Gniew Północy

Tekst
Z serii: Furia Wikingów #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Gniew Północy
Gniew Północy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,90  51,92 
Gniew Północy
Gniew Północy
Audiobook
Czyta Jakub Wieczorek
32 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– VIII –

Paryż, w tym samym czasie

W zamku Karola Wielkiego panowała ponura i napięta atmosfera. Król siedział przy stole w rozległej komnacie z licznymi zdobieniami ze złota na ścianach, pokrytych obrazami i rzeźbami i rozprawiał ze swoimi synami na temat porażki w Danii oraz omawiał plany na przyszłość. Rozmowa momentami była nerwowa, padały ostre słowa, żale i oskarżenia. Nie obyło się bez wypominania i pouczania.

– Ty naprawdę to rozważasz? – dopytywał się syn Ludwik, zwany – dzięki swojej wielkiej i niezachwianej wierze – Pobożnym. Był mężczyzną o gładkiej jak u niemowlaka cerze, z delikatnym wąsikiem pod nosem. Mimo zabawnego wyglądu był szanowanym i poważanym księciem kraju Franków oraz królem Akwizgranu. – Powiedz, że to żart – dodał tonem na wpół błagalnym, na wpół nieznoszącym sprzeciwu.

– Widzisz inne wyjście? – odpowiedział mu pytaniem Karol. – Bo ja nie i choć jest to trochę ryzykowne, to jeśli dobrze się z nim obejdziemy, nie pożałujemy.

– Ty, ojcze, mówisz o sprowadzeniu do naszego kraju wikingów, żeby strzegli naszych ziem! Co w tym może być dobrego?

– Już mówiłem.

– I naprawdę w to wierzysz? Ojcze, na litość boską!

– Dlatego musimy to dobrze przemyśleć i opracować. Wierzę, że się uda – oznajmił król spokojnym tonem. W porównaniu ze swoim synem był dużo bardziej opanowany.

– A moim zdaniem nasi ewentualni obrońcy, w których tak inwestujesz swoje zaufanie, jak zobaczą Ragnara, Ivara czy kogokolwiek innego z tamtych stron, natychmiast dołączą do nich i ruszą na nas, by wspólnie plądrować i grabić. Dla wikinga złoto i srebro, łupy w ogóle, są najważniejsze. Łatwo sobie przeliczą, że sojusz z najeźdźcą lepiej im się opłaci – tłumaczył ojcu swoje racje Ludwik, po czym ręcznie dzierganą chustą otarł czoło z potu.

– A ja zgadzam się z ojcem – odezwał się, będący dotąd cicho Pepin, król Longobardów. Dobrze zbudowany ciemnowłosy, trzeci w kolejności syn Karola Wielkiego zadziwił wszystkich, popierając ojca. Co więcej, miał pewien pomysł i zaraz go przedstawił: – I chyba wiem, co może nam zagwarantować ich wierność.

– Niby co? – zapytał Ludwik, niezadowolony, że tak się wyrwał młodszy brat.

– Ziemia – odparł krótko. Widząc zaskoczenie wśród zgromadzonych, kontynuował: – Możemy im nadać ziemie. Jeśli będą mieli czego bronić, nie sprzymierzą się z najeźdźcą.

Pomysł Pepina zasiał ciszę na sali. Był wielce zaskakujący, być może nawet bardziej niż pomysł króla dotyczący sprowadzenia wikingów. Wszyscy rozmyślali teraz nad słowami księcia.

– Ojciec chce sprowadzić wikingów, a ty chcesz dać im jeszcze nasze ziemie… Brak mi słów, bracie. Myślałem, że jesteś bardziej rozsądny – skarcił Pepina Pobożny, kręcąc przy tym głową z niezadowolenia. – To tak, jakby…

– To jest bardzo dobry pomysł, synu – powiedział Karol, przerywając Ludwikowi, a tym samym chwaląc młodszego z synów. Ludwik, słysząc słowa ojca, schował twarz w dłonie, opierając ręce na łokciach. – Nadając im ziemie sprawimy, że będą czuć się tutaj jak u siebie, jak mieszkańcy, a nie jak najemnicy. Zagwarantujemy im byt i bogactwa, a będą nam jedli z rąk.

– Nie wierzę, że bierzecie to w ogóle pod uwagę – wtrącił załamany przedstawianymi planami Ludwik.

– Może trochę więcej wiary, synu… To nie jest zły pomysł. – Karol Wielki z zapałem bronił swoich racji.

– Nie jest zły, masz rację, jest fatalny! – odparł Ludwik, który z każdym zdaniem pozwalał sobie na coraz ostrzejsze słowa. W końcu rozmawiał z królem i krytykował go prosto w oczy. – Zapominacie o jednej bardzo ważnej, o ile nie najważniejszej kwestii – dodał pewny siebie, myśląc, że znalazł powód, który sprawi, że wyjdzie zwycięsko z debaty: – Więzy krwi, moi drodzy – zakomunikował, mierząc wzrokiem ojca i dwóch braci, z których jeden od początku rozmów nie odezwał się ani słowem.

Był nim Pepin Starszy, przez narośl na plecach zwany również Garbatym. Był najstarszym z synów Karola, lecz to Ludwik miał zostać królem po śmierci obecnie panującego. Pepin I został pozbawiony zaszczytu należącego do niego z racji narodzin w wyniku zbyt wielu niedomówień i działań, jakie podejmował wbrew woli ojca. Chodziły słuchy, że król wykorzystał liczne nieposłuszeństwa syna, aby oddalić go od tronu, a tak naprawdę chodziło o jego garb. Karol Wielki uważał go za straszliwe piętno, lecz tak naprawdę nikt oprócz niego nie znał prawdy. Wszystko to jednak sprawiło, że najstarszy z synów odzywał się tylko zapytany, lub jeśli mógł dopiec braciom bądź ojca. Innym powodem mogła być chęć ugrania czegoś dla siebie, a Pepin miał myśl i język ostre jak brzytwa.

– Więzów krwi żaden z was nie obejdzie – zakończył myśl zadowolony z siebie Ludwik.

Salę po raz kolejny wypełniła cisza. Nie trwała jednak długo. Nagle dało się w niej usłyszeć śmiech. Cichy, drwiący chichot. Wszyscy od razu wiedzieli, do kogo należał. Pepin Garbaty zabrał w końcu głos.

– A jeśli je obejdę, to odstąpisz i zwrócisz mi moje prawo do pierwszeństwa w kwestii tronu? – zapytał brata wyzywająco i drwiąco, nie kryjąc wrogości. – Bo tak się składa, że chyba wiem, jak to ominąć, braciszku.

Ludwik siedzący naprzeciw Pepina I nachylił się do niego, aby mu odpowiedzieć i być może go również obrazić, lecz zanim zdążył cokolwiek rzec, Karol odezwał się do najstarszego z synów, gdyż dobro kraju było dla niego ważniejsze niż niesnaski między braćmi.

– O czym mówisz? – zaprosił syna do podzielenia się pomysłem, na który wpadł.

– Na chwilę obecną naszym wrogiem jest Ragnar… – zaczął tłumaczyć Pepin, lecz Ludwik wszedł mu w słowo.

– …i Ivar.

– To jest akurat najmniej ważne – zbył brata Garbaty. – Naszym wrogiem, który będzie się na nas mścił za atak na ich ziemie, jest Dania Ragnara. Żeby pominąć więzy krwi, powinniśmy udać się do wikingów z innych, bardziej odległych terenów. Najlepiej zaprosić do nas wojowników z kraju, który ma złe stosunki z Danami. Moim zdaniem jest to proste i logiczne wyjście.

– Masz kogoś konkretnego na myśli? – zapytał ojciec, widząc sens w rozumowaniu Pepina.

– Z tego, co mi wiadomo, Ragnar ma napięte stosunki ze Swionami. Podobno wojna między nimi wisi na włosku i na pewno nie zjednoczyliby się z nim – powiedział Pepin, krzyżując ręce na klatce piersiowej. – A do czasu, kiedy zdarzyłoby się, że najadą na nas z innych stron, a choćby nawet i ze Szwecji, to nasi Swionowie będą już zżyci z nowymi stronami i nie będą walczyć dla złota, tylko po to, żeby bronić swoich domów.

– Dobrze prawisz, synu – przyznał król niechętnie rację zdegradowanemu synowi. – Tak więc myślę, że może popłynąłbyś do Szwecji, Pepinie, i załatwił to – zaproponował.

– Ojcze, nie! – przerwał rozmowę Ludwik, widząc, dokąd zmierza sytuacja. Nie chciał pozwolić, żeby Pepin miał pod swymi rozkazami jakichkolwiek żołnierzy, a takowych winien mieć na wyprawie. – Nie wysyłaj go tam. Ragnar niedługo na nas uderzy. Mamy przecież czas. Pozwól, a udowodnię ci, że nie musimy ściągać tu wikingów. Sam powstrzymam Danów. Jeśli mi się to nie uda, sam dam Pepinowi swoich najlepszych ludzi i statek przygotowany do podróży. Daj mi tylko szansę.

– Dobrze – zgodził się na jego prośbę Karol Wielki po krótkim zastanowieniu. – Masz być moim następcą, wykaż się. Wiedz jednak, że twoja porażka oznacza Danów przedostających się przez mury i oblegających nasze miasto. Oznacza to splądrowanie Paryża i krew płynącą jego ulicami. Mam nadzieję, że jesteś tego świadom.

– Nie zawiodę cię, ojcze, masz moje słowo! – powiedział Ludwik uroczystym tonem, z pewnością w oczach i determinacją wymalowaną na twarzy. – Powstrzymam Danów i choćby mieli po swojej stronie samego diabła, będą stąd pierzchać w trwodze i lęku.

– IX –

Hedeby, dziesięć godzin później

Ivar Bezkostny cały dzień spędził na swym placu treningowym w samym środku lasu. Doskonalił umiejętności rzutu nożem, strzału z łuku i miotania oszczepem. Trenował to ostatnie, kiedy na placu pojawił się Ragnar. Bezkostny nie zauważył go i pracował dalej. Wziął do ręki jedną z opartych o drzewo włóczni, zważył ją, zrobił trzy kroki rozbiegu i cisnął drzewcem w oddaloną na sporą odległość kukłę wypchaną słomą. Oszczep wbił się w jej dolną część. Wojownik powtórzył cały manewr czterokrotnie, aż skończyły mu się przygotowane oszczepy. Wszystkie trafiły do celu. Ivar ruszył po nie, aby powtórzyć trening.

– Synu! – przeszkodził mu ojciec, wołając go. – Sam ćwiczysz? Nie wziąłeś Hvitserka?

– Witaj, ojcze – odparł Ivar. – Chciałem pobyć sam.

– Przez Amirę? – zapytał go bezpośrednio Ragnar, pobudzając czujność syna. – Wiem, że jej unikasz. Nie wiem tylko, dlaczego – dodał, widząc jego spojrzenie.

– Nie unikam.

– Ze mną chyba możesz być szczery – skarcił go nieco ojciec. – O co chodzi?

– Nie chcę o tym mówić. – Ivar starał się zbyć ojca.

– Nie popełnij błędu, synu. Nie wiem, co zaszło między wami w nocy, ale Amira nie jest zwykłą dziewką i nie chodzi mi tylko o jej pochodzenie. Chyba wiesz o tym?

– Wiem!

– Więc jeśli nie chcesz rozmawiać o tym, co się stało ze mną, porozmawiaj z nią – poprosił go Ragnar i zza drzew wyłoniła się Amira, która zaczęła iść w ich stronę. – Przyprowadziłem ją tutaj, bo wiem, że dużo dla ciebie znaczy i chcę, żebyście sobie wszystko wyjaśnili. Nie wypada jej unikać i wiedz, że drugiej podobnej nie spotkasz.

– Mam tego świadomość… – odparł Ivar jakby do siebie, zamyślając się.

Ragnar odszedł i zostawił syna sam na sam z Amirą.

– Wszędzie cię szukałam – powiedziała spokojnym i badawczym tonem księżniczka. – Powiesz, dlaczego mnie unikasz? Wczorajszej nocy zachowywałeś się inaczej.

 

Ivar nie odpowiadał, tylko wpatrywał się przed siebie. Po chwili wyciągnął miecz i siadając pod drzewem, zaczął go czyścić.

– Dlaczego tacy jesteście? – zapytała podłamanym głosem, czym nieco zaintrygowała Bezkostnego, który jednak nie dawał tego po sobie poznać. – Każdy jeden, a myślałam, że ty jesteś inny.

Ivar domyślił się, że Amirze chodzi o jej brata i – być może – też o ojca. Porównywała go teraz do nich, co niezbyt mu się podobało.

– Stawiasz mnie na równi z nimi? – zapytał zaskoczony. – Chyba żartujesz…

– Stawiam cię na równi z nimi i ze wszystkimi mężczyznami, na jakich trafiałam w swoim życiu; ja i moja matka! – krzyknęła Amira, a z jej oczu popłynęły łzy. – Wszyscy jesteście tacy sami! Moja matka uciekła z domu od swego ojca, który ją bił. Porzuciła rodzinne strony, aby godnie żyć, i trafiła na Egberta. Kiedy umarła, zostawiła mnie z tym przeklętym draniem oraz z Ethelwulfem. Potem przewinął się opasły Ella. Kiedy pojawiłeś się ty, naiwnie myślałam, że mój los się odmieni, a ty przywiodłeś mnie do królestwa swego ojca i po wspólnej nocy zignorowałeś jak zwykłą dziewkę!

– To nie tak… – odezwał się Ivar, kiedy Amira zrobiła krótką pauzę w swoim monologu. Schował czyszczony miecz Ademara do pochwy, wstał i przytulił dziewczynę, widząc, że zaczyna coraz bardziej płakać.

– A jak? Jesteś taki sam, a ja już nie mam się gdzie podziać. – Załamana księżniczka widziała wszystko w ciemnych barwach. Nie dała dojść synowi Ragnara do słowa. Przez swoje doświadczenia życiowe przeżywała bardzo mocno ostatnie zdarzenia i nawet najmniejszy znak, że coś znowu może pójść nie tak, wywoływał u niej panikę.

– Źle mnie oceniasz – dał radę w końcu się przebić przez jej słowa. – Zależy mi na tobie.

– Dlatego nie chciałeś ze mną rozmawiać?

– Chciałem zrozumieć, co się stało poprzedniej nocy. Chciałem poukładać sobie wszystko w głowie.

– Kochaliśmy się – odparła Amira. – Co tu jest do zrozumienia?

– Tylko że nie chodzi jedynie o tę noc, a o ciebie – oznajmił Bezkostny, odsuwając się i spoglądając w bok. Do Amiry dotarło, że Ivar też ma jakiś problem i stąd wynika jego niezrozumiałe zachowanie. Widziała po wyrazie jego twarzy, że nie chce jej czegoś zdradzić.

– Powiedz, o co chodzi – powiedziała księżniczka, podchodząc powoli do Ivara, po czym złapała go za rękę. – Proszę – dodała, patrząc mu prosto w oczy z uczuciem, którego dotąd nie znał. Serce zaczęło mu bić szybciej. Pokręcił głową, aż strzyknęły mu kości. Walczył ze sobą, walczył z uczuciem, jakie w nim rosło do Amiry.

– Co mam ci powiedzieć? – zapytał, usiłując grać na czas. Miał nadzieję, że księżniczka odpuści i odejdzie, lecz ona nie poddawała się.

– Prawdę – powiedziała krótko. – Przecież widzę, że coś do mnie czujesz, nie mów, że się mylę. Powiedz, na czym polega twój problem. Powiedz.

– Stłamsiłaś gniew, który mnie wypełniał! – krzyknął w odpowiedzi, przerywając Amirze i nie wytrzymując jej przesłuchania. – Wystarczy?! – zapytał, a księżniczka pierwszy raz w jego oczach, zawsze wypełnionych pewnością, ujrzała zagubienie i panikę. Poczuła w sobie troskę i mocniej ścisnęła jego dłoń, myśląc, że to jakoś pomoże. – Poznanie ciebie to najlepsza rzecz, jaka mnie w życiu spotkała – dodał.

– To źle?

– Przy tobie nie czuję w sobie gniewu, lecz pustkę. Gniew napędzał mnie przez całe życie. Gniew to ja! – powiedział pewnie, puszczając dłonie Amiry i odsuwając się. – Dzięki niemu tyle osiągnąłem. – Księżniczka podeszła do niego i złapała go raz jeszcze za rękę.

– Jeśli gniew to ty, to czemu nad nim nie zapanujesz? – zapytała, co wzbudziło jego ciekawość. Zaintrygowany Ivar spojrzał na Amirę, mrużąc oczy.

– Zapanuj nad gniewem, a wtedy będzie cię napędzał, kiedy tylko będziesz chciał – ciągnęła. – W końcu jesteś Ivarem Bezkostnym, Demonem Śmierci, którego wszyscy się lękają, prawda? – dodała pewniej, widząc, że jej słowa docierają wreszcie do wojownika.

Bezkostny skinął twierdząco głową. Rozumowanie Amiry było słuszne i zdziwiło go, w jak prosty sposób dała radę rozwiązać jego problem.

– A zachowałem się jak tchórz… – odezwał się do księżniczki. – Zamiast z tobą porozmawiać, uciekłem do lasu.

– Każdemu zdarzy się zrobić coś głupiego – pocieszyła go Amira. – Uznałam cię za takiego samego nikczemnika jak mój brat, ojciec i dziad, a ty po prostu przestraszyłeś się uczucia, które…

– Co twój dziad zrobił twojej matce? – wszedł jej w słowo Ivar.

– Nie mówmy teraz o tym – poprosiła go. – Ważne, że zasługuje na śmierć tak jak Egbert i Ethelwulf – dodała, a w jej oczach pojawiły się iskry nienawiści i żądza krwi, które towarzyszyły jej, kiedy zabijała swego ojca.

Ivar poprawił dłonie Amiry w swoich i spojrzał jej głęboko w oczy.

– Dostaniesz zemstę na swoim dziadku – obiecał jej. – Ojciec twojej matki pożałuje tego, co jej zrobił. Już ja się o to postaram.

– Naprawdę zechcesz to zrobić?!

– Zemścić się za choćby najmniejszą krzywdę, jaką uczynił ci ktokolwiek na świecie? Oczywiście! – odparł, a w powietrzu zawisł niepokojący zwiastun śmierci. – Skrzywdził twoją matkę, a co za tym idzie – także i ciebie. Każdego, kto cię zranił lub w jakikolwiek sposób obraził, czeka śmierć. Tak jak Ethelwulfa. – W oczach Bezkostnego pojawił się na powrót gniew, gdy przypomniał sobie krzywdy, jakich doznała Amira z rąk brata. Oczy Ivara zalśniły furią. Gniew wrócił do niego tak szybko, jak szybko zniknął poprzedniej nocy, a na jego twarzy pojawił się złowieszczy uśmiech.

– Ale to ja go zabiję – skwitowała pewnie obietnicę Bezkostnego księżniczka. Mój dziad zginie z mojej ręki.

Ivar skinął Amirze głową, zgadzając się, po czym zbliżyli się jeszcze bardziej do siebie i zaczęli się całować. Przyszła śmierć dziada księżniczki połączyła ich na nowo, a uczucie Bezkostnego do Amiry powoli zaczynało współgrać z gniewem, jakim był.

– Jak mówiłem – Ivar na chwilę oderwał wargi od ust swojej wybranki – poznanie ciebie to najlepsza rzecz, jaka mnie w życiu spotkała. Sprawię, że poznanie mnie stanie się najlepszą rzeczą, jaka spotkała ciebie – dodał i ich usta znowu się połączyły, po czym obydwoje dali się ponieść namiętności, nie zważając już na nic.

Z pewnej odległości Ivara i Amirę obserwował Ragnar. Nie słyszał ich rozmowy, nie było to konieczne. Chciał jedynie wiedzieć, czy młodzi poradzą sobie z konfliktem, jaki pojawił się między nimi. Ragnar pamiętał i o tym, że dotąd jego syn zabijał każdą kobietę, która spędzała z nim noc.

Co za ulga, pomyślał, widząc, jak jego syn całuje się z Amirą. Był szczerze zadowolony i dumny. Jak to dobrze, że cię odnalazł, Amiro. Już drugi mój syn jest z kobietą, która go szczerze kocha. Jeszcze czterech i będę mógł spokojnie umrzeć, zażartował w myśli, po czym oddalił się, zostawiając zakochaną parę w spokoju.

– X –

Następnego dnia

Do komnaty, w której leżał ciężko raniony Aidan, wszedł Ragnar z Lagertą i jej blondwłosą córką o imieniu Hilda. Przy łożu siedział Osvir zmieniający właśnie opatrunek na zranionym brzuchu młodzieńca.

– Jak się dzisiaj miewa? – zapytał król medyka z nadzieją w głosie na poprawę stanu Aidana. – Są postępy?

– Rana zaczyna się dobrze goić, ale młody Aidan ciągle się nie wybudza – odparł strapiony doktor – Nie wiem, co mogę jeszcze zrobić. Z głową wszystko w porządku, nie była raniona ani potłuczona. Potrzeba więcej czasu, aby doszedł do siebie – dodał, przy czym zachwiał się na stołku.

– A ty, Osvirze, potrzebujesz odpoczynku – zauważył Ragnar. – Kiedy ostatnio spałeś?

– Mam sporo pracy przy rannych z bitwy na granicy, ale o mnie się nie martw, panie. Spałem dzisiaj trochę…

– Idź więc spać znowu. Ktoś inny przypilnuje Aidana i obudzi cię, jeśli będziesz potrzebny.

– Ale…

– To rozkaz – zażartował Ragnar, uśmiechając się do medyka, chcąc go w ten sposób przymusić do odpoczynku. – Dobrze się spisałeś, a teraz zajmij się sobą.

– Ja go popilnuję – zaproponowała Hilda, przyglądająca się nieprzytomnemu Aidanowi od chwili wejścia do pokoju. – Jeśli król pozwoli – dodała po chwili.

– Nie mam nic przeciwko temu.

– Ja również – odezwała się zadowolona Lagerta, kiedy córka spojrzała na nią pytająco.

– Więc postanowione – powiedział Ragnar. – Osvir idzie spać, Hilda dogląda Aidana, a ja idę do synów na ćwiczenia.

– Szkolisz synów przed wyprawą? – zapytała wojowniczka.

– Akurat nie ich będę dzisiaj trenował, ale na pewno z ich pomocą.

– Kogo w takim razie? – dopytywała się Lagerta, zaintrygowana tajemniczością Ragnara.

– Moja słodka tajemnica – zażartował król, puszczając oko do swej towarzyszki.

– XI –

Południowa Szwecja, w tym samym czasie

W Szwecji trwał bardzo słoneczny, upalny dzień. Z nieba lał się żar prawie nie do wytrzymania. Kjartad Czarna Maska razem z księżniczką Joru zsiedli z koni i zaczęli spacerować po lesie, trzymając zwierzęta za lejce.

– Może wróćmy do osady – odezwał się wojownik. – Słońce mocno piecze.

– Ja lubię słońce – odparła księżniczka. – Rzadko jest u nas aż tak ciepło, chcę się więc tym rozkoszować, póki jest. Ale jeśli tobie słońce wadzi, możesz wrócić.

– Nie zostawię cię samej. A za dużo słońca to też niedobrze.

– Nie jestem z lodu, żeby się go bać. A w ogóle kto ci takie rzeczy opowiadał?

– Matka… – wypalił automatycznie, by po chwili ugryźć się w język. Odkąd tu trafił, za wszelką cenę unikał tematu swojej rodziny, aby nie ryzykować choćby w najmniejszym stopniu ujawnienia swojego prawdziwego imienia i pochodzenia.

– Opowiedz coś o niej – poprosiła go Joru. – Niczego o niej nie wiem, a chciałabym ją poznać.

– Muszę wracać do osady, by dojrzeć budowy umocnień – wymamrotał Kjartad, starając się zmienić temat. – Przejdziemy jeszcze kawałek i wracamy, może tak być?

– Dlaczego zawsze unikasz rozmowy o swojej rodzinie? – Księżniczka zignorowała fortel wojownika i dopytywała się dalej: – Rozmawialiśmy ze sobą już tyle razy, a tak naprawdę niczego o tobie nie wiem. Można by pomyśleć, że starasz się coś ukryć. Rozumiem, że rodzina to drażliwy dla ciebie temat, ale chociaż powiedz kilka słów o swojej matce. Jaka ona jest?

– Była… – powiedział młodzieniec po cichu.

– Nie żyje? – zapytała Joru. – Nie wiedziałam… Współczuję. Mogłeś powiedzieć, nie dopytywałabym tak…

– Za późno – wycedził niezadowolony Kjartad. Co jak co, ale o matce myślał bez przerwy. To z jej powodu przecież tutaj trafił. Nie chciał jednak o niej opowiadać, gdyż każde wspomnienie było dla niego zbyt bolesne, a zwłaszcza to ostatnie – z dnia, w którym zginęła.

– A ojciec? – drążyła temat rodziny wojownika Joru, na co młodzieniec wciągnął głęboko powietrze, starając się uspokoić. Wspomnienie ojca, jakiego widział po raz ostatni, zaraz po zadaniu matce śmiertelnego ciosu, wróciło i w Kjartadzie aż się zagotowało.

– Również nie żyje! – odparł podniesionym głosem. – Umarł w męczarniach, na jakie w stu procentach zasługiwał! Jeszcze coś?

Ton głosu Kjartada nie spodobał się księżniczce. Mimo iż poruszony temat był dla niego bolesny, nie powinien podnosić na nią głosu. Joru poczuła się urażona i wskoczyła na konia, żeby wrócić do osady. Wojownik podszedł do niej szybkim krokiem i złapał ją za dłoń.

– Przepraszam – odezwał się najspokojniej, jak tylko potrafił. Jego przeprosiny nie były szczere, ale konieczne dla podtrzymania z nią dobrych relacji. – Niepotrzebnie się uniosłem – mówił dalej Kjartad prawie przez zaciśnięte zęby. Zastanawiał się teraz nad każdym słowem, aby zatrzeć złe wrażenie. Przy tym patrzył księżniczce prosto w oczy. – Po prostu dotąd, Joru, spotykałem w swoim życiu samych złych ludzi. – Wojownik spuścił wzrok, by po chwili znowu spojrzeć dziewczynie prosto w oczy. – Ty jesteś całkiem inna. Jesteś dla mnie bardzo dobra, a ja na dobro reaguję złością. Zamiast je docenić, walczę z nim i przez to ranię tak dobre i wartościowe osoby jak ty. Co jak co, ale ciebie, Joru, nie chcę ranić.

Słowa wojownika poruszyły nieco księżniczkę. Schyliła się i pocałowała go w usta, a natychmiast po tym spięła konia i ruszyła galopem przed siebie. Zaskoczony jej gestem Kjartad szybko dosiadł swojego wierzchowca i pognał za nią.

– Co za utrapienie z nią – pomyślał, pędząc przed siebie. – Prawdziwa księżniczka…