Furia wikingów

Tekst
Z serii: Furia Wikingów #1
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © Daniel Komorowski

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Lidia Ryś

Korekta

Anna Grelewska

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2020

eISBN 978-83-66481-26-8

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60–175 Poznań

tel./faks 061 868 25 37

replika@replika.eu

www.replika.eu

– WSTĘP –

– Ciągle pada i grzmi. Ile to już trwa, bracie Albercie?

– Siódmy dzień, biskupie Alkuinie. Taka pogoda utrzymuje się od całych sześciu. Dzisiaj jest siódmy.

– Źle się dzieje. Nie spotkałem się w swoim życiu z podobnym zjawiskiem. Nie słyszałem też, aby kiedykolwiek wcześniej działo się coś podobnego. Jeśli nie wzejdzie słońce, rolnicy nie zbiorą plonów, a właśnie są żniwa. Ciągły deszcz zniszczy uprawy, w kraju zapanuje głód. Ludzie będą chorować i umierać. Spiżarni króla nie wystarczy, aby pomóc wszystkim, a Ella też nie słynie ze zbytniej wspaniałomyślności. Sobie będzie dogadzał, podczas gdy jego lud będzie cierpiał niedolę. Jeśli Bóg nie zwróci nam słońca, czeka nas katastrofa.

Biskup Alkuin i brat Albert, przewidując najgorsze, stali w oknie, obserwując lejący się z nieba w zatrważających ilościach deszcz. Ulicami miasta, niczym rzeka, płynęła woda. Nie było widać żywej duszy. Ludność pochowała się w najwyższych częściach zabudowań, aby jakoś przetrwać. Końca udręki jednak nie było widać.

Nagle niebo rozerwał potężny piorun. Biskup Alkuin upadł na ziemię przerażony ogromem uderzenia. Serce podeszło mu do gardła. Brat Albert doskoczył do niego natychmiast i pomógł mu wstać. Obydwaj przerażeni wrócili do okna. Ich uszu doszedł potężny hałas, a oczom ukazały się trąby powietrzne, spowijające miasto, wśród nich tańczyły ogniste błyskawice spadające z nieba. Wydawało się, że zagłada jest blisko.

– Biskupie, musimy uciekać! – krzyczał przerażony brat Albert, biegnąc do drzwi komnaty. Alkuin stał w oknie pogrążony w widoku niszczycielskiego żywiołu. Brat podszedł do niego, złapał za ramiona i siłą wyciągnął z komnaty.

– To znak – wydukał w końcu zatrwożony biskup, ciągle wpatrzony w szalejący za oknem żywioł. – To znak od Boga! Pan chce zmyć nasze grzechy! – krzyczał, wpadając powoli w szał i wyrywając się Albertowi z rąk. – To początek naszego końca…

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


– I –

Dania, niecały rok później

Ragnar skradał się, przyczajony pomiędzy drzewami, trzymając w prawym ręku włócznię, a w lewym mały toporek. Obserwował coś w oddali i poruszał się niczym cień, chcąc pozostać niezauważonym.

W jego oczach malowały się skupienie i determinacja. Był na polowaniu, a jego potencjalną ofiarą był wielki, na dwóch mężów, brunatny niedźwiedź. Ragnar wyjrzał zza drzewa. Pomimo zachowanej ostrożności, zwierzę wyczuło jego obecność i dojrzało go za pniem. Wtedy wiking obrócił się i oparł plecami o drzewo, gotów do ataku. Spojrzał na swój naszyjnik przedstawiający młot, symbol boga piorunów Thora, wziął głęboki oddech i wypuścił z płuc powietrze, które utworzyło pokaźny obłok pary. Błyskawicznie wyszedł zza drzewa i lekko pochylony, niczym drapieżnik, zaczął powolnym, acz pewnym krokiem, iść w kierunku niedźwiedzia. Zdawało się, jakby poruszał się w zwolnionym tempie. Zwierzę zwróciło się wprost na niego. Dzieliła ich spora powierzchnia pokryta śniegiem, malejąca z każdym krokiem wojownika. Ragnar coraz bardziej zbliżał się do niedźwiedzia. Ten w końcu zaczął na niego warczeć, a kiedy byli już w odległości, z której śmiało mogli spojrzeć sobie w oczy, stanął na tylnych łapach i przeraźliwie zaryczał. W lesie było cicho, lecz dopiero jego ryk sprawił, że momentalnie ucichło dosłownie wszystko. Nie było nawet słychać wiatru, czy choćby śpiewających lub stukających dziobami w drzewa ptaków. Zwykłemu człowiekowi serce podeszłoby do gardła i wziąłby nogi za pas. Dotyczyło to też niektórych wikingów, słynących z niesamowitej odwagi na polu bitwy, lecz nie Ragnara. On nie bał się dosłownie niczego, w całej Skandynawii nie było drugiego tak dzielnego i nieustraszonego wojownika jak on.

Po wyraźnym zaznaczeniu terenu przez bestię i pokazaniu, kto tu rządzi, wiking nawet przez ułamek sekundy nie zwątpił w powodzenie swego ataku i ciągle zbliżał się do niedźwiedzia. Zwierzę opadło na przednie łapy i zaczęło biec w jego stronę. Ragnar błyskawicznie cisnął w nie włócznią, celując w sam środek głowy niedźwiedzia. Niestety, trafiła nieco obok i – ku zdziwieniu Ragnara – nie wbiła się w nią. Rzut był bardzo silny i zabiłby, lub przynajmniej wyrządził poważną krzywdę każdej zwierzynie, lecz tym razem było inaczej. Włócznia odbiła się od potężnego cielska i upadła na śnieg. Wiking ruszył w stronę niedźwiedzia. Biegli teraz ku sobie i obydwaj wiedzieli, że to starcie przeżyje tylko jeden z nich. Już za chwilę wszystko miało się wyjaśnić, a dzieliły ich tylko kroki. Ragnar do ostatniej chwili biegł na rozpędzoną bestię i kiedy ta miała go staranować, wyskoczył co sił w nogach do góry, nieco w prawą stronę, i wbił toporek trzymany w prawym ręku w kark niedźwiedzia. Zwierzę zaryczało przeraźliwie. Cios go jednak nie zabił, ale bardzo rozwścieczył. Odwrócił się i ponownie natarł na wikinga. Ragnar uchylił się, odskakując w bok. Gdyby nie unik, zostałby stratowany. Niedźwiedź z kolei, zamiast na niego, wpadł z impetem na niewielkie drzewo, które złamało się jak zapałka i upadło na ziemię, wzbijając do góry drobinki śniegu. Ragnar wyciągnął drugi, większy topór, przymocowany specjalną uprzężą do pleców. Chwycił go mocno, po czym obrócił w dłoni, gotowy do następnego starcia. Niedźwiedź odwrócił się, potrząsnął głową, odpędzając omamy, jakie miał przed oczami, i z rykiem ruszył kolejny raz do ataku. Był wściekły, a z jego oczu emanowała furia. Znowu biegli na siebie. Ragnar znów czekał do ostatniej chwili ze swoim manewrem, lecz tym razem nie wyskoczył w bok, ale wślizgnął się pod szarżującego potwora. Po chwili stał już mocno na nogach. Odwrócił się i zobaczył, że niedźwiedź chwiał się na łapach. Z brzucha wystawał mu wielki topór wikinga, a śnieg wokół zlany był krwią, która strumieniem leciała z jego wielkiego cielska. Zwierzę w końcu upadło. Bardzo ciężko oddychało, lecz nie poddawało się i próbowało wstać. Wojownik podszedł do swej ofiary, zachodząc ją od tyłu, i wyciągnął zza pasa nóż.

– Dzielnie walczyłeś – powiedział Ragnar do niedźwiedzia, przy czym zawahał się na moment. – Walczyłaś – poprawił się, patrząc na pysk bestii. – Jesteś niedźwiedzicą – dodał, po czym szybko wbił jej w szyję ostrze i przeciągnął wzdłuż gardła. Zwierzę wydało ostatnie tchnienie. Zmęczony wiking oparł się o nie, siadając na śniegu. Wtem usłyszał szelest i wyjrzał zza ciała ofiary. W miejscu, z którego początkowo ruszyła na niego dzika bestia, jego oczom ukazał się mały i ciemny jak smoła niedźwiadek.

– To jego matka – pomyślał Ragnar, spoglądając się na zabite zwierzę. – Dlatego tak zaciekle walczyła.

Wiking wstał. Idąc w kierunku niedźwiadka, podniósł mały toporek, którym jako pierwszym zaatakował swoją ofiarę. Podszedł do młodego zwierzęcia i ukucnął przy nim. Ten stał i patrzył tylko na niego, nie mając pojęcia, że stracił matkę. Ragnar ukucnął przy nim i zastanawiał się, co z nim zrobić. Wtedy dojrzał jaskinię, z której wyszły jeszcze dwa niedźwiadki. Oba brązowe, z tym że jeden całkiem ciemny, a drugi nieco jaśniejszy. Obydwa z daleka przyglądały się przybyłemu człowiekowi, lecz widząc swojego brata, który się go nie bał, poszły za jego przykładem i zbliżyły się do wojownika. Ragnar podrapał się po głowie, po czym wstał i z toporkiem w ręku ostrożnie wszedł do jaskini. Nie była zbyt duża i światło dobiegające z zewnątrz dość dobrze ją oświetlało.

– Gdzie wasz ojciec, co, małe? – rzucił do młodych bestii wiking. – Jest początek zimy, jeszcze nie zapadł w sen. Poza tym nie widzę tu żadnych innych śladów oprócz tych waszej matki, a same nie dacie tu sobie rady.

Ragnar raz jeszcze ukucnął koło zwierząt.

– Chyba musicie pójść ze mną. Podrośniecie i będzie z was kawał dobrych futer – zażartował, po czym po zastanowieniu dodał, tajemniczo się uśmiechając. – No, chyba że będzie z was lepszy pożytek w czym innym.

Niedźwiadki wpatrywały się w niego i chodziły wokół, aby poznać jego zapach. Łasiły się do niego, nie rozumiejąc, że ich nowy znajomy zabił przed chwilą ich matkę.

– Chodźcie, trzeba jakoś przewieźć waszą rodzicielkę do osady. Szykujemy się do wyprawy, a jej ofiara będzie więcej niż miła bogom – powiedział, po czym podszedł do niedźwiedzicy, wyciągnął z niej topór i zaczął nim rąbać drzewo. Chciał z niego zbudować konstrukcję, na której konie, które zostawił niedaleko, zaciągną zwierzynę do osady.

– II –

Osada Hedeby, kilkanaście godzin później

 

– Ragnar wrócił! To Ragnar! Ludzie, Ragnar idzie! – Mieszkańcy osady radośnie witali swojego króla, kiedy dojrzeli jego sylwetkę wyłaniającą się z oddali. Nie mogli się doczekać, aż ujrzą, jaką zwierzynę upolował dla bogów. Rozwarła się wielka brama i król wszedł do osady, której strzegł głęboki rów oraz fortyfikacje. Dzieci wybiegły mu naprzeciw i nagle stanęły w miejscu. Ci, którzy byli bliżej, widzieli dokładnie, że Ragnar nie wrócił jedynie z martwą ofiarą. Na sznurach prowadził uwiązane trzy małe niedźwiedzie. Jego koń natomiast na specjalnie zbitym z drzewa podeście, ciągnął ich wielką matkę, zabitą przez samego króla. Ragnar szedł na plac główny. Wzdłuż jego całej drogi słychać było ciągły pomruk podziwu i niedowierzania oraz widać było wszechobecny szacunek do przybyłego króla. Na placu centralnym czekał na niego jeszcze większy tłum ludzi. Ragnar podszedł do kobiety w niebieskiej sukni, która stała z pięcioma młodymi wikingami.

– Witaj, żono – powiedział do niej, uśmiechając się nieznacznie.

– Witaj, mężu – odparła kobieta o imieniu Aslaug. Miała długie blond włosy upięte w warkocz i – jak inni – była szczęśliwa z powrotu męża. – Widzę, że polowanie się udało – powiedziała, spoglądając z błyskiem w oku na zabitego niedźwiedzia.

– Mam nadzieję, że bogowie będą zadowoleni z ofiary.

– Jestem o to spokojna, mężu – zapewniła go królowa. – A co z małymi? – dodała, wskazując na uwiązane młode bestyjki. Je też złożymy w ofierze? Nie są za małe?

– Tylko ich matkę. Dla nich mam inne plany.

Ragnar pokiwał głową w zamyśleniu, ucałował żonę w usta i spojrzał na synów stojących przy niej. Pierwszy od prawej stał najstarszy – Halfdan, wysoki i dobrze zbudowany dwudziestoczteroletni blondyn z długimi, rozpuszczonymi włosami. Obok trzej młodsi: szesnastoletni Ubbe oraz dwóch piętnastolatków: Hvitserk i Sigurd. Po lewej stronie Aslaug stał Bjorn, przystojny osiemnastolatek. Ragnar rozglądał się jeszcze za kimś.

– Gdzie Ivar? – zapytał swoich bliskich, jednak nikt nie zdążył mu odpowiedzieć, gdyż jego drugi syn, zwany Bezkostnym, pojawił się sam.

– Idę, ojcze – powiedział, zbliżając się w kierunku króla i kulejąc na prawą nogę, co było powodem jego irytacji. Zaraz jednak wprawił się w dobry nastrój, mijając zabite zwierzę. – Rozumiem, że wyruszamy jeszcze dzisiaj – powiedział, kiedy zmierzył okiem martwą niedźwiedzicę.

– Jak tylko złożymy ją bogom w ofierze, synu – odpowiedział Ragnar, po czym zapytał: – Łodzie przygotowane?

– Tak, ojcze, możemy ruszać w każdej chwili.

– Zajmijmy się więc ofiarą – zadecydował Ragnar, nie chcąc czekać. – Halfdanie, pomóż nam. Płyniemy razem, więc złóżmy ją wspólnie.

Najstarszy z synów zgodził się bez słowa.

– Swoją drogą, ojcze, nasza wyprawa nie jest zbyt duża, a tu tak wielka ofiara – zauważył Ivar. – Trzeba mieć bogów po swojej stronie, ale mam wrażenie, że gotujemy się do czegoś większego niż do zwykłej wyprawy po srebro.

– Nie polowałem na niedźwiedzia. Tropiłem jelenia, aż trafiłem na nią, a potem wyszło, jak wyszło. Lecz masz rację, to nie będzie zwykła wyprawa, jak poprzednie – powiedział Ragnar, uśmiechając się tajemniczo.

– Możesz jaśniej, ojcze?

– Wszystko musisz wiedzieć, co?

– Jak zawsze – odparł Ivar z błyskiem w oku, uśmiechając się szeroko. Liczył na to, że Ragnar być może zdradzi mu coś interesującego, o czym mało kto wie.

– Mój ojciec przed swą śmiercią wejrzał w przyszłość i ujrzał, jak wracamy z zachodu łodziami wypełnionymi po brzegi złotem i srebrem. Nasze snekkary aż uginały się od łupów, jakie zdobyliśmy. – Król opowiadał wizję Sigurda zwanego Hringiem, który po utracie wzroku w jednym oku zyskał możliwość wglądu w losy, jakie wojownikom szykowali bogowie. Ci, co prawda, rzadko mu na to pozwalali, jednak i tak był to dar wielce podziwiany i pożądany.

– Czyli to, co mówiłeś, jest prawdą? Są tam ziemie, nowe krainy? – Ivar dopytywał się wyraźnie podekscytowany.

– Tak, synu, i wygląda na to, że żyją tam bogaci ludzie, którzy chętnie odstąpią nam swe bogactwa – żartował Ragnar, podekscytowany zbliżającą się wyprawą.

– Wyruszmy większą liczbą statków! Trzy to mało. Popłyńmy większą liczbą – zaproponował Ivar, który podzielał fascynację ojca.

– Zrobimy tak, lecz nie teraz. Czeka nas wielka sława, wielkie odkrycia, nowy świat. Chcę się na niego przygotować, najpierw go sprawdzić, a dopiero potem ruszyć z większą siłą – tłumaczył synowi, patrząc mu prosto w oczy. – Poza tym jest tam nowy bóg, podobno równie silny jak nasi, i jest sam jeden. Sprawdzimy na pierwszej wyprawie, czy jest tak silny, jak mówią, i wtedy zaatakujemy znowu.

– Już my mu pokażemy, którzy bogowie są silniejsi!

– III –

Pół godziny później

Ragnar z toporem w rękach stał nad niedźwiedzicą położoną na brzuchu, na niewielkim podwyższeniu. Obok niego stanęli Halfdan i Ivar, najstarsi synowie, którzy mieli popłynąć z nim na zachód. Dookoła zgromadzeni byli poddani króla, a jedna z kobiet zaczęła śpiewać pieśń.

– Odynie, wszechojcze, obdarz nas pomyślnością podczas naszej wyprawy. Spraw, abyśmy powrócili stamtąd z łupami lub zginęli w chwale i trafili do Valhalli, aby ucztować z tobą, innymi bogami i wojami, którzy również polegli w boju. Chwała tobie! – Ragnar zaniósł prośbę do głównego z bogów, po czym uniósł ogromny topór ku górze i opuścił go, ucinając niedźwiedzicy głowę. Z jej szyi trysnęła krew i popłynęła gęstym strumieniem. Halfdan podłożył na nią wielką misę. Kiedy się napełniła, położył ją na podwyższeniu i stanął z boku, ustępując miejsca ojcu. Ragnar podszedł do misy i umoczył w niej ręce, po czym otarł nimi twarz. To samo zrobili kolejno Halfdan i Ivar, który bardzo ostrożnie sięgał do misy, aby przypadkiem nie uronić na ziemię choćby kropli krwi, czym mógłby obrazić Odyna. Po chwili cała trójka, czerwona od gęstej mazi, stała przodem do zgromadzonych na placu ludzi. W końcu Ragnar zabrał ponownie głos.

– Do łodzi! Wyruszamy na zachód! – zakrzyknął i wojownicy, którzy mieli płynąć z nim i jego synami po łupy, bez chwili wahania ruszyli w kierunku zatoki, na której czekały przygotowane do rejsu łodzie. Znalazły się w nich solone ryby, wędzone mięso i zapasy wody oraz co najważniejsze dla wikingów – broń. Pod burtami leżały miecze, topory, małe siekiery i skórzane pancerze. Co możniejszych wojów stać było na metalowe zbroje, lecz większość rezygnowała z nich na rzecz lekkich, niekrępujących ruchów. Jedynie hełmy cieszyły się uznaniem prawie każdego, a najbardziej imponujący należał do samego króla. Chroniący całą twarz, z okrągłymi wycięciami na oczy i podłużnymi na usta i nos, ozdobiony był po bokach dwoma namalowanymi, zwróconymi do przodu krukami, symbolami Odyna.

Łodzie wyglądały imponująco. Bardzo zgrabne i elegancko wykończone, zwieńczone na przodzie głowami smoków. Burty obwieszone były drewnianymi, niebieskimi tarczami z dwoma krzyżującymi się białymi pasami. Na środku miały metalowe wykończenia zwane szczytami.

Nadszedł czas rozstań przed wypłynięciem w morze. Wszyscy wojowie żegnali się ze swoimi żonami i dziećmi oraz innymi bliskimi. Ragnar podszedł do swoich.

– Bjorn, jesteś najstarszym z pozostających. Pomóż matce podczas mojej nieobecności. Królestwo jest teraz pod waszą opieką.

– Tak, ojcze, zastąpię cię. – Młody wiking skinął głową, po czym uścisnął się z królem.

– Ubbe, Hvitserk, Sigurd, chodźcie do mnie. Dla was mam specjalne zadanie – powiedział po chwili Ragnar do swoich najmłodszych synów. Ci, podekscytowani, zbliżyli się do ojca. Byli zadowoleni, że ten ma dla nich jakieś polecenie, a oni będą mogli mu zaimponować.

– Widzicie te trzy niedźwiadki? – zapytał, wskazując im ruchem głowy przyprowadzone wcześniej, bawiące się ze sobą zwierzęta.

Synowie zaciekawieni pokiwali głowami.

– Nie będzie mnie teraz przez jakiś czas, a ktoś musi się nimi zająć i myślę, że jest to zadanie w sam raz dla was. Mam wobec tych niedźwiadków ważne plany, więc przyłóżcie się.

– Nie zawiedziemy cię, ojcze – powiedział najbardziej podekscytowany Hvitserk.

– Co jedzą niedźwiedzie? – zapytał najmłodszy Sigurd.

– Dowiedzcie się, liczę na was.

– Będziesz zadowolony, ojcze – obiecał najstarszy Ubbe.

W końcu wszyscy byli na miejscu i trzy wikińskie łodzie odbiły od brzegu. Towarzyszyło im gorące pożegnanie. Ludzie wiwatowali, żegnając wojowników wypływających w nieznane po bogactwa i sławę.

Trzy wikińskie łodzie wypłynęły z zatoki na pełne morze. Wiatr dmuchnął w żagle i niewielka flota przyśpieszyła. Wikingowie wciągnęli na pokład wiosła i płynęli ku celowi podróży.

Ragnar podszedł do Ivara, który stał przy burcie, wpatrując się w dal.

– Słyszałem, co zrobiłeś z ostatnią niewolnicą. Chciałem z tobą o tym porozmawiać, lecz wcześniej nie było kiedy – powiedział do syna. – Z każdą będziesz się tak rozprawiał?

– Mogę robić z nimi, co chcę. Ich życie nie jest nic warte. – Ivar wzruszył ramionami, okazując obojętność wobec niżej postawionych ludzi.

– Coś jest. Zawsze zamiast zabijać, możesz je sprzedać.

– Zabijam tylko te, które na to zasłużyły.

– Czyli każdą, którą zapraszasz do łoża.

– Wszystkie były sobie winne. Nie mam sobie nic do zarzucenia.

– To może powiem inaczej – odezwał się Ragnar, chcąc trafić do syna w inny sposób. – Twój problem, to nie problem, uwierz mi. To nie powód do wstydu, że nie możesz…

– Jestem prawdziwym mężczyzną i nie mam żadnego problemu! – Bezkostny wszedł ojcu w słowo. – To nie moja wina, że… – Podenerwowany wojownik zatrzymał się w pół zdania, jakby zaraz miał powiedzieć coś, czego nie chciał głośno mówić. – To nie moja wina. Jestem normalny, jak każdy, i któraś musi to udowodnić.

– Jak uważasz, synu. Mam tylko nadzieję, że w nowych stronach przeciwników będziesz zabijał równie skutecznie, co te niewolnice – zażartował Ragnar, co wywołało uśmiech na ustach jego rozmówcy.

– O to nie musisz się martwić! – odparł ucieszony Ivar. – W końcu jestem synem samego króla.

– Nie martwię się. Wiem, jak walczysz, niech dowiedzą się jeszcze o tym za morzem.

– Dowiedzą. O to możesz być spokojny.

– A co z gniewem? Nadal cię nie opuszcza?

– Jego mam pod dostatkiem. Kieruje mną podczas walki, dodaje sił. Kiedy jestem zły, nie mam sobie równych.

– Ze mną nie walczyłeś – prychnął Ragnar, prowokując Ivara.

– To wyzwanie?

– Chciałbyś walczyć z własnym ojcem, synu? Ranisz mnie – żartował dalej król, przekomarzając się z Bezkostnym. – Ale tak poważnie. Ten twój ciągły gniew…

– Co z nim?

– Gniew to twoja siła, wykorzystuj go, jak tylko możesz – powiedział poważnym tonem Ragnar, patrząc synowi prosto w oczy.

– Wykorzystuję. Chyba to widać, kiedy mnie ogarnia. Momentami czuję się jak berserk, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych.

– Nie może cię ogarniać. – Król pokiwał głową, pouczając Ivara. – To ty musisz nad nim panować. Berserk rzadko kiedy jest w stanie to zrobić i – pomimo swojej siły i szybkości – często ginie w głupi sposób. Kiedy nauczysz się panować nad gniewem, dopiero wtedy będziesz zdolny do rzeczy niemożliwych, do rzeczy, o jakich niektórzy mogą tylko pomarzyć. Masz jakiś cel w życiu, prawda synu? – zapytał Ragnar, widząc, jak Bezkostny kiwa głową, zgadzając się z nim.

– Oczywiście, że mam, ojcze, i dobrze go znasz.

– Więc gwarantuję ci, że jeśli gniew stanie się twoim sprzymierzeńcem, nad którym będziesz miał pełną kontrolę, wszystko to, czego pragniesz, ziści się szybciej, niż przypuszczasz.