujemne i przy­cią­gają jony dodat­nie). Pla­sti­kowe meble, jak rów­nież pla­sti­kowe pokry­cia foteli i ścian wywo­łują u osób prze­by­wa­ją­cych w pokoju lub pojeź­dzie szyb­sze zmę­cze­nie psy­chiczne. Przed­mioty i pokry­cia z poli­ety­lenu mogą wytwo­rzyć pole ujemne o war­to­ści od 5000 do 10 000 wol­tów na metr, a w prze­strzeni cał­ko­wi­cie oto­czo­nej poli­ety­le­nem pole ujemne może osią­gnąć 100 000 wol­tów na metr.

Arty­kuł opu­bli­ko­wany w stycz­nio­wym nume­rze „Aero­space Medi­cine” z 1964 r. zawiera podobne wnio­ski:

Z tego samego powodu ważne są także ubra­nia. Nie­które tka­niny syn­te­tyczne wytwa­rzają dość elek­tro­sta­tycz­nych ładun­ków ujem­nych, by nie dopusz­czać jonów ujem­nych do osoby noszą­cej ubra­nie.

Jak widać, nawet kiedy sto­isz na gór­skim szczy­cie i oddy­chasz naj­czyst­szym powie­trzem, korzy­ści z qi mogą być nie­pełne, jeśli masz na sobie koszulkę z polie­stru, nylonu lub orlonu, a na nogach gumiaki.

Jeżeli ener­gia qi prze­nosi się dzięki polu elek­trycz­nemu, na jakiej zasa­dzie poru­sza się wewnątrz ciała? Poru­sza się tak jak prąd elek­tryczny w kom­pu­te­rze, czyli wzdłuż okre­ślo­nych kana­łów, które w chiń­skiej medy­cy­nie nazy­wane są meri­dia­nami lub połu­dni­kami. Two­rzą one sieć nie­wi­docz­nych kana­li­ków, któ­rymi qi dociera do wszyst­kich tka­nek orga­ni­zmu. Ist­nieje dwa­na­ście głów­nych meri­dia­nów, każdy zwią­zany z jakimś waż­nym narzą­dem lub funk­cją życiową, oraz liczne meri­diany dru­go­rzędne i „egzo­tyczne”. Lecz­ni­cze dzia­ła­nie aku­punk­tury polega na regu­la­cji krą­że­nia ener­gii życio­wej wzdłuż meri­dia­nów, któ­rej celem może być bu (wzmoc­nie­nie) albo san (roz­pro­sze­nie). Wzmoc­nie­nie uzy­skuje się, skie­ro­wu­jąc i gro­ma­dząc ener­gię tam, gdzie jest jej za mało, nato­miast roz­pro­sze­nie usuwa ener­gię z obsza­rów, w któ­rych doszło do jej zablo­ko­wa­nia i zastoju. Bodźca dostar­cza nakłu­wa­nie cien­kimi igłami odpo­wied­nich punk­tów roz­ło­żo­nych wzdłuż kana­łów ener­ge­tycz­nych, nagrze­wa­nie i przy­że­ga­nie tych punk­tów tzw. cyga­rem pio­łu­no­wym (Arte­mi­sia vul­ga­ris) lub masaż punk­towy.

Więk­szość leka­rzy zachod­nich wciąż się upiera, że sieć meri­dia­nów pokrywa się z ukła­dem ner­wo­wym lub krwio­no­śnym, mimo że leka­rze chiń­scy zde­cy­do­wa­nie temu zaprze­czają. Dowód zna­leźć można w samej tech­nice: wła­ści­wie i w odpo­wied­nim miej­scu wbita igła nie powo­duje upływu nawet kro­pli krwi ani ostrego bólu. Po nakłu­ciu ostrą igłą naczy­nia krwio­no­śnego lub nerwu natych­miast poja­wi­łyby się krew i prze­ni­kliwy ból, tak więc zachodni pogląd na aku­punk­turę nie wytrzy­muje kry­tyki. Dr E. Bian­cini, zapa­lony entu­zja­sta chiń­skiej aku­punk­tury, tak wyja­śnia elek­tryczne pod­łoże tej metody lecze­nia:

Kilka lat temu wspól­nie ze zna­nym elek­tro­lo­giem dr. Dimie­rem prze­pro­wa­dzi­li­śmy bada­nia nad ludzką elek­trycz­no­ścią. Wykry­cie tego rodzaju elek­trycz­no­ści było moż­liwe dzięki uży­ciu bar­dzo czu­łego gal­wa­no­me­tru. Oka­zało się, że punkty wyod­ręb­nione przez chiń­ską aku­punk­turę cechuje szcze­gól­nie silna aktyw­ność elek­tryczna. Po połą­cze­niu dru­tem mie­dzia­nym dwóch punk­tów San-li na nodze danej osoby i po wzmoc­nie­niu fali dał się nawet zauwa­żyć stały prze­pływ prądu mię­dzy jedną i drugą stroną ciała. Liczne obser­wa­cje wyka­zały, że u osób w dobrym zdro­wiu ładu­nek elek­tryczny wyno­sił prze­cięt­nie 8 mikro­am­pe­rów. U osób zmę­czo­nych liczba ta spa­dała do 12 mikro­am­pe­rów, u osób w sta­nie napię­cia lub pod­nie­ce­nia zaś rosła do 15.

Mamy prawo przy­pusz­czać, że to, co nazy­wamy „siłą życiową” (qi), jest przede wszyst­kim poten­cja­łem elek­trycz­nym. Kiedy mówimy, że jeste­śmy wyczer­pani, wyra­że­nie to można rozu­mieć nie­mal dosłow­nie, tak jak wyczer­pane mogą być bate­rie. Zdro­wia i wital­no­ści nie należy spro­wa­dzać wyłącz­nie do elek­trycz­no­ści, ale to nie przy­pa­dek, że towa­rzy­szą im zawsze takie zja­wi­ska, jak nagro­ma­dze­nie spo­rego ładunku bio­elek­trycz­nego, wymiana jonów i napię­cie pola elek­trycz­nego oraz zgodne współ­dzia­ła­nie wszyst­kich funk­cji. Innymi słowy, dobre zdro­wie zależy od roz­miesz­cze­nia i prze­pływu „prą­dów” w więk­szym stop­niu, niż się zazwy­czaj przy­pusz­cza. Wynik 15 mikro­am­pe­rów, jaki zano­to­wano u ludzi nad­mier­nie pobu­dzo­nych, dowo­dzi, że znaj­dują się oni dosłow­nie w sta­nie cią­głego „napię­cia”.

Widzimy więc, że „siła życiowa” qi nie jest sta­tyczną sub­stancją, jak krew lub związki neu­ro­che­miczne, lecz raczej aktywną siłą w postaci jonów ujem­nych, poru­sza­nych bie­gu­no­wym poten­cja­łem pola elek­trycz­nego, tj. dyna­miką yin i yang.

Toż­sa­mość siły wital­nej qi z ener­gią elek­tryczną może zna­leźć sze­ro­kie zasto­so­wa­nie w dzie­dzi­nie dia­gno­styki i tera­peu­tyki. Wydział Aku­punk­tury Szpi­tala Ogól­nego dla Wete­ra­nów w Taj­pej na Taj­wa­nie opra­co­wał tech­nikę wykry­wa­nia cho­rób w róż­nych narzą­dach i tkan­kach na długo przed poja­wie­niem się wyraź­nych obja­wów, która polega na mie­rze­niu zmian elek­trycz­nych na pozio­mie komór­ko­wym. Łącząc tra­dy­cyjne chiń­skie kon­cep­cje qi i aku­punk­tury z nowo­cze­sną tech­niką elek­tro­niczną, metoda ta w 80% przy­pad­ków pozwala stwier­dzić zbli­ża­nie się cho­roby, zanim jesz­cze wystą­pią jakie­kol­wiek objawy fizjo­lo­giczne moż­liwe do wykry­cia przy uży­ciu kon­wen­cjo­nal­nych metod zachod­nich, takich jak bada­nie krwi, ste­to­sko­pia, rent­gen itp. Nie trzeba wyja­śniać, jak ogromne korzy­ści tera­peu­tyczne daje tak wcze­sna dia­gnoza. Nic dziw­nego, że szpi­tal zde­cy­do­wał się nadać pod­sta­wo­wej jed­no­stce ludz­kiej ener­gii bio­elek­trycz­nej nazwę „qi”.

Kon­tro­wer­syjny badacz Wil­helm Reich, który bio­ener­gię okre­ślał mia­nem „orgonu”, poczy­nił ogromne postępy w bada­niach nad zna­cze­niem ener­gii bio­elek­trycz­nej dla zdro­wia, dopóki ame­ry­kań­ski esta­bli­sh­ment medyczny nie zmu­sił go w końcu do mil­cze­nia w poło­wie lat pięć­dzie­sią­tych. O związku mię­dzy ener­gią bio­elek­tryczną i zdro­wiem psy­chicz­nym pisał tak: